Archiwa tagu: gotowanie

My dzieci PRL-u i pitraszenie!

Obraz może zawierać: jedzenie

Upiekłam dziś w rękawie kawałek schabu, by było na kanapki, bo wychodzenie do sklepów jest dość ryzykowne.

Wyszedł smaczny i soczysty, a robiłam tak:

  • wczoraj do miski wlałam 3/4 łyżki oleju i do tego dodałam przyprawy jakie miałam w domu, a więc słodką paprykę, majeranek i dużo czosnku,
  • do tego dodałam jarzynkę, odrobinę soli i pieprzu,
  • wszystko wymieszałam dokładnie i wtarłam w  schab, który potraktowałam widelcem, aby przyprawy przeniknęły do środka,
  • tak natarty kawałek mięsa wstawiłam pod przykryciem na noc do lodówki,
  • dzisiaj włożyłam mięso do rękawa i upiekłam w piekarniku nastawionym na 180 stopni  na godzinę i 20 minut!

Tak upieczone mięso zostawiłam do wystygnięcia w piekarniku, a kiedy wystygło to posmakowałam mniam, mniam – polecam!

A teraz inny temat!

Wczoraj zostawiłam komentarz pod zdjęciem blogera o nazwie „365 dni w obiektach LG / Samsunga”.

Napisałam pod zdjęciem dawne powiedzenie brzmiące – rzuć wapno na druty i Łukasz nie wiedział o co chodzi, gdyż jest młodym człowiekiem i nie może wiedzieć jakim slangiem posługiwała się młodzież za czasów PRL-u.

My ludzie już dojrzali pamiętamy tamte czasy, gdyż też kiedyś byliśmy młodzieżą.

Spotykaliśmy się na boiskach, w klasach i z pewnością więcej się słownie wypowiadaliśmy bezpośrednio, kiedy teraz młodzież rozmawia  przede wszystkim w Internecie.

Nie znam slangu obecnej młodzieży, tak jak młodzież nie zna naszego z tamtych lat, a więc warto powspominać:

„Rzuć wapno na druty, czyli odzywki sprzed lat.

„Są ludzie i parapety” – mawiała młodzież kilkadziesiąt lat temu. Choć przez tego typu wyrażenia niejednemu „skoczył gul”, przypomnijmy tamten sztubacki slang. Językowi puryści niech nie „peniają” – przekleństw nie będzie.

Fri, lol, nieogar, nołlajf… Ze zrozumieniem tego, co mówią dziś młodzi ludzie, „wapniacy”, czytaj – wcześniej urodzeni, miewają trudności. Zanim jednak wapniacy stali się wapniakami, również byli małolatami i – ku przerażeniu entuzjastów „czystej” polszczyzny – mieli własną gwarę, jedyny w swoim rodzaju kod językowy, którym się posługiwali i który z gruntu obcy był „jareckim”. Tak już w latach 70. zeszłego stulecia nazywano rodziców.

– Oczywiście, mówiło się też „starzy”, „stary”, „starszy”, rzadziej „tato”, „ojciec” – wspomina rzeszowianin Paweł Pasterz, popularyzator nauki i techniki. – Inne słówko to właśnie „wapniak”. No i słynne było powiedzonko: „Rzuć wapno nadruty”. Znaczyło: „Poproś rodzica do telefonu”.

Rzeź uczniowskich niewiniątek

Do słów, które współcześnie są na młodzieżowym topie, zalicza się „sztos” (wariantywnie: „sztosik”, „sztosowo”, „sztosiwo”), co oznacza coś dobrego, fajnego. W latach 70. i 80., kiedy sztubak chciał wyrazić zadowolenie albo pochwałę, mówił „extra”, „w pytę”, „git”. Bywało również „fajowo” czy „fajowsko”, a w końcu szaloną popularność osiągnęło „spoko”.

Tego typu słowa rzadko odnosiły się do instytucji szkoły („budy”), bo tej się przeważnie nie lubiło. Na różne sposoby dawano temu wyraz w języku. Momentami wręcz wiało grozą, bo oto plan lekcji okazywał się być, dajmy na to, „planem tortur”, a „pytanina” przez całą lekcję – „rzezią niewiniątek”.

– Ze szkolnych wyrażeń przypominam sobie „goga”, zapewne skrót od pedagoga. O gogach pisał w swoich powieściach Edmund Niziurski. Na dyrektora szkoły mówiło się „dyro”, „dyrek”. Ocena niedostateczna była „pałą”, „lufą”, a na przeciwnym biegunie szkolnych stopni znajdowała się „piona”.

– nadmienia Paweł Pasterz.

Melony i bańki

Ktoś, kto trzymał rękę na pulsie w kwestii najnowszych trendów w szczeniackim języku, zyskiwał w oczach nie tylko szkolnych kumpli i mógł tym słownictwem „zaszpanować” jak – nie przymierzając – kolorowym plakatem Bruce’a Lee. Szpanerami mogli stać się ici, którzy mieli „szmal” vel „szmalec” ew. „forsę”, „kasę”.

W przypadku smarkaterii żadne znaczące kwoty pieniędzy zwykle jednak nie wchodziły wrachubę, jeśli już to np. „kafel”, „tysiak” „patyk” bądź „koło” – jak z reguły mówiono na tysiąc złotych.

– Mnie utkwiły w pamięci takie określenia, jak „tauzen” i „kopernik” – dorzuca Pasterz. – A złotówki funkcjonowały jako „zety”, „złocisze”.

„Wapno spłucz żywszym biegiem krwi” - śpiewa Grzegorz Markowski, wokalista Perfectu w utworze „Pocztówka do państwa Jareckich”. „Wapno” i „jareccy”
ArchiwumNa banknot o nominale 1000 złotych mawiano „patyk”, „tysiak”, „kafel”, „koło”, „tauzen”, „kopernik”…

Kto dysponował aż milionem zetów, ten miał „melona”. Po przełomie w1989 roku melona wyparła „bańka”. Modna była, z tym że też tylko do czasu. W połowie lat 90. przeprowadzono denominację, wskutek czego bańka przestała być milionem, a miała odtąd wartość 100 zł. To miało nanią niekorzystny wpływ. Zdenominowana bańka straciła w oczach użytkowników slangowej polszczyzny, chociaż całkiem z obiegu dziś jeszcze nie wypadła.

Mieć do kogoś romans

W pewnym wieku chłopcy zaczynają się interesować dziewczynami – i vice versa. Dzisiejsza „loszka” wczoraj była „laską”, „lasencją”, „dżagą”, „siksą”, „szprychą”. Tych słów używały też dziewczyny, a o chłopakach mówiły np. „men”. Jeśli ktoś „miał do kogoś romans”, to wcale nie znaczyło, że się w tym kimś „zabujał”, tylko ma sprawę do omówienia.

– Kiedyś biust – nie wiedzieć czemu – to były „uszy”. „Panienki” o niepokaźnych uszach dzierżyły miano „desek”. Jak chodzi o takie oldschoolowe sformułowania, kojarzę jeszcze np. „piękną Mary z domu starców”. To o dziewczynie, której Pan Bóg poskąpił wdzięku i urody

– wspomina z uśmiechem Tomek, przedstawiciel handlowy z Rzeszowa, rocznik 1974.

Bywało, że o względy jednej panienki rywalizowało dwóch gości. I bywało, że konflikt starano się rozwiązać przy użyciu pięści. Nazywało się to „wyjściem na solo”.

– Czasami padało hasło: „Chodź na śnieg”. A niektórzy dodawali: „Śniegu nie ma, przegrałeś” – uśmiecha się Paweł Pasterz.

Wolty i fazy

Zdarzało się, że uczestnicy „solówy” mieli pecha, bo namierzyli ich stróże prawa. Tych nazywano – jasna sprawa – gliniarzami, a oprócz tego m.in. „pałami”, „mendami”, „smerfami”. Charakterystyczny niebieski pojazd nosił nazwę „kabaryny”, „suki”. A gdy ktoś uznał, że jego kolega ma niskie IQ, plecie androny lub nieracjonalnie się zachowuje, pytano: „Głupi czy z milicji?”

Nie da się ukryć, że młody człowiek od czasu do czasu chodził na„imprezy” (o „melanżu” nikt wówczas nie słyszał ani nie mówił). Jeśli tam napił się jakiegoś wyskokowego trunku, to potem był „na fazie”. Uczniowie szkół elektryczno-mechanicznych mawiali nawet, że zadziałał „przesuwnik fazowy”. Do ucznia szkoły o takim profilu jak ulał pasował też wyraz „wolty”. W tym wypadku wcale jednak nie chodziło o jednostki potencjału elektrycznego, lecz o alkoholowe procenty.

„Wapno spłucz żywszym biegiem krwi” - śpiewa Grzegorz Markowski, wokalista Perfectu w utworze „Pocztówka do państwa Jareckich”. „Wapno” i „jareccy”
Bartosz Sadowski / Polska Press„Metale” nosili długie „pióra”.

Reprezentanci młodego pokolenia lubili też posłuchać rocka. Na przełomie lat 80. i 90. niemałą rzeszę wielbicieli miały najcięższe gatunki muzyczne, takie jak thrash i death metal. Amator takich wyrafinowanych dźwięków, czyli „metal”, szerokim łukiem omijał zakłady fryzjerskie, nosząc długaśne „pióra”, poza tym chodził w „katanie” (skórzanej względnie dżinsowej kurtce), na ręce nosił „pieszczochę” (opaskę nabijaną ćwiekami) i gardził fanami wkraczającego właśnie na arenę dziejów disco-polo (wtedy to była „muzyka chodnikowa”), których to fanów metale, inie tylko oni, wyzywali od „discomułów”.

Cep cepa cepem poganiał

Deathmetalowych kapel w telewizji na ogół nie pokazywano. W schyłkowej dekadzie PRL-u najpopularniejszym (nie mylić z najlepszym) programem był brazylijski tasiemiec „Niewolnica Isaura”. Imię niejakiej Rosy (czyt. „Roza”) – jednej z bohaterek serialu, przy czym akuratnie nie pierwszoplanowej – przeniknęło do języka. Co znaczyła „roza”? Za Bogusławem Lindą można by powiedzieć, że to „zła kobieta była”. Okazała się jednak tylko językową efemerydą i dziś już tego określenia nie pamiętają nawet ci, którzy go używali.

Pojawiały się też zwroty quasi-polityczne. Już przedszkolaki rymowały: „Chcesz cukierka? Idź do Gierka. Gierek ma, to ci da” (niektórzy dopowiadali: „… kopa w tyłek i pa pa”). Z kolei w latach 80. prawie każdy, kto miał odstające uszy, na podwórku był… rzecznikiem rządu, to znaczy „Urbanem”.

– Pamiętam, że rosyjski skrótowiec CCCP (w polskim tłumaczeniu ZSRR – przyp. red.) odczytywaliśmy jako „Cep Cepa Cepem Poganiał”, ewentualnie „Córka Cesarza Całuje Piekarza” – uśmiecha się Tomek.

Były i są w młodzieżowym slangu zapożyczenia z gwary więziennej – grypsery (np. „kopsnij szluga”).

– W tym wypadku daje osobie znać atrakcyjność tego, co zakazane. Zakazane nawet nie w sensie „nie wolno ci”, tylko napiętnowane, groźne, owiane legendą – wyjaśnia dr hab. Katarzyna Czarnecka z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, współautorka „Słownika gwary uczniowskiej”.

To część naszych wspomnień

Nastolatki od niepamiętnych czasów starają się nadać własny językowy kształt temu, z czym się stykają.

– Służy to wzmocnieniu więzi w obrębie pewnej społeczności, odróżnieniu się od tego, co na zewnątrz, radzeniu sobie z napięciami, emocjami, wyrażeniu tego, co myślimy dobrze, ale częściej – co myślimy niedobrze o dorosłych, szkole i innych instytucjach – tłumaczy Katarzyna Czarnecka. – Widoczny jest również zamiar zabawy słowem. Te cechy miała ta odmiana języka w przeszłości, takie tendencje widać i dzisiaj.

Niezmienne jest i to, że młodzieżowy socjolekt nie wszystkim się podoba.

– Sztuka nie polega na tym, aby młodym ludziom tego języka zakazywać ani ich za to karcić, tylko nauczyć dobierania sposobu mówienia do sytuacji, tak by dysponowali kilkoma repertuarami: jednym dla kolegi, drugim dla babci, trzecim dla nauczyciela – podkreśla Katarzyna Czarnecka. – Jeżeli to zaniedbamy na poziomie szkoły, a trochę też domu, to mamy problem. Wtedy język z natury rzeczy będzie uboższy, nieprecyzyjny, czasem śmieszny, a czasem skandalicznie niestosowny.

Gros sztubackich wyrażeń sprzed kilkudziesięciu lat dzisiaj już nie żyje. Dużo jednak przetrwało próbę czasu; niektóre przeszły do języka potocznego, a nawet oficjalnej polszczyzny. Można się zżymać na takie czy inne odzywki, ale nie zmienia to faktu, że dla współczesnych 40- i 50-latków stanowią one dziś też cząstkę wspomnień o czasach ich młodości. Czasach niby nie tak odległych, mimo wszystko trochę innych niż te obecne.

SŁOWNIK BYŁEJ MŁODZIEŻY

Wybrane terminy i powiedzonka sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu lat

  • bajerancki – ładny, efektowny
  • brecht – śmiech
  • cudzesy – cudze papierosy
  • czacha dymi – ból głowy
  • czerstwy (także: denny, drętwy, kijowy) – brzydki, nudny, banalny
  • „daj” to chiński sprzedawca jaj – reakcja na żądanie, w którym brak słowa „proszę”
  • glutnąć – splunąć
  • gul mu skoczył – o kimś, kto się zdenerwował
  • jak bonie dydy (także: jak bum cyk cyk) – słowo daję, naprawdę
  • jeny – słowo wyrażające zachwyt, zdziwienie
  • kabel (kablarz) – skarżypyta, donosiciel
  • kradziej – złodziej
  • kto cię słucha, babcia głucha – przestań mówić
  • która na osi – pytanie o godzinę
  • kur Warszawa nie hoduje, ale jaja eksportuje – fraza zastępująca przekleństwo
  • lala, bucik ci się rozwala – zaczepka
  • lampa – upał
  • lutnąć – uderzyć
  • łoś – półgłówek, naiwniak, nieudacznik
  • miał trudne dzieciństwo: żelazne zabawki, bomba w kołysce – o kimś, kto dziwnie się zachowuje, wygaduje głupstwa
  • minuta osiem – krótka chwila
  • nakarmić raka – zapalić papierosa
  • nie dziękuj, w polu odrobisz – kpiąca reakcja na słowa podziękowania
  • nie pogadasz – wyraz uznania albo drwina
  • obora – wstyd, nieprzyjemna sytuacja
  • obstawić – zostawić
  • paker – osiłek, człowiek dobrze zbudowany
  • peniać – bać się, panikować
  • przychlast – wyzwisko
  • są ludzie i parapety – wyraz dezaprobaty dla czyjegoś zachowania, dosłownie: są ludzie mądrzy i głupi
  • schabowe – papierosy „Popularne”
  • sępić – prosić, błagać
  • siwy dym – bójka, zamieszanie
  • skroić – ukraść
  • spaślak – otyły człowiek
  • spodzień – spodnie
  • strit – kiepski wzrok, zez
  • styknie – wystarczy
  • tegować – robić coś
  • turlaj beret (także: weź się) – odczep się, daj mi spokój
  • walnąć jak łysy grzywką o kant stołu – powiedzieć coś niemądrego
  • wsiur – wyzwisko albo ktoś ze wsi
  • wystroił się jak szczur na otwarcie kanału – ironicznie o czyimś ubiorze
  • zagramaniczny – zagraniczny”

Posiłkowałem się „Słownikiem gwary uczniowskiej”, opracowanym przez Katarzynę Czarnecką i Halinę Zgółkową (Poznań 1991).

Gotowanie nie na ekranie!

Jeść coś trzeba, bo nasze organizmy potrzebują paliwa, aby funkcjonować.

Mąż kupił dwa, młode kabaczki, z których latem lubimy gotować leczo z dodatkami.

Takie małe – pewnie hodowane w szklarni zrobiłam   jako dodatek do kanapek i tak:

  • na dno małego garnka wlałam z 4 łyżki oliwy,
  • dodałam łyżeczkę jarzynki,
  • dodałam dwa zmiażdżone, duże ząbki czosnku,
  • następnie pokroiłam kabaczki w dość grube talarki,
  • obtoczyłam je w tej marynacie i wstawiłam do lodówki na noc, aby przeszły aromatem czosnku!
  • na drugi dzień grillowałam je w opiekaczu.

Takie talarki opieczone na brązowo na patelni, czy też w opiekaczu można stosować na kanapki z wędliną, albo z ugotowanym jajkiem na twardo, a także z keczupem.

Cd. – niżej!

Obraz może zawierać: jedzenie

Oglądałam w telewizji „Seksi kuchnię Magdy Gessler”, która na ekranie pokazywała jak zrobić zimne nóżki w galarecie.

Wydaje mi się, że ja robiąc to danie oszczędzam gaz, gdyż ona wpakowała wszystko do dużego gara i gotowała to wszystko 5 godzin.

Ja sobie radzę inaczej, gdyż gotuję nogi wieprzowe i inne mięso w szybkowarze i po godzinie mięso odpada od kości, a więc tego gazu zużywam dużo mniej, a więc:

  • wkładam do szybkowara dwie nogi i dowolny gatunek mięsa,
  • dodaję 4 liście laurowe i kilka ziaren ziela angielskiego,
  • dodaję łyżkę jarzynki i zalewam wodą  tak, aby przykryć mięso,
  • wstawiam na gaz szybkowar i gotuję to wszystko godzinę,
  • kiedy się ugotuje i ostygnie palcami rozrywam mięso do miski,
  • przecedzam rosół do mięsa i dodaję ugotowaną marchewkę, groszek i kukurydzę ze słoika, a także dodaję 3 duże ząbki czosnku i porządnie mieszam.

Do takiej galarety można dodać także ugotowane jajka na twardo pokrojone w plastry i np. posiekaną natkę pietruszki.

Może macie inne sposoby na galaretę, którą warto jeść, gdyż ma w sobie dużo kolagenu, który jest świetny na zmarszczki i tak piszę z okazji Dnia Kobiet!

Magda Gessler powiedziała, że taka galareta u mężczyzny sprawia, że korzeń płonie! 😀

Pewnie wypróbowała na Waldemarze – [żart].

Znalezione obrazy dla zapytania: galareta z nóżek

 

Znalezione obrazy dla zapytania: seksi kuchniia gessler galareta

Gotowanie nie na ekranie i opowiadanie!

Prawie codziennie zastanawiamy się, co będzie dziś na obiad.

Jakże często kombinujemy, co by tu ugotować tak, aby było zdrowo, tanio i szybko!

I u mnie w domu tak jest i dziś wpadłam na pomysł do powrotu do młodości, kiedy to na biwakach w szybkowarze gotowaliśmy danie jednogarnkowe!

W kuchni były ziemniaki i dokupiliśmy pozostałe produkty i wyszło nam z tego coś smacznego i tak:

  • obrałam 6 średnich ziemniaków, które pokroiłam w talarki,
  • potem pokroiłam kawałek wieprzowiny i boczku,
  • obrałam 6 sporych marchewek, średni seler, por, korzeń pietruszki i też pokroiłam w talarki, a także posiekałam kawałek białej kapusty,
  • dodałam też słoik fasoli w sosie pomidorowym,
  • dodałam też trochę samego sosu pomidorowego,
  • włożyłam wszystko do szybkowaru i na wierzch dodałam zieloną, posiekaną pietruszkę, oraz posiekaną cebulę.
  • wszystko zalałam wodą – nie za dużo i tak mi się to pitrasiło 40 minut!

W szybkowarze wszystkie wydobyte smaki sprawiły, że ugotowała mi się prawie zupa węgierska.

Często jest tak, że w naszych lodówkach są produkty i nie wiemy czasami, co z tym zrobić, a więc polecam taką kombinację, bo wszyło danie sycące i smaczne.

A teraz opowiadanie:

Aby nie zgubić po drodze miłości!

To już ponad trzydzieści lat po ślubie, pomyślała i spojrzała nieśmiało na siebie w lustro.
Był wieczór, taki niby jak zawsze, kiedy wieczorem każde z nich szło do swojego pokoju na odpoczynek po całym dniu.
– O nie, nie może być tak zawsze, do końca życia i poszła do łazienki wziąć wieczorny prysznic.
Ubrała najpiękniejszą koszulę, ułożyła włosy i zrobiła delikatny makijaż.
Spojrzała ponownie na siebie w lustro i stwierdziła, że jest jeszcze fajnie  i  podobała się sobie.
Wzięła głęboki oddech i weszła do pokoju męża, który czytał w łóżku gazetę.
Spojrzał na nią od niechcenia i nie zauważył jej pragnienia w oczach, a zarazem ogromnego zażenowania.
Stanęła w progu z oczekiwaniem, że zaprosi ją do wspólnego łoża i po prostu przytuli.
– Chciałaś coś, coś się stało, tylko takie pytanie usłyszała, rzucone z za gazety.
– Nie, nic się nie stało i wycofała się do swojego pokoju, zakrywając załzawioną twarz.
Położyła się w swoim pokoju, pełna tęsknoty za tamtymi latami, kiedy kochali się namiętnie i prawdziwie, a tu już od czterech lat, żyjąc pod jednym dachem, w pięknym mieszkaniu czuje się coraz bardziej samotna i pomyślała, że chyba wszystko się już wypaliło i nic ją nie czeka.
Tak bardzo go kocha, a mimo to nie potrafi mu opowiedzieć, co czuje, co ją uwiera i do czego tak bardzo jeszcze tęskni.
Codzienna rutyna ją zabijała i coraz bardziej czuła się odepchnięta przez swojego kochanego mężczyznę.
O poranku usmażyła kolejny raz mężowi jajko na bekonie, po czym on wychodził do pracy na długie godziny, bez pocałunku i bez grama czułości.
Gdzieś te wszystkie uczucia się zagubiły i to ją okropnie uwierało.
Nie mogła się pogodzić, że być może on już jej nie kocha i go ani troszeczkę nie pociąga.
Przecież nie może tak dalej żyć, wśród niedomówień i wstydu za czułością, delikatnym dotknięciem, przelotnym pocałunkiem, a o seksie nie wspominając.
Nie może tak być i postanowiła poszukać specjalisty, który pomoże jej odnaleźć się w zaistniałej sytuacji.
Ktoś kto pobudzi ich dwoje do powrotu do siebie, bądź odrzucenia bez względu na wyniki terapii.
Musi to wiedzieć, co między nimi jest jeszcze do ocalenia. Odda każdy grosz, aby ratować swoje małżeństwo, które po odejściu dzieci z domu, stało się skostniałe, jakby go nie było.
Było by jej łatwiej, gdyby ją opuścił i czułaby się mniej samotna, niż obok niego, który zamknął się w świecie swoich zajęć i rutyny.
Gdyby zechciał jej się zwierzyć z tego, czy ma jeszcze jakieś oczekiwania i pragnienia. Nie wiedziała o nim nic właściwie i chciała przy pomocy specjalisty na nowo go poznać i rozszyfrować.
Postawiła wszystko na jedną kartę, bo albo się rozstaną, albo na nowo się do siebie zbliżą w oparach nowej namiętności.
Każda kobieta wychodząc za mąż ma swoje oczekiwania i pragnienia.
Każda z nas chce być pożądana przez swojego mężczyznę wybranego spośród miliona innych.
Wychodzimy za mąż, budujemy gniazdo rodzinne, rodzimy dzieci, pracujemy i tak nam ucieka wiele lat.
Nie zauważamy, że obok żyje z nami drugi człowiek, który także ma swoje fantazje i pragnienia.
Jakże często nie rozmawiamy na te tematy, bo wstydzimy się ujawniać nasze najskrytsze pragnienia.
Mijają lata, dzieci odchodzą z domu i nie potrafimy cieszyć się tą wolnością, przestrzenią, która jest niespodziewanie nam dana.
Codzienne czynności, codzienne przyzwyczajenia zatracają w nas potrzebę bliskości. Dochodzi do tego także zmiana naszego wyglądu, dodatkowych kilogramów, posiwiałych włosów.
To wszystko oddala nas od bliskich spotkań w sypialni, ponieważ szybko przekreślamy swoją atrakcyjność.
Rezygnujemy z bliskości, obawiając się odrzucenia. Spoglądamy na siebie w lustro i stwierdzamy, że nie powinniśmy już domagać się seksu, przytuleń, pocałunków. Oddalamy od siebie swoje pragnienia, choć pojawiają się nie raz.
Ktoś to wszystko źle urządził, ponieważ kiedy mamy tak wiele czasu na bliskość, odrzucamy ją niejednokrotnie, wstydząc się swoich myśli, a co dopiero rozmawiać o tym z kochanym partnerem i dopóki ktoś z tych dwojga nie przerwie tego przeklętego milczenia, poczujemy nagle, że omija nas jeszcze coś bardzo ważnego w życiu.
Omija nas szczęście jakie może dać nam bliska i kochana osoba.
Jak to zmienić? Trzeba rozmawiać, a jeśli się nie udaje, trzeba poszukać rady dobrego psychologa, aby nam pomógł przełamać te lody, bo szkoda czasu, ostatniego czasu na miłość.
PS. Moja bohaterka wygrała, bo mąż zgodził się na terapię i jej determinacja sprawiła, że zostały pokonane wewnętrzne obawy przed bliskością, bo sobie założyła, że jeśli on kocha, to do niej mentalnie i fizycznie wróci i poświęci jej jeszcze nie jedną upojną noc.

 

Znalezione obrazy dla zapytania: szbkowar

Obraz może zawierać: jedzenie

Znalezione obrazy dla zapytania: seks ludzi starszych

Jedenaste przykazanie – Nie bądźcie obojętni – Marian Turski!

Mam w swojej małej kuchni sporą torbę, w której trzymam słoiki większe i mniejsze, a  także plastikowe pojemniki, a dlaczego, to napiszę później!

Najpierw napiszę o tym, co ugotowałam z tego, co miałam w lodówce!

Miałam pół główki białej kapusty, marchew, cebulę, a w pojemniku ziemniaki.

Nie miałam pomysłu na obiad, a więc wykorzystałam te składniki, by ugotować zupę krem, którą uwielbiamy od czasu do czasu!

  • na oleju podsmażyłam cebulę pokrojoną w piórka i pokrojone, obrane 4 ziemniaki,
  • do tego dodałam talarki marchewki i tak chwilę to smażyłam,
  • dodałam łyżkę jarzynki, odrobinę kminku, soli, pieprzu i to zalałam niewielką ilością wody,
  • na koniec dodałam posiekaną kapustę i tak mi się to pitrasiło pół godziny!

Kiedy warzywa były miękkie, to wszystko zmiksowałam i tak oto powstała pyszna, pożywna zupa podana z przysmażonym, pokrojonym w kostkę chlebem na suchej patelni.

Taką zupę można ugotować z każdego warzywa, bo z pomidora, cukinii, kabaczka, pora itp.

A teraz wrócę do słoików i pojemników, bo na co to trzymam?

Pamiętam, że kiedy byłam młodą kobietą ,mającą dwoje dzieci, to w czasie wakacji, kiedy ja musiałam biegać do pracy, to moimi dziećmi opiekowała się moja Teściowa.

Zawsze miała doskonałe podejście do dzieci i co najważniejsze gotowała dla dzieciaków obiady!

Nie musiałam się martwić, że dzieci są głodne i nie dopilnowane i za to zawsze będę jej wdzięczna!

Nie wiadomo kiedy minęło ponad 40 lat i mama mojego Męża stała się osobą nie radzącą sobie!

Już nie gotuje dla siebie, a Mąż codziennie robi jej zakupy i pilnuje, aby brała regularnie leki, a także  wozi po lekarzach na spółkę z bratem.

Staram się dawać jej zupy w słoikach, bo łatwiej jest jej to sobie podgrzać!

Cieszę się, że mogę się tak po latach odwdzięczyć, choć ubolewam, że pamięć jej już mocno szwankuje!

Słoiki i pojemniki przydają się także, kiedy szykuję posiłek dla naszego, chorego na raka sąsiada.

 

Znalezione obrazy dla zapytania: zupa krem kalinaxa

Mam na rydza smaczek!

Obraz może zawierać: jedzenie

 

Mam na rydza smaczek!

Niedawno na blogu pokazałam zdjęcie grzybów jakie zebrał mój Zięć i ktoś mu zarzucił, że powinien tymi grzybami podzielić się z teściami.

Okazuje się, że Zięć się dzieli, dzieli i to jakimi grzybami, bo są to rydze – najsmaczniejsze grzyby w polskich lasach.

Rydze są tajemnicze i nie wszędzie rosną i nie każdy może na nie trafić.

Ludzie, którzy znają takie miejsca nie dzielą się z innym grzybiarzami i co roku jeżdżą w te miejsca i koszą.

Rydze mają niesamowity smak i tak jak kanie można je tylko posolić i usmażyć na maśle, a wówczas kotlety schabowe niech się chowają.

Warto je zbierać i jeść, ponieważ mają walory także odżywcze:

Czy warto jeść rydze?

„Wartość odżywcza rydzów skumulowana jest w kapeluszach, które zawierają witaminy: A, B1, B2, C, D, PP i E. Zawiera także całkiem sporo soli mineralnych: żelazo, cynk, potas, jod, siarka, wapń, miedź, mangan i fluor.
Rydze w 90% składają się z wody, pozostałe 10% to białka, węglowodany i tłuszcze. Są niskokaloryczne – 100 g świeżych rydzów to tylko 40 kcal.”

http://beszamel.se.pl/grzyby/mleczaj-rydz-jakie-wartosci-odzywcze-maja-rydze-jak-przyrzadzic-rydze,17990/

Na zdjęciu moim nie widać, ale Zięć podarował nam w przybliżeniu 1 kilogram tego grzyba, a ja zrobiłam z tej porcji sos z rydzem w tle i miałam w lodówce kilka kani!

Rydz i kania lubią masło, a więc zrobiłam tak:

  • grzyby oczyściłam i lekko przepłukałam na sicie, a potem osuszyłam papierowym ręcznikiem.
  • w tym czasie na dno garnka dodałam łyżkę masła i następnie na maśle podsmażyłam pokrojoną w kostkę dużą cebulę i dwa przeciśnięte przez praskę  ząbki czosnku,
  • do tego dodałam listek laurowy i dwa ziela angielskie i dodałam łyżeczkę warzywka,
  • w tym czasie pokroiłam grzyby w słupki i to dodałam do zeszklonej cebuli,
  • cały czas mieszałam, aż grzyby pod wpływem ciepła puściły swój smakowity sos i dodałam pieprz oczywiście,
  • na koniec dodałam łyżkę gęstej śmietany i gotowe.

Jutro ugotuję do mojego sosu ziemniaki bo się dobrze komponują z sosem grzybowym.

Jeśli komuś nie chce się bawić z sosem, to po prostu można rzucić posolone rydze, czy kanie i je usmażyć na maśle.

Był sobie raz zielony las,
a w lesie jakby nigdy nic,
w zielonej chustce na jednej nóżce,
stał Sobie Rudy Rydz,
O Rudy Rudy Rudy Rydz,
jaka piękna sztuka!
Rudy Rudy Rudy Rydz,
a ja rydzów szukam.
Autorzy utworu: Bogusław Klimczuk

To i owo w mojej codzienności!

 

Obraz może zawierać: na zewnątrz, woda i przyroda

Powyższe zdjęcie, to zdjęcie mojego miasta wieczorową porą.

Nie jest to moje zdjęcie, gdyż ja nie posiadam drona. Zostało udostępnione ze strony poświęconej mojemu  miastu!

Zawsze piszę, że mieszkam w pięknym miejscu, którego ozdobą jest jezioro znajdujące się w środku  miasta.

A teraz coś na żołądek!

Mąż kupił sporą, wędzoną makrelę i poprosił abym zrobiła z niej pastę na chleb.

Zrobiłam tak:

  • makrelę obrałam ze skóry i ości i przepuściłam mięso rybie przez starą maszynkę, której się nie pozbywam,
  • pół cebuli też zmieliłam i  dodałam do makreli.
  • następnie wcisnęłam duży ząbek czosnku,
  • dodałam także drobno pokrojony ogórek odciśnięty z octu – konserwowy, a także dwa jajka ugotowane na twardo – drobno posiekane,
  • doprawiłam łyżką majonezu i ketchupu, a na koniec dodałam łyżeczkę musztardy i sporo pieprzu.

Pasta wyszła bardzo dobra – taka na śniadanie i kolację.

Każdy może sobie sam wymyślić przepis i dodawać składniki po swojemu, bo np. paprykę konserwową, albo suszone pomidory i zieleninę!

Poniższe zdjęcie jest z sieci, gdyż zapomniałam zrobić swoje!

Kochani za dwa tygodnie idziemy do Wyborów!

Jest w Polsce miliony ludzi, którzy zagłosują na PiS i nie ma się co łudzić, że Polacy zmądrzeli przez te 4 lata demolki i tu podaję przykład:

Joanna Kluzik Rostkowska w terenie rozmawia z ludem i:

„Przedziwna rozmowa dzisiaj na targu w Kozienicach. „Głosuję na PiS, bo PiS mi dużo dał”. Czyli? „13-tkę”. Ok, ale była jednorazowa. „No tak, ale 14 obiecali… zaraz, ale jak nie będzie „13”? Co jeszcze? „Bezpłatne leki, ale akurat te które biorę są płatne”. Co jeszcze? Cisza..”

Znalezione obrazy dla zapytania pasta z makreli

Między kuchnią, a polityką!

Obraz może zawierać: drzewo, roślina, niebo, na zewnątrz i przyroda

Odchodzi pomału lato!

W domu dość zimno,  więc ogrzewamy się kominkiem i chciałoby się lato zatrzymać, ale się nie da.

Być może będą jeszcze cudowne, ciepłe i słoneczne dni, ale powoli będzie ich coraz mniej.

I dlatego na początek wpisu osadzę wiersz:

Koniec lata

Odchodzi lato, ulotnie przemija, dzień kurcząc,
jak dziecięcy sweterek, który nie wystarcza,
nie grzeje! porankiem leniwym ziewa, snując:
mgły po ścierniskach, babie lato w parkach.

w sadach, jak na paradzie, owoc dojrzewa
zdobiąc ociężałe konary drzew, jakby dźwigały
wszystkie grzechy tego świata, słodko omdlewa
śliwa, oddając z wolna swój bagaż, wspaniały.

szkoda lata, mimo, że słońcem zwodzi wrzesień
i przedwieczornym, dźwięcznym cykad graniem.
przyroda zmieniając szatę, godzi się na jesień
i na nic tu nasze żale, niemy bunt, biadanie.

krajobrazy w kolorach, od spłowiałej zieleni toną,
po żółcie, winobluszczu szkarłat mieni się w rosie,
tylko patrzeć, jak wszystko zacznie płonąć
intensywnie purpurą, na jesiennym stosie.

Zofia Szydzik

Znowu napiszę o gotowaniu, ponieważ aby żyć, to trzeba jeść.

Mąż zakupił mi za dużo warzyw i byłoby zbrodnią je zmarnować.

Ugotowałam najprostszą zupę na chłodną u mnie sobotę!

Moja zupa, to zupa krem z przewagą marchewki!

Marchewki po wyglądzie pochodzą z działki bez nawozów i nie były doskonałe, jak te modyfikowane.

A więc zabrałam się do gotowania.

A co trzeba, to napiszę – ja amatorka od zupy krem.

  • na dnie garnka podsmażyłam na rozgrzanym oleju pokrojoną w kostkę cebulę i dwa posiekane ząbki czosnku,
  • dodałam do cebuli łyżkę warzywka zamiast soli,
  • następnie dodałam obraną,  pokrojoną w kostkę marchew – pięć dużych sztuk,
  • dodałam posiekaną ćwiartkę kapusty młodej i dwa obrane ziemniaki,
  • dodałam także mały, obrany kabaczek, a także kilka pomidorów koktajlowych i to z cebulą podsmażyłam,
  • w czajniku zagotowałam 1,5 litra wody i zalałam nią warzywa i dodałam kostkę rosołową,
  • kiedy warzywa się ugotowały, dodałam sporą garść zielonej pietruchy i kopru,
  • odstawiłam do lekkiego wystygnięcia i wszystko przepuściłam przez mikser do uzyskania gęstej, aromatycznej zupy, a na koniec dodałam pieprz mielony,
  • Mąż usmażył na suchej patelni chleb pokrojony w kostkę – trochę przypalił.

Zupę nalewa się do miseczki i należy dodać kleks śmietany i posypuje się uprażonym chlebem – pycha wychodzi i taka zupa rozgrzewa.

Między kuchnią, a telewizorem coś mi umknęło z przemówienia Kaczyńskiego, co jest bardzo groźne.

Oglądając jednak FpF, które prowadziła Kolęda – Zalewska dowiedziałam się, że Kaczyński ma chrapkę na media prywatne i marzy mu się, aby dziennikarzy zamknąć w jakimś stowarzyszeniu, aby im zamknąć buzie i wywalać z zawodu!

Mało mu swojej propagandowej telewizji i szykuje zamach, aby prezesem tego stowarzyszenia był jego człowiek, a niepokornych dziennikarzy będą wsadzali do ciupy!

Ludzie – idźcie na wybory, bo zrobią z nami wszystko, co najgorsze i zamkną nam gęby, bo tak sobie zamarzył kanclerz tego kraju!

Musimy walczyć o WOLNOŚĆ i DEMOKRACJĘ

Kaczyński jest obłąkany i ci, co mu klaszczą też są obłąkani!
Powinien coś o tym napisać dobry psychiatra!

Już nie ma „Czarnych parasolek”.
Już nie ma „Białych róż”.
Na wszystko się zgadzamy i urządzamy się
w dyktaturze!

Obraz może zawierać: jedzenie

Obraz może zawierać: jedzenie

Ziemniaki i polityka!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

Uwielbiam ziemniaki pod każdą postacią i zawsze tak miałam, choć z tego powodu są spięcia z Mężem, bo On jest makaroniarzem!

Musimy jakoś w temacie iść na kompromis! 😀

W mojej klatce mieszka młody człowiek z rodziną – świetny kucharz i raz nas poczęstował ziemniakami pieczonymi w piekarniku – pycha.

Takie ziemniaki można kupić gotowe w marketach, ale dlaczego nie zrobić sobie ich samemu, a więc:

  • włączyłam piekarnik na 180 stopni i włączyłam na termoobieg,
  • blachę wyłożyłam papierem do pieczenia,
  • 1,5 kg ziemniaków (średniej wielkości) wyszorowałam porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą, a potem pokroiłam je na ćwiartki,
  • do większej miski wlałam kilka łyżek oleju i dodałam ząbek czosnku,  mieszankę ziołową do grilla, oraz sól i pieprz i to porządnie wymieszałam,
  • do tej mieszanki dodałam pokrojone ziemniaki i także je obtoczyłam, aby zioła oblepiły ziemniaki,
  • potem zostaje tylko ułożenie cząstek ziemniaków na brytfance i do pieca na jedną godzinę,
  • ziemniaki układamy skórką do góry, aby się fajnie przyrumieniła i wychodzi mniam, mniam!

Upieczone tak ziemniaki można jeść prosto z blachy, ale także z katchupem, czy majonezem.

Można także zjeść z sosem i jakimś mięskiem oraz surówką!

Obraz może zawierać: jedzenie

A teraz trochę polityki jak zwykle, bo mimo wszystko ona mnie interesuje, choć ze złości często gryzę pazury!

Chyba w żadnym ustroju w naszym kraju nie było tyle draństwa, że hejterzy atakują najważniejszą w Państwie instytucję jaką jest sądownictwo.

Takiej zgnilizny dawno nie było w tym kraju, kiedy alkoholiczka w porozumieniu z innymi sędziami postanowiła zaatakować ludzi z zawodu – przyzwoitych!

Mam nadzieję, że MałaEmi kiedyś odpowie za to prawnie, kiedy opozycja ogarnie sądownictwo i przywróci ją na literę prawa!

Komu będzie się chciało przebrnąć przez poniższy tekst, to się dowie jakie szambo wybiło w Polsce za przyzwoleniem Prokuratora Generalnego – Ziobry!

MałaEmi sypie:

– Atakowałam sędziów, których nazywaliśmy lewackimi, których chciano się w ministerstwie pozbyć albo ich zdyskredytować, bo nie popierali reformy sądownictwa i dobrej zmiany. Dostawałam za to pochwały od wiceministra Łukasza Piebiaka – mówi w szczerej rozmowie z „Wyborczą” Emilia Szmydt, internetowa hejterka o pseudonimie „mała Emi”

Agnieszka Kublik: Od czego zaczęła się pani współpraca z wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem?

Emilia Szmydt: W 2016 r. mój mąż Tomasz zajmował się w Ministerstwie Sprawiedliwości reprywatyzacją. Ale bardzo źle mu się współpracowało z sędzią Kamilem Zaradkiewiczem. Gdy po pół roku kończyła mu się delegacja do resortu, spotkał któregoś dnia na korytarzu kolegę ze studiów Macieja Miterę, dziś rzecznika nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Mąż nie chciał zostać w wydziale reprywatyzacyjnym i poprosił Miterę, by pomógł mu przenieść się do innego wydziału. Maciek powiedział, że się postara.

Mąż przeniósł się do wydziału administracyjnego. I wtedy poznał mnie z Kubą Iwańcem w knajpie niedaleko ministerstwa. Działam na Twitterze i zaczęliśmy rozmawiać o współpracy – czy mogłabym im pomóc w mediach społecznościowych.

Ministra Piebiaka osobiście poznałam parę miesięcy później na imprezie u jednego z sędziów w wynajętym służbowym mieszkaniu. To była zwykła popijawa.

Już wtedy współpracowała pani z Iwańcem?
– Tak, dosyć intensywnie, tylko niespecjalnie się dogadywaliśmy. Mam ciężki charakter, on również. Koło kwietnia 2018 r. poznałam sędziego Arkadiusza Cichockiego, bo na „Kaście” chłopaki zauważyły, że coś się z nim dzieje niedobrego, że się poddaje – i miałam go wesprzeć.

Na „Kaście”, czyli?
– Na zamkniętej grupie „Kasta” na komunikatorze WhatsApp.

Dlaczego panią poproszono, by wspomóc nieznanego sobie sędziego?
– Bo wcześniej chłopaki z „Kasty” poprosili mnie o interwencję w sprawie sędziego Rafała Stasikowskiego [za rządów PiS w ciągu kilkunastu miesięcy awansował z sądu rejonowego do Naczelnego Sądu Administracyjnego, wskazała go tam neo-KRS]. W międzyczasie dostał od ministra Ziobry stanowisko prezesa Sądu Okręgowego w Katowicach. I jakoś tam go mobilizowałam. Więc później, jak coś się zaczęło dziać z Arkiem, również zasugerowano mi taką pomoc.

Czy sędzia Iwaniec powiedział, czego od pani oczekuje?
– Pierwsza rozmowa była ogólna: że potrzebne jest wsparcie dla ministerstwa, dla nowych sędziów, dla nowej KRS. Pytał mnie o pomysły, jak można wykorzystać moje konto na Twitterze i co można ogólnie zrobić, by poprawić PR Ministerstwa Sprawiedliwości, nowych sędziów itd. Potem kazano mi zainstalować konta na WhatsAppie i na Signalu, dostałam numery do chłopaków i informacje do rozprowadzania w internecie.

Na początku od Jakuba Iwańca. Rozmawialiśmy, jaki temat trzeba poruszyć, kogo z nowych sędziów wesprzeć, z kim się zaprzyjaźnić. Na zasadzie, że wspieramy sędziów „dobrej zmiany”, że ten sędzia jest fajny, a tego trzeba załatwić. Takie wpisy wrzucałam na Twittera. Robiłam też banery dla nowej KRS.

Na początku była taka akcja, że wysyłaliśmy SMS-y do sędziego Bartłomieja Przymusińskiego ze stowarzyszenia Iustitia. Dostaliśmy wszyscy jego numer telefonu i przekaz, że jest złym człowiekiem, że nie działa dla Polski. Gdzieś go zachowałam.

SKŁAD GRUPY „KASTA”
„My”?
– No, cała nasza grupa. Mnie nie było w grupie „Kasta” na WhatsAppie, ale wiem, co tam się działo, bo dostawałam niektóre screeny z rozmów od sędziego Cichockiego lub czytałam je w telefonie męża, który sam mi je pokazywał.

Mąż był w grupie „Kasta”.
– Był.

Kto jeszcze?
– Sędzia Wytrykowski, sędzia Radzik, sędzia Mitera, sędzia Lasota, Kuba Iwaniec, Arkadiusz Cichocki, sędzia Dudzicz, no i minister Piebiak. Miałam do nich numery telefonów. Jak coś się działo, to do mnie pisali czy dzwonili, że trzeba np. wysłać donos na jakiegoś sędziego.

Kontaktowaliście się na WhatsAppie i na Signalu, żeby was nie namierzono?
– Tak byliśmy umówieni. Na początku współpraca miała polegać na wsparciu dla nowej KRS i nowych sędziów. A potem przyszła pierwsza prośba o hejt, potem kolejne. To nie było polecenie wprost, że masz zhejtować tego i tego. Tylko: słuchaj, mamy sprawę, np. sędzi Przeczek. Dostałam na nią dokumenty i miałam coś z tym zrobić. Czyli albo zainteresować dziennikarzy, z którymi współpracowałam, albo publikować coś sama, albo zrobić i to, i to.

Jakie dokumenty pani dostawała?
– Choćby ze sprawy dyscyplinarnej. Była lista sędziów i prawników, którzy wiosną 2018 r. pojechali do Brukseli na spotkanie z Komisją Europejską, z wiceprzewodniczącym Timmermansem. Przeważnie były to dokumenty ze stemplami i ręcznymi uwagami, np. ministra Piebiaka, w żaden sposób nie zamazane.

Często wysyłałam je do dziennikarzy bez tych stempli i podpisów, a później ktoś potwierdzał te dokumenty. Na przykład Wojtek mnie dopytywał.

Wojtek to kto?
– Wojciech Biedroń z portalu wPolityce.pl [braci Karnowskich]. Pytał o oryginał. Więc dzwoniłam albo pisałam, że potrzebuję takiego i takiego potwierdzenia.

Do kogo pani dzwoniła?
– Do któregoś z chłopaków z grupy, np. do Kuby. On mówił, że musi spytać. Potem informował: dobra, masz zgodę, żeby udostępnić oryginał, ale on nie może tego pokazać.

Kogo Kuba pytał?
– Wydaje mi się, że wiceministra Piebiaka, bo on wyrażał zgodę na większe akcje. No i on mi za nie dziękował.

Często pani dostawała dokumenty z postępowań dyscyplinarnych, z prokuratury, z sądu?
– Później, jak współpraca się rozkręciła, sporo. Jak dostawałam dokumenty, zawsze je wykorzystywałam – pojawiał się wpis w internecie albo artykuł w mediach.

Miała pani wolną rękę, jak je wykorzystać?
– Tak. Mogłam zrobić z tym, co chciałam.

„Chłopaki” miały do pani zaufanie?
– O tak. Wiedzieli, że bardzo mi zależy na karierze męża. Kuba mi obiecał, że Tomek zostanie w ministerstwie i albo awansuje, albo dostanie delegację do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Dlatego tak mocno o to walczyłam.

Tylko za obietnicę awansu dla męża? Bez etatu, bez pensji?
– Tak. W którymś momencie dostałam nawet wprost zapewnienie od Kuby. I zapewnienie od Łukasza [Piebiaka], kiedy z mężem popsuły nam się stosunki. Prosiłam go, by moje sprawy nie wpłynęły na karierę Tomka. Łukasz mi odpisał, że to nie ma żadnego znaczenia, bo oni razem walczą o dobrą Polskę.

I załatwiła pani awans mężowi.
– Tak, został dyrektorem prawnym w KRS i dostał delegację do NSA. Były z tym jakieś problemy, bo mąż miał dostać inne stanowisko, ale pan Mazur się nie zgodził.

Mąż wyłącznie pani zawdzięcza ten awans?
– Nie tylko mnie. Nie jest złym sędzią ani złym człowiekiem. Ciężko pracował na to, myślę, że to wspólne nasze dzieło.

Wiedział dokładnie, co pani robi w mediach społecznościwych wspólnie z Piebiakiem i Iwańcem? O tym, że hejtujecie sędziów?
– O tak. I pomagał mi. Jak np. nie wiedziałam, jak coś napisać, bo nie jestem prawnikiem, to często konsultowałam się z mężem. Doradzał mi, jak coś poprawnie sformułować.

POCHWAŁY OD PIEBIAKA
Kto pani jeszcze przekazywał dokumenty?
– Tylko dwie osoby: Kuba i Arek, czyli sędzia Cichocki.

Piebiak?
– Nie, on nie, od tego miał Kubę. Miałam tylko zgodę Łukasza, że mogę je gdzieś puścić dalej.

Kto panią nakłaniał do ataku na pierwszą prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf?
– To sędzia Wytrykowski wymyślił na WhatsAppie [rzucił pomysł wysyłania pocztówek z hasłem „Wypier…j”]. Dostałam screena rozmów od Arka o tym pomyśle, więc wiedziałam, że mam coś z tym zrobić. Od Kuby dostawałam też instrukcje takie jak: słuchaj, atakujemy sędzię Przeczek albo sędziego, który jechał pod wpływem alkoholu. A od Łukasza pochwały po jakiś konkretnych akcjach.

Dużo ich było?
– Trochę. Czułam wtedy, że robię coś dobrego. No bo jeżeli chwali mnie sam wiceminister, że akcja wyszła super – a widać to było też po liczbie kliknięć w tweet, potrafiły dochodzić do 98 tys. – to sprawiało mi to radość. Wiedziałam, że będzie to dobrze dla Tomka i dla sprawy.

Jakie środowisko miała pani atakować?
– Sędziów, których między nami nazywaliśmy lewackimi. Były to osoby, których chciano się w ministerstwie pozbyć albo je zdyskredytować, bo nie popierały reformy sądownictwa i „dobrej zmiany”.

Jeśli jakiś sędzia w mediach krytykował „dobrą zmianę”, to z automatu dla pani był celem?
– Przeważnie tak. Ale i sama wiedziałam, że np. sędzia Żurek jest „zły”, więc trzeba go zaatakować. Nie zastanawiałam się, czy on naprawdę jest zły, po prostu wiedziałam, że tego grupa ode mnie oczekuje. A ja byłam waleczna, walczyłam o Polskę, robiłam coś dobrego – tak mi to chłopaki przedstawiali.

Czyli niektórych sędziów atakowała pani bez prośby Iwańca?
– Tak.

PIEBIAK ZATWIERDZAŁ AKCJE
Kiedy współpraca z Iwańcem zaczęła się psuć?
– Latem 2018 r. Kuba mocno naciskał, żeby nie ujawniać informacji o rzekomej aborcji kochanki sędziego Krystiana Markiewicza, prezesa Iustitii.

Skąd w ogóle pani miała taką informację?
– Od Iwańca. Ponoć kiedyś przyjaźnił się z sędzią Markiewiczem i on sam mu o tym powiedział. Mocno pokłóciliśmy się z Kubą, który twierdził, że sędzia Markiewicz będzie wiedział, że ta informacja jest od niego. A poza tym ta partnerka jest koleżanką – już nie pamiętam, czy wiceministra Piebiaka, czy też jego żony – i że to może nas pogrążyć.

Uważałam, że to nie ma żadnego znaczenia. Bo albo atakujemy wszystkich, którzy są źli, albo nie robimy nic. Spytałam wtedy bezpośrednio wiceministra Piebiaka, czy mogę zadziałać z tą informacją, i on powiedział, że tak.

W tej sprawie współpracował ze mną sędzia Stasikowski. To on zatwierdził mejla, który poszedł do Iustitii z informacją o aborcji. Kilka razy ten tekst poprawiałam, bo to miało być krótkie, konkretne. Później pół nocy drukowałam, bo część poszła listownie. I właśnie wtedy wiceminister zatwierdził akcję, a z Kubą się całkowicie popsuło.

Kto płacił za wysyłanie tych listów, papier, znaczki, koperty?
– Ja.

Za telefony?
– Jeden z tych telefonów, który jest dzisiaj w prokuraturze, należy do mojego męża. Opłacał go z naszych wspólnych pieniędzy.

Miała pani jakieś telefony na karty prepaidowe?
– Nie. Kiedyś poprosiłam Kubę, że przydałby się laptop i telefon, które byłyby odpowiednio zabezpieczone. Ale nie zareagował na te prośby.

Gdy popsuło się z Iwańcem, zaczęła pani w lipcu 2018 r. współpracować z sędzią Cichockim.
– Tak, już wtedy znałam Arkadiusza Cichockiego. Dużo rozmawialiśmy, m.in. o sędziach stanu wojennego, i wymyśliliśmy, by powstała specjalna grupa, która się tym zajmie. Tak go poznałam. Jak miała powstać ta grupa, to spotkaliśmy się w knajpie z trójką prokuratorów, którzy byli potrzebni do wyciągania informacji o sprawach tych sędziów.

Cichocki, jak Iwaniec, przesyłał pani dokumenty i wskazywał cel do oczerniania?
– Arek dogadywał się z Kubą, co ma mi przekazywać.

Piebiak wiedział, dlaczego zerwała pani współpracę z Kubą?
– Tak, wiedział, że pokłóciliśmy się o tę aborcję i o groźby Kuby wobec mnie.

I zatwierdził, że Kubę zastąpi Cichocki?
– Tak, na spotkaniu towarzyskim. Był wiceminister, Arkadiusz Cichocki, sędzia Ireneusz, nazwiska nie pamiętam, gdzieś spod Gliwic. Były dwie panie, których nie kojarzę, mój mąż i dyrektor mojego męża. Podeszłam do Piebiaka i powiedziałam, że jest pomysł takiej grupy, ale że już z Kubą współpracować nie będę. I proponuję, by to Arek zastąpił Kubę. Łukasz powiedział „w porządku”.

DECYZYJNY JEST ZIOBRO
Co „w porządku”? Pomysł specgrupy w sprawie sędziów stanu wojennego?
– Tak, powiedział, że pomysł jest dobry, ale że musi mu to ktoś zatwierdzić, bo on nie jest decyzyjny.

A kto jest?
– Jego szef, Ziobro.

I Ziobro się zgodził?
– Chyba tak. Podjęto nawet uchwałę, że taka grupa powstaje, że będzie się zajmować dyscyplinarkami dla sędziów stanu wojennego. Mieliśmy szukać sędziów, którym nie przedawniły się jeszcze jakieś sprawy, by zrobić im postępowanie dyscyplinarne.

Na początku do tej grupy trafił Arkadiusz, ale między nami powstało uczucie. I wtedy mój mąż postawił warunek, że będzie należał do tej grupy, jeśli nie będzie w niej Arkadiusza. Napisałam w czerwcu zeszłego roku do Piebiaka, że Arkadiusz ma zostać wyrzucony. I wiceminister powiedział, że w porządku. Potem Arkadiusz przyjechał osobiście do ministerstwa i złożył rezygnację. Niby z powodu nadmiaru obowiązków.

W tym zespole dyscyplinarnym zasiadał też Iwaniec. Miała pani wątpliwości, czy może tam być. Dlaczego?
– Uważałam, że na to nie zasługuje, gdy dowiedziałam się o jego sprawie dyscyplinarnej. I poinformowałam o tym wiceministra Piebiaka.

I Iwaniec przestał być członkiem tego zespołu?
– To Ziobro powoływał ten zespół, więc wydaje mi się, że chyba on musiał ostatecznie zdecydować o usunięciu Iwańca.

Wpływowa pani była.
– Przeszłość. Współpraca z Arkadiuszem trwała krótko, to było już w 2018 r. Wdaliśmy się w romans i to jakoś się rozpadło.

Od sędziego Cichockiego, od końca lipca do początku września 2018 r., dostała pani kilka przekazów na 6,5 tys. zł. Za co?
– Czysto osobiste sprawy: na kosmetyczkę, fryzjera. Oprócz tego jedyna rzecz, którą dostałam od chłopaków z „Kasty” – później okazało się, że z inicjatywy Arkadiusza, który już był ze mną blisko – to była ta figurka husarza. I raz były kwiaty.

BYŁAM ICH ŻOŁNIERKĄ
Husarz był od „Herszta” i żołnierzy – taki widniał na nim napis. Dlaczego Piebiaka nazwali „Hersztem”?
– Po prostu chłopaki tak go traktowali. A żołnierze to my, nasza grupa.

Pani też?
– Byłam ich żołnierką. Byłam „Inką” [pseudonim bohaterki niepodległościowego podziemia Danuty Siedzikówny, skazanej na śmierć w procesie w 1946 r.], przynajmniej tak mnie nazywali.

Bo?
– Miałam kiedyś w swoim opisie na Twitterze, że chciałabym na koniec życia powiedzieć jak „Inka”, że zachowałam się jak trzeba.

Zachowała się pani jak trzeba?
– Nie.

Dlaczego?
– Trudno mi odpowiedzieć. Duże znaczenie miała jeszcze wtedy miłość do męża i jego kariera. I przekaz, że tak właśnie trzeba, że to jest dla Polski dobre. Ja w to uwierzyłam. Uwierzyłam, że tamci sędziowie są źli.

Właściwie dlaczego uznała pani, że sędzia Żurek był zły?
– Bo był po przeciwnej stronie. Bo nie popierał reformy sądownictwa, więc musiał być zły. Tak naprawdę prawie w żadnej sprawie nie chodziło o sędziego jako osobę, tylko o to, że nas nie popiera.

Ale pani atakowała konkretne osoby, raniła ich rodziny.
– Wie pani, to jest trochę tak, jak się wpada w spiralę. Zaczyna się od czegoś dobrego, a później się to ciągnie, choć już tak dobre nie jest. Bo tak trzeba. Bo dostaje się za to pochwałę. Bo mąż awansuje. Bo sam wiceminister sprawiedliwości chwali.

Żadnych wątpliwości?
– Nie, wtedy jeszcze nie. Ba, byłam z tego dumna.

Kiedy przyszły wątpliwości?
– Tak naprawdę zaczęłam się nad tym zastanawiać z czysto samolubnych powodów, kiedy w 2018 r. zaczęło rozpadać się moje małżeństwo i pozostawiono mnie samą sobie. Miałam dostać wsparcie, sprawy z Arkadiuszem Cichockim miało nie być, rozwód miał być cichy, spokojny, a ja miałam być bezpieczna.

Sprawa z Cichockim?
– Jego zawiadomienie do prokuratury o nękanie, stalking i opublikowanie jego nagiego zdjęcia w internecie.

Kto pani obiecywał wsparcie?
– Kuba i wiceminister Piebiak. Kuba był tym łagodzącym sytuację z moim mężem. Dostałam od niego zapewnienie, że Tomaszowi się nic nie stanie, że na pewno awansuje, a ja nie pójdę siedzieć i nie poniosę żadnych konsekwencji, bo za dobro się nie karze. Zrozumiałam, że będą rozmawiać z Arkadiuszem, by wycofał zawiadomienie z prokuratury. Nie wycofał, a czy rozmawiali, nie wiem.

NIE DALI MI OBIECANEJ OCHRONY
W końcu przyszła do pani w marcu 2018 r. policja i na polecenie prokuratury zarekwirowała telefony, komputer, laptop.
– Tak.

Wtedy już pani wiedziała, że ochrony nie ma?
– Wiedziałam już wcześniej, ale jeszcze liczyłam, że to wszystko jakoś się ułoży. Latem 2018 r. zapaliły mi się w głowie wszystkie czerwone lampki. Zaczęłam obiektywnie patrzeć na to, co się dzieje np. z sędzią Żurkiem, i dystansować się od Twittera i grupy „Kasta”. I zaczęłam się zastanawiać nad tym, co robiłam. I że nie mam tej obiecanej ochrony, i tak naprawdę w ogóle nic z tego nie mam. I nie chodzi o pieniądze, tylko o poczucie bezpieczeństwa. Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie byłam tylko zwykłym pionkiem, którego potrzebowali na chwilę, by wykorzystać, a później spalić.

Tak się pani czuje, wykorzystana i porzucona?
– Teraz czuję się nikim.

Współpracowała pani z dziennikarzami. Kto ich wybierał?
– Próbowałam wszędzie, gdzie są media prawicowe. Portal wPolityce.pl, czyli redaktor Biedroń. TVP, czyli Michał Rachoń, Przemysław Wenerski, Samuel Pereira. Raz udało mi się nawet dotrzeć do pana Jarosława Olechowskiego, czyli szefa „Wiadomości”. Chodziło o jakąś sprawę nepotyzmu w sądzie, już nie pamiętam.

I materiał o tym ukazał się w głównym wydaniu „Wiadomości”?
– Tak.

DOSTAWAŁAM KONTAKTY DO DZIENNIKARZY
Jak pani się przedstawiała dziennikarzom?
– Z imienia i z nazwiska. Mówiłam, że współpracuję z Ministerstwem Sprawiedliwości i z nową KRS. Miałam na to zgodę Łukasza, chociaż nie byłam żadnym pracownikiem ani współpracownikiem resortu.

A gdyby ktoś chciał to potwierdzić?
– Toby wiceminister Piebiak potwierdził. Tak byliśmy umówieni.

Ile w sumie było przez panią zainspirowanych tekstów w portalu wPolityce.pl?
– Ojejku! Bardzo, bardzo dużo.

Zatwierdzała pani te teksty przed publikacją? Jest o tym mowa w pani czatach z Kubą czy Cichockim.
– Był jeden tekst, który weryfikowałam.

Nagradzała pani dziennikarzy?
– Chciałam im podziękować za to, co robią, ale nigdy do tego nie doszło. Nie dostałam na to pieniędzy od chłopaków z „Kasty”, choć pojawił się taki temat rzucony przez Arka albo przez mojego męża, już nie pamiętam, że potrzeba pieniędzy, by coś kupić i w ten sposób podziękować dziennikarzom. Nie spotkało się to jednak z odzewem. Czyli, jeśli chodzi o pieniądze, to „Kasta” nie była chętna.

Czy któryś z dziennikarzy z telewizji, do którego się pani zwróciła, nie chciał współpracować?
– Nie. Za to często dostawałam od nich numery telefonów albo kontakty do innych dziennikarzy. A raz nawet od rzecznika policji, który też mi dawał namiar na kogoś z dziennikarzy.

Po programie „Alarm” w TVP 1 o sędzim Piotrze Gąciarku w maju 2018 r. w jednym z czatów Piebiak panią chwali i mówi, że już wysyła ten materiał „Szefowi”. Potem był jakiś sygnał, co Ziobro na to?
– Nie dostałam żadnego sygnału, ale myślę, że był zadowolony. Nie protestował, bo przecież by mnie Łukasz wycofał.

ZNIKŁA GRUPA NA SIGNALU
W jednym z czatów z Iwańcem prosi pani o przyspieszenie dwóch spraw, podaje sygnatury.
– To były sprawy mojego męża.

Jedna z nich to ta, kiedy poprosiła pani o pomoc prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego? Sprawa kontaktów pani męża z córkami z poprzedniego małżeństwa?
– Nie. To inne prywatne sprawy męża.

Iwaniec pomógł je przyspieszyć?
– Termin kolejnego posiedzenia był w miarę szybko i doszło do mediacji.

W obu sprawach?
– Tak. Była również taka sytuacja, że wyrok karny i 3 tys. grzywny dostał redaktor Biedroń. Napisał o tym do mnie, a ja napisałam do wiceministra. On poprosił o sygnaturę i jakieś dokumenty związane ze sprawą [Biedroń został skazany z art. 212 Kodeksu karnego; chodziło o opisanie sprawy sędziego Wojciecha Łączewskiego; miał on na Twitterze nawiązać prywatną korespondencję z osobą, którą wziął za dziennikarza Tomasza Lisa i którą miał namawiać do przyjęcia nowej strategii w politycznej walce z rządem; Ziobro w lutym br. publicznie obiecał wnieść w sprawie Biedronia kasację do Sądu Najwyższego].

W którymś momencie grupa „Kasta” się zamknęła i chłopaki otworzyli nową. Pojawiali się nowi sędziowie, inni znikali. Jeden sędzia w którymś momencie się wkurzył, bo chciał się dostać do Sądu Najwyższego, ale lista była już dawno gotowa, więc nie było takiej możliwości. Zatem też się z grupy wypisał, później do niej wrócił. Z tego, co wiem, Arkadiusz też wcześniej się tam pojawiał i znikał, bo miał na pieńku z Kubą. A to on był administratorem „Kasty” na WhatsAppie. Decydował, kto może do niej należeć, a kto nie.

Na tym koncie były pokazywane dokumenty, np. z postępowań dyscyplinarnych, do których dostęp ma tylko bardzo określona grupa osób.
– Dostałam zapewnienie, że można je tam bezpiecznie publikować.

Od kogo?
– Od Łukasza i Kuby. Aha, była jeszcze jedna grupa, po której w ogóle nie ma śladu, ponieważ znikła z telefonami na Signalu. Był w niej Arkadiusz Cichocki, mój mąż, wiceminister Piebiak i ja. Omawialiśmy tam tematy, o których nie chcieliśmy, by wiedzieli chłopaki z „Kasty”. Założył ją Arek, a mnie zrobił administratorem. Ale już nie ma po niej śladu. Bo mieliśmy taką niepisaną zasadę, że codziennie wieczorem każdy czat ma być skasowany.

MYŚLAŁAM, ŻE WSZYSTKO ZATWIERDZA MINISTER
Ale pani zaczęła archiwizować czaty.
– Mam ogólną tendencję do archiwizowania. Jakoś czułam, że w którymś momencie coś się może wydarzyć. Nie wiem, może kobieca intuicja, że te zapisy czatów mogą być dla mnie jakąś formą zabezpieczenia. A jak pojawiły się moje problemy osobiste, to chłopaki zaczęły zakładać swoje konta i przejmować moją robotę.

Kto przejął?
– W dużej mierze Kuba. Pojawiły się na Twitterze konta sędziów Radzika, Lasoty, Dudzicza. Sędzia Dudzicz był dosyć aktywny na Twitterze i dosyć ostry, czasami nawet dla mnie zbyt niegrzeczny. Obserwowałam to z zewnątrz i bardzo się cieszyłam, że mnie już tam nie ma. Spadły mi klapki z oczu, zaczęłam widzieć, co naprawdę robią, że niszczą ludzi.

I zrozumiałam, że nie mamy prawa oceniać ludzi, tylko ich zachowania. A ja bezpośrednio atakowałam ludzi. I że nie miałam do tego prawa, bo to ludzie, którzy de facto mnie ani innym nie zrobili nic złego.

Czy na jakimkolwiek etapie współpracy z Piebiakiem miała pani wątpliwości, czy to akceptuje, czy wie o tym Ziobro?
– Myślałam, że jeżeli taka grupa powstała i jest w niej sam wiceminister, to wszystko jest zatwierdzane przez górę, czyli ministra. A ponieważ byłam chwalona za to, co robię, to się upewniałam w tym, że Ziobro wie i pochwala. Ale nikt mi wprost tego nie powiedział.

„Hejterka”, tak panią nazywają.
– Boli mnie to. Nie uważam się już za hejterkę. Myślę, że jestem po prostu człowiekiem popełniającym błędy.

A „nawrócona hejterka”?
– Czy jestem nawrócona? Może trochę znormalniałam. Jestem uczciwsza, to na pewno. I świadoma, że ludzie popełniają błędy, a my możemy je oceniać, ale nie oceniać ludzi.

 

Jeść i przeżywać!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

Raz w roku mam smaka na pizzę, ale dziś pizzeria była zamknięta, to poradziłam sobie trochę inaczej.

Jeśli mamy w domu czerstwe pieczywo, to można je odświeżyć i zrobić sobie pyszną kanapkę akurat na śniadanie, albo na kolację.

Kanapka jest smakiem zbliżona do pizzy ha ha.

Robię tak:

  • bułkę przekroiłam i każdą część posmarowałam masłem,
  • obie części posmarowaną stroną położyłam na suchą, rozgrzaną patelnię do zrumienienia każdej,
  • w międzyczasie przygotowałam dwa plastry pomidora i dwa plastry żółtego sera – obojętnie jakiego,
  • kiedy części się zrumieniły, odwróciłam je i położyłam plaster pomidora na dwie części i po plastrze sera, a następnie podłam odrobiną wody i przykryłam pokrywką.
  • kiedy ser się roztopi, to znak, że kanapka już jest gotowa,
  • kiedy kanapka była na talerzu, to użyłam na roztopiony ser kapkę ketchupu – wychodzi więc ciepła kanapka i mamy uratowane pieczywo,
  • polecam każdemu, bo w ciągu 10 minut można sobie przygotować kanapkę, która syci,
  • jeśli nie mamy pomidora, to można użyć ogórka, wędlinę i co tam mamy w lodówce.

A teraz drugi temat.

Na starsze lata postanowiłam po bardzo wielu latach przypomnieć sobie serial Jerzego Antczaka – „Noce i dnie”, zrealizowany na podstawie powieści – Marii Dąbrowskiej.

Chyba każdy Polak w moim wieku oglądał z zapartym  tchem to arcydzieło i naprawdę warto wracać do tego serialu.

Oglądam i płaczę co rusz, bo odzywa się we mnie ta polskość, ta patriotyczna dusza.

Odcinków jest 12, a ja obejrzałam już 9, a każdy odcinek trwa godzinę mniej więcej.

Film postał w 1975 roku, czyli już bardzo dawno, a w powieści Maria  Dąbrowska opisała rodzinę, dwóch pokoleń rodziny Niechciców, ukazanie na tle przemian, społeczeństwa polskiego w latach 1865-1914.

Bardzo się dziwię, że „Noce i dnie” nie zostały zauważone na świecie, bo uważam, że ten film zasługuje na Oscara, gdyż  był realizowany z wielkim rozmachem z zachowaniem wszelkich szczegółów z tamtych czasów.

Jerzy Antczak cudownie osadził losy rodzin w tamtych czasach, zdrady, miłości, wychowania dzieci i ludzkie charaktery i tu zdradzę, że jestem taką trochę Barbarą, bo tak jakby mamy podobny charakter, gdyż czasami jestem też taką histeryczką, ale kochana przez Męża.

Na filmie widzimy cudowne, malownicze pejzaże polskiej wsi z tymi naszymi wierzbami i polami w różnych kolorach zależnie od pory roku.

Każdy kadr, to jest obraz tamtejszej rzeczywistości i ciekawa jestem skąd Maria Dąbrowska tak doskonale to opisała.

Śledzimy  losy bohaterów, których gra najlepsza śmietana polskiego aktorstwa i ja to nazywam – majstersztyk.

Jakże wielu aktorów już odeszło, ale ich młode twarze zostały w tym serialu – i ta cudna muzyka!

Oglądajcie wszystko, co polskie, bo teraz produkowany jest śmietnik, który odbiega od genialnego kina z lat 70 – 80.

Kiedyś był Antczak, a teraz jest Vega – widzicie różnicę?

 

Podobny obraz

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania noce i dnie

 

Znalezione obrazy dla zapytania noce i dnie

Znalezione obrazy dla zapytania noce i dnie

Lato, lato wszędzie oszalało!

Uwielbiam lato i nie z powodu takich upałów, wręcz grożnych dla starszych ludzi.

Uwielbiam lato, bo po długiej  jesieni i zimie pojawiają się dary na naszym stole.

Przez dwa tygodnie zajadalismy się truskawkami w formie musu z odrobiną cukru wanilowego i maślanki, a potem gotowałam bigos z młodej kapusty, a także kiszę ogórki małosolne.

Zaliczyłam tez zupę z botwinki – uwielbiam.

Dziś z własnych ogórków ugotowałam ekstra, smaczną zupę ogórkową, zabieloną śmietaną 18 procentową na lekkim rosole z ziemniakami i ryżem.

W dzbanku stoi woda z cytryną, aby odrobinę zastąpić wodę z butelek. Podobno jest niezdrowa, bo w butelkach pływa plastik!?

Piszę nieutralnie, nie zahaczając o rodzinne tematy, bo mam jazdę na sto fajerek i bez trzmanaki!

Wracając do kuchni, to oto mamy wysyp wszystkiego, co najlepsze, bo truskawki, fasolę szparagową, bób, młode warzywa, wiśnie, czereśnie, agrest, porzeczki i mimo, że w tym roku wszystko jest bardzo drogie, to warto kupić troszkę i posmakować wzmacniając swój organizm.

Latem to ja mogę żyć praktycznie bez mięsa, bo mi wystarcza arbuz i na obiad bób,  który gotuję z odrobiną soli i masła.

Kolację jem o 18 i chudnę!

Kiedy jest taki upał, to nie chce się jeść ciężkostrawnych potraw, bo organizm domaga się coś lżejszego i dużo wody.

A jak Wy się odżywacie w te upały?

Jak o siebie dbacie, bo ja z utęsknieniem czekam na polskie pomidory pachnące słońcem.

  • pomodory pokrojone w kostkę, ząbek czosnku i jogurt – niebo w gębie.

Poniżej wkleiłam właściwości zdrowotne bobu!

Obraz może zawierać: jedzenie

 

Co kryje w sobie bób? Sprawdź, czy warto go jeść?

Świeży bób ma najwięcej składników odżywczych. Właśnie to warzywo obok innych warzyw sezonowych dominuje latem na straganach. Nie tylko jest pyszny i sycący, ale też bardzo zdrowy i naprawdę bogaty w białko. Warto więc włączyć go do diety i skomponować świeże letnie menu.

 

Dlaczego warto jeść bób?

Owoce bobu to sporych rozmiarów strąki, w których kryje się 3-5 nerkowatych nasion. To właśnie nasiona są skarbnicą witamin i minerałów. Młode ziarna bobu mają jasny, zielony kolor i mogą być zjadane na surowo. Te dojrzałe – należy wcześniej obgotować. Pamiętajmy, że w skórce obub jest najwięcej wartości odżywczych. Bób smakuje najlepiej przygotowany metodą tradycyjną – czyli ugotowany w osolonej wodzie z odrobiną masła. Można również używać gotowanego bobu jako dodatku do zup i sałatek. Ta strączkowa roślina zawiera dużą ilość białka, węglowodanów, oraz witamin: B1, B2, PP, C i prowitaminy A. Zawiera ponadto: wapń, fosfor, żelazomagnez i karoten. Bób dostarcza dużą dawkę błonnika, który skraca czas trawienia i poprawia funkcjonowanie przewodu pokarmowego, co jest ważne szczególnie dla osób dbających o linię. Należy wspomnieć, że ugotowany bób ma tylko 85 kcal w 100 g. Polecany jest również dla osób z chorobami układu krążenia – nie zawiera cholesterolu.

Bób z koprem

  • 1/2 kg bobu,
  • gałązka kopru,
  • łyżka masła,
  • sok z cytryny,
  • sól,
  • pieprz.

Bób gotujemy w sporej ilości wody, do której wrzucamy małą łyżeczkę masła i koper. Gdy bób jest miękki, odlewamy i stawiamy garnek z powrotem na ogniu. Wrzucamy pozostałe masło i delikatnie, drewnianą łyżką przewracamy ziarna bobu. Wlewamy sok z cytryny. Solimy i dodajemy nieco pieprzu. Pozostawiamy na chwilę, by składniki wymieszały się smakami.

Bób z pomidorami

  • 1 kg świeżego bobu,
  • 2 pomidory,
  • cebule,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 2 łyżki masła,
  • ulubione przyprawy.

Bób płuczemy, zalewamy wrzącą wodą, ugotować. Solimy pod koniec gotowania. Po ostudzeniu obieramy ze skóry. Obraną cebulę i czosnek siekamy. W dużym rondlu rozgrzewamy łyżkę masła, szklimy na nim cebulę i czosnek, dodajemy bób, pokrojone w kostkę pomidory, łyżkę masła i zioła. Dusimy kilka minut, mieszając. Przyprawiamy do smaku, podajemy.

Sałatka z bobem

  • 300 g bobu,
  • 2 jajka,
  • pomidor,
  • 4 łyżki śmietany,
  • łyżeczka musztardy,
  • sól,
  • pieprz,
  • łyżka siekanego koperku.

Bób gotujemy i obieramy z łupinek. Ugotowane na twardo jajka i cebulę siekamy. Bób układamy w salaterce, dodajemy jajka, cebulę i pomidory pokrojone w kostkę. Doprawiamy do smaku. Całość polewamy jogurtem naturalnym wymieszaną z musztardą i koperkiem.