Archiwa miesięczne: Kwiecień 2017

„Przychodzimy, odchodzimy leciuteńko na paluszkach”

Przed każdymi świętami, kiedy wyjeżdżaliśmy do Rodziny, wiedzieliśmy, że musimy ze sobą zabrać naszą, kochaną Jadzię.

Tak było też w Wigilię 2016 roku, kiedy Mąż podjechał pod Jej dom i pomagał Jej wsiąść do samochodu, bo Jadzie miała chore nogi i walczyła o każdy swój krok.

Kiedy wsiadła, to się przywitałyśmy i ucieszyłam się, że przyszło nam kolejną Wigilię spędzić razem. Odpowiedziała, że to prawda i mi przytaknęła.

Jadzia nie była z mojej Rodziny, ale z Rodziny Teścia mojej Córki.

Kiedy Ją poznałam, to oszalałam na Jej punkcie. Od razu Ją polubiłam i byłam pod Jej urokiem.

Niezwykle ciepły człowiek, o cudownym uśmiechu i radości życia.

Jej życie nie było usłane różami, gdyż po śmierci Męża została zupełnie sama. No może nie zupełnie, bo w Jej życiu był jeszcze piesek, którego kochała bezgranicznie. Piesek już wiekowy i Jadzia martwiła się o to, że kiedy odejdzie, to Ona zostanie zupełnie sama.

Dzieci Jadzi rozjechały się po świecie w poszukiwaniu pracy i miłości. Założyły swoje Rodziny z dala od Matki i tam się zakorzeniły.

Jadzia pogodziła się z losem i mimo chorych nóg uwielbiała uprawiać swoją działeczkę i to ta działka była Jej drugą miłością.

Kiedy spędzaliśmy Wigilię i Święta Bożego Narodzenia przy lampce wina – żartowaliśmy, śmialiśmy się i to był taki rodzinny, przyjemny czas.

Jadzię namawiałam na zakup laptopa, aby mogła kontaktować się z Dziećmi przez Skype. Oferowałam pomoc w nauce poruszania się po Internecie. Mówiła, że się zastanowi i da mi znać, bo wiedziałam jak bardzo brakuje Jej kontaktu z bliskimi.

Naprawdę jestem taka, że rzadko bywało tak, abym polubiła daną osobę od pierwszego wejrzenia, a Jadzię polubiłam od razu.

Wiedziałam, że jest kobietą dyskretną, taktowną, życzliwą, wesołą, mądrą po prostu.

Choroba na Nią spadła jak piorun, błyskawica z nieba. Poszło szybko, za szybko, bo przecież od świąt Bożego Narodzenia minęło zaledwie pięć miesięcy.

Moja nowo poznana Jadzia odeszła wczoraj i na zawsze zapisała się w mojej pamięci.

Będzie mi Jej brakowało, cholernie brakowało! [*]

Niech spoczywa w pokoju – tam na zielonych łąkach, wśród kwiatów, które lubiła.

A piesek przeżył swoją Panią!

Reklamy

„Powidoki” – to najgorszy film Andrzeja Wajdy

„Majówka” nie przywitała nas ładną pogodą, a więc zamiast spaceru, czy wyjazdu trzeba sobie inaczej zapełnić czas.

Uwielbiam w takim czasie oglądać filmy, na które w biegu życia nie miałam nigdy za dużo czasu, a teraz mam.

Zobaczyłam, że w sieci jest już dostępny, ostatni film Andrzeja Wajdy pt. „Powidoki”.

Nie przeczytałam, jak mam w zwyczaju żadnej recenzji, czy opinii na temat tego filmu i uwierzyłam, że skoro Wajda, to „Powidoki” muszą być arcydziełem na miarę „Ziemi Obiecanej”, czy „Katynia”.

Niestety, ale mocno się zawiodłam i gdyby nie rewelacyjny Bogusław Linda w roli głównej, to by sobie ten film odpuściła.

Nie wiem dlaczego Wajda oparł się na tak nie dorobionym scenariuszu i tak perfidnie wybielił malarza o nazwisku Strzemiński, który zyskał uznanie w środowisku artystycznym, ale większe uznanie zdobyła jego żona – rzeźbiarka – Katarzyna Kobro.

Strzemiński w filmie Wajdy został ukazany jako artysta wojujący o wolność sztuki w tamtejszym reżimie i dobrze, ale tym sposobem reżyser wybielił w gruncie rzeczy złego człowieka, złego męża i ojca.

W filmie punktowo wspomniano o żonie, której stworzył piekło na ziemi, a i obojętna była mu własna córka.

W sumie, to młodzież, która jest obecnie w epoce technologii, to mało zrozumie z tego filmu, bo jest niespójny i niejasny.

Ja, która urodziłam się w tamtych czasach wiele pamiętam i wiem jak niszczono ludzi, ale okrojona fabuła niewiele wniesie do młodego pokolenia. 

Nie wiem po co Wajdzie zależało na ukryciu prawdziwego charakteru złego człowieka, który uwikłał się w polityczne zagrywki i została mu wystawiona laurka dobrego, zniewolonego Polaka.

W sieci są jednak wspomnienia, które mówią prawdę o Strzemińskim!

 

Znajoma córki Katarzyny Kobro: „Powidoki” to rozczarowanie. Wajda przeczy faktom [LIST]

Na niwie czysto ludzkiej, tj. relacji z najbliższą rodziną, Strzemiński nie zasługiwał nawet na podanie ręki. Czy można było to pokazać tak, aby na koniecznej do tego rodzaju filmu krystaliczności postaci nie pojawiła się rysa?

Właściwie odbiorcą moich słów powinien być reżyser filmu „Powidoki” Andrzej Wajda, ale ze zrozumiałych względów nie mam jak mu ich przekazać. Żałuję, bo ciekawa byłabym odpowiedzi. Piszę więc „list otwarty”, gdyż adresat będzie w tym wypadku zbiorowy.

Tak się złożyło, że dobrze znałam jedną z dwóch głównych bohaterek filmu Andrzeja Wajdy, Nikę Strzemińską, córkę Władysława Strzemińskiego i Katrzyny Kobro: od czasów studenckich aż do jej śmierci w 2001 r. przyjaźniły się bardzo z moją mamą, a ostatnie miesiące swej ciężkiej chorobynowotworowej Nika spędziła w naszym żoliborskim mieszkaniu. Dlatego film „Powidoki” oglądałam z trochę innej perspektywy niż większość widzów i dysponując głębszą wiedzą o życiu Władysława Strzemińskiego oraz jego rodziny.

Strzemiński: charakter psychopatyczny

Czytałam też książkę Niki „Miłość, sztuka i nienawiść”, która rzuca bardzo dużo światła na ciężki (by nie rzec: psychopatyczny) charakter Władysława Strzemińskiego. Ponieważ ona już nic powiedzieć nie może, czuję się w obowiązku zabrać głos w jej imieniu.

Jakkolwiek znany jest mi zamysł reżysera, by w filmie skupić się wyłącznie na pokazaniu ostatnich paru lat życia Władysława Strzemińskiego, nie wolno przy tej okazji zapominać, jakim malarz był człowiekiem na przestrzeni całego swego życia. Inaczej prezentuje się nieuczciwy obraz bohatera, pełen nawet nie kłamstw, ale przemilczeń. I ta świadomość powinna w „Powidokach” jakoś wybrzmieć; w przeciwnym wypadku otrzymujemy jedynie płytką hagiografię, zamiast pełnowymiarowej postaci.

Jak wiadomo, bohaterowie bez skazy nie istnieją, a A. Wajda próbuje właśnie kogoś takiego stworzyć i nam wmówić. Można się też obawiać, że świadomie wybrał krótki okres życia artysty, by nie musieć pokazywać jego skandalicznych zachowań wobec żony, jednej z najważniejszych rzeźbiarek XX wieku, Katarzyny Kobro – z biciem, zadawaniem cierpień psychicznych i dezawuowaniem jej osiągnięć artystycznych na czele. Dlatego np. scena z kwiatami na grobie żony (zresztą, w filmie usytuowanym w zupełnie innym miejscu łódzkiego cmentarza prawosławnego niż w rzeczywistości) czy łzy na wieść o jej śmierci, mające świadczyć o kolejnych pięknych cechach bohatera, są zupełnie niedorzeczne.

Flirty ze studentkami

Z filmu wyłania się więc postać czarno-białego bohatera (podobnie, jak miało to miejsce w innym dziele A. Wajdy, „Człowieku z nadziei”, traktującym o Lechu Wałęsie), herosa, w dodatku granego przez Bogusława Lindę w sposób dużo miększy i przyjemniejszy niż Władysław Strzemiński zachowywał się w istocie (jak głoszą relacje jego znajomych, a nawet studentów). Nie pada też żaden trop kierujący na poszukiwanie w psychice Władysława Strzemińskiego skutków utraty ręki i nogi – a wiadomo z licznych źródeł, że ponieważ był mężczyzną przystojnym, kalectwo bardzo negatywnie odbiło się na jego charakterze: stał się drażliwy, agresywny, a frustracje wyładowywał, flirtując ze studentkami.

Jeśli Andrzej Wajda nie chciał robić filmu biograficznego czy zajmować się w swoim dziele sferą psychologii malarza, miał do tego pełne prawo. Być może jednak nie powinien w takiej sytuacji eksponować tak bardzo postaci córki artysty – jej obecność bowiem „odsyła nas” siłą rzeczy do życia osobistego Władysława Strzemińskiego.

Laurka zamiast prawdy

Oczywiście, sprawy rodzinne nie powinny mieć wpływu na postrzeganie dorobku jakiegokolwiek twórcy – w tym wypadku czołowego przedstawiciela polskiej awangardy plastycznej. Rozpatrując talent Jacka Kaczmarskiego, nie rzutujemy wszak na ocenę zamiłowania barda do alkoholu, a oceniając filmy Romana Polańskiego – do młodych dziewcząt. I gdyby „Powidoki” dotykały tylko kwestii malarstwa, byłoby wszystko w porządku. Jednak obraz wyraźnie mówi o CZŁOWIEKU: niezłomnym bohaterze, stawiającym twardy opór komunistycznemu aparatowi, nawet za cenę utraty pracy oraz środków do życia i tworzenia. Taki człowiek powinien być wzorem do naśladowania, osobą wywołującą podziw i głęboki szacunek.

Tymczasem dla każdego, kto zna biografię Władysława Strzemińskiego, jest oczywiste, że na niwie czysto ludzkiej, tj. relacji z najbliższą rodziną, nie zasługiwał nawet na podanie ręki. Czy można było to pokazać tak, aby na koniecznej do tego rodzaju filmu krystaliczności postaci nie pojawiła się rysa? Zapewne nie, dlatego twórcy wybrali ucieczkę od niewygodnych spraw biograficznych. Uczynili to jednak zarówno ze szkodą dla odbiorcy, a nawet – poprzez wykreowanie panegiryku na cześć bohatera – wprowadzając odbiorcę w błąd, jak również po prostu sprzeniewierzając się prawdzie. I zamiast wielowymiarowej historii powstała zwykła laurka.

 

Trauma ratowania matki

Osobną kwestią jest, że postać Katarzyny Kobro w filmie nie ukazuje się wcale, a jej nieprzecenialny wkład w kształtowanie nowatorskiej myśli w rzeźbie nie zostaje nawet (nie licząc jednej sceny z małą Niką w muzeum) wyartykułowany. Tymczasem, zdaniem wielu specjalistów, to właśnie jej idee odegrały większą rolę w historii światowej sztuki niż teorie Władysława Strzemińskiego…

Nika do ostatnich swych dni walczyła o pamięć matki, szukając po całym świecie jej dzieł i tropiąc falsyfikaty. Zajmowała się też pisaniem, tkaniem i kolekcjonowaniem sztuki afrykańskiej. Malarstwem i rzeźbą nigdy. Była dyplomowanym neuropsychiatrą, a większość życia przepracowała jako lekarka na statkach transoceanicznych. W dzieciństwie dwukrotnie przebywała w domu dziecka i przeszła traumę ratowania umierającej w potwornych bólach matki, obserwowania przemocy domowej, a potem śmierci ojca. Sama zmarła bezpotomnie. Historia rodziny została zamknięta.

Patrząc z powyższych punktów widzenia, „Powidoki” są dla mnie bolesnym rozczarowaniem i oglądałam je z rosnącym rozgoryczeniem – jako film „z tezą”, gdzie „jeśli teoria przeczy faktom, to tym gorzej dla faktów”.

Agata Dąmbska

 

 

 

Mąż w kuchni!

Małżonek wyczytał w Internecie przepis na inne kotlety mielone i oznajmił mi, że tym razem, to On będzie w kuchni kucharzył.

Ja na to jak na lato i włączyłam sobie film w sieci, a w kuchni się działo.

Jest tylko jedno ale, że po Jego kucharzeniu mam do zmywania górę naczyń! 😀

Do kotletów mielonych trochę zmodyfikowanych potrzebujemy: Smakują wybornie.

Składniki
  • 500 g mięsa wieprzowego (łopatka, karkówka)
  • 400 g mięsa wołowego (łopatka, karkówka)
  • 1 duża cebula
  • 2 jajka
  • 0,5 szklanki kaszy manny
  • ok. 0,5 szklanki mleka
  • sól i pieprz
  • szczypta majeranku
  • szczypta curry
  • szczypta słodkiej papryki
  • 3 suszone pomidory
  • mąką do obtoczenia kotletów
  • olej do smażenia
Przepis

Cebulę obrać. Mięso umyć, osuszyć, pokroić na kawałki, zmielić razem z pomidorami i cebulą. Do mięsa dodać jajka, kaszę mannę, przyprawy, wymieszać. Wlać mleko i wyrobić ręką. Z masy mięsnej nabierać łyżką kawałki, obtaczać z mące i formować kotlety. Nagrzać piekarnik do 170 stopni C (dolna grzałka). W głębokiej patelni (najlepiej żeliwnej) rozgrzać olej (ok 0,5 cm), wyłożyć kotlety, smażyć z obu stron na brązowy kolor.

Zabieram czytelników do Petry w dalekiej Jordanii!

Dziś podróżowałam z pozycji kanapy – niestety – z programem geograficznym i znalazłam się w Petrze!

Niżej przybliżam to starożytne miasto w Jordanii, wykute w skałach i trudno mi było oderwać się od telewizora.

Pomyśleć, że kiedyś mieszkali tam ludzie, budowali, żyli, handlowali i zarabiali pieniądze.

Bardzo dobrze poradzili sobie z melioracją i mieli swoją, czystą wodę pitną, niezbędną do życia w tak surowych warunkach.

Z tego dokumentu najbardziej zaciekawiła mnie wiadomość, że w Petrze, w podziemiach znajduje się potężne muzeum znalezisk na tej ziemi, do którego naprawdę nikt nie ma dostępu. Są tam tysiące monet, dzbanków, dzbanuszków, monet i lampek oliwnych.

Wpuszczono tam jedynie podróżnika, który kręcił ten dokument. Ogromne zbiory są zastrzeżone i w sieci nie znalazłam zdjęć z tego muzeum.

Interesujący jest fakt, że w mieście, w piaskowej ziemi, wciąż ukryte są starożytne skarby, których nie wolno legalnie wydobywać, ale Beduini, aby żyć, pod osłoną nocy wyjeżdżają w dalsze tereny i kilofami wydobywają znaleziska! Z tego żyją, choć wydobywanie jest zakazane. Potem swoje skarby sprzedają przez pośredników bogatym kolekcjonerom.

Starożytne miasto ma więc dwie twarze. Dobrą dla turystów i paserską, której turyści nie widzą!

Bardzo ciekawe dla mnie doświadczenie, bo lubię przenosić się w czasie o dwa tysiące lat wstecz. Wyobraźnia działa! Historycy twierdzą, że Petrę odwiedził egipski Faraon i zostawił w mieście wielki skarb, po którego nigdy nie wrócił. Ludzie szukają więc skarbu Faraona i oby tylko nie rozkopali całego tego dziedzictwa kulturowego!

Petra – starożytne miasto wykute w skale

Autor:  w Jordania

Petra – starożytne miasto, leżące na terenach zamieszkanych od niepamiętnych czasów, zostało założone przez nomadów – nabatejskich Arabów w III w p.n.e., których handlowe imperium rozciągało się aż do Syrii. Położone na terenie dzisiejszej Jordanii pustynne miasto jest według wielu najbardziej urzekającym miejscem na Bliskim Wschodzie.
Ze względu na lokalizację na szlaku karawan handlowych, między Morzem Martwym a Morzem Czerwonym, Petra była skrzyżowaniem, na którym mieszały się wpływy arabskie, egipskie, syryjskie i fenicyjskie.
Usytuowana w górach poprzecinanych wąwozami i wąskimi przejściami, częściowo wykuta w skale, częściowo ze skał zbudowana, Petra jest tym miejscem, gdzie helleńska architektura spotkała się ze wschodnią tradycją na tle pustynnego krajobrazu.

Petra była stolicą Królestwa Nabatejczyków od III w p.n.e. do I wieku n.e., kiedy została wchłonięta przez rzymskie imperium. Miasto stopniowo podupadało pod rządami Rzymian, a w IV wieku decydujący cios zadało mu katastrofalne w skutkach trzęsienie ziemi, które zniszczyło część budowli oraz uszkodziło unikalny system gospodarki wodnej, czyniący z miasta sztuczną oazę na środku pustyni.

Miasto zostało na długie wieki zapomniane, Europejczycy odkryli je ponownie dopiero w 1812 roku.
W 1985 roku Petra została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i od tego czasu jej popularność wśród turystów znacznie wzrosła. Obecnie miasto odwiedza około 3000 osób dziennie. W 1989 roku nakręcono w Petrze film Indiana Jones i Ostatnia Krucjata, który również przyczynił się do popularności tego miejsca.

Magia w Petrze zaczyna się już przed wejściem do miasta – prowadzi do niego długi na 1 kilometr, wąwóz, Siq, niesamowita formacja z piaskowca o fantastycznych kolorach. W niektórych miejscach można dostrzec resztki ceramicznych rur, używanych przez Rzymian do dostarczania wody.
Jak tylko wąwóz się skończy, z ziemi wyrasta Skarbiec – najsłynniejszy budynek Petry. Jest to wykuta w skale, wysoka na 39 metrów i szeroka na 25 metrów dwupiętrowa budowla, pod którą znajduje się cmentarz. Legenda głosiła, że w jego pomieszczeniach schowane były skarby, ale prawdopodobnie budynek pełnił funkcję świątyni.
Dalej idzie się również wąwozem, na którego ścianach wykuto w piaskowcu grobowce. Ulica prowadzi do rzymskiego Amfiteatru na 7000 miejsc, wykutego w skalnej ścianie tak, aby rozciągał się z niego widok na jak największą liczbę mauzoleów. Kilka z nich jest wbudowanych w ściany teatru.
Za teatrem mieścił się budynek sądu, który w V wieku został przez Greków przerobiony na kościół.
Jednym z najbardziej znanych budynków Petry jest klasztor z I wieku n.e., do którego trzeba się wspiąć po 800 schodach, co może zająć nawet godzinę.

To tylko część ze skalnych skarbów Petry. Można też zwiedzać dawne grobowce, miejsce składania ofiar na wzgórzu z którego rozciąga się widok na całe miasto, oraz zabudowania miejskie. Wielkie wrażenie robią ruiny głównej świątyni, na terenie której znajdował się ogród oraz duży staw.
Na zwiedzanie Petry warto poświęcić co najmniej dwa dni i obejrzeć miasto zarówno od środka, jak i ze szczytów okolicznych wzgórz.

 

 

 

„Ucho Prezesa” zrobiło dobrze PO!

Po ponad 1,5 roku słupki drgnęły na korzyść partii, która pod koniec panowania zupełnie się pogubiła i zeżarła ją arogancja władzy.

Dzisiaj ta partia „po ciężkiej” walce z Rządem może triumfować, bo skoczyło jej o 2 punkty w stosunku do partii rządzącej.

Możemy zakrzyknąć więc – hurra! Możemy mieć nadzieję, że jeszcze będzie pięknie i jeszcze będzie normalnie!

Ale ja nie zakrzyknę, bo uważam, że to nie stało się ot tak sobie, że PO bardziej dociera do ludzi i zmienia ich myślenie.

Niestety, ale z przykrością napiszę, że opozycja w Polsce to nadal są flaki z olejem i można się głęboko zastanawiać, co sprawiło ten wzrost w sondażach?

To nie Schetyna i nie Tusk sprawili, że szala się przeważyła na ich korzyść, ale sprawiło to „Ucho Prezesa” z fenomenalnym Górskim, który w swoim kabarecie uświadomił Rodakom jak działa polityka i jej meandry.

Wciąż powtarzam, że politykom z każdej opcji chodzi jedynie o stołki i stołeczki oraz kasiorę, a My jesteśmy im potrzebni jedynie przy urnach wyborczych!

Polacy niechętnie słuchają w telewizji wszelkich wywiadów na zasadzie – ja panu nie przerywałem, czy pani!

Polacy uwielbiają inteligentny kabaret i taki zrobił dla Polaków – Górski w „Uchu Prezesa”, gdzie obnaża mechanizm działania polityków i polityki.

Czekam niecierpliwie w każdy poniedziałek na ukazanie się „Ucha Prezesa” na YT i bawię się wyśmienicie.

Każdy odcinek ma milionowe odsłony i to dowodzi, że Polacy uczą się polityki z „Ucha Prezesa”.

Ostatni 13 odcinek przez 4 dni obejrzało ponad 2 miliony Polaków i wcale się nie dziwię, że sondażowe słupki skaczą i tylko pytam, co na to poseł Kaczyński? Gryzie pazury?

Może dziś będzie nocna narada w siedzibie?  Może  w pośpiechu rozwalą następną limuzynę. Może schowają do szafy Macierewicza na dłużej. Może, może może, ale tego dowiemy się w następnym dniu, tygodniu, miesiącu.

Trzeba przyznać, że PiS ma kłopot i być może uchwalą następną ustawą fakt, że trzeba dać kasę na każde pierwsze dziecko! I dla matek samotnie wychowujących dzieci. Trzeba będzie te procenty jakoś odrobić! 😀

Obyś żył w ciekawych czasach – chińskie przysłowie!

 

https://www.youtube.com/watch?v=xJzVQvUS1ns&t=1s

 

Rozmyślania na spacerze!

Kto lubi miejsce swojego zamieszkania?

Wiem! Już kiedyś o to na blogu pytałam, a jednak wciąż to pytanie do mnie powraca.

Ileż można żyć polityką i tą polityczną papką, serwowaną nam nachalnie od samego rana?

Wściekłam się i poszłam na wiosenny spacer, choć co prawda wiosna na zachodzie nie wybuchła jeszcze majem i listki skulone nie wychylają się do słońca, gdyż jest go u nas wciąż za mało. Bardzo ślimaczy się ukochana pora roku, choć dziś były jej przebłyski.

Uwielbiam wiersz o wiośnie – Poniedzielskiego, bo dokładnie taka u mnie dziś była:

Wiosna przyszła z tą swoją zielenią
blade toto , niemrawe , brudzi
zanim jakie kwiatki wystrzelą
to nastęka się , namarudzi…
No i co ,że ptacy wrócili?
No i co , że fruwają w parkach?
-tyle że w jakich drzewach czy hebziach
z przeproszeniem złożą swe jajka
Te zającki, królicki, kacuski
wszędzie- w lasach, po łąkach, po domach
Mam się cieszyć, że „budzi się życie”
– mam się cieszyć, że budzi się komar?

Przyszła wiosna z tą swoją nadzieją
blade toto, niemrawo się dłubie
Pytam – czemu NA SZCZĘŚCIE?
Pytam – czemu NAJBARDZIEJ?
Pytam – …czemu ja tak to lubię?

Wyszłam więc na spacer z aparatem foto oczywiście i szukałam w mieście dawnych klimatów z przed II Wojny Światowej.

Moje miasto wówczas było piękne i pełne klimatu, ale niestety – niewiele z tego zostało.

Poszłam w inne rejony niż zwykle, tak jakby prawie na peryferie miasta i kilka fotek zrobiłam.

Lubię moje miasto za to, że jest w nim niesamowita ilość zieleni, a nie lubię za to, że miasto po wojnie straciło swój klimat i architektura jest od sasa do lasa – niespójna, przypadkowa, a do tego chodniki są koślawe, a jezdnie dziurawe. Brzydko to wygląda, ale świadczy to o złej kondycji finansowej takich, małych miasteczek.

Myślę, że nie jestem odosobniona w swoich obserwacjach, ale trzeba się cieszyć z tego, że wkrótce zieleń zakryje wiele.

Kiedy swego czasu pojechałam do Torunia, to pokochałam to miasto od pierwszego wejrzenia, a moje miasto próbuję pokochać już ponad 50 lat i wiąż walczę ze swoimi emocjami! 😀

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przemocy domowej nie da się wymazać do końca życia!

Obok nagrania ujawniającego, jak radny PiS, Rafał Piasecki, znęca się nad swoją rodziną, trudno przejść obojętnie. Blogerka Malvina Pe. pod jego wpływem opisała, jak wyglądało życie z ojcem-katem, gdy sama była dzieckiem. Bez cenzury.
 

Tekst po raz pierwszy ukazał się na blogu Malviny Pe. – malvina-pe.pl. Na prośbę autorki publikujemy tekst bez cenzury. 

Raz jej w zęby, raz jej w nos, „jesteś nikim, głupia kurwo”

Dziewczynka jest głodna, bo zapomniała zjeść kanapki na długiej przerwie, a jednak wraca ze szkoły do domu bardzo powoli. W zasadzie nie skłamię, jeśli stwierdzę, że się wlecze. Niczym widmo ze swoim gigantycznym, fioletowym plecakiem, sunie między rozwrzeszczanymi rówieśnikami niezauważana. Przystaje, skubie liście krzewów, patrzy w niebo, obserwuje ptaki. Myśli sobie, że fajnie by było tak polatać. Ktoś pyta ją, śmiejąc się głupawo, czy ma ognia. Kuli się w sobie, bo nie lubi konfrontacji z nieznajomymi i ze wzrokiem wbitym w ziemię odpowiada, że nie, nie ma.

Droga ze szkoły do domu zajmuje jej 25 minut, choć to jedynie 500 metrów. Otwiera drzwi do klatki, by od razu, niczym sprinter na dźwięk wystrzału zacząć swój szaleńczy bieg na ostatnie, czwarte piętro. Rzuca się na drzwi, wpada z impetem do mieszkania i biegnie prosto na ojca, który trzyma za szyję matkę przyciśniętą do ściany. Nie pomyliła się. Znów doskonale rozpoznała znajome dźwięki na parterze.

– Tato, zostaw!

Ojciec odpycha ją, idź do swojego pokoju, rozkazuje, ale jak ona ma iść do pokoju, kiedy on robi mamie krzywdę? Podbiega więc drugi raz. Ojciec odpycha ją mocniej, dziewczynka upada na podłogę widząc, jak tata wlecze mamę za sukienkę do kuchni i zamyka za sobą drzwi na klucz.

Zabiję cię kurwo! Szmato pierdolona, nie zasługujesz, żeby żyć, ściero!

Dziewczynka wstaje z podłogi. Biegnie do drzwi. Szarpie za klamkę. Wali piąstką w drzwi.

– Tato otwórz! Otwórz! Tato! Błagam! – wrzeszczy.

– Puść mnie, zostaw! Tam jest dziecko! Proszę! – słyszy głos matki.

Stul pysk, dziwko!

Słychać trzask otwieranego okna. Okna są stare, drewniane, często trzeszczą. Tata mówi, że nie wymieni okien, bo nie ma pieniędzy. Ale na wódkę z kolegami ma.

Wypierdolę cię kurwo na dół, jak się nie zamkniesz!

Mama płacze. Płacze i krzyczy.

– Mamo nie krzycz! On cię zabije!

– Tam jest dziecko, błagam, puść mnie! Co ty robisz, tam jest dziecko… – mama prosi.

O której dziwko jebana wracasz do domu? Pracę o 13 skończyłaś, jest 15! Komu dupy dajesz? Z kim się szmacisz, kurwo? Zapierdolę cię zaraz! Wypierdalaj z tego okna! WY-PIER-DA-LAJ!!!

Dziecko krzyczy pomocy.

Dziecka nikt nie słyszy.

Mama krzyczy pomocy.

Mamy nikt nie słyszy.

Tata…

Taty też nikt nie słyszy. Przecież to taki porządny człowiek.

TEMAT PROBLEMATYCZNY

Na wstępie chcę tylko powiedzieć, że mam w dupie, co sobie o mnie pomyślicie po przeczytaniu tego tekstu. Mam w dupie, czy uznacie, że przekroczyłam jakąś granicę, czy poczujecie się zgorszeni, zaniepokojeni, a może w ogóle uznacie mnie za wariatkę.

Bo ten tekst, jak dawno żaden, jest pisany pod wpływem emocji. Emocji ciężkich, lepkich, przykrych, złych.

Emocji, jakie wywołało we mnie nagranie opublikowane kilka dni temu przez Karolinę Piasecką, żonę radnego PiS, Rafała Piaseckiego, który w chory sposób znęca się nad swoją żoną i nad swoimi córkami.

Emocji, o których istnieniu przypomniał mi dziś pan Piasecki, polityk, mąż stanu, mąż swojej żony, ojciec swoich dzieci, kat.

Emocji, które bardzo dobrze znam, bo to ja jestem dziewczynką z fioletowym plecakiem.

I dziś, po 20 latach milczenia, dziewczynka opowie Wam, jak to jest żyć z tatusiem-psychopatą. Bo w końcu zrozumiała, że to nie ona ma się tutaj czego wstydzić. 

Ale najpierw trochę statystyk i suchych faktów.

PRZEMOC DOMOWA W POLSCE

Jak podaje Instytut Wymiaru Sprawiedliwości, każdego roku przemocy fizycznej lub seksualnej doświadcza od 700 tys. do miliona Polek.

Każdego roku ginie w Polsce około 150 kobiet, które są ofiarami przemocy domowej. To trzy kobiety tygodniowo.

Co dziesiąta Polka jest ofiarą gwałtu lub próby usiłowania gwałtu. Co roku w Polsce zostaje zgwałconych około 30 tys. kobiet.

Według statystyk policyjnych 95 proc. sprawców przemocy domowej to mężczyźni, a 91 proc. ofiar to kobiety i dzieci.

Tymczasem rząd PiS, podobnie jak władze w Rosji, zgłasza zastrzeżenia do artykułu 21 konwencji antyprzemocowej, gwarantującego udzielenie pomocy przez państwo w składaniu indywidualnych lub zbiorowych skarg przez ofiary przemocy. Zdaniem władz polskich państwo nie powinno być zobowiązane do pomagania obywatelkom i obywatelom w tej sprawie.

PiS nadal pracuje nad wypowiedzeniem konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

Centrum Praw Kobiet, organizacja zajmująca się świadczeniem specjalistycznej pomocy dla ofiar przemocy w całej Polsce, od ponad roku nie ma ministerialnego wsparcia finansowego. Tak samo zresztą jak Niebieska Linia, która straciła dofinansowanie państwa w styczniu 2017 roku. Zadbał o to Zbigniew Ziobro, Minister Sprawiedliwości [sic!].

ILOCZYN INTELIGENCJI

Zakładam, że większość z Was nie była w stanie wysłuchać nagrania Piaseckiej do końca. Zakładam, że wytrzymaliście dwie, może cztery minuty.

To teraz policzcie sobie, ile minut musiała wytrzymać Piasecka i jej dzieci. 10? 20? 60 x 24 = 1500? Tyle ma jedna doba. Doba. Wobec całego życia z psychopatą.

Kiedy opublikowałam link do nagrania na fanpejdżu, jeden z czytelników, mężczyzna, skomentował, że inteligentna kobieta nie pozwala sobie na takie traktowanie. Miałam ochotę odpisać, że inteligentny człowiek nie pozwala sobie na zostawianie takich komentarzy.

Bo wiecie, ofiary przemocy nie stają się ofiarami ot tak sobie. To zwykle jednostki niepewne siebie, zagubione, które nie otrzymały w dzieciństwie należnej im jak psu buda miłości i szacunku od własnych rodziców. I takie jednostki, takie kobiety, bo przecież o nich tu głównie mowa, nienauczone kochania samych siebie, szukają tej miłości na zewnątrz. Czasami wystarczy jeden czuły gest, czasami jedno „kocham” i przepadają, bo w końcu znalazły swojego wybawcę… który z czasem okazuje się oprawcą.

Takim kobietom nie jest potrzebny kolejny pseudo-Wechsler tylko psycholog, terapia, zrozumienie i dużo ciepła. Ale najpierw i przede wszystkim interwencja. Zauważenie problemu. Wyciągnięcie do nich ręki. Bo bardzo często nawet wtedy, gdy już przejrzą na oczy i zaakceptują fakt, że w ogóle ZASŁUGUJĄ NA POMOC i chcą się uwolnić od przemocowego partnera, nie mają możliwości, żeby to zrobić, bo np. rodzice już nie żyją, a przyjaciółki nie chcą słyszeć o problemie. Ewentualnie są na tyle zastraszone, że boją się uciec od męża-psychopaty, bo

znajdę i zabiję cię, kurwo.

Dlatego następnym razem, zanim w ogóle otworzysz twarzoczaszkę celem wydania kolejnej mądrej opinii na temat ofiar przemocy domowej, ugryź się kurwa w język i idź poczytać o mechanizmach psychologicznych w relacji ofiara-sprawca.

TO NIE TWÓJ PROBLEM

Piszę ten tekst, bo chcę, żeby dotarło do każdego, kto go przeczyta, że problem ofiar przemocy nie może być tylko ich problemem. Nie może być problemem rozwiązywanym „w czterech ścianach”. Nie może być ignorowany, wypierany, lekceważony.

Bo ofiary przemocy są wśród Was. To może być Twoja sąsiadka, u której zawsze jakoś tak głośno… Znajoma kasjerka z Biedronki, która opowiadała ci kiedyś, że jej mąż lubi sobie chlapnąć. Babka od systemów politycznych, ta z fajnymi cyckami i toną tapety pod prawym okiem. Albo blogerka, którą lubisz poczytać rano do kawy.

Co tydzień na skutek przemocy domowej giną trzy kobiety.

To może być Twoja matka.

Twoja siostra.

Twoja córka.

Twój problem.

Usłysz go.

http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/7,107881,21668499,inteligentna-kobieta-sobie-na-to-nie-pozwala-blogerka.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Odbyła się taka korespondencja z „Kobietą z klasą”!

Bardzo kibicuję wyzdrowieniu Pani Syna. Jednak jest mi przykro, że w tym samym bloku, umiera moja Matka, która w bloku nie zrobiła nikomu nic złego. Nikt z bloku jej nie odwiedza, bo w końcu kto to jest Pani „B”? Jest mi strasznie przykro, że nikt  nawet nie pyta – jak  się czuje!?  Taki mamy świat, że ludzie umierają w samotności. Nie oczekuję niczego, a pragnę zwrócić uwagę na fakt, że interesujemy się tylko i wyłącznie swoim sprawami, a inni odchodzą po cichu! Pozdrawiam.

Dzień dobry Pani „E” – gorzka wiadomość. Ma Pani rację. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem. Nigdy nie odwiedzałam Pani Mamy gdy była zdrowa i nie mam w zwyczaju chodzić do sąsiadek, ale to jest inna sytuacja i ma Pani rację, że powinniśmy o tym pamiętać. Odwiedzę Pani Mamę. Pozdrawiam.

Dzień dobry Pani. Przepraszam za śmiałość moją, ale to takie przykre, kiedy mieszka się w jednym bloku tyle lat, a jednak jeden o drugim nie pamięta. Wczoraj z goryczy napisałam ten list, bo tylko Pani „M” odwiedziła Mamę. Z pewnością będzie Jej przyjemnie, że na koniec życia, ktoś z Sąsiadów Ją odwiedzi. Na chwilkę! Mama jest kontaktowa, a więc proszę się nie bać. Będzie mi okropnie miło. Niech Mama ma na koniec taką niespodziankę. Będę wdzięczna. Pozdrawiam serdecznie i życzę Synkowi i Pani Rodzinie spokoju i wyzdrowienia Synka.

 

Pani „E”, dziś jeszcze jestem w „T”, ale jutro będę i na pewno odwiedzę Panią „B”. Dobrze że Pani mi wytknęła moje zachowanie. Czasami tak trzeba. Jeśli chodzi o „B”, to po wynikach jakie  otrzymał, leczenie idzie w dobrym kierunku ale, długa droga jeszcze przed nami.

Ja nie wytknęłam Pani niczego, tylko mam taki cichy żal, że na świecie tak się porobiło, że każdy z nas zamyka drzwi w mieszkaniu i żyje jedynie własnym życiem. Ja też taka jestem – niestety, bo tak teraz jest! Jesteśmy samotni w naszych domach – wszyscy. Dziękuję za zrozumienie, ale ja bym chciała dać Mamie wszystko, co dobre na sam koniec, a więc chwytam się może i niezbyt elegancko. Przepraszam jeśli uraziłam. Proszę się nie gniewać. Pozdrawiam serdecznie i proszę pozdrowić Pana „B”  – ode mnie i mego Męża.

Pani „E”  – nie czuję się urażona jest mi wstyd, że nie pomyślałam sama o tym.

 

Nie, nie, nie! Proszę o to, aby Pani  nie obwiniała się. To jest problem naszego społeczeństwa.

 

Jadę na koncert Michała Bajora!

No właśnie – będę tam z Córką moją.

Cieszę się jak diabli, bo bardzo cenię Michała Bajora i jego twórczość.

Od czasu do czasu trzeba się udać w inny, ciekawszy świat.

Wiem, że będę na tym koncercie płakała, bo  tak mam, że przeżywam wszystko bardzo sobą.

Kilka utworów wstawię na bloga.

Posłuchajcie ile jest mądrości i ekspresji w Jego utworach i ten niespotykany głos – drżący! 🙂

 

 

 

 

Nienawiść w ludziach! Nienawiść w sieci!

Nieustannie dziwię się ludziom młodym, starszym i bardzo starszym, iż nie pojmują wciąż Internetu!

Dziwię się, że piszą takie słowa, zdania, które na wieki w tym Internecie zostaną!

Nawet kiedy się zreflektują, że palnęli straszną głupotę i usuną swój profil z Facebooka, Twittera, czy też swoje zdjęcie, to Internet wszystko takie coś błyskawicznie wychwytuje i to zaczyna żyć swoim życiem poprzez błyskawiczną reakcję Internautów.

Po pozostawieniu w sieci takiego paszkwilu trzeba się liczyć z tym, że takie chlapnięcie będzie się ciągnęło za nazwiskiem, osobą przez całe życie.

Ludzie nie rozumieją wcale tego, że Internet nie zapomina i Internet pamięta – wszystko!

Ludzie nie zdają sobie sprawy też z tego, że ich profile są podglądane i analizowane np. przez pracodawców!

Ludzie nie wiedzą, że kiedy zmienią się rządy, a się zmienią, to ich niefortunne wypowiedzi, często nienawistne mogą być rozliczane przez inną polityczną koniunkturę!

W Internecie mamy prawo krytykować, spierać się, dyskutować, ale niechaj do licha to będzie w ramach dobrego wychowania i wielkiego wyczucia, że nie krzywdzą nikogo i nie obrażają w sposób wulgarny – pisany językiem nienawiści.

Ludzie w sieci, a zwłaszcza młode matki wystawiają swoje pociechy na golasa i nie zadają sobie pytania do czego ich dziecko może być wykorzystane. Potem zostaje tylko płacz, jeśli ich pociecha trafi w łapy pedofila.

Dziś zmroziła mnie wypowiedź młodego człowieka, który ma już jasno sprecyzowane poglądy i uznałam, że czas chyba umierać!

Ja już nie rozumiem młodego pokolenia, które ma wyprany mózg przez półtora roku przez nowe nauczanie w kościele, a może i w szkole!

I czytamy, co młody człek do mnie pisze!

 

Te słowa padły z mównicy sejmowej, które skierowane zostały do przeciętnego Polka, a miała być dobra zmiana, pokora i poszanowanie!

Nie udało się – nie po raz pierwszy!

Pani Beata o cudownie polskim nazwisku – Nowosielska – Dyrektor Departamentu Edukacji i Komunikacji w Ministerstwie Środowiska Beata Nowosielska napisała na Facebooku, że Donald Tusk powinien zostać przywitany w Polsce „kajdankami i szubienicą”. Dziś pracownica MŚ zrezygnowała z pełnionych funkcji.

Zlikwidowała konto na Facebooku i Twitterze, ale to hula po sieci i hulać będzie! Wstyd do końca życia! Matka dwóch córeczek i żona, tak sobie zafajdała życiorys!

Warto było?

Pisałam na blogu, że nasza Rodzina straciła dwóch Wnuków i to podłapała taka jedna, bo napisała w sieci  coś, co dotyczy mnie bezpośrednio, a wymazać się z sieci tego nie da – autorko z Krakowa!

Kwalifikuje się pod Art. KK , ale niech sobie paniusia poszuka!

[17.10.2016] 19:34
/-/
co ci do tego pijaczko (16.10.2016.15 17:27):
pilnuj swoich zdechlaków na cmentarzu! zaraz znicze im zapalisz pier..dolnięty swirze.
(Odpowiedz cytując)    (Link do tej wypowiedzi)    (Zgłoś do usunięcia)
IP i czas połączenia logowane. [22482348]