Archiwa tagu: rak

Doszłam do ściany!

Znalezione obrazy dla zapytania mam dość choroby matki

Przedwczoraj był Dzień Cukrzyków i chyba nigdy nie pisałam, że choruję na cukrzycę typu II.

Biorę leki, ale uważałam się za gierojkę i nie zniszczalną, a więc lekceważyłam swoją chorobę, aż do momentu, kiedy zauważyłam swoje kiepskie samopoczucie.

Objawiało się to kompletnym wycieńczeniem, nawet po dobrze przespanej nocy – arytmią serca, oraz bólami głowy w okolicach potylicy, a także miewam zawroty głowy.

Biorę leki zapisane przez lekarzy systematycznie, ale w wielu sytuacjach one mi nie pomagają, kiedy wkrada się stres.

Mam nerwowy czas, bo Mama choruje na raka i od dwóch lat nie wstaje z łóżka.

Od dwóch lat żyję na telefonie i w pogotowiu!

Trzeba wiele wykonać przy niej zabiegów i robimy to, ale resztkami sił, a ja sama ich już w sobie nie mam.

Nie ma w Polsce takiego zastrzeżenia, że jeśli opiekun jest poważnie chory, to nie powinien zajmować się umierającym rodzicem i ten opiekun nie ma żadnej w Polsce ochrony i żadnej pomocy.

Przedwczoraj – na łamach reportażu wypowiedział się dziennikarz – Michał Figurski, który wiele lat lekceważył swoją cukrzycę, aż dopadł go wylew krwi do mózgu i zdałam sobie sprawę z tego, że i mnie to też może czekać.

Cierpię na arytmię, podwyższony poziom cukru, bóle głowy, zawroty, bóle kręgosłupa, a nasza Matka jak Lenin żyje wciąż dwa lata od diagnozy i potrzebuje pomocy 24 h!

Mój Mąż ma na stanie swoją Matkę – panią po 80 -tce. Gotuję dla niej obiady, bo sama sobie już nie ugotuje.

Jest hipochondryczką i humorzastą kobietą – wiszącą na telefonie.

Wydzwania do Męża po 10 razy dziennie – wymusza wszystko, choć Mąż jest na każde jej zawołanie.

Oboje uwikłani jesteśmy w starość swoich rodziców, a za chwilę przyjdzie czas na nas.

Nikt nie myśli aby oddać staruszków do instytucji, bo w Polsce absolutnie nie ma takiej pomocy, bo nasze Państwo nie działa w tym temacie.

Nie wiem jak jest w innych krajach Europy, ale czytam w wielu miejscach, że to funkcjonuje!

Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice.

Sama jadę na antydepresantach od lat, ale się rodzinie nie skarżę.

Medycyna na wysokim poziome sprawia, że nasi chorzy rodzice żyją przynajmniej o 15 lat dłużej, analogicznie jak to było dużo wcześniej, kiedy ludzie umierali w wieku 60/70 lat.

Teraz dzięki medycynie dożywają w różnym stanie do 90 – ki, a my 60 latkowie musimy się nimi zajmować, bo nasze państwo nie daje żadnej pomocy w tym, jakże trudnym temacie.

Kto nigdy nie opiekował się starością, to ten nigdy nie zrozumie dylematów dzieci zniewolonych przez chorobę rodzica.

Przeczytajcie ile dramatów jest w rodzinach, kiedy śmierć nie przychodzi szlachetnie – w porę!

Stare dzieci starszych rodziców – nie są bohaterami, są zmęczeni.
Praca, własne dzieci i starzy rodzice – wymagania, którym mogą sprostać tylko bohaterowie. Ale stawia się je wszystkim. Cena, którą płacą, jest wysoka. W Polsce od dzieci wymaga się opieki nad starymi rodzicami. Kiedy nadchodzi ten moment i starość lub choroby odbierają im samodzielność, zaczyna się problem. Czy dorosłe dzieci dają radę, czy nie? Jakie mają możliwości? O trudnych wyborach opiekunów – pisze Monika Kaczyńska.
Kiedy Marta słyszy o biletach do kina za 5 zł dla seniorów, siłowniach na wolnym powietrzu i kawiarenkach, dostaje piany na ustach. – Senioralia – sralia – tylko, że jak naprawdę trzeba się zająć starym człowiekiem, system jest bezradny – mówi i doskonale wie o czym. W blokowym mieszkaniu na jednym z poznańskich osiedli mieszka z dwojgiem dzieci, a od kilkunastu miesięcy z dwojgiem schorowanych, niemal kompletnie niesamodzielnych rodziców. I jest na skraju wytrzymałości nerwowej. 
– Nie miałam innego wyjścia – opowiada. – Musiałam ich wziąć do siebie. Ale to jest złe rozwiązanie. Nie wiem, jak długo to wytrzymam. Marta należy do tzw. pokolenia kanapkowego. Sama dobiegająca 60. wciąż jeszcze pracuje, z jednej strony przytłaczana powinnościami wobec dorosłych, ale jeszcze nie żyjących samodzielnie dzieci, z drugiej – powinnościami wobec rodziców.
Opieka nad starszymi osobami wcale nie jest taka łatwa i kolorowa jak w reklamach – To zupełnie nowe zjawisko – zwraca uwagę prof. Anna Michalska, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Jest związane z wydłużającym się życiem.
Pokolenie to nazywane również pokoleniem przegubowym podlega silnej presji z obu stron. Dopóki starzy rodzice są względnie samodzielni, a dorosłe dzieci także żyją swoim życiem, wszystko jest w porządku.
Gdy jednak starość lub choroby odbierają najstarszemu pokoleniu samodzielność, zaczyna się problem. I organizacyjny, i etyczny, i psychologiczny. Dotyczy to coraz większej grupy osób. I z danych wynika, że w ciągu najbliższych lat będzie ona jeszcze liczniejsza. – W Polsce wciąż rodzina znajduje się wysoko w hierarchii wartości – mówi prof. Anna Michalska. – Otoczenie oczekuje, że dzieci zajmą się rodzicami w podeszłym wieku, jakby oddając im trud, który włożyli w wychowanie. Zdawanie się w tej kwestii na instytucje jest wciąż oceniane negatywnie. Na własnej skórze odczuły to dwie poznanianki, które opowiadają, jak radzą sobie ze zniedołężnieniem rodziców.
 Obawa przed negatywną oceną dalszej rodziny i przyjaciół to jedno. Druga sprawa to dostępność i jakość instytucjonalnej opieki. Oczekiwanie na miejsce w domu pomocy społecznej w dużym mieście trwa przeciętnie około roku. Czasem dłużej.
Usługi opiekuńcze, świadczone w domu, maksymalnie przez 8 godzin dziennie bardzo często nie rozwiązują problemu. Ostatecznie więc odpowiedzialność za starych i niedołężnych spada na ich także, co tu kryć, starzejące się dzieci.
Gdy Marta skończyła pięćdziesiątkę, jej rodzice cieszyli się dobrym zdrowiem. Fakt, że mieszkali w oddalonym o ponad 200 kilometrów Wrocławiu, nie stanowił problemu. Stały kontakt telefoniczny, weekendowe odwiedziny raz na miesiąc i bratanek na miejscu, który w razie konieczności przyniósł cięższe zakupy czy dokonał drobnych napraw, załatwiały sprawę.
Kilka lat temu u matki Marty rozpoznano nowotwór. Wkrótce ojciec stał się bardziej roztargniony niż zwykle. Najpierw tłumaczono to stresem, później zmianami związanymi z wiekiem. Kiedy po raz kolejny siedem razy wychodził do kiosku i wracał z kolejnym egzemplarzem tego samego numeru gazety, a ze sklepu przynosił siódmą w ciągu dnia 20-dekagramową paczkę wędliny, stało się jasne, że sprawa jest poważniejsza.
Badanie lekarskie tylko potwierdziły przypuszczenia – choroba Alzheimera. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami wzrasta z wiekiem Wraz z jej postępami Marta traciła kolejne części swojego życia. Zaczęło się od weekendów. – W piątek po pracy wsiadałam w samochód i gnałam do Wrocławia – opowiada. – Tam prałam, sprzątałam, załatwiałam, co konieczne.
Wracałam w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek do pracy. Ale sytuacja z każdym miesiącem była coraz gorsza. Choroba ojca Marty postępowała, a coraz mniej sprawna matka po kilku operacjach przestała dawać sobie radę. – Nie była w stanie go upilnować. Znikał z domu, gdy była w toalecie, później przyprowadzali go obcy ludzie – wspomina Marta. – Wtedy, kiedy jeszcze to i owo kojarzył i był w stanie się podpisać, postanowiłam go ubezwłasnowolnić, choćby po to, by kiedy całkiem straci kontakt z rzeczywistością, móc umieścić go w domu pomocy społecznej.
Gdy o tym fakcie dowiedziała się dalsza rodzina, prawie Martę zlinczowała. – Nasłuchałam się, że chcę się ojca pozbyć, że chodzi mi o jego mieszkanie. Wyrodna córka to było najłagodniejsze określenie, z jakim się spotkałam. Padały wiele gorsze – mówi kobieta. Doroty, która przez trzy lata opiekowała się chorą na chorobę Alzheimera matką, wcale to nie dziwi. – Oczekuje się od nas postawy heroicznej – twierdzi. – Tyle że nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaka to przytłaczająca odpowiedzialność.
Matka Doroty od ponad roku jest pensjonariuszką domu pomocy społecznej. Dorota odwiedza ją kilka razy w tygodniu. Czasem matka nawet ją poznaje. I choć starsza pani, gdy jeszcze częściej była świadoma, sama zdecydowała o przeprowadzce, okres oczekiwania na miejsce Dorota wspomina jak nieustający koszmar. – Mieszkałyśmy po sąsiedzku – opowiada. – Kwestie techniczne – zakupy, sprzątanie, podawanie leków cztery razy dziennie to nie był problem. Tylko ten strach.
Bałam się oddalić od domu, bo matka może mnie potrzebować. Co noc budziłam się kilka razy i biegłam do okna sprawdzić, czy pali się u niej światło. Po tym, jak o trzeciej w nocy zadzwonili sąsiedzi, że mama w koszuli nocnej stoi na klatce schodowej i nie może wejść do mieszkania, prawie w ogóle przestałam sypiać.
Tylko dzięki ośrodkowi dziennego pobytu, do którego odprowadzałam mamę, mogłam w ogóle pracować. Ale i tak byłam u kresu sił. Czego bałam się najbardziej? Że z jakiegoś powodu trafię do szpitala, a mama zostanie sama – bez opieki, bez leków, kompletnie zagubiona i bezradna – wyznaje. – Dopiero kilka miesięcy po przeprowadzce mamy do DPS-u, na nowo odkryłam spacery, spotkania ze znajomymi, wyjścia do kina.
Zwyczajne rzeczy, które przez ostatnie lata były dla mnie niedostępne. Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że znów mogę wrócić do domu, o której chcę. Jak nastolatka spuszczona z rodzicielskiego oka – śmieje się. Najbardziej bałam się, że trafię do szpitala i matka zostanie bez opieki Marta po pracy pędzi prosto do domu. Zajęcia sportowe, kurs językowy, koncerty skończyły się wraz ze sprowadzeniem rodziców pod własny dach. Zresztą nie tylko to. Do piwnicy trafił ulubiony fotel i kilka kartonów z książkami. – Moje życie zostało zredukowane do 11 metrów kwadratowych – mówi. – Największy pokój oddałam rodzicom, bo w innym nie zmieściłoby się szpitalne łóżko dla ojca, stół z krzesłami i balkoniki dla obojga, dzięki którym mogą się poruszać.
W drugim pokoju mieszkają synowie. Mnie został ten najmniejszy. Nie dość, że nie mam praktycznie własnego życia poza domem i pracą, to nawet nie mam swoich ulubionych mebli. Są dni, kiedy mam ochotę wyjść z domu i więcej nie wrócić. I najgorsze, że tak już będzie. Z jednej strony presja społeczna, z drugiej działanie systemu opieki społecznej stawia takie osoby jak Dorota przed dramatycznymi wyborami.
Choć zakładała, że prędzej czy później rodzicami będą musiały zaopiekować się instytucje, bo ona sama nie da rady, życie pokazało, że sprawa jest znacznie bardziej złożona. – Ojciec i tak nie ma już kontaktu z rzeczywistością, nie sądzę, żeby w ogóle orientował się, gdzie jest – mówi Marta. – Ale matka, w żaden sposób niepogodzona ze starością, chorobą i ograniczeniami, jakie się z tym wiążą, nie godzi się na przeprowadzkę do domu pomocy społecznej. A ja przecież się nie rozdwoję. Żeby w ogóle się nimi zająć, muszę ich mieć w jednym miejscu. Jedyne możliwe to moje mieszkanie – dodaje zrezygnowana. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami otępiennymi wzrasta wraz z wiekiem, Polacy żyją dłużej. Ale ostatnie lata życia większości upływają na zmaganiu się z chorobami. – Medycyna przedłużyła człowiekowi życie – zauważa Dorota. – Ale dłuższe życie nie oznacza zachowania zdrowia. To, co nazywa się ofertą dla seniorów – te wszystkie kluby, kawiarenki, festiwale to propozycje dla sprawnych 60-70-latków.
Tym o dwadzieścia lat starszym potrzeba opieki medycznej. A tej praktycznie nie ma. Lekarze gerontolodzy to specjaliści rzadsi niż złoto. W liczącym blisko 850 tysięcy mieszkańców Poznaniu i powiecie poznańskim takich specjalistów jest zaledwie kilku. W całym Lesznie czy Koninie przyjmuje jeden taki lekarz. Nie ma też wielu wyspecjalizowanych opiekunów.
Znalezienie kogoś, kto choćby na kilka godzin zostałby z chorym na Alzheimera, graniczy z cudem, o kosztach nie wspominając. A opiekujące się schorowanymi rodzicami dzieci też się starzeją. I też mają swoje, także medyczne potrzeby. I proste marzenia: urlop, zakupy bez obawy o to, co się dzieje w domu, wizyta u fryzjera. W Polsce to na ogół marzenia ściętej głowy. – Gdybym wiedziała, że raz w roku mogę oddać rodziców na dwa, trzy tygodnie do ośrodka, w którym będą mieli opiekę i wyjechać do sanatorium…- rozmarza się Dorota. – Na Zachodzie takie rozwiązania są powszechne, u nas traktuje się je jak fanaberię. Poza tym są jeszcze moi synowie. Dotąd cierpliwie znoszą wszystkie uciążliwości i solidarnie na zmianę śpią na łóżku polowym. Ale jak długo? Czasem myślę, że spełniam obowiązek wobec rodziców ich kosztem – wyznaje.
Poczucie życia w potrzasku jest typowe dla pokolenia kanapkowego. W jego przedstawicielki (bo wciąż funkcje opiekuńcze spadają przede wszystkim na kobiety) miotają się między pracą, rodzicami a wnukami. Płacą za to wysoką cenę. Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice. Uwalniając dzieci od swojej starości. 

Czytaj więcej: https://gloswielkopolski.pl/stare-dzieci-starszych-rodzicow-nie-sa-bohaterami-sa-zmeczeni/ar/1021439


Reklamy

Moja codzienność!

Budzę się o poranku cała nerwowa, bo wiem, że czeka mnie kolejny dzień z chorą Mamą.

Szybko biorę prysznic, szybko piję poranną kawę i szybko jako tako ogarniam swój dom. Wszystko szybko!

Szybko pakuję swoje manatki jak telefon, okulary, klucze – wrzucam bezładnie do koszyka i się szybko ubieram, aby za chwilę wyjść z domu na parę godzin dyżurowania.

Czasami bywa, że zapomnę wziąć swojej porcji leków, a więc się wracam i łykam je na pusty żołądek, bo kompletnie rano nie mogę nic zjeść, a jem kiedy trochę się uspokoję i wyciszę.

Otwieram drzwi od mieszkania Siostry i od razu widzę Mamę, bo łóżko Jej ustawione jest na wprost drzwi wejściowych.

Kiedy wchodzę, to od razu widzę, czy Mama śpi, czy czuwa, ale ostatnio przeważnie śpi.

Robię sobie drugą kawę, aby dobudzić się na spokojnie już i loguję się do sieci, bo mam swój drugi laptop u Siostry.

Bez tej maszynki bym zwariowała, bo to ona mi zapełnia godziny spędzone z Mamą.

Siedzę blisko Jej i co trochę obserwuję, czy śpi, czy oddycha, czy czasem nie umiera.

W laptopie czytam wiadomości na Facebooku, oraz sprawdzam pocztę, czy ktoś dla mnie bardzo ważny w sieci nie napisał wiadomości, a bardzo się cieszę, że ta ważna dla mnie osoba się odezwała – odpisuję, bo mam chwilę, że Mama śpi.

Jednak, co trochę doglądam, czy oddycha i czy żyje i wciąż żyje, bo nagle otwiera oczy i każe się zaporowadzić do WC na zmianę pampera i prosi o picie.

Idzie resztkami sił, o lasce do WC, ale wciąż pilnuje tych spraw, a potem znowu zasypia. Trzymam ją pod pachami z całych sił.

Budzi się w okolicy południa i każe sobie włączyć „Koło fortuny” emitowane na TV2 i mimo, że przesypa ten program ostatnio, to i tak ma być na ekranie.

Tak patrzę i obserwuję to jej umieranie i dziś sobie pomyślałam satyrycznie, że Mama postanowiła sobie, że na stare lata sobie poleży i się porządnie wyśpi, bo umierać nie ma zamiaru, kiedy my padamy na pysk z powodu zmęczenia.

Całe życie cierpiała na bezsenność, a teraz nadrabia.

Jest to zmęczenie fizyczne i psychiczne, ale bardziej psychiczne, bo towarzyszyć chorej osobie w odchodzeniu jest bardzo męczące i absorbujące, oraz przygnębiające.

Kiedy wracam do domu po dyżurze, to jestem w stanie tylko na małe poprawki w domu, a potem padam na kanapę i łapię równowagę, aby tylko nie zwariować i dotrwać do dnia następnego, a teraz dni są takie krótkie i nastaje szybko ciemność.

Biorę więcej leków na serce, które w tym stresie robi mi arytmię i marzę o tym, aby ten koszmar się skończył.

Niech to się stanie przed Bożym Narodzeniem, abyśmy wszyscy w te święta w końcu odpoczęli, ale jak będzie, to tego nie wie nikt.

Jutro znowu się skrabię po schodach, mając nadzieję na rychły koniec, bo aż się wstydzę swoich myśli, aby Mama w końcu nas wszystkich uwolniła i spoczęła w spokoju.

Czasami sobie myślę, że diagnoza – rak wątroby, to jakiś pic, bo dawali lekarze Mamie 4 miesiące od diagnozy, a Ona tymczasem zjada pełne posiłki i niech mi to jakiś onkolog wytłumaczy!

Minęły dwa lata!

Przypominam sobie swoje ukończenie 50 lat i wówczas poczułam się bardzo stara.

Już wówczas wiedziałam, że przyjdzie czas, że Mama kiedyś odejdzie, ale nigdy nie przypuszczałam, że będzie to takim utrapieniem.

 

Mam dość!

 

Znalezione obrazy dla zapytania śmierć

Mam dość i piszę to w swoim imieniu, bo chora Mama leży w łóżku już dwa lata w domu mojej Siostry.

Dochodzę i włączam się w opiekę, bo chora Mama tego wymaga.

Wymaga opieki całodobowej i 6 listopada minie dokładnie dwa lata od diagnozy – rak wątroby, który spowodował, że zmarniała i wychudła, ale wciąż żyje.

Mam wrażenie, że jest wieczna jak Lenin i nie ma zamiaru umierać.

Obie z Siostrą utraciłyśmy swoje, własne życie, bo wszystko jest podporządkowane Mamie.

W ciągu tych dwóch lat, chyba z sześć razy wydawało się nam, że oto nastąpi Jej koniec i przyjdzie nasze wybawienie, ale nie!

Ożywała za każdym razem i wracała do nas, co już nie raz pisałam, że jest jakimś cudem w świecie medycyny.

Umierała, tak się nam wydawało pod koniec października i myślałam, że 1 listopada nastąpi koniec Jej wędrówki.

Nie umarała i dziś ponownie kazała mi przełączyć telewizor na swoje ulubione, które uwielbia „Koło fortuny”.

Aby zaprowadzić Ją do WC, trzeba Ją z całych sił ściągać z łóżka, aby zmienić Jej pampersa i Ona wciąż tego pilnuje.

Doprawdy nie wiem skąd w Niej tyle sił i silnej woli, aby tylko grubszej sprawy nie zrobić w pampersa.

Dziś z ledwością prowadziłam Ją do WC, aż w końcu poddała się i kazała mi zmienić pieluchę w przedpokoju, bo nie miała sił dojść do WC.

Jest taki dzień, że podsypia, a drugi jest taki, że jest na czuwaniu choć już nie wiele rozumie z tego wszystkiego, co się wokół dzieje.

Cholernie przykro się na to patrzy i najgorsze jest to, że nikt nie wie, kiedy ten koniec nastąpi.

Dwa lata ciągłego doglądania, podawania leków, karmienia, nawadniania skutecznie zabiło w nas współczucie.

Bywa tak, że Mama coś tam bredzi i widzi jakiś ludzi w telewizji, którzy do Niej coś mówią.

Ja wiem, że jest w tej chorobie taka dzielna, ale jak napisałam na wstępie – mam dość!

Myślę, że i Siostra ma dość, która wciąż pracuje i wybrała wszelkie wolne dni, jakie się Jej należały.

Obie jesteśmy starszymi kobietami, które mają swoje jednostki chorobowe i z ledwością ciągniemy ten wózek.

Siostra kąpie Mamę, bo ja się tego boję robić, a także załatwia wszelkie sprawy z receptami i zakupem leków, oraz pampersów.

Utraciłyśmy swoje, prywatne życie, ale żadna z nas nie miała zapędów, aby Mamę oddać do hospicjum.

Obie czujemy się wykończone, zmęczone, umordowane, a Mama nie ma zamiaru umierać i jeden Bóg chyba wie, kiedy nas wybawi od tej udręki i wielkiego obciążenia fizycznego i psychicznego.

Obie jesteśmy blisko depresji i obie mamy szczerze dość!

Może ktoś na mnie nakrzyczy, że jestem wyrodną córką, ale pragnę na tę chwilę, aby Mama odeszła w końcu i oddała nam nasze życie, bo obie mamy mężów, dzieci i wnuki i to z tego powinnyśmy się cieszyć.

Kolega mojego Męża, który zmarł parę dni temu i opiekował się swoim, chorym Ojcem.

Mył go, zmieniał pampery i po prostu był z nim w chorobie i kiedy ojciec umarł, to on umarł na zawał za chwilę, bo tak był umęczony!

Boję się, że ten scenariusz może się powtórzyć w mojej Rodzinie, bo męka z chorą Mamą nas wyniszcza.

Brutalne będą jeszcze te słowa, które chcę napisać na swoim blogu, który mi pomaga przetrwać, bo się wygadam.

Mama odchodzi i kompletnie bez pożegnania, wspominania i nie ma tu żadnych słów – kocham cię, kochałam, jestem z ciebie dumna.

Przez dwa lata usłyszałam tylko, że jestem dobrą dziewczyną!

Muszę z tym jakoś żyć!

Czy warto analizować? Chyba nie i po śmierci Mamy należy szybko wrócić do swojego życia, którego tak niewiele mi zostało!

Przez dwa lata nigdzie nie byłam i niczego nie zobaczyłam, a dźwięk telefonu wprawia mnie w drżenie serca i powoduje arytmię ze strachu!

A kiedy odchodzi Matka?

 

Na powyższym zdjęciu jest moja Mama, kiedy miała może – zaledwie 75 lat.

Zdjęcie zrobione na weselu jednej z moich Córek i widać na nim, że dobrze wyglądała i była zawsze uśmiechniętą osobą.

Od życia dostała dobrze w kość, ale nigdy się nie załamała i szła przez życie z ogromną siłą, pokonując wszelkie trudy, jakie nosło życie.

Stary, dobry materiał zahartowany i mocny, który za chwilę odejdzie z tego świata.

Przeżyła II Wojnę Światową i czasy socjalizmu jak wszyscy, nasi starzy Rodzice, których teraz, ten obecny nierząd szykanuje i odbiera im część emerytury, bo urodzili się za wcześnie i jest to hańba dla tego nierządu.

Pracowała całe swoje życie, a do pracy poszła, kiedy miała zaledwie 14 lat, ale nigdy nie narzekała na swój trudny los.

Dziecństwo też miała nie lekkie, gdyż wychowywała Ją sroga macocha, która była trudną osobą i Mama nie raz opowiadała, że macocha dawała jej mocno w kość.

Nie raz na blogu pisałam przez ostatnie dwa lata o swojej Mamie, która już dwa lata żyje od diagnozy – rak i w tej chwili jest fizycznym warzywem, choć jeszcze z bardzo bystrą psychiką, która wszystkich zadzwia.

Jednak jest tak, że wszyscy jesteśmy zmęczeni opieką nad chorą Mamą, bo Ona wymaga tej opieki 24 godziny na dobę.

Wszyscy działamy na adrenalinie, że trzeba być przy Niej, choć nie jest roszczeniowa i nie lamentuje – nie skarży się na swój los i swoją chorobę znosi niesamowicie godnie.

Przechodzę przez różne etapy w związku z chorobą Mamy i mówię do siebie, że jeśli ma taką wolę życia i siły psychiczne, to jestem na każde zawołanie, ale bywa, że opadam z sił, bo nie należę do osób silnych psychicznie.

Dziś poszłam w godzinach porannych zmienić Mamie pampersa i musiałam podnieść Mamę całą sobą, aby zaprowadzić Ją do ubikacji.

Stękała, bo wszystko Ją bolało i nigdy przez dwa lata tak się nie skarżyła, ale choroba jest bezlitosna i drąży!

Nic nie można więcej zrobić, jak tylko wezwać lekarza, aby zwiększył dawkę środków przeciw bólowych.

Rozleciałam się na kawałki, bo kiedy wróciłam do domu, to ległam na kanapie i łzy lały się strumieniami.

Straciłam swoją energię, gdyż dziś namacalnie zobaczyłam, że Mama gaśnie i opuszczają Ją siły witalne!

Jeszcze staram się być silna, ale wiem jedno, że kiedy Mama odejdzie, będą długo składała się do kupy!

Tak naprawdę, to nikt nie wie, co się ze mną dzieje, bo zamknęłam się w sobie i przygotowuję się do żałoby w samotności!

 

Książka na półce!

Kto mnie czyta, ten wie, że mam chorą Mamę, która żyje z wyrokiem rak, już za chwilę będzie dwa lata.

Tak przykro się na to patrzy, bo całkowicie jest zależna od rodziny.

Lekarze po diagnozie dawali Jej 3 – 4 miesiące życia, a tu taki sprawdzian dla rodziny, ale nikt nie pomyślał, aby oddać Ją do hospicjum.

Wiem, że przydzie taka noc  – taki dzień, że Mama odejdzie i oto nastąpi jej życia kres.

W tej sytuacji niewiele mnie cieszy, ale aby nie popaść w stan depresyjny mówię sobie, że mnie cieszy jednak coś!

Cieszy mnie, że z Mężem mamy jeszcze jako takie zdrowie i we dwoje ciągniemy ten przysłowiowy wózek i razem dajemy sobie jeszcze radę.

Cieszy mnie, że moje Dzieci mają pracę i sobie radzą, a moje Wnuki, to super są dzieci, z których jestem ogromnie dumna.

Cieszy mnie, że mam swoje miejsce na Ziemi i swój malutki kąt, w którym czuję się świetnie i nigdy swojego kąta nie opuszczę, bo to w nim czuję się bezpieczna.

Cieszy mnie, że mam, co do garnka włożyć i sama wciąż gotuję obiady i nie jestem zależna od jakiegoś kateringu, czy pomocy Dzieci.

Cieszy mnie kiedy wciąż potrafię się wzruszać i mam wielką wrażliwość i przy takiej twórczości płaczę!

Przeżyłam w swoim życiu naprawdę wiele lat traumy, a jednak udało mi się zachować człowieczeństwo i moje przyżycia nie zabiły we mnie niczego!

Nie zmieniłam się w jędzę, wiedźmę, sekutnicę, bo potrafiłam pożyczyć modem do Internetu sąsiadowi, który mieszka w mojej klatce i jest chory na raka, który ani razu w życiu mi się nie ukłonił!

Jesteśmy z Mężem tacy, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to się nie migamy i pomagamy!

Nie piszę tego, aby się chwalić, a piszę dlatego, że warto być przyzwoitym.

Na rynku księgarskim pojawiła się książka, za którą Marcin Wicha otrzymał nagrodę Nike – 2018.

Od razu zainteresował mnie tytuł, bo brzmi – „Rzeczy których nie wyrzuciłem”.

Książki jeszcze nie mam, ale pójdę do księgarnii i ją kupię, bo jest to rozrachunek  autora z życiem po śmierci swojej matki.

Nie kupię jej przez Internet, bo chcę poczuć tę magię zakupu książki w księgarnii, by poczuć od razu jej zapach.

Postanowiłam sobie, że nie przeczytam tej książki w czasie choroby mojej Mamy, bo pewnie bym się rozsypała na kawałki.

Przeczytam ją wówczas, kiedy uporam się z żałobą!

Niech książka leży na półce nawet rok, bo moja Mama może tyle jeszcze pożyć, ale kiedy się otrząsnę, to sięgnę już na spokojnie po tę pozycję.

Myślę, że ta książka zrobi furorę na wzór filmu pt. „Kler”

 

 

Literacka Nagroda Nike 2018: Marcin Wicha ze statuetką

Zdrada!

Byli małżeństwem z 20 letnim stażem. Maria i Ryszard uchodzili za wzorową parę, tylko wszyscy im współczuli, że nie mogli mieć dzieci.

Maria leczyła się długie lata, ale bez efektu, a na adopcję nie miała odwagi. Bała się, że nie zdoła pokochać adoptowanego dziecka. Ryszard bardzo był za dziećmi, lecz los tak mu się ułożył, że dzieci mieć nie będą. Mieli psa i to on zastępował im to upragnione dziecko.

Zajmowali się po pracy ogrodem działkowym, który był dla nich alternatywą na zapełnienie tej istotnej dla nich luki. Oboje kochali kwiaty i wiele pracy wkładali w uprawę własnych warzyw i owoców. Tak leciały im wspólne lata.

Pewnego wieczoru Ryszard przyszedł do domu dobrze wstawiony. Był z kolegami na piwie i Maria tolerowała te jego koleżeńskie wypady. Sama w tym czasie lubiła obejrzeć dobre kino w samotnym przeżywaniu.

Ryszard wrócił bardzo zmarnowany i szybko położył się spać ku uciesze Marii, która nie lubiła jego wywodów filozoficznych pod wpływem.

Krzątając się jeszcze w kuchni usłyszała dźwięk smsa w kieszeni kurtki Ryszarda. Zdziwiło ją, że ktoś o tak późnej nocy wysyła wiadomości. Podeszła do wieszaka i wyjęła komórkę z kieszeni kurtki męża.

Nigdy tego nie robiła, bo nie czuła takiej potrzeby, aby sprawdzać telefon swojego mężczyzny. Ufała mu bezgranicznie i brzydziła się inwigilacją jaką stosowały inne kobiety. Wiedziała, że jej koleżanki z pracy sprawdzają komórki swoich życiowych partnerów, a także ich komputery kiedy tylko nadarzy się taka okazja. Nie czuła takiej potrzeby, ale tym razem dźwięk komórki ją zafrapował.

Trochę trwało, kiedy zorientowała się, jak odczytać wiadomość i kiedy mąż pochrapywał na kanapie, Maria przeczytała:

– Kochanie, musimy to powtórzyć. W mojej lodówce już chłodzi się wino na następny raz – twoja kochająca cię Paula.

Maria myślała, że to jest jakiś absurd i kobieta o imieniu Paula się pomyliła, śląc wiadomość do jej męża. Wzięła komórkę, zapaliła więcej światła w kuchni i usiadła na kuchennym taborecie. Postanowiła bliżej przyjrzeć się telefonowi i odczytała wszystkie wiadomości.

Było ich w telefonie bardzo wiele. Miłosne wyznania, a także terminy i miejsca spotkań. Słowa tęsknoty i zapewnienia, że wkrótce powiadomi ją o tym, że odchodzi do żony.

Maria odłożyła komórkę i podeszła do lodówki, aby nalać sobie sporą ilość schłodzonej wódki. Wpiła trzy kieliszki jeden za drugim, aż poczuła w żołądku przyjemne ciepło. Nie docierało do niej, że jej ukochany i dobry mąż ma w pobliskiej miejscowości inną kobietę, z którą już sobie zaplanował dalsze życie.

Ośmielona wypitym alkoholem postanowiła wycisnąć numer do tej jego Pauli. Czekała chwilę, aż tamta odbierze. W końcu była już noc i najzwyczajniej ją obudziła.

– Proszę jutro przygotować miejsce w szafie na ciuchy mojego męża – cichym i spokojnym głosem oznajmiła jednym tchem.

– Ale… Nie ma żadnego ale, dobrej nocy i wyłączyła rozmowę.

Gdzie ja mam te walizki, chwilę się zastanawiała i poszła do garderoby, aby spakować jego rzeczy. Robiła to na chłodno i z rozmysłem. Jednak kiedy pakowała jego przybory toaletowe, które stały w toalecie obok jej, nagle się załamała. Spojrzała na pustą półkę, spojrzała w lustro na swoje odbicie i łzy zalały jej twarz. 

Nie spała tej nocy. Nie mogła, bo właśnie rozsypał się jej poukładany świat. Nie mogła skojarzyć faktów, kiedy spotykał się z tamtą kobietą. A więc te wszystkie jego wyjazdy na ryby były doskonałą przykrywką do tajemnych randek i uniesień. A więc skąd były te wszystkie trofea, czyżby kupione w sklepie? Oszukiwał ją cały czas i ciekawa była kim jest tamta kobieta? Lepsza, ładniejsza i pewnie mogąca urodzić mu dzieci? Myśli jej się kłębiły jak szalone, a świat zawalił w jednej chwili.

Kiedy o poranku Ryszard jak zwykle chciał sobie zrobić kawę, potknął się o wystawione w korytarzu walizki. Jego zdziwienie było wielkie, kiedy zauważył, że już tutaj za chwilę nie będzie mieszkał. Rozstanie odbyło się prawie bez słów. Obmył tylko twarz i włożył ubranie, aby znieść swoje rzeczy do samochodu.

Maria stanęła przy oknie i ostatni raz widziała swojego męża, który właśnie rozpoczął swoją nową drogę życia. Nie mogła sobie poradzić z rozstaniem. Zamknęła się w domu i wzięła długie zwolnienie z pracy. Nie chciała z nikim rozmawiać i nikomu niczego tłumaczyć. Zwinęła się jak kot i leżała dniami i nocami bez ruchu, bez emocji, jakby życie z niej uleciało. Nie odbierała telefonów od nikogo i w końcu wyłączyła całkowicie aparat, a tylko ukradkiem przed znajomymi wymykała się na spacer z psem, który tylko jej został. Nie malowała się i nie dbała o posiłki. Niczego już nie chciała od życia.

Pewnego dnia, zaniepokojone koleżanki z pracy tak mocno pukały do drzwi, że musiała je otworzyć. Zobaczyły rozgrzebane łóżku, a obok stos zapłakanych chusteczek.

– Nie możesz tak żyć, paplały jedna przez drugą. – Ogarnij się i wracaj do życia, do nas – nie dawały za wygraną. 

Wyprosiła je, dziękując za troskę, ale oznajmiła, że musi sama przeżyć to, co się wydarzyło i chce zostać sama. Nie przyjmowała żadnych rad i pocieszeń. Nie chciała wracać do życia, co bardzo zmartwiło jej znajome z pracy. Odpuściły i dały jej dwa tygodnie na pozbieranie się i powrót do pracy. Przysięgła, że się pozbiera, ale niech już sobie idą.

Minęły 3 lata od rozstania. Przez ten czas nie widziała ani razu Ryszarda. Ostatni raz, tylko na rozprawie rozwodowej, która przebiegła bez komplikacji z orzeczeniem o  winie jej męża. Przez ten czas wiodła spokojne i monotonne życie. Praca, dom, spacer, działka. Chwile samotne zapełniała sobie udziałem na forum, gdzie takich porzuconych kobiet było więcej. Szukała tam pocieszenia i wsparcia, a i sama udzielała rad innym, świeżo porzuconym. Była na tyle silna już, że stać było ją już na pisanie, iż ból jest wciąż silny, ale da się z nim żyć, bo bardzo ją wzbogacił wewnętrznie i nauczył pokory. Pisała, że bardziej siebie poznała i  wierzy, iż dała sobie radę ze zdradą.

Tak mijały jej dni, ale była zadowolona, że ten wewnętrzny spokój zaczął się jej podobać. Radziła sobie z obowiązkami i czuła się coraz bardziej silniejsza. Postanowiła, że kupi nowy komputer i zajmie się pisaniem książki. W głowie miała jej zarys i chciała spróbować, co z tego by jej wyszło. Tak tylko dla siebie i nie koniecznie o sobie. Pragnęła umieścić swoich bohaterów na ciepłej wyspie i otoczyć ich wspaniałymi sąsiadami, co wiązało się z przeróżnymi zabawnymi i mniej zabawnymi historiami. Jak zaplanowała, tak zrobiła i pisała wieczorami przy filiżance aromatycznej herbaty. Czasami schodziło jej do północy, kiedy zatraciła się w swojej wyobraźni i budowaniu fabuły.

Była wreszcie szczęśliwa, bo miała coś tylko swojego, a była to jej powstająca książka. Budziła się i kładła z głową zaprzątniętą pomysłami i była z siebie bardzo zadowolona.

To była długa majówka i chciała ją spędzić ze swoją książką, ale jej plany popsuł niespodziewany dzwonek do drzwi, a więc w szlafroku poszła zobaczyć kto też zakłóca jej spokój. Kiedy je uchyliła, zdębiała. Ryszard stał w drzwiach niczym zbity pies. Nie ogolony i nie świeży. Widziała, że się bardzo postarzał i zaniedbał. Nigdy nie widziała go w takim stanie. 

– Witaj Mario, możemy porozmawiać chwilę. – Proszę poświęć mi swój czas, bo… ja już tak nie mogę żyć – wymamrotał.

– Wejdź, skoro już jesteś – serce jej mocno zabiło i nie wiedziała, czy dobrze robi wpuszczając go do mieszkania.

Usiadł w pokoju na dużej sofie, a Maria oddaliła się w kierunku okna, z dala od niego. Czekała na dalszy rozwój tej jakże dziwnej sytuacji.

– Mario, chcę do ciebie wrócić, bo ja już nie chcę z nią. Mam dość trzech etatów, bo wiecznie jej mało i mało. Tych wiecznych awantur o pieniądze, o jej dzieci,które wszystko muszą mieć. Tylko praca, praca, by zaspokoić jej potrzeby stało się ponad moje siły. Ja wiem, że ciebie skrzywdziłem i wiem, że możesz mnie za chwilę wyprosić ze swojego domu i będziesz miała słuszną rację i powiem ci tylko, że zdałem sobie sprawę, jak bardzo ciebie kochałem i wciąż kocham. Nie chcę żebrać o uczucie, ale musisz wiedzieć, że to, iż odszedłem to był mój wielki błąd. Daj mi drugą szansę Mario.

W pokoju zapanowała cisza, iż słyszała jak mocno bije jej serce. Nie wiedziała jak ma się zachować i była na niego zła, że burzy jej ponownie poukładany świat, na który pracowała trzy lata.

– Jak sobie to wyobrażasz – spytała. Mam cię przyjąć i udawać, że nic się nie stało? Jesteś dorosłym człowiekiem i mniemam, że odpowiedzialnym, a więc wracaj skąd przyszedłeś. Ja choć wciąż cię także kocham, nie zbuduję już z tobą swojego życia. Nie po to upadałam i się podnosiłam, aby znowu upaść. Nie, nie, nie – oznajmiła jak na bezdechu.

– Mario, ale jednego ci nie powiedziałem – jestem chory na raka!

Jeszcze będzie pięknie. Jeszcze będzie normalnie!

Dopóki PiS nie doszedł do władzy, to nie wiedziałam, że w Polsce żyje tylu idiotów i nieudaczników.

Od trzech lat patrząc na demolkę naszego kraju – włosy się na głowie jeżą, a skóra cierpnie i nie z upału.

Na wszelkie stanowiska mianowane są miernoty i przypadkowi ludzie, którzy nie znają się na robocie i strzelają ostrą aminicją w płot.

Wszystko się rozkracza i idzie w niebyt, a traci na tym Polska i my, którzy nie głosowaliśmy na ten nierząd, bo wiedzieliśmy, że tak będzie!

Polską trzęsie facecik, który nie wynurza się z żoliborskiej nory i nie zna się praktycznie na niczym, ale ma wizję z komunistycznego wychowania, o tym jak niby naprawić ten kraj.

Facecik, który nie umie się schludnie ubrać, uczesać, wyczyścić  butów, kupić sobie nowy garnitur i zapiąć rozporek po sikaniu.

Facecik, który kompletnie nie zna życia, bo nie spłodził dziecka i jest bez rodziny. Nie zasadził drzewa i nie potrafi poruszać się samodzielnie – nigdzie.

Facecik, który w razie zmiany władzy nie będzie za nic odpowiadał, bo ma od brudnej roboty swoich idiotów, których naraził w przyszłyszłości na Trybunał Stanu łącznie z Adrianem.

Facecik nie zdolny do samodzielnej egzystencji, bo ma swoich ochroniarzy, którzy kupują nawet żwirek dla kota, bo on nie wie jak to się robi, a mimo to trzęsie krajem!

To jest tak tragiczna postać, że powinna wzbudzać współczucie, a jednak 80% ludzi w tym kraju go nienawidzi i nawet nie potrafi współczuć, że bez żadnego trybu leżał w szpitalu ponad miesiąc, bo karma dała o sobie znać.

Wymyślił sobie podczas bezsennych nocy, po katastrofie smoleńskiej z powodu wyrzutów sumiena, że jeśli Polakom da 500+ to zdobędzie władzę i tu się nie pomylił, bo Polacy zawsze woleli iśc na łatwiznę, aniżeli dojść do czegoś swoją pracą.

Podczas tych trzech lat zrujnował:

  • Wojsko, które dobrze stało w swoich strukturach i byliśmy mile widziani w NATO,
  • Trybunał Konstytucyjny, którego już nie ma, bo jest atrapa,
  • Szkolnictwo, na którym stracili uczniowie i kadra nauczycielska,
  • Sądownictwo, które boi się orzekać, gdyż jest już upartyjnione,
  • Konstytucję, którą notorycznie łamie Adrian, bo nie prezydent,
  • Służbę zdrowia, która leży i kwiczy, a pacjenci stoją w ogromnych kolejkach i zabierane są leki refundowane,
  • Policję rozwalił na maksa, a policjanci wstydzą się, że są policjantami.

I można tak wymieniać i wymieniać, ale Polacy nie wybaczą facecikowi, że pogrzebał markę jaką była Stadnina Koni Arabskich w Janowie Podlaskiem.

Byliśmy tacy dumni z tych naszych koni i to była nasza duma narodowa, ale spójrzcie na zyski z wczorajszej aukcji, która jest obrazem nędzy i rozpaczy!

Nikt w tej partii nie jest dla dobra Polski, Narodu, a tylko po to, aby się nachapać jak najwięcej i zapełnić konta, a ten facecik o twarzy wiecznie, żywego Lenina porusza się w rzeczywistości jak dziecko we mgle i oto mamy tego skutki!

Wyżyłam się politycznie, a na koniec wątek osobisty w sprawie opieki nad chorą Mamą i stwierdzam, że krowa, która dużo ryczy – mało mleka daje i to by było na tyle!

Jeszcze będzie pięknie. Jeszcze będzie normalnie!

 

 

 

 

Zdjęcie użytkownika Rudolf Czajor.

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

 

Zdjęcie użytkownika Andrzej Rysuje.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zniecierpliwienie!

 

Gdzieś ludzie spacerują ulicami Paryża, albo Rzymu i choćby w małych miejscowościach, wygrzewają się na słońcu, wystawiając do niego swoje twarze.

Gdzieś tam siedzą w kawiarniach i piją aromatyczną kawę oraz rozmawiają rozkoszując się rozmową.

Gdzieś tam tworzą rodzinną atmosferę i jedzą ugotowany w domu, smaczny obiad i cieszą się domowym ogniskiem.

Gdzieś tam spacerują i gdzieś tam się przytulają, mówiąc sobie miłe słowa.

Gdzieś tam toczy się zwykłe i niezwykłe życie i gdzieś tam idą sobie do kina i jedzą popcorn.

Gdzieś tam kupują bilety i idą do teatru, albo na koncert ulubionego zespołu i szaleją oraz śpiewają.

Kocham swoją, chorą Matkę i włączam się w opiekę nad Nią, co trawa już 20, długich miesięcy, ale dziś wymiękłam i mi się przelało.

W moim życiu przeszłam trzy, potężne depresje i myślałam, że się z nich wygrzebałam, ale nie!

Dziś mi się przelało i zdałam sobie sprawę, że nie dam rady więcej i potrzebuję odpoczynku, bo jestem wypalona.

Poczułam, że jest mi odbierane moje, poukładane życie właściwie bez stresu, a od 20 miesięcy jestem na telefon skazana, który kiedy dzwoni, to dostaję dreszczy!

Nagle moje serce powoduje pieczenie w piersi i nagle poczułam, że jestem totalnie wykończona.

Nagle poczułam, że więcej dać z siebie nie mogę, bo sama potrzebuję spokoju w końcu i zajęcia się swoim życiem!

Poczułam się wyalienowana, taka, co już normalnie nie potrafi rozmawiać z ludźmi, uśmiechać się i pozytywne myśleć, bo tak wielki smutek się wkradł.

Nagle moja chora Matka nie budzi współczucia, bo do duszy wkrada się złość i zniecierpliwienie.

Nagle kiedy moje serce zaczęło wariować pomyślałam sobie, że Ona przeżyje mnie, a ja pójdę do piachu!

Poniższy artykuł jest o tych, którzy od miesięcy siedzą przy łożu chorych rodziców i trwają, ale w pewnym momencie następuje wypalenie i obojętność w duszy i to jest normalne!

 

 

Podobny obraz

Kiedy opiekun przewlekle chorego ma już dość…

Wymagania wobec osoby, która zajmuje się sędziwymi rodzicami, mogą powodować ogromną ilość stresu. Jeśli opiekun nie jest ostrożny, może narazić na szwank własne zdrowie i samopoczucie.

Stres i wypalenie opiekuna
Badania opiekunów rodzinnych wykazały, że stres związany z opieką nad przewlekle chorą osobą powoduje 63-procentowy wzrost śmiertelności w porównaniu z osobami w tym samym wieku nieposiadającymi takich obowiązków. Istnieje wiele powodów, dlaczego pojawia się stres: przepracowywanie się, zbyt mała ilość snu, godzenie obowiązków związanych z opieką i pracą, brak czasu na zajęcie się sobą.

Należy pamiętać, że nie można opiekować się ukochaną osobą, jeśli samemu ma się problemy zdrowotne. Pierwszym krokiem w radzeniu sobie ze stresem jest rozpoznanie jego oznak. Oto 10 objawów stresu opiekuna:
1. Depresja. Objawy to: ciągły smutek, uczucie beznadziei i więcej przypadków płaczu. Wiecej o depresji przeczytaj tutaj: http://portal.abczdrowie.pl/depresja).
2. Wycofanie się. Taka oznaka może pojawić się razem z depresją i oznacza, że nie chcesz widzieć się z rodziną i przyjaciółmi lub przestajesz zajmować się tym, co sprawiało kiedyś radość.
3. Lęk. Uczucie niepokoju pojawia się w sytuacjach, kiedy masz mało czasu lub myślisz o przyszłości.
4. Złość. Możesz zacząć częściej krzyczeć na rodzica lub mieć więcej trudności z opanowaniem napadów złości w stosunku do innych ludzi. Opiekunowie często są źli na ukochaną osobę, ponieważ poświęcają własne życie dla nich. Uczucie złości na innych członków rodziny, którzy nie pomagają, również jest często spotykane.
5. Utrata koncentracji. Nieustanne myśli o sędziwym rodzicu i wszystkich koniecznych do wykonania obowiązkach sprawiają, że koncentracja w pracy lub przy innych zajęciach jest znacznie mniejsza.
6. Zmiany nawyków żywieniowych. Często występuje utrata wagi lub przybieranie na wadze oraz częstsze choroby.
7. Bezsenność. Czujesz zmęczenie, ale nie możesz zasnąć? A może organizm jest zmęczony, ale ty tego nie czujesz? Może się też zdarzyć, że budzisz się w środku nocy z powodu koszmarów lub stresujących snów.
8. Wycieńczenie. Jeżeli często budzisz się i czujesz, że nie możesz wstać z łóżka pomimo przespanej nocy, oznacza to wyczerpanie.
9. Picie alkoholu i palenie papierosów. Zauważalnie palisz i pijesz więcej lub zaczynasz to robić, mimo że w przeszłości tak nie było.
10. Problemy zdrowotne. Coraz częściej zdarza ci się przeziębienie lub grypa. Bardzo często dzieje się to w przypadku opiekunów, którzy nie dbają o siebie, np. źle się odżywiają i nie ćwiczą.

Sprawdzone strategie kontrolowania stresu
1. Odpoczywaj i korzystaj z dostępnej opieki zdrowotnej. Zrobienie sobie przerwy i upewnienie się, że rodzicem zajmuje się odpowiednio wykwalifikowana osoba to jeden z najlepszych sposobów na zmniejszenie stresu.
2. Nie bój się poprosić członków rodziny o pomoc w opiece lub w sprawach finansowych. Opieka nad starszymi rodzicami to nie tylko twoja odpowiedzialność.
3. Naucz się odmawiać wykonywania innych wyczerpujących i stresujących zadań, np. bycie gospodarzem w czasie świąt.
4. Wybaczaj sobie niedoskonałości. Idealny opiekun nie istnieje.
5. Naucz się rozpoznawać, co możesz zmienić, a czego nie. Przykładowo, może nie uda się zmienić zachowania innej osoby, ale masz wpływ na to, jaka jest twoja reakcja.
6. Stawiaj sobie realistyczne cele. Podziel duże zadania na mniejsze, które możesz wykonywać po kolei.
7. Skup się na priorytetach, stwórz listę i codzienny plan zajęć.
8. Utrzymuj kontakty z rodziną i przyjaciółmi, i koniecznie znajdź czas dla siebie.
9. Przyłącz się do grupy wsparcia opiekunów. Jeśli rodzic jest przewlekle chory, np. cierpi na chorobę Alzheimera (http://portal.abczdrowie.pl/choroba-alzheimera)lub demencję, poszukaj grupy, która radzi sobie z podobnymi problemami.
10. Znajdź czas na aktywność fizyczną w większość dni, nawet jeśli to tylko spacer. Odżywiaj się zdrowo i wysypiaj się. Regularnie chodź na badania okresowe.
11. Ćwicz pozytywne myślenie i poczucie humoru.
12. Dowiedz się czegoś na temat bezpłatnej opieki, pomocy lub poradni w okolicy.
13. Zastanów się nad wzięciem urlopu. W Polsce przysługuje14 dni kalendarzowych rocznie na opiekę nad członkiem rodziny.

http://natemat.pl/124175,kiedy-opiekun-przewlekle-chorego-ma-juz-dosc

Nie tak słodko – jak myślisz, bo jest gorzko!

W tym tygodniu, we wtorek poszłam na bezpłatne zbadanie wzroku u jednego z optyków w moim mieście.

Zauważyłam, że mój wzrok ma wiele do życzenia, bo nawet czytanie Internetu sprawia mi już trudność, a rozwiązywanie krzyżówek, to koszmar.

Tak samo zauważyłam, że mam już za słabe okulary do oglądania telewizji i z pewnoścą na ten stan wpłynęła moja cukrzyca!

Powiedziałam o tej wizycie mojej leżącej Mamie, a Ona do mnie, że też ma już za słabe okulary i nie widzi dobrze obrazów w telewizji, która jest Jej jedyną rozrywką w chorobie.

Moja Siostra była u dwóch optyków z pytaniem, czy można pomóc chorej Mamie w sprawie nowych okularów!

Wszędzie usłyszała, że chory musi się pojawić osobiście u optyka i nie ma innej możliwości.

Poszłam więc do optyka i na samym początku spytałam, co robić, kiedy osoba chora nie może się osobiście pojawić ze względu na stan swojego zdrowia.

Usłyszałam od lekarza, że Mama musi się pojawić i on wówczas zbada takiej osobie wzrok i dobierze okulary.

Uparcie spytałam, co ma taka osoba chora zrobić, skoro i tak dalej!

Lekarz spojrzał na mnie – pomyślał i zgodził się na wizytę domową – uf!

Poprosił tylko o załatwienie tablicy w postaci brystolu i powieszenie tego na ścianie, gdyż on ma rzutnik, a więc i trzeba zaopatrzyć go w przedłużacz.

Mąż poszedł do innego optyka i pożyczył oryginalną tablicę, a więc wszystko spada na rodzinę!

Jutro idę do tego zakładu na godzInę 10 i tym sposobem może uda się Mamie zbadać wzrok i wreszcie będzie mogła oglądać tv.

W związku z tą sytuacją pomyślałam sobie, że jeśli zachorujesz i staniesz się warzywem, to w tym dzikim kraju nikogo prócz rodziny nie obchodzisz – nikogo!

Przecież lekarz rodzinny doskonale wie, że jego dawny pacjent/pacjentka leży miesiącami, ale można zapomnieć o jakimkolwiek zainteresowaniu – zero/nul!

To samo dzieje się z pielęgniarkami środowiskowymi, które pojawiają się tylko w chwilach, kiedy trzeba zrobić zastrzyk, albo podpiąć kroplówkę.

Od miesięcy moją Mamą nikt ze służby zdrowia się nie zainteresował, bo dla służby zdrowia moja Mama już nie istnieje.

Jeśli choremu kończą się leki, to też musi to załatwić rodzina i jakże często te recepty są źle wypisane, bo dawki leków na recpetach są na tydzień – zamiast na miesiąc.

Rodzina musi mieć żelazne zdrowie, bo chorzy w Polsce są traktowani jak zło konieczne i taki chory jest kompletnie osamotniony i gówno kogo obchodzi.

Wszystko jest skomplikowane, bo w dobie komputerów każdy taki chory powinien być w bazie danych i tam powinny być wpisane np. dawki leków, a recepty wydawane automatycznie.

Coś w tym kraju nie gra i nie mówiąc już nawet o darmowych lekach dla Seniorów.

Masz chorego w rodzinie, to się martw sam, bo od państwa nie dostaniesz żadnego wsparcia i pomocy i to jest nieludzkie traktowanie tych pokonanych przez nieuleczalną chorobę.

Ja mam takie doświadczenia, ale może ktoś z Was ma w tym temacie lepsze!

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

W ramach odstresowania Mąż zabrał mnie na wycieczkę – z dala od znieczulicy!

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

 

Dyskusyjny temat – eutanazja!

Dzisiaj miałam dyżur przy łóżku mojej chorej Mamy.

Mama jest w domu mojej Siostry, a ja kiedy jest taka potrzeba także włączam się w opiekę nad Nią.

Biorę ze sobą komputer, aby szybciej leciał mi czas, bo z Mamą jest bardzo słaba komunikacja.

Od 5 miesięcy jest już tylko leżąca jak warzywo i z dnia na dzień widać jak gaśnie, chociaż może pożyć przy tak dobrej opiece jeszcze długo!

Trzymałam się przez te miesiące dzielnie i hardo, ale dziś o mało się nie rozleciałam na kawałki.

Będąc z Mamą, co chwilę przyglądam się czy oddycha, czy nie oddycha – śpi, czy nie śpi i patrzy się w sufit.

Tak by chciało się urozmaicić Jej czas rozmową, ale Mama nie dosłyszy i trzeba się drzeć wprost i powtarzać blisko ucha po trzy, cztery razy.

Tak by się chciało, aby czas zapełniał Jej telewizor, ale nie dowidzi i nie dosłyszy.

Tak by się chciało coś ciekawego Jej przekazać, ale Ona momentami jest w zupełnie innym świecie i mnie nie rozumie.

Tak by się chciało przysunąć fotel i bez wysiłku opowiedzieć Jej jakie mam piękne buty, torebkę, sukienkę na I Komunię mojej pierworodnej Wnusi, ale musiałabym zedrzeć gardło, aby z tego coś zrozumiała.

Dziś tak popatrzyłam na Mamę i o mało bym nie wybuchła płaczem z bezradności i niemocy.

Schudła i okropnie zmarniała oraz się skurczyła i o ile fizycznie się zmieniła, tak nie potrafię się pogodzić z tym, że odleciała psychicznie.

Mama nigdy przy mnie nie wspomiała o eutanazji, ale w Polsce bliscy opiekują się starymi rodzicami, którym medycyna przedłuża życie i jest to dla opiekunów ogromne obciążenie, a wielu by chciało, aby męczarnia się skończyła!

Z pewnością nie jeden chory pragnie eutanazji, ale w Polsce jest to nie dopuszczalne, a powinno być.

W Polsce nakazuje się śmiertelnie chorym cierpienie do granic wytrzymałości i ja chciałabym mieć wybór.

Gdybym była na miejscu mojej Mamy, a mogę być, to chciałabym odejść w ciągu 5 minut i nie skazywać moich Dzieci na wyrzeczenia i mękę ze mną!

Niżej wklejam opowieść o chęci odejścia, ale nie w każdym kraju pozwalają na godne odejście.

Kilka kropel magicznego leku i po wszystkim. Uwalnia się chorego od cierpienia i od beznadziejnego życia!

104-letni naukowiec podda się eutanazji: „Chcę umrzeć. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać”

David Goodall, australijski botanik i ekolog 4 kwietnia obchodził 104. urodziny. Mimo udanego życia i pełnej sukcesów kariery naukowej nie był to jednak dla niego powód do radości. Dwa lata wcześniej władze uniwersytetu w Perth, gdzie wykładał, poprosiły go o odejście z pracy. Pod wpływem fali krytyki i zarzutów o dyskryminację z powodu wieku, wycofały się z tego pomysłu.

Goodall doszedł jednak do wniosku, że żyje już wystarczająco długo i przyszedł czas na to, by w pełni świadomie podjąć decyzję o zakończeniu życia.

I tu się robi problem, bo eutanazja w większości krajów jest zakazana. Australijski stan Victoria niedawno podjął decyzje o zmianie przepisów prawnych i zezwolenia na wspomagane samobójstwo osobom śmiertelnie chorym. Nowe prawo będzie obowiązywało od 2019 roku. Goodall nie chce czekać, poza tym nie jest śmiertelnie chory, więc nowe przepisy i tak by go nie objęły.

Bardzo żałuję, że dożyłem tego wieku – wyznał naukowiec w rozmowie z ABC. Nie jestem szczęśliwy, chcę umrzeć. To nie jest dla mnie smutne. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać. Moim zdaniem osoby starsze, takie jak ja, powinny mieć pełne obywatelskie prawa, w tym do możliwości wspomaganego samobójstwa.

W tej sytuacji jedynym wyjściem pozostaje wyjazd do Szwajcarii, by poddać się legalnej eutanazji.

Goodallowi pomaga fundacja Exit International, która zorganizowała zbiórkę pieniędzy na jego podróż do Bazylei, tłumacząc, że to niedopuszczalne, by „najstarsi obywatele musieli wyjeżdżać na drugi koniec świata, by móc umrzeć z godnością”. Do tej pory zebrano 17 tysięcy dolarów australijskich.

Z inicjatywy Davida Goodalla powstał filmik, zamieszczony potem na Youtube, który miał być jego głosem w sprawie prawa seniorów do decydowania o tym, kiedy i w jaki sposób pragną zakończyć swoje życie.

Świętował z rodziną swoje 104. urodziny, ale nie czerpał z tego żadnej radości – wyjaśnia głos z off-u. Zawsze przykładał wagę nie do wartości życia samego w sobie, lecz jego jakości.Zaczęło się od tego, że lekarze zabronili mu prowadzić samochód. Przez to nie mógł dojechać od teatru, gdzie gościnnie występował w spektaklach, co było jego wielką pasją. Potem zabronili mu jeździć komunikacją miejską, a nawet samodzielnie przechodzić przez ulicę.

Córka Goodalla, z zawodu psycholog kliniczny, przeprowadziła z ojcem wiele rozmów o życiu i umieraniu, żeby upewnić się, że jego decyzja o eutanazji nie została podjęta pochopnie.

Uważam, że jakakolwiek jest jego decyzja, powinien mieć do niej prawo – przekonuje Kylie Goodall-Smith.