Archiwa tagu: rak

Nie tak słodko – jak myślisz, bo jest gorzko!

W tym tygodniu, we wtorek poszłam na bezpłatne zbadanie wzroku u jednego z optyków w moim mieście.

Zauważyłam, że mój wzrok ma wiele do życzenia, bo nawet czytanie Internetu sprawia mi już trudność, a rozwiązywanie krzyżówek, to koszmar.

Tak samo zauważyłam, że mam już za słabe okulary do oglądania telewizji i z pewnoścą na ten stan wpłynęła moja cukrzyca!

Powiedziałam o tej wizycie mojej leżącej Mamie, a Ona do mnie, że też ma już za słabe okulary i nie widzi dobrze obrazów w telewizji, która jest Jej jedyną rozrywką w chorobie.

Moja Siostra była u dwóch optyków z pytaniem, czy można pomóc chorej Mamie w sprawie nowych okularów!

Wszędzie usłyszała, że chory musi się pojawić osobiście u optyka i nie ma innej możliwości.

Poszłam więc do optyka i na samym początku spytałam, co robić, kiedy osoba chora nie może się osobiście pojawić ze względu na stan swojego zdrowia.

Usłyszałam od lekarza, że Mama musi się pojawić i on wówczas zbada takiej osobie wzrok i dobierze okulary.

Uparcie spytałam, co ma taka osoba chora zrobić, skoro i tak dalej!

Lekarz spojrzał na mnie – pomyślał i zgodził się na wizytę domową – uf!

Poprosił tylko o załatwienie tablicy w postaci brystolu i powieszenie tego na ścianie, gdyż on ma rzutnik, a więc i trzeba zaopatrzyć go w przedłużacz.

Mąż poszedł do innego optyka i pożyczył oryginalną tablicę, a więc wszystko spada na rodzinę!

Jutro idę do tego zakładu na godzInę 10 i tym sposobem może uda się Mamie zbadać wzrok i wreszcie będzie mogła oglądać tv.

W związku z tą sytuacją pomyślałam sobie, że jeśli zachorujesz i staniesz się warzywem, to w tym dzikim kraju nikogo prócz rodziny nie obchodzisz – nikogo!

Przecież lekarz rodzinny doskonale wie, że jego dawny pacjent/pacjentka leży miesiącami, ale można zapomnieć o jakimkolwiek zainteresowaniu – zero/nul!

To samo dzieje się z pielęgniarkami środowiskowymi, które pojawiają się tylko w chwilach, kiedy trzeba zrobić zastrzyk, albo podpiąć kroplówkę.

Od miesięcy moją Mamą nikt ze służby zdrowia się nie zainteresował, bo dla służby zdrowia moja Mama już nie istnieje.

Jeśli choremu kończą się leki, to też musi to załatwić rodzina i jakże często te recepty są źle wypisane, bo dawki leków na recpetach są na tydzień – zamiast na miesiąc.

Rodzina musi mieć żelazne zdrowie, bo chorzy w Polsce są traktowani jak zło konieczne i taki chory jest kompletnie osamotniony i gówno kogo obchodzi.

Wszystko jest skomplikowane, bo w dobie komputerów każdy taki chory powinien być w bazie danych i tam powinny być wpisane np. dawki leków, a recepty wydawane automatycznie.

Coś w tym kraju nie gra i nie mówiąc już nawet o darmowych lekach dla Seniorów.

Masz chorego w rodzinie, to się martw sam, bo od państwa nie dostaniesz żadnego wsparcia i pomocy i to jest nieludzkie traktowanie tych pokonanych przez nieuleczalną chorobę.

Ja mam takie doświadczenia, ale może ktoś z Was ma w tym temacie lepsze!

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

W ramach odstresowania Mąż zabrał mnie na wycieczkę – z dala od znieczulicy!

 

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

 

Reklamy

Dyskusyjny temat – eutanazja!

Dzisiaj miałam dyżur przy łóżku mojej chorej Mamy.

Mama jest w domu mojej Siostry, a ja kiedy jest taka potrzeba także włączam się w opiekę nad Nią.

Biorę ze sobą komputer, aby szybciej leciał mi czas, bo z Mamą jest bardzo słaba komunikacja.

Od 5 miesięcy jest już tylko leżąca jak warzywo i z dnia na dzień widać jak gaśnie, chociaż może pożyć przy tak dobrej opiece jeszcze długo!

Trzymałam się przez te miesiące dzielnie i hardo, ale dziś o mało się nie rozleciałam na kawałki.

Będąc z Mamą, co chwilę przyglądam się czy oddycha, czy nie oddycha – śpi, czy nie śpi i patrzy się w sufit.

Tak by chciało się urozmaicić Jej czas rozmową, ale Mama nie dosłyszy i trzeba się drzeć wprost i powtarzać blisko ucha po trzy, cztery razy.

Tak by się chciało, aby czas zapełniał Jej telewizor, ale nie dowidzi i nie dosłyszy.

Tak by się chciało coś ciekawego Jej przekazać, ale Ona momentami jest w zupełnie innym świecie i mnie nie rozumie.

Tak by się chciało przysunąć fotel i bez wysiłku opowiedzieć Jej jakie mam piękne buty, torebkę, sukienkę na I Komunię mojej pierworodnej Wnusi, ale musiałabym zedrzeć gardło, aby z tego coś zrozumiała.

Dziś tak popatrzyłam na Mamę i o mało bym nie wybuchła płaczem z bezradności i niemocy.

Schudła i okropnie zmarniała oraz się skurczyła i o ile fizycznie się zmieniła, tak nie potrafię się pogodzić z tym, że odleciała psychicznie.

Mama nigdy przy mnie nie wspomiała o eutanazji, ale w Polsce bliscy opiekują się starymi rodzicami, którym medycyna przedłuża życie i jest to dla opiekunów ogromne obciążenie, a wielu by chciało, aby męczarnia się skończyła!

Z pewnością nie jeden chory pragnie eutanazji, ale w Polsce jest to nie dopuszczalne, a powinno być.

W Polsce nakazuje się śmiertelnie chorym cierpienie do granic wytrzymałości i ja chciałabym mieć wybór.

Gdybym była na miejscu mojej Mamy, a mogę być, to chciałabym odejść w ciągu 5 minut i nie skazywać moich Dzieci na wyrzeczenia i mękę ze mną!

Niżej wklejam opowieść o chęci odejścia, ale nie w każdym kraju pozwalają na godne odejście.

Kilka kropel magicznego leku i po wszystkim. Uwalnia się chorego od cierpienia i od beznadziejnego życia!

104-letni naukowiec podda się eutanazji: „Chcę umrzeć. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać”

David Goodall, australijski botanik i ekolog 4 kwietnia obchodził 104. urodziny. Mimo udanego życia i pełnej sukcesów kariery naukowej nie był to jednak dla niego powód do radości. Dwa lata wcześniej władze uniwersytetu w Perth, gdzie wykładał, poprosiły go o odejście z pracy. Pod wpływem fali krytyki i zarzutów o dyskryminację z powodu wieku, wycofały się z tego pomysłu.

Goodall doszedł jednak do wniosku, że żyje już wystarczająco długo i przyszedł czas na to, by w pełni świadomie podjąć decyzję o zakończeniu życia.

I tu się robi problem, bo eutanazja w większości krajów jest zakazana. Australijski stan Victoria niedawno podjął decyzje o zmianie przepisów prawnych i zezwolenia na wspomagane samobójstwo osobom śmiertelnie chorym. Nowe prawo będzie obowiązywało od 2019 roku. Goodall nie chce czekać, poza tym nie jest śmiertelnie chory, więc nowe przepisy i tak by go nie objęły.

Bardzo żałuję, że dożyłem tego wieku – wyznał naukowiec w rozmowie z ABC. Nie jestem szczęśliwy, chcę umrzeć. To nie jest dla mnie smutne. Smutne jest to, że chcą mi tego zakazać. Moim zdaniem osoby starsze, takie jak ja, powinny mieć pełne obywatelskie prawa, w tym do możliwości wspomaganego samobójstwa.

W tej sytuacji jedynym wyjściem pozostaje wyjazd do Szwajcarii, by poddać się legalnej eutanazji.

Goodallowi pomaga fundacja Exit International, która zorganizowała zbiórkę pieniędzy na jego podróż do Bazylei, tłumacząc, że to niedopuszczalne, by „najstarsi obywatele musieli wyjeżdżać na drugi koniec świata, by móc umrzeć z godnością”. Do tej pory zebrano 17 tysięcy dolarów australijskich.

Z inicjatywy Davida Goodalla powstał filmik, zamieszczony potem na Youtube, który miał być jego głosem w sprawie prawa seniorów do decydowania o tym, kiedy i w jaki sposób pragną zakończyć swoje życie.

Świętował z rodziną swoje 104. urodziny, ale nie czerpał z tego żadnej radości – wyjaśnia głos z off-u. Zawsze przykładał wagę nie do wartości życia samego w sobie, lecz jego jakości.Zaczęło się od tego, że lekarze zabronili mu prowadzić samochód. Przez to nie mógł dojechać od teatru, gdzie gościnnie występował w spektaklach, co było jego wielką pasją. Potem zabronili mu jeździć komunikacją miejską, a nawet samodzielnie przechodzić przez ulicę.

Córka Goodalla, z zawodu psycholog kliniczny, przeprowadziła z ojcem wiele rozmów o życiu i umieraniu, żeby upewnić się, że jego decyzja o eutanazji nie została podjęta pochopnie.

Uważam, że jakakolwiek jest jego decyzja, powinien mieć do niej prawo – przekonuje Kylie Goodall-Smith.

 

Nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach!

Opieka nad chorym rodzicem – bardzo chorym jest chyba najcięższym obowiązkiem jaki spoczywa na dzieciach.

Kiedy chory jest już całkowicie leżący i trzeba zrobić koło niego wszystko, to nie może robić tego tylko jedna osoba ciągle, bo by się wykończyła fizycznie, ale chyba najbardziej psychiczne.

Mam za sobą dwu i półdniowy maraton przy chorej Mamie, która jest leżąca i nie zmęczyły mnie zabiegi i to wszystko, co trzeba przy chorej zrobić.

Najbardziej mnie zmęczyły dwie bezsenne noce, kiedy to nadsłuchiwałam, czy Mama oddycha!

Każde jej stęknięcie, czy dziwne chrapnięcie było dla mnie dzwonkiem, że może przyszedł ten czas!

Kto się opiekował chorym rodzicem, dla którego nie ma ratunku, to zdaje sobie sprawę z tego – o jakim ja piszę strachu, bo nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach.

Pakując się na dyżur miałam cholernie różne wizje i wyobrażałam sobie przedziwne sytuacje i to, że Mama mi umrze.

Ten strach jest paraliżujący, ale trzeba wziąć się w garść i czynić opiekę.

Kiedy wstawał poranek, to szybko robiłam sobie kawę, aby z pomocą kofeiny stanąć na nowo na nogi, choć fryzura zwichrzona.

Za chwilę budziła się Mama i trzeba było się Nią zająć i starałam się to robić jak najlepiej umiem.

Nigdy się nie spodziewałam, że dość szybko nauczę się pewnych zachowań przy chorym, bo nigdy nie miałam w sobie genu pielęgniarki.

Jednak jest tak, że trzeba się spiąć i pomagać przeżyć choremu kolejny dzień w cywilizowanych warunkach i tu jestem z siebie dumna, że podołałam kolejny raz.

Opieka nad chorym jest zawyczaj samotna, bo kiedy wszyscy wiedzą, że chory ma opiekę, to świetnie i nawet nikt nie zadzwoni jak leci i czy dajemy sobie radę.

Mnie towarzyszył tylko Mąż, który stanął na wysokości zadania i przy mnie był w kontakcie telefonicznym i fizycznym.

Pytał, czy i jak może mi pomóc i za to Mu wielkie dzięki.

W ciągu dnia Mama podsypiała sobie i wtedy czuje się najbardziej tą samotność, bo co robić i jak zapełnić sobie czas – nie tylko przed telewizorem.

Zabrałam ze sobą komputer, który był mi przyjacielem i pozwolił na to, bym nie straciła kontaktu ze światem.

Wzięłam ze sobą też mój ukochany aparat foto i cyknęłam wierzbę z balkonu, która zaczęła budzić się do życia, a także ślicznego pieska sąsiada, który też poczuł wiosnę.

I tylko pogoda zrobiła mi piękną niespodziankę, bo na dyżur szłam prawie zimą, a po dwóch dniach wracałam wiosną – bo zaczęło się wszystko na nowo odradzać w przyrodzie i tylko człowiek nie ma takiej szansy – niestety.

Bloga piszę zawsze wieczorem, ale będąc z Mamą byłam tak zmęczona, że żadne myśli i pomysły na następną notkę się nie pojawiały, bo zmęczenie robiło swoje.

Moja kochana „A” – jakże ja Ci się odwdzięczę za wirtualne wsparcie – nie wiem!

I taki wiersz zostawię, jakże adekwatny do mojej sytuacji!

 

Kochanie

Kocham twoje siwe włosy
I każdą twoją zmarszczkę.
Twój reumatyzm i pokasływanie,
Drżenie twoich dłoni
Gdy przekręcają strony
Gazet i książek
Albo dotykają moich włosów.
Kocham je gdy podnoszą do ust
Filiżankę herbaty,
I kiedy spoczywają na kolanach,
Lub głaskają psa w nogach.
Kocham też twoje stopy
W domowych pantoflach
Złączone razem,
Kocham je kiedy wloką się jedna za drugą
Po dywanie i po liściach,
Tak jak latami wloką się we mnie.
Kocham twój drżący głos
Kiedy zwraca się do mnie wspominając,
Lub kiedy zwraca mi uwagę
Na jakiś wiersz.
Twoje zachodzące bielmem oczy też kocham
Gdy mrugają i patrzą na mnie,
I twoje okulary na czubku nosa,
I twoją sztuczną szczękę w szklance
Kocham
Już teraz
Wiele lat wprzód.
Radmila Lazić

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Odchodzenie!

Córka podesłała mi na Facebooku link do rewelacyjnej muzy, w której od pierwszego odsłuchania się zakochałam.

Współczesne piosenki mało, kiedy mnie porywają, a w tej słyszę z lat 60-tych Mirę Kubasińską i tamte rytmy zespołu Breakout .

Posłuchajcie i na chwilę się zatrzymajcie, bo piosenka w wykonaniu Barbary Wrońskiej ma świetne komentarze i oceny.

Znalezione obrazy dla zapytania matka chora i córka

A teraz napiszę o smutku:

Mija właśnie 15 miesięcy od diagnozy – rak wątroby u mojej Mamy.

Napiszę tak jak to czuję:

Miałam w życiu to szczęście, że nigdy nie towarzyszyłam nikomu w odchodzeniu i nigdy tego nie doświadczyłam i może dlatego nie do końca rozumiem jak się odchodzi z tego świata.

Moje babcie i dziadkowie odeszli zanim ja się urodziłam i nie było mi dane widzieć  jak opuszcza życie i świat osoba śmiertelnie chora.

Kiedy umarł mój Ojciec, to widziałam go tylko w trumnie i się z nim pożegnałam całują go w czoło i dotknęłam Jego ręki.

Jednak to nie to samo przeżycie, kiedy widzę leżącą Mamę, która może nas opuścić w każdej, niemal chwili.

Umierała chyba już ze cztery razy w ciągu tych miesięcy, ale wciąż z nami jest.

Mama ma straszną wolę życia i choć od kilku miesięcy leży, to się nie poddaje!

Potrafi się śmiać ze swojej choroby – dosłownie!

Nie ma żadnych łez i lamentów, że Jej życie dobiega końca, bo się z tym pięknie pogodziła.

W czasie choroby schudła bardzo dużo i jest słabiutka jak witka na wietrze, a mimo to nienawidzi pampersów i prosi, by Ją prowadzić do WC. Tak bardzo się pilnuje, aby opiekujący nie musieli – no wiecie co!

Nie pozwala się karmić, a więc podkładamy Jej poduchy i na tacy stawiamy jedzenie, a Ona się upiera, by wciąż w tej kwestii być wciąż samodzielną.

Parę dni temu wzięło Ją na wspomnienia jak to było w czasie II Wojny Światowej i nawet zaśpiewała mi łódzką, starą piosenkę o tym jak mordowano w Łodzi Żydów.

Opowiedziała o smalczownice, która wydawała ludzi Niemcom, a kiedy weszła Armia Czerwona, to ją zastrzelili gdzieś w polu.

Mama mimo znacznego ubytku słuchu czyta paski w wiadomościach i doskonale się orientuje, co dzieje się w Polsce i nad tym ubolewa.

Powiem szczerze, że tak godnego odchodzenia, to nie widziałam w najlepszych filmach. Jej postawa przed ostatecznością nadaje się na jakiś traktat o odchodzeniu, bo tak dumna w tym jest.

Gdybym miała przybliżyć Wam charakter mojej Mamy, która zawsze była radosna, to gdyby miała więcej sił, to by tak zatańczyła  jak ta starsza pani w tym clipie.

Uczę się od własnej Mamy jak się dumnie odchodzi z tego świata, choć wątpię by było mnie stać na to. Mam słabe serce i umrę szybciej od mojej Mamy, która serce ma jak dzwon!

 

Ludzie listy piszą – zwykłe – polecone!

 

Znalezione obrazy dla zapytania list

Otrzymałam dzisiaj list z wieloma zarzutami, że nie dość dobrze opiekowałam się i opiekuję swoją, chorą Mamą i biorę to na klatę.

Jednak z jednym zarzutem się kompletnie nie zgadzam, a brzmi on, że nigdy nie podziękowałam Mamie za to, co dla mnie zrobiła!

Podziękowałam i tu się będę broniła!

Rok temu, kiedy Mama leżała w szpitalu już z diagnozą – napisałam do Niej list w geście podziękowania i po to, żeby wiedziała ile dobrego dla mnie zrobiła.

W  szpitalu wręczyłam Mamie ten list z nadzieją, że go przeczyta, ale tak się nie stało.

Powiedziała, że list przeczyta na spokojnie, kiedy zostanie wypisana ze szpitala do domu.

Do dzisiaj nie wiem, czy go przeczytała, bo ani słowem –  nigdy mi nie dała znaku o tym – jak ten list przyjęła.

Miałam nadzieję, że kiedy ten list przeczyta, to się uściskamy, powspominamy, czy złapiemy w geście zrozumienia za rękę – chociaż!

Nie wiem gdzie teraz ten list się znajduje i nie wiem wcale, czy go Mama przeczytała i wiecie co? Jest mi cholernie przykro, że ten list, w którego włożyłam tak dużo serca i miłości został bez echa!

A napisałam w te słowa:

„Mamo, ja wszystko pamiętam jak bardzo starałaś się wychować nas na porządnych ludzi, ale może od początku opowiem Ci, co pamiętam:

Babie Doły, rok 1959 bodajże, kiedy ja, jako szkrab uciekałam Ci z domu nad morze i złaziłam po stromych wydmach, albo znajdywałaś mnie w lesie na jakimś drzewie. 

Już wówczas lubiłam chodzić swoimi drogami ku Twojej udręce. Pamiętam, że uszyte przez Ciebie porcięta, rwałam na gwoździach i potem bałam się do tego przyznać.  

Przychodziłam zakrwawiona, posiniaczona, a Ty jechałaś na pogotowie, aby mi te szramy zaszyli.

Pamiętam, gdy opowiadałaś o czasach wojny i jak byłaś głodzona jako dziecko, przez swoją macochę.

Opowiadałaś jak zaczęłaś pracować w wieku 14 lat, jako mała dziewczynka w szwalni i  skradałaś się  po ulicach wojennej Łodzi.

Opowiadałaś jak Niemcy przychodzili i robili w domu przeszukania, a Radogoszcz poszedł z dymem pochłaniając pracujących tam ludzi. 

Po przeprowadzce do Ustki, pamiętam jak gotowałaś bieliznę  w kotle i strasznie się oparzyłaś. 

Ojca w domu nie było długie miesiące i wszystko było na Twojej głowie, a ja właśnie poszłam do pierwszej klasy.

Ty w wolnych chwilach robiłaś nam zabawki – takie mebelki dla lalek.

Pamiętam, że po położeniu nas spać, pisałaś w kuchni wiersze w niebieskim zeszycie, albo długo rozmawiałaś z Ojcem, który przyjechał, a był w domu gościem z racji swojej pracy.

Pamiętam, że często płakałaś w czasie tych rozmów, a do tego opiekowałaś się bratem Ojca, który nie miał się gdzie podziać.

Potem zwalił Ci się na głowę brat następny, bo też nie miał się gdzie podziać i to wszystko na Twoją biedną głowę spadło.

Potem następna przeprowadzka i Ojciec już w domu, ale czasami sobie myślę, że lepiej nam było bez niego.

Wieczne awantury i alkohol i tak minęło 17 lat, w których walczyłaś jak lwica o nasz dom, pracując jednocześnie.

Pamiętam, jak pomagałaś mi robić do szkoły zadania z plastyki i wszystko potrafiłaś.

Nie był Ci obcy młotek, gwóźdź, malowanie, remonty, ponieważ nie mogłaś liczyć na nikogo, bo jesteś przecież jedynaczką, a mąż się na tym nie znał.

Nastał dzień, że trzeba było z domu uciekać, bo poziom awantur przybrał apogeum.

Wyszłyśmy z domu z paroma ciuchami do zupełnie mi obcych ludzi.

Chciałaś mnie z siostrą uchronić przed psychicznym znęcaniem się, abyśmy wszystkie nie zwariowały.

Mieszkanie poza domem przez pół roku i znowu wszystko było na Twojej głowie.

Dorastałyśmy, uczyłyśmy się i trzeba było nas ubrać, zakupić podręczniki, zeszyty i sama na to wszystko pracowałaś i długo by wymieniać i pisać o Twojej dobroci, cierpliwości i pracowitości, a do tego nigdy się nie załamałaś.

Pamiętam oczywiście o tym, jak mi pomagałaś w wychowaniu mojej pierworodnej Córki.

To Ty pierwsza Ją wykąpałaś i pokazałaś jak to się robi.

Kiedy biegłam do pracy, to Ty zostawałaś z Wnuczką i sprawowałaś nad Nią swoją, babciną opiekę i tego Ci Mamo nigdy nie zapomnę.

Zawsze Cię podziwiałam, bo zawsze byłaś dla mnie wzorem i wybacz, że kiedy odeszłam z domu i założyłam swoją rodzinę, było mnie mniej w Twoim życiu. Wówczas to ja musiałam zadbać o swoją rodzinę i wychować swoje dzieci na porządnych ludzi. Zadanie wykonałam i teraz Mamo jestem myślami bliżej Ciebie, bo mam teraz na to czas. Dziękuję Ci Mamo za wszystko i kłaniam Ci się w wielkiej atencji”.

 

 

 

Moje wyciszone święta!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Powolutku szykuję się do Świąt Bożego Narodzenia, ale naprawdę powolutku – nie szaleję.

Mama chora na raka, a więc nie wiadomo, czy przed świętami nie będziemy mieć pogrzebu, gdyż wredna choroba atakuje mocno i bezlitośnie.

Codziennie u Niej jestem, aby pobyć i nacieszyć się sobą, ale kiedy wracam do domu, to jestem totalnie wyczerpana i nie fizycznie, ale psychicznie.

Moje święta będą więc bardzo wyciszone, które spędzę z Mężem i ukochanymi Córkami i ich rodzinami.

Mam już umyte okna i choineczka też już  jest ustawiona – taki akcent na zbliżający się czas.

Nie szaleję, bo nie ma co szaleć w obliczu nadchodzącej śmierci.

W pierwszy dzień świąt zaplanowałam uroczysty obiad ze swoimi Córkami i ich rodzinami

Mamy z Mężem masę rodzinnych kaset z lat, kiedy nasze Córki były malutkie, a więc powspominamy sobie tamte lata, kiedy Córki były z nami.

Zaplanowałam niewielkie menu, bo nie mam siły siedzieć w kuchni, kiedy Mama powoli umiera.

Nie ważne w takim czasie jest jedzenie, a ważna jest modlitwa o każdy dany dzień mojej Mamie.

 

 

Rak – to wstrętny gad!

Pisałam niżej, że mam chorą Mamę na raka!

Diagnoza padła w listopadzie 2016 roku! Rak wątroby z przerzutami na nadnercza i zdaje się na kości.
Ogromne boleści, ale nie wątroby i nie nadnerczy, a kości właśnie.

Mama dość dobrze funkcjonowała przez ten rok i mimo bólu  była w tym bardzo dzielna.

Miała w sobie niesamowitą wolę życia i potrafiła się ze swojej choroby śmiać.

Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo nikt dotąd nie widział tak mocnego człowieka.

Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że będzie coraz gorzej, gdyż powolutku widać było, że choroba Mamę męczy, ale mimo to wciąż była dziarską i mocną kobietą.

Wczoraj, kiedy byłam u Mamy pierwszy raz dała niepokojący znak – widziała jakieś muchy na szybie i ćmę, które nakazała mi zabić łapką na muchy i okej – zabiłam i Mama się uspokoiła.

Minęło 12 godzin i nagle Mama zaczęła widzieć dziwne rzeczy i sytuacje.

Zaatakowany mózg przez raka sprawił, że Mamie odjęło zmysły i kompletnie się pogubiła.

Zaczęła opowiadać takie rzeczy, że odwiedził Ją Prezydent i aktorzy ze stacji TVN-u.

Opowiada, że nie może skorzystać z łazienki, bo tam robotnicy robią remont i wyburzają ściany.

Nagle komunikowała, że ktoś jej przestawia telewizor, a woda leje się z sufitu.

Kochani! Przeżyłam dzisiaj koszmar, bo nagle z rozumnej kobiety – nawet w chorobie, stała się taka bezbronna i tak jakby szalona.

Stała się malutkim dzieckiem, które kręci w głowie swoje bajki i opowieści!

Dziś był lekarz i orzekł, że to koniec życia Mamy, bo mózg automatycznie wyłącza wszystkie funkcje życiowe.

Jak się z tym pogodzić?

Dlaczego w epoce kosmosu nie ma leku na raka?

Siedzę w swoim gnieździe i myślę!

Już minął rok od diagnozy u Mamy – rak wątroby i przerzuty, które się rozsiały z prędkością komety.

Boli tam i tu i jeszcze tam i choć medycyna zapewnia ponoć życie w raku bez bólu, to sobie z tym nie zawsze radzi!

Boli i Mama to pokornie znosi już ponad rok, a my jako rodzina nie jesteśmy w stanie nic więcej zrobić – kompletna bezradość, skoro lekarze sobie z tym bólem nie radzą!

Boże drogi – jaka Ona jest dzielna w tym bólu i jak się potrafi nie skarżyć, choć boli jak diabli.

Tak naprawdę pierwszy raz towarzyszę w odchodzeniu, bo życie mi tego oszczędziło, ale jakie to jest dumne odchodzenie.

Codziennie jestem u Mamy i widzę jak cierpi, ale chyba nigdy więcej nie zobaczę jak dzielne to jest odchodzenie.

Mama ma wciąż bardzo bystrą psychikę i potrafi w tych boleściach rozmawiać ze mną nawet o polityce.

Wciąż potrafi logicznie myśleć i orientować się w otaczającej Ją rzeczywistości, co mnie zadziwia wprost.

Jej ciało się powoli poddaje, ale rozum nie śpi i wciąż jest taki ludzki, taki normalny, taki rzeczowy.

Nie mogę się temu nadziwić  i ubolewam, że powoli odchodzić będzie moja Matka, która psychicznie nie potrafi pożegnać się z życiem, kiedy ciało kompletnie się poddało.

Mama nie zgodziła się na chemię ze względu na wiek i jakby przeczuwała, że ta chemia Ją szybko zabije i zdaje się, że miała rację.

Dany Jej był rok czasu życia w bólu, ale nie bez świadomości. Doskonale się orientuje w tym, co rak wyrabia w Jej organizmie, a mimo to wciąż się nie poddaje i jest tak dzielna w tej swojej chorobie.

Miliony ludzi na świecie choruje na tą straszną chorobę, a medycyna wciąż jest bezradna.

Podają ludziom chemię, która jednym pomoże, a drugich zabija i nie chce mi się wierzyć, że na to dziadostwo nie ma wciąż lekarstwa.

Ludzkość poleciała w kosmos. W kosmos są wysyłane rakiety, sputniki, łaziki, a także wynaleziono Internet, dzięki któremu ludzie w sekundę mogą się połączyć z innymi ludźmi w każdym zakątku świata, a leku na raka nie ma!

Może to jest taka zmowa milczenia, bo za tym idą wielkie pieniądze, czyli lobby – tego zwykły człowiek nie wie.

Owiane to jest wielką, medyczną tajemnicą i być może nigdy nie dowiemy się, czy wynaleziono lekarstwo, aby uzdrawiać beznadziejnie dotąd chorych?

Takie towarzyszenie w odchodzeniu jest bardzo wyczerpujące i sama wiem po sobie, że w tym czasie jestem wiecznie zdenerwowana, zatroskana i pełna strachu oraz niepokoju.

Wiem jedno, że bycie przy chorym obniża automatycznie imunologię i taki potencjalny opiekun też może zachorować, gdyż organizm jest obciążony i w pewnym momencie będzie w stanie odmówić posłuszeństwa.

W kampanii krzyczeli o darmowych lekach dla Seniora! Moja Mama nie ma nic darmo i żadnej opieki od Państwa też nie ma!

Za wszystko trzeba zapłacić, bo za leki i za materac p/odleżynowy oraz za pożyczone, specjalistyczne łóżko.

Nawet na pampersy nie ma zniżki!

Chory może liczyć tylko na rodzinę, bo jeśli przyjdzie pielęgniarka, to tylko aby dać zastrzyk, lub podłączyć kroplówkę!

Takie są realia w Polsce, że nawet za odchodzeniem idą wielkie, emeryckie pieniądze i kogo to obchodzi, że Mama płaciła podatki od 14 roku życia, bo tak poszła do pracy w fabrycznej Łodzi!

W tym roku nie mam sił szykować świąt i nic mnie nie cieszy – jestem na ciągłym czuwaniu!

https://www.youtube.com/watch?v=KNWyYmwiJ70

Mój motywator na każdy dzień brzmi! – „Jeśli padłaś, to się podnieś. Popraw koronę i zasuwaj”

Mniej więcej tak to było i jest!

Czysta matematyka:

12 x 30=360

W listopadzie minął rok od diagnozy, z której się dowiedziałam, że Mama jest chora na raka!

360 razy w tym czasie wspięłam się po schodach – na trzecie piętro, aby dotrzeć do chorej Mamy.

Codziennie pokonuję 90 schodów dla mnie za wysokich i nie boję się opieki nad Mamą, bo sobie z tym jakoś radzę, ale boję się tych, cholernych schodów.

Nie mam pojęcia kiedy minęło te 360 ich pokonywania, bo kiedy się już wskrabię, to zapominam, że je pokonałam i cieszę się, że serce nie odmówiło mi kolejny raz!

Kiedy Mama zachorowała, to cała Rodzina była wystraszona i nie wiedziała jak się w tym wszystkim zachować.

To naturalna reakcja, która dotyka każdego – kto znajdzie się w tak przykrej sytuacji.

Jednak z czasem osfajamy się z diagnozą i wypracowujemy w sobie bodźce obronne i stajemy się mocniejsi oraz uodparniamy się, gdyż musimy być silni!

Towarzyszymy choremu w codziennej walce o jeszcze jeden dzień i cieszymy się, że jesteśmy pomocni i potrzebni.

Opieka nad takim chorym wyssysa z nas energię, bo przeżywamy z chorym jego boleści i walkę o to, aby tak nie bolało.

Jeśli nie wiecie jak się zachować w stosunku do chorego, to na blogu wklejam mały poradnik. Może się komuś przyda, bo ja wiem o tym, że w tej chorobie trzeba zachować się przyzwoicie.

Mam swój ulubiony motywator na każdy dzień, a brzmi on tak: „Jeśli padłaś, to się podnieś. Popraw koronę i zasuwaj”.

 

Choroby nowotworowe coraz częściej dotykają naszych bliskich oraz osoby z naszego otoczenia. Mimo to, wciąż rozmawia się o nich mało – najczęściej szeptem lub ze wstydem. Tematyka raka wprowadza rozmówcę w zakłopotanie, stanowi tabu, jest czymś, co łatwiej przemilczeć. Warto to zmienić! Czy ktoś z Twoich bliskich choruje na nowotwór? Chciałbyś wiedzieć, jak mądrze towarzyszyć mu w chorobie i jak spróbować pomóc? Oto kilka praktycznych wskazówek jak rozmawiać z chorym na raka.

 

Jak rozmawiać z chorym na raka?

– bądź. Diagnoza choroby nowotworowej to bardzo trudny czas dla bliskiej Ci osoby. Ważne zatem, by nie zostawiać jej z tym samej. Bądź przy niej, choćby tylko milcząc

. – pytaj. Zastanawiasz się, jak możesz pomóc osobie chorej? Zapytaj ją o to. Ona przecież najlepiej wie, czego potrzebuje. Jak zapytać? Najlepiej wprost: „Jak mogę Ci pomóc?“, „Co mogę dla Ciebie zrobić?“.

– oferuj pomoc. Być może osoba chora nie chce nikogo obciążać sobą, mimo że potrzebuje pomocy. Jeśli masz ochotę być z nią, nie czekaj, aż sama Cię o to poprosi (proszenie dla osób chorujących często jest trudne). Przejmij inicjatywę, dzwoń, oferuj swoją pomoc, gotowość i wsparcie na różnych płaszczyznach.

– bądź szczery/a. Nie udawaj, że Ci łatwo, jeśli tak nie jest. Nie mów choremu, że „wiesz co czuje“ i że „będzie dobrze“, bo nie wiesz, jak będzie. Zawsze mów prawdę i słuchaj z uwagą. Spokojna i empatyczna rozmowa działa uspokajająco. Istotne jest pozwolenie chorującemu na wyrzucenie z siebie tego, co czuje i myśli.

– mów, co czujesz. Nie udawaj, że z łatwością przychodzi Ci rozmawianie na dany temat, jeśli tak nie jest. Mów o swoich lękach, obawach, odczuciach. Może się okaże, że osoba chora oczekuje właśnie takiej szczerości, a nie kolejnego „bohatera“ u swojego boku. – pozwól sobie i choremu na wyrażanie emocji. To ważne dla osób chorujących, by móc wyrzucić z siebie męczące i złe emocje. Już sama sytuacja choroby potrafi być bardzo trudna, nie obciążajmy się dodatkowo kumulowaniem negatywnych emocji.

– daj sobie czas na odnalezienie się w nowej sytuacji i przyzwolenie na to, że nie wiesz, co dokładnie robić. Najważniejsza w tej sytuacji jest Twoja gotowość. Spróbuj otworzyć się na swojego przyjaciela, bardzo możliwe, że sam będzie chciał Cię poprowadzić przez najlepszą drogę towarzyszenia mu.

Czego nie należy robić podczas opieki/rozmowy z osobą chorą na raka?

– nie wyręczaj chorego, nie zabieraj mu jego autonomii. Mimo, że choroba może ograniczać sprawność, pozwól Twojemu bliskiemu na niezależność. Chory oczekuje normalności. W jego życiu i tak wystarczająco dużo już się zmieniło.

– nie dawaj rad i nie pouczaj. Nie wiesz, co jest dobre dla Twojego przyjaciela i nie jesteś na jego miejscu. – nie mów, że „wszystko będzie dobrze“. To oczywiście naturalne, że chcesz, aby tak było. Nie możesz jednak mieć pewności, że tak będzie, a nie należy kłamać.

– nie lekceważ choroby. Chorzy nie lubią komentarzy „nie wyglądasz na chorego“, mogą to odebrać, jako kwestionowanie ich choroby.

– nigdy nie lituj się nad chorym. Większość pacjentów jest na to bardzo wyczulona.

– nie udawaj, że wszystko jest w porządku. Bo nie jest. Mów o swoich uczuciach i o tym, co jest dla Ciebie ciężkie. Nie traktuj złości chorego osobiście. Ma prawo do wykrzyczenia swojego bólu i smutku. Pozwól mu na to. Choroba jest bardzo trudnym momentem, często zatem towarzyszy jej agresja, bezsilność i złe emocje. Pamiętaj, że najważniejsza w byciu z osobą chorą na raka jest szczerość. Jej brak bardzo łatwo wyczuć. Udając, grając i nie mówiąc prawdy oraz tego, co faktycznie czujesz – tworzysz barierę między Tobą a chorym. To powoduje narastanie poczucia osamotnienia, frustracji, zagrożenia i smutku.

zobacz więcej na: https://www.zwrotnikraka.pl/jak-rozmawiac-z-chorym-na-raka/ |

Czy muszę się opiekować schorowanym rodzicem?

„Myślałam że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało.. Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. (Agnieszka Osiecka)”

Nie jesteśmy wiecznie młodzi, bo z roku na rok – z sekundy, na sekundę się starzejemy i nie ma na to żadnej rady, aby ten proces zatrzymać!

Na moim blogu dużo miejsca poświęcam starości, bo sama już jestem w słusznym wieku i doskonale pojmuję, co spotkać mnie może:

– Mogę umrzeć we śnie i tak byłoby najlepiej,

– Mogę zachorować i stać się warzywem oraz męczarnią dla swoich Dzieci i Męża,

– Mogę w końcu wylądować w domu spokojnej starości,

– Mogę sama skrócić swoje cierpienie – sposoby są różne.

Niestety, ale w moim wieku myśli się bardzo często o starości i jaka czeka mnie alternatywa.

Jak to się potocznie mówi, że Panu Bogu starośc się nie udała i to jest wielka racja!

Dlatego my, jeszcze nie powaleni chorobą – cieszmy się z każdego, danego nam dnia. Próbujmy nie zgnuśnieć i nie zdziwaczeć, tylko dlatego, że w niedalekiej przyszłości czeka na nas niewiadome.

Na świecie żyje miliony ludzi, którzy są skazani na opiekę nad starymi Rodzicami i jedni sobie radzą lepiej, a drudzy gorzej.

Niedawno usłyszałam takie stwierdzenie pewnej kobiety – przed 60-tką, która ma chorą Matkę na raka, iż nie zamierza przestać rezygnować ze swojego, dotychczasowgo życia – tylko dlatego, że Matka choruje!

Można i tak, ale gdzie podziało się sumienie u tej kobiety, która w czasie choroby swojej  Matki wczasuje, jeździ do spa, oraz w odwiedziny i zwala w pakiecie opiekę na swoją – jedyną siostrę, która jest po zawale serca!

Proszę przyczytać list pewnej kobiety, która oddała Matkę do domu spokojnej starości i jej dylematy związane z tym, że w Polsce jest to wciąż nagannym czynem:

 

„Oddałam mamę do domu opieki. Zrobiłam to dla mojej rodziny, dzieci i męża”

 

Oddałam matkę do domu opieki. Tak, do domu starców. Zanim mnie ocenisz, przeczytaj. Mój ojciec zachorował, gdy miałam 25 lat. Nowotwór złośliwy i 5 miesięcy życia – tak brzmiał wyrok. Jeśli będzie miał szczęście, dożyje roku. Miał pecha, zmarł po 4 miesiącach. Miesiącach pełnych bólu i cierpienia. Patrzyłam jak gaśnie w oczach, jak z silnego niegdyś mężczyzny zamienia się w faceta, który nie ma siły utrzymać w ręku szklanki.

Byłam jego córką
Moim obowiązkiem było więc być przy nim i trzymać go za rękę. To ja dodawałam mu otuchy, to ja przekonywałam, że wszystko będzie dobrze, to ja ocierałam z jego twarzy łzy. Było mi ciężko, a nawet bardzo ciężko. Nigdy nie myślałam, że jestem z nim aż tak związana, że jego odejście aż tak mnie zaboli. Ojciec niewiele miał wspólnego z tatusiami, którzy sadzają swoje córki na kolana, chodzą z nimi na spacery, bawią się wspólnie i przytulają, gdy te wrócą do domu z rozbitym kolanem. Mój ojciec był twardym człowiekiem, nie okazywał uczuć. Facet, który okazuje emocje? To nie facet. Tak twierdził.

Nawet wtedy, gdy leżał w szpitalnym łóżku, nie usłyszałam od niego dobrego słowa. Byłam jego dzieckiem, musiałam więc przy nim trwać. Tak twierdził. Nie dyskutowałam, nie spierałam się. Zresztą, ja też tak myślałam.

Była jeszcze mama
Choć „była” to za duże słowo. Gdy usłyszała, że ojciec umiera, po energicznej, trochę przemądrzałej i ciekawskiej starszej pani, nie było już śladu. Nie, nie dlatego, że kochała ojca do szaleństwa. O miłości już dawno nie było mowy. Wielokrotnie chciała spakować walizkę, wziąć mnie za rękę i odejść. Nigdy tego nie zrobiła. Bała się. Wcale nie chodziło o to, że sobie nie poradzi. Bała się samotności.

To ja zajęłam się organizacja pogrzebu i podtrzymywaniem mamy na duchu. Miałyśmy już tylko siebie. Rodzina? Była, ale nie utrzymywałyśmy z nimi bliskiego kontaktu. Musiałam stanąć na wysokości zadania, zająć się mamą, domem, pracą. To ja musiałam zadbać o domowy budżet, choć miałam dopiero 25 lat. Z jednej, maminej pensji, nie dałybyśmy rady.

10 lat później miałam już swoją rodzinę
Męża, fantastyczną córeczkę i wiernego psa. Mama nie chciała z nami zamieszkać. Zawsze twierdziła, że dzieci powinny żyć swoim życiem. Pod jednym dachem z rodzicami? To kiepski pomysł. Kiedy zachorowała, wspomnienia powróciły. Znów miałam przed oczami cierpiącego ojca i płaczącą matkę. Znowu musiałam zakasać rękawy i stanąć na wysokości zadania. Najpierw niedowierzanie, potem łzy i strach. Przejdziemy przez to, damy radę – myślałam. Znów najbliższą mi osobę musiałam przekonywać, że wszystko będzie dobrze.

Chemia, operacja, oczekiwanie na wyniki. Nowotwór, który pozbawił moją mamę piersi, dał za wygraną. Myślałam, że wygrałyśmy, że wszystko będzie już dobrze. Jednak mama, coraz słabsza i coraz starsza, miała problemy z pamięcią. Zdarzało się, że nie wyłączyła kuchenki, zapominała gdzie jest, nie wiedziała, jak trafić do domu.

Alzheimer
Kiedy obcy człowiek w białym fartuchu przekazywał mi tę wiadomość pomyślałam: „Nie, teraz już nie dam rady. Nie mam tyle siły”. Jak mam ją w sobie znaleźć? Jak mam to wszystko zorganizować? Nie wiedziałam. Byłam pewna tylko jednego – moja mama nie może już być sama.

Sprzeciwiała się, płakała, prawie histeryzowała, gdy pakowałam jej walizki. Musiała z nami zamieszkać, to była jedyna możliwość. Mąż niechętnie, ale zaakceptował nową sytuację. Nasze nowe życie w niczym nie przypominało tego dawnego, dobrze znanego. Namiętność między mną a moim mężem dawno wygasła. „Mam się kochać z tobą, gdy twoja matka śpi za ścianą?!” krzyczał odpychając mnie. Bolało.

Kiedy były lepsze dni, a mama była dawną mamą, uśmiechałam się i cieszyłam, że wszyscy jesteśmy razem. Było dobrze. Tak normalnie. Takich dni było jednak coraz mniej, a my…powoli zaczęliśmy się od siebie oddalać. „Powinniśmy porozmawiać. Jakoś rozwiązać tą sytuację. Dłużej tak być nie może. Chcę, żeby było jak dawniej” – powiedział mąż pewnego zimowego poranka. Ja też tego chciałam, ale…co mogę zrobić? To moja matka.

-A dom opieki? Tam będzie miała profesjonalną opiekę, towarzystwo, nie będzie sama – zapytał mój mąż.
-Tutaj też nie jest sama. Przecież jest opiekunka…
-Opiekunka, która zabiera całą twoją pensję. Żyjemy z mojej pensji, oszczędności i marnej emerytury twojej matki. Chcieliśmy Zosię zapisać na kurs językowy. Skąd mamy wziąć pieniądze? Nie możemy nigdzie wyjechać, nie możemy wyjść do kina, do restauracji. Nie możemy normalnie żyć. Dobrze wiesz, że są lepsze dni, ale i gorsze. Gdy przychodzą te złe, boję się wrócić do domu. Nie chcę słyszeć krzyku, płaczu…Wiem, że to twoja matka. Zadbajmy o nią ale…inaczej.

Choć bardzo się tego wstydzę, przyznałam mu rację. Ja też tęskniłam za dawnym życiem. Za spokojem, bezpieczeństwem, miłością. Nie chcę już się bać. Nie chcę już dłużej zastanawiać się, czy moja matka jest bezpieczna, czy nic jej nie jest. Nie chciałam też sama podejmować tej decyzji. Porozmawiałam z mamą, wtedy, gdy był dobry dzień, gdy była „dawną mamą”. Nie krzyczała, nie protestowała. Zgodziła się. Pamiętam jej słowa: „Musisz żyć własnym życiem”.

Każdego dnia budzę się zlana potem. Sięgam po telefon, dzwonie do domu opieki, aby upewnić się, że moja mama ma się dobrze. Tylko wtedy mogę zacząć dzień. Czy mam wyrzuty sumienia? Każdego dnia. Gdy przekraczam próg domu opieki i widzę mamę siedzącą w kącie i próbującą przeczytać gazetę, łamie mi się serce. To ja powinnam siedzieć obok niej i jej czytać. Być przy niej. Trzymać ją za rękę. Jak kiedyś, gdy umierał ojciec… Zrobiłam to dla swojej rodziny. Dla mojego męża, dla mojej córki i dla…siebie. Musicie mnie oceniać?

http://mamadu.pl/125287,oddalam-mame-do-domu-opieki-zrobilam-to-dla-mojej-rodziny-meza-i-dzieci