Archiwa tagu: rak

Wyznaczyć sobie datę śmierci!

Znalezione obrazy dla zapytania samobójstwo tabletki

Kiedy się tak siedzi godzinami z chorą Mamą i obserwuje, czy jeszcze żyje, czy oddycha.

Kiedy jesteś na telefonie i każdy dźwięk przeraża, że może właśnie umarła.

Kiedy budzisz się ze strachem takim, że serce chce od rana wyskoczyć z piersi.

Kiedy opada stres i nagle wszystkie członki wiotczeją i nagle chce się spać, bo napięcie spada.

Kiedy się tak siedzi obok chorej, to do głowy napływa setki pytań o tym czy chciałabym tak leżeć miesiącami i być zdaną na pomoc rodziny, Córek, hospicjum

Dlaczego hospicjum, a no dlatego, że każdy ma swoje życie, swoje zmartwienia i dlatego mogę zostać oddana w obce ręce.

W opiekę nad moją Mamą włączone jest pięć osób i się wymieniamy, ale przez te 28 miesięcy padamy na twarz – zmęczeni i okradzeni z własnego życia – zrezygnowani, ale walczymy, choć łykam prochy na serce.

W pewnym momencie znika współczucie dla chorej, bo przecież ile można, a co dzieje się w innych przypadkach, kiedy opieka spada tylko na jedną osobę – lepiej sobie nie wyobrażać, a jeśli jest osobą pracującą, to jest wielki dramat.

Jestem na antydepresantach i postanowiłam z każdego opakowania zatrzymać dla siebie, na przyszłość – listek z tabletkami na wszelki wypadek, abym miała wyjście.

Może uda mi się zebrać nawet 100 sztuk!

Nie zniosę jak moja Mama tego bólu, bo mam bardzo na ból – niską odporność.

Nie zniosę sadzenia kup w pampers, aby moje Dzieci to robiły i tej całej ceremonii, aby mi ulżyć morfiną!

W Polsce nie ma żadnej pomocy dla rodzin obarczonych opieką nad śmiertelnie chorymi i to rodziny są obarczone przeżywaniem w odchodzeniu, opieką, kiedy nie ma się sumienia oddać bliskiego do hospicjum.

Nikt nie poleci opiekunki na godziny, aby rodzina mogła odpocząć i złapać oddech, a te opiekunki trzeba szukać we własnym zakresie.

Moja Mama, to stara,  przedwojenna osoba  – zahartowana, ale to, co wyrabia z tym apetytem na życie jest już przesadą i sama nie wiem, czemu to służy i co chce nam wszystkim udowodnić?

Nasze życie jest podporządkowane bycia z Nią, ale padamy na pysk i nie okłamujmy się, ale czekamy na koniec.

Umierała kilka razy, a na drugi dzień była żywa jak żywczyk, a nam opadały kopary.

Jeśli zachoruję na raka, to nie przyjmę chemii wzorem mojej Mamy, którą chemia by dawno zabiła.

Wezmę te tabletki i odejdę w cichości, robiąc przestrzeń rodzinie, która odetchnie, że nie zabiorę jej cennego życia, bo życie jest piękne, a rodzina nie będzie obarczona kupami w pampers.

Sama wyznaczę sobie datę śmierci i piszę o tym śmiertelnie poważnie.

Choruje na nowotwór, sama wybrała datę śmierci. „Rak nie zrobi ze mnie niewolnicy”

Kiedy u 29-letniej Brittany Maynard zdiagnozowano raka mózgu, dawano jej kilka lat życia. Prognoza się jednak zmieniła – lekarze powiedzieli, że przeżyje pół roku. Chora jednak postanowiła inaczej. – Umrę pierwszego listopada – powiedziała Maynard, która walczy, by nieuleczalnie chorzy mogli zadecydować, kiedy chcą umrzeć.

W poniedziałek na YouTube zostało zamieszczone wideo, w którym 29-letnia Maynard opowiada swoją historię i mówi o planowanej dacie śmierci. – Po miesiącach badań, nadszedł bolesny moment dla mnie i mojej rodziny. Dowiedziałam się, że nie istnieje żadna metoda leczenia, która mogłaby uratować moje życie – mówi.

Diagnoza jak wyrok

U kobiety w styczniu zdiagnozowano raka mózgu. Na początku lekarze dawali jej kilka lat życia, jednak po szczegółowych badaniach okazało się, że jej stan się pogarsza i przeżyje najwyżej pół roku. – Rak się rozwija, zaczyna doprowadzać do bólu, którego nic nie jest w stanie uśmierzyć. Mam młode, zdrowe ciało, ale nowotwór zaczyna je zjadać. Musiałabym iść do hospicjum na kilka tygodni, może nawet miesięcy, a moja rodzina musiałaby oglądać moje cierpienie – mówi.

Trudna decyzja

By zrealizować swoje plany, Brittany razem z mężem i rodziną przeprowadziła się z Kalifornii do stanu Oregon, w którym dopuszcza się stosowanie środków przyspieszających śmierć.

Kobieta datę śmierci zaplanowała na 1 listopada, kilka dni po urodzinach swojego męża. Zaznacza jednocześnie, że nie jest to samobójstwo, że bardzo chciałaby żyć, ale nie ma dla niej lekarstwa. – Czuje ulgę, wiedząc, że mam możliwość umrzeć na własnych warunkach i chcę, aby inni w podobnej sytuacji również mieli tę opcję – mówi.

– Rak nie zrobi ze mnie niewolnicy – podkreśla. Głosy poparcia i sprzeciwu

Wideo z wyznaniem chorej na raka 29-latki zostało wyświetlone już ponad 6,5 mln razy. I jak zwykle bywa przy tak kontrowersyjnych tematach – wzbudziło zainteresowanie mediów, a także pobudziło do zagorzałej dyskusji zwolenników i przeciwników stosowania leków pozwalających przyspieszyć śmierć.

Bioetyk Arthur Caplan uważa, że przypadek Brittany Maynard ma potencjał, aby zmienić sposób, w jaki wielu ludzi – zwłaszcza młodych Amerykanów – postrzega ten problem. – Wielu z nich śledzi teraz tę historię i zastanawia się, dlaczego ich stan nie dopuszcza możliwości skorzystania z takich leków. Decyzja Brittany ma duży wpływ na to, co będzie się dalej działo w sprawie legalizacji tych środków – powiedział.

Z kolei Matt Walsh, dziennikarz „The Blaze”, jest „przerażony wizją debaty publicznej na temat dostępu do środków przyspieszających śmierć”. – Nie chce myśleć, że moje dzieci będą dorastać w kulturze, która otwarcie pozwala na samobójstwo. Jeśli uważasz, że to godne i odważne dla chorego na raka, który decyduje się zabić, to ciekawe, co mówisz o tych, którzy decydują się z tym żyć – zapytał Walsh.

https://www.tvp.info/17213869/choruje-na-nowotwor-sama-wybrala-date-smierci-rak-nie-zrobi-ze-mnie-niewolnicy

Reklamy

Powinna być eutanazja +

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie siedzą i w budynku

Rozmowa nr 1:

  • masz żyletkę może?
  • nie mam, a po co Ci żyletka?
  • chciałabyś wiedzieć.

Rozmowa nr 2:

  • zabij mnie
  • a jak mam Ciebie zabić?
  • są różne sposoby!
  • czy chcesz aby mnie zamknęli do więzienia?

Moja Mama ma dość choroby i najchętniej chciałaby już umrzeć i takimi życzeniami w czasie odzyskiwania świadomości nas informuje, że chce odejść.

Nie chce już być ciężarem i ma dość swojej choroby i bycia na tym łez padole.

Zdjęcie powyżej zrobiłam zaraz po lekarskiej diagnozie – rak i wygląda na nim całkiem zdrowo i korzystnie, ale wszyscy wiedzieliśmy, że z miesiąca na miesiąc będzie tylko gorzej.

Teraz nie ma jej połowy i leży w łóżku jak malutka kukiełka, trzcinka, maleńka laleczka, całkowicie od nas uzależniona.

Trzeba wszystko w łóżku, a więc karmić, myć i przewijać, bo kompletnie utraciła siły, czego bardzo się wstydzi, bo w przebłyskach świadomości zdaje sobie sprawę ze swojej choroby i z tego jakim jest obciążeniem.

Za chwilę zasypia na parę minut i dziś się obudziła i poprosiła bym trzymała Ją za rękę.

Usiadłam na stołeczku i trzymałam, gładziłam jednocześnie obserwując Jej oczy, które błądziły gdzieś po suficie i chciała coś powiedzieć, ale już i mowa zawodzi.

Przyszłam do domu i opowiedziałam Mężowi, a On, że muszę być silna i wszyscy musimy być silni, bo nie ma innego wyjścia.

Rozmawiałam z opiekunką do osób umierających, która mi powiedziała, że Mama ma raka i owszem, ale przy tym jest zdrowa, gdyż ma bardzo silne serce i prawidłowe o dziwo ciśnienie krwi i dlatego wciąż się broni przed śmiercią.

Od czasu do czasu odzyskuje świadomość i ma wolę umrzeć, ale polskie prawo zabrania eutanazji, a powinno być tak, że w obliczu takiego życzenia, lekarz powinien podać zgodnie z prawem ostateczny zastrzyk!

Mam w smartfonie zdjęcie umierającej, ale nigdy tego zdjęcia nie zamieszczę na blogu z szacunku do Niej i Jej choroby, bo tak nie wolno!

14 stycznia Mama ma Urodziny i skończy 87 lat, ale któż to może wiedzieć, czy doczeka?

Po tych żyletkach ryczę cały wieczór i sądzę, że kiedy Mama odejdzie, to rozsypię się na kawałki nie z powodu zmęczenia psychicznego, ale z powodu, że pierwszy raz w swoim życiu poprosiła mnie o trzymanie ją za rękę.

W mojej rodzinie urodziły się dwa istnienia, bo na świat przyszła Wnuczka mojej Siostry – Pola, a w rodzinie Męża urodził się Julian, a więc to są następne pokolenia, a my będziemy odchodzić i w tym momencie kolejny raz życzę sobie eutanazji w przypadku ciężkiej i nieuleczalnej choroby, bo nie chcę być dla nikogo ciężarem i nikomu nie chcę obierać jego życia.

Nie chcę by moje Dzieci obmywały mnie z śmierdzącego, ale w obliczu prawa w Polsce będę zmuszona do takiego upokorzenia!

W ilu domach odbywa się podobny dramat, a wszelkie rządy są na to głuche i ślepe, a więc w wielu domach są wielkie tragedie, a państwo nie robi z tym nic i ceduje opiekę nad śmiertelnie chorych tylko na rodziny, bo za hospicjum trzeba płacić krocie!

Wchodzić w Nowy Rok – 2019

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Nigdy nie robiłam z wejściem w Nowy Rok żadnych postanowień, bo znając siebie żadnego bym nie dotrzymała, a więc po co się katować!

Dziś pierwszy raz od dwóch lat się spłakałam, kiedy moja Mama leży w łóżku jak warzywo.

Przepraszam, że ja tak ciągle o tym, ale zdałam sobie sprawę z tego, że te dwa lata Jej choroby upłynęły mi na pstryk palcami i wszystkie dni mi się zlały w jeden dzień i stanowią jedną całość, a nie żaden miks przeżytych dni.

Przepraszam, że wypłakuję się Wam w rękaw, ale tak naprawdę mogę tylko na blogu się wykrzyczeć i opisać swoje emocje związane z chorobą Matki.

Ludzie się cieszą z nadejścia Nowego Roku, a ja jestem jednym wielkim smutkiem, bo w każdej chwili Mama może umrzeć, a więc takie czekanie jest bardzo wyczerpujące i wyniszczające.

Kiedy rano ktoś do nas zadzwoni, to umieram, bo może to być decydująca wiadomość i tak jest przez cały dzień, kiedy wsłuchuję się w telefon.

Uspokoję się wówczas, kiedy Mama odejdzie, bo to ciągłe napięcie mnie zabija i nie potrafię się cieszyć ze zwykłych, codziennych zdarzeń.

Sprzątam w napięciu, gotuję w napięciu, odpoczywam w napięciu i wciąż towarzyszy mi potężny stres, powodujący arytmię serca i rozdrażnienie.

Im jestem starsza, tym mniej mnie cieszy Sylwester i wchodzenie w Nowy Rok, bo zdaję sobie sprawę z tego, że ten Nowy Rok jest wielką niewiadomą i może stać się wszystko!

Mogę ja się rozchorować, albo mój Mąż, bo nie jesteśmy już młodzieniaszkami.

Moja Teściowa też już wiekowa i może być różnie, albo nie daj Boże może stać się coś złego moim bliskim!

Wiem, sama się nakręcam, ale każdy nowy dzień niesie niespodzianki nie zawsze przyjemne i nie zawsze optymistyczne.

Piszę właśnie o dziwnym dniu jaki przeżyłam tuż przed Wigilią!

Zadzwoniła do mnie koleżanka, której nie widziałam 25 lat, bo była w Ameryce.

Wróciła do Polski i przypomniała sobie o mnie.

Spotkałyśmy się i wydawało się, że jest mi życzliwa, tak jak kiedyś.

Zadzwoniła z życzeniami wesołych świąt i nagle spytała, co u mnie!

Odpowiedziałam, że mam chorą Mamę i te święta absolutnie mnie nie cieszą i nagle ona się rozłączyła nie z powodu braku zasięgu, bo oddzwoniła i skończyła swoje życzenia!

Nie chciała słuchać przykrych wiadomości – przygnębiających i dlatego jest tak, że swoje bolączki zatrzymuję dla siebie, bo ludzie chcą żyć w świecie tylko dobrych wiadomości i nie lubią cudzych opowieści o tym, że coś ich trapi i spędza sen z oczu.

A teraz coś innego w temacie balów Sylwestrowych, bo pasuje świetnie do mnie!

Sylwestrowe porady Michela Houellebecqa:

„Wystarczy zaplanować zabawę, aby mieć pewność, że się człowiek śmiertelnie wynudzi. Kilka poniższych rad powinno pozwolić na uniknięcie najgorszego:
– Z góry mieć świadomość, że zabawa skończy się fiaskiem. Przypomnieć sobie przykłady poprzednich porażek. Pogodzenie się ze zbiorową katastrofą, pokornie i z uśmiechem, może pozwolić na sukces, przekształcając nieudaną zabawę w banalnie przyjemne przeżycie.
– Zawsze zakładać, że będzie się wracać taksówką i samotnie.
– Przed zabawą: napić się.
– Podczas zabawy napić się, ale zmniejszając dawki. Lepiej we właściwym momencie wziąć pół pastylki lexomilu. Można się spodziewać szybkiego zapadnięcia w drzemkę, co jest stosowną chwilą to wezwania taksówki. Dobra zabawa to krótka zabawa.
– Po zabawie zadzwonić z podziękowaniami.
I na koniec pocieszająca perspektywa: wraz z wiekiem mija poczucie obowiązku zabawy, a zwiększa się potrzeba samotności. Prawdziwe życie bierze górę”.

Cytat dzięki Justyna Sobolewska
(Interwencje 2, przeł. Beata Geppert)

Do siego roku wszyscy, którzy tu zabłądzili, a poznaliśmy się dokładnie rok temu, kiedy na WP przeniosłam mojego bloga!

Cieszę się, że Was poznałam i dziękuję za komentarze i wspólną konwersację!

I jeszcze chcę napisać, że w każdego Sylwestra i przed – cierpiałam z moją suczką, której nie ma już z nami dwa lata, ale każdy Sylwester był dla niej traumą mimo środków uspokajających.

Tylko durnie i pajace odpalają race!

Obraz może zawierać: w budynku

Chcę jeszcze napisać, że ten Nowy Rok będzie fatalny dla polskiej polityki i na ulicę wyjdą wszystkie grupy społeczne i będą domagać się swojego, ale co ja tam wiem!

Dziś dotarła do Polaków wiadomość, że narodowiec dostał stanowisko w Ministerstwie Cyfryzacji, a to oznacza, że mogą nam zamknąć portale społecznościowe!

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

Podsumowanie mijającego roku!

Podobny obraz

Życzenia

Idź Nowy Roku… 

tak mówi Rok Stary i znika…

z łezką w oku. 
Z ostatnią kartką kalendarza zerwijmy złe nastroje, 
zapomnijmy o wszystkich nieudanych dniach, 
przekreślmy niewarte pamięci chwile
 i wejdźmy w Nowy Rok

 jak wchodzi się na najwspanialszy bal świata!

Tego życzę bywalcom mojego bloga:))

Jaki był dla mnie, ten mijający rok?

Nie mógł być dobry, kiedy Mama kolejny rok przeleżała w łóżku z różnymi stanami, koło której wciąż trzeba chodzić i się opiekować, a to jest coraz większym wyzwaniem.

Umierała w jeden dzień, a na drugi zmartwychwstała  i tak było wiele razy ku naszemu zdumieniu.

Nie powinno się tak umierać przez – już 26 miesięcy, bo wszyscy padli na pysk i żyjemy w wiecznym stresie, gdyż z dnia na dzień trzeba pokonywać tytaniczną robotę.

Nawet nie wiem kiedy mi z przed nosa uciekły te dwa ponad lata, bo każdy dzień podobny jest do poprzedniego, a więc ciągła gotowość i wysłuchiwanie telefonu, bo trzeba pomóc, zastąpić, wziąć dyżur.

W pewnym momencie wysiadłam na maksa i ogłosiłam, że nie dam rady, że potrzebuję kilka dni na odpoczynek, wyciszenie i uspokojenie mojego skołatanego serca.

Musiałam to ogłosić, bo bym umarła prędzej niż moja Mama, gdyż nawet tabletki na serce przestały działać, a moja nerwica odezwała się na nowo.

Podobno wszystko jest po coś na tym świecie i w naszym życiu, ale nie umiem sobie wytłumaczyć tego, że po co Mama tak nas katuje i nie chce spokojnie odejść, abyśmy wszyscy odzyskali swoje życie, a do tego sądzę, że ta Jej katorga nie pogodzi zwaśnionych!

Spytałam Męża, czy mógł by się bawić na balu Sylwestrowym, a On mi odpowiedział szczerze, że w obliczu chorej, mojej Matki jest to wykluczone i ja tak samo uważam.

Nasi, starsi znajomi i odrobinę młodsi, będą balować, a my będziemy w domu, bo na żadne tańce nie mamy ochoty.

Nie mamy ochoty w obliczu umierania skakać do melodii –  te oczy zielone, czy ona tańczy dla mnie!

Mój Mąż pomagał w oporządzeniu mojej Mamy ze śmierdzącego i za to Mu bardzo dziękuję i podziwiam  za to, że co wieczór idzie ze swoją Mamą – staruszką na spacer, która jest po zabiegu na sercu.

Oboje, my starsi już ludzie uwikłani jesteśmy w starość 20 lat później i musimy na co dzień zmagać się z chorobami naszych Matek, ale jakie mamy inne wyjście?

Za chwilę i aż się boję sobie wyobrażać, kiedy to my będziemy potrzebowali pomocy ze strony naszych Dzieci i co one postanowią w razie naszej niedołężności?

Może oddadzą nas do domu seniora, a może do hospicjum – któż to wie?

Wciąż piszę na moim blogu, że każdy chory, nieuleczalnie powinien mieć prawo do eutanazji na swoje, wyraźne życzenie – koniec i kropka.

Ja sobie nie życzę, aby moje Dzieci uprzątały spode mnie to śmierdzące!

W obliczu tego, co nas z Mężem dotyka, rozmawiamy dość często o przemijaniu i mój Mąż pracoholik podkreśla, że jeśli nie będzie mógł pracować, to umrze z nudów, zgorzknieje i zdziwaczeje, a ja będę miała z Nim nie lada kłopot i już się boję takiego stanu!

Odchodząc od trosk z umieraniem chcę też podkreślić, że ten rok był fatalny dla naszej Polski.

Ludzie, którzy teraz rządzą krajem, to wyjątkowi kłamcy, dranie i może w następnym roku w Polsce coś się takiego stanie, że Polacy przejrzą na oczy i pokażą im czerwoną kartkę!

Na Twitterze przeczytałam dość ciekawy wpis, bo:

Z Twittera wzięte!

Jack‏ @zKaszebe

Coraz częściej nachodzi mnie perwersyjna myśl by w wyborach parlamentarnych zagłosować na PiS. Niech wygrają i zmierzą się z kryzysem gospodarczym, drożyzną, wzrostem bezrobocia, strajkami itd. Będzie ciekawie i będzie się działo.

Może Wigilia przyniesie wybawienie!

Znalezione obrazy dla zapytania rak choroba

Obudziłam się dziś już o 6 rano, cała zdrętwiała i zdenerwowana.

Bosze zaraz przyjdzie czas szykować święta, a ja trochę jestem w lesie – pomyślałam.

Poranna kawa i myślę, co muszę zrobić na teraz, już, szybko, bo telefon noszę ze sobą po całym mieszkaniu, aby usłyszeć wezwanie do zmiany pampersa.

Spokojnie – gadam do siebie, że w takiej sytuacji niech szlag trafi te święta, kiedy Mama leży na łożu śmierci i ważniejsza jest opieka nad Nią, aniżeli te cholerne kurze i niedoróbki w domu.

Niech szlag trafi listę zakupów na kartce dla Męża, aby pomógł mi zgromadzić potrzebne produkty.

Spinam się i robię listę zakupów, a potem zmuszam się do zmiany pościeli, bo choć nie brudna, to wypada na święta.

Kiedy mam już wszystkie zakupy w domu, to wcale się nie uspokajam, bo czekam na telefon i jest!

Trzeba przyjść, bo znowu, a więc zakładam byle jakie laczki, zarzucam kurtkę  –  lecę i o bogowie szczęście, że jest blisko.

Okej udało się z pomocą założyć leżącej pampersa po uprzątnięciu i na nowo mogę myśleć, co mam jeszcze do zrobienia.

Na szybko pucuję witrynki, gdzie zgromadzone są jakieś kieliszki do wina, miseczki, talerzyki  – uf, ale wciąż gapię się na telefon i znowu jest!

Lecę na złamanie karku, bo nie chcę, by Mama leżała w nieczystościach.

Podnosimy ją pewnym sposobem, aby umyć, co trzeba i podłożyć tego cholernego pampersa.

Nie jest łatwo, bo nikt z nas nie jest pielęgniarzem, ale musimy temu podołać, a ja się spieszę, bo każdy ruch budzi u Mamy ogromy ból, a mnie się ręce trzęsą, aby szybciej ułożyć ją w normalnej pozycji.

Mama krzyczy, że wszystko Ją boli, ale nie możemy już delikatniej, choć się strasznie staramy.

Po zmianie pampersa wróciłam do domu na drewnianych nogach i z bolącym kręgosłupem  padłam na kanapę kompletnie bez sił, a tu za 15 minut telefon, że znowu!

Lecę choć serce wali jak młot. Zmieniamy pampersa, który się rozdarł, a więc na nowo przekładamy Mamę i próbujemy powtórnie, a za 10 minut trzeba było zrobić to jeszcze raz.

Karmię Mamę lekką zupką ciesząc się, że zjadła 10 małych łyżeczek, bo od trzech dni nie chciała nic jeść, bo nam odleciała.

I tak nagle słyszę – wrzućcie mnie do Wisły i zaczęła płakać.

Wygłaskałam, wycałowałam, ale kurwa, nigdy nie zapomnę tych łez w tych bladych oczach, pozbawionych blasku!

My 60 – latkowie mający swoje schorzenia, w czwórkę z pomocą młodszej osoby, a więc jest nas piątka tego umierania mamy po kokardy, ale walczymy!

Może Wigilia przyniesie wybawienie!

 

 

Prawo do eutanazji, ale nie w katolickim zaścianku!

Znalezione obrazy dla zapytania eutanazja

Jakieś 10 lat temu poznałam młodego człowieka w wieku 30 lat.

Młody, przystojny mężczyzna, który cierpiał na potworną depresję i żadne leki mu nie pomagały.

Cierpiał duchowe katusze, bo tak go bolało wszystko i nie umiał sobie z tym poradzić latami.

Opowiadał, że różnymi drogami zbierał psychotropy i powiedział mi, że jeśli w Polsce nie ma eutanazji, czyli zgody na  dobrą śmierć, to on to zrobi sobie sam.

Powiedział mi, że ma zgromadzone 10 fiolek z mocnym lekiem, a w każdej jest 60 tabletek, a jeśli popije to alkoholem, to nie ma siły, aby go uratowano.

Myślałam, że to tylko takie gadanie, ale po trzech latach dotarła do mnie wiadomość, że to zrobił!

W Europie jedynymi krajami, które dopuszczają czynną eutanazję, są Holandia, Belgia i Luksemburg.

Muszą być mocne argumenty, aby dokonać eutanazji i nie jest to decyzja hop siup, a każda  musi mieć mocne przesłanki rozpatrywane komisyjnie.

W Polsce możemy zapomnieć o wprowadzeniu takiego prawa, bo Polska mocno związana jest z kościołem, a więc kiedy ja zamienię się w warzywo nie będę miała prawa do osobistej decyzji, aby nie być istnieniem uciążliwym dla swoich bliskich, którzy też mogą mieć swoje jednostki chorobowe z racji wieku!

To my mając 60 lat, często jeszcze pracując, obarczeni jesteśmy opieką nad chorym rodzicem, albo rodzicami i takich domów jest bardzo dużo.

Medycyna pozwala żyć dłużej nawet leżącemu i my dzieci jesteśmy umordowani do granic wytrzymałości, ale staramy się pchać ten wózek, chociaż po obrobieniu chorego ze śmierdzącego – padamy na pysk.

Nie chcę tak! Nie godzę się na to, aby moje Dzieci wymiatały z pod mojego tyłka śmierdzące.

Dlatego jestem za skróceniem mi życia, ale może być, to moje pobożne życzenie, bo w tym kraju nie szanuje się umierających i odbiera im się godność, a opiekunów sprowadza się do maszynek i zabiera im się resztki  życia, kiedy by mogli godnie przeżywać wchodzenie w swoją starość.

A tak bierzesz papier, chusteczki nasączone, piankę do mycia, podkład i  usuwasz śmierdzące, ale nie rzygasz, bo to twoja Matka, Ojciec, Dziadek, Babcia i tak to wygląda!

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i niektórzy radzą sobie inaczej, aby choroba bliskiej osoby absolutnie nie była przeszkodą w obchodzeniu tych rodzinnych, natchnionych świąt i czytamy:

MARIANNA FIJEWSKA, 17 grudnia 2018

„Mam w d..ie matkę. Czekam, aż umrze”. Świąteczny koszmar w szpitalach.

Pielęgniarka: „Zapytałam tej kobiety, czy dawała mamie jeść i pić, choć dobrze wiedziałam, że pacjentka od jakichś dwóch dni nie miała nic w ustach. Spojrzała na mnie ze złością i powiedziała: „Co mi pani sugeruje?”.

Marianna Fijewska, Wirtualna Polska: W jaki sposób bliscy pozbywają się najstarszych członków rodziny na Święta Bożego Narodzenia?

Justyna, pielęgniarka ze szpitala publicznego pod Warszawą: „Nie wiem, co się dzieje! Mamusia gorzej wygląda!”, „Tato ma biegunkę „, „Babcia nie chce jeść” – każdy powód jest dobry, a prawda jest taka, że oni sami przyczynili się wcześniej do pogorszenia stanu zdrowia pacjenta. Starszy człowiek jest jak dziecko, jeśli przez dwa dni nie dostanie leków, picia, czy jedzenia , natychmiast się odwodni. Następstwem odwodnienia jest najczęściej zagęszczenie moczu, które wywołuje zapalenie układu moczowego. Gdy pacjent trafia na oddział, pobieramy mukrew i widzimy, że ma stan zapalny . W takiej sytuacji nie możemy odmówić przyjęcia.

Od kiedy zaczęło się to masowe przywożenie najstarszych pacjentów do szpitala?

Przez cały rok zdarzają się takie sytuacje, ale od piątku rozpoczął się istny koszmar. W tym momencie na oddziale internistycznym na 40 pacjentów mamy 15 leżących, jeszcze wczoraj było ich 17, ale w nocy dwóch zmarło. Wiemy, że to się dopiero zaczyna. Tak naprawdę najgorsze czeka nas w nadchodzącym tygodniu. W ubiegłym roku po 20 grudnia nie było miejsc na oddziale, więc ci staruszkowie leżeli na korytarzu, jeden obok drugiego.

Ile czasu potrzeba, żeby wyleczyć odwodnionego starszego pacjenta?

Jeśli doszło do zapalenia, starszy człowiek musi przejść kurację antybiotykową, bo inaczej może dostać sepsy i umrze. Taka kuracja trwa siedem dni. Jeśli do zapalenia nie doszło, tylko jest chwilowe pogorszenie stanu zdrowia, pacjent może wyjść ze szpitala po trzech lub czterech dobach, ale po tym czasie rodziny i tak się nie zjawiają. Przestają odbierać telefony i nie ma żadnej możliwości, żeby się z nimi skontaktować. A zgodnie z prawem nie możemy wypisać pacjenta, który nie jest samodzielny. Więc leży na oddziale, aż do momentu, w którym rodzina łaskawie się zjawi. Niech pani sobie wyobrazi, że ci pacjenci przyjeżdżają do nas zapakowani jak na wycieczkę. Mają w torbach ubrania na dwa tygodnie, a do tego świąteczne małe choineczki albo światełka. Rodziny pakują staruszków z pełną świadomością, że nie odbiorą ich przed Świętami, ani nawet przed Sylwestrem.

Jak się tłumaczą, gdy już się pojawiają?

Wymyślają najróżniejsze historie. Że byli w pracy, że sami zachorowali, że mąż był w delegacji i nie mieli jak odebrać pacjenta. Tylko kto jeździ w delegacje na Święta? Czasem też pojawiają się w drugi dzień Świąt, żeby odwiedzić pacjenta. Są to zazwyczaj kobiety – wnuczki albo córki. Przychodzą same i użalają się nad leżącym: „Oj biedna mama, tak mi jej szkoda!”. A jak mówimy, że możemy już wypisać pacjenta, to nagle zmieniają narrację. Wymyślają, że nie mogą dzisiaj zabrać go do domu, bo pracują przez całe Święta, albo datego, że dziecko zachorowało nazapalenie płuc i istnieje ryzyko zarażenia. Później w pośpiechu opuszczają szpital i pojawiają się dopiero po Nowym Roku.

Pani zawsze widzi po rodzinach, gdy udają?

Im bardziej płaczą, że coś złego dzieje się z pacjentem, tym bardziej wiadomo, że to szopka i sami przyczynili się do pogorszenia stanu zdrowia. Jako personel medyczny mamy związane ręce. Mamy pewność, że rodzina zaniedbała pacjenta, ale nie ma na to twardych dowodów. W piątek kobieta przywiozła 67-letnią mamę w stanie wegetatywnym. Powiedziała: „Nie wiem, co się stało, mama jeszcze trzy dni temu chodziła”. Zapytałam, czy dawała jej jeść i pić, choć dobrze wiedziałam, że pacjentka od jakichś dwóch dni nie miała nic w ustach. Ta kobieta spojrzała na mnie ze złością i powiedziała: „Co mi pani sugeruje?”. Zamilkłam, nie mogę nic zrobić, nie mając twardych dowodów.

A zdarza się, że ktoś mówi wprost: „Nie zajmę się mamą, babcią czy dziadkiem, bo nie mogę. Bo nie mam siły”?

Dwa miesiące temu przyszła dziewczyna i powiedziała wprost: „Mam w d..ie matkę. Czekam, aż umrze”. Myślałam, że się przesłyszałam. Spojrzałam na nią, jak na wariatkę, ale co mogłam powiedzieć? Pacjentka zmarła wczorajszej nocy. Dziś rano córka przyszła na oddział uśmiechnięta i szczęśliwa. Chciała tylko odebrać rzeczy.

Tak postępuje najbliższa rodzina?

Starsi pacjenci to nie są miłe osoby. Robią pod siebie, śmierdzą, budzą się w nocy , gdy coś ich boli, dostają ataków furii – krzyczą, plują i gryzą. Tak naprawdę wymagają całodobowej opieki, której rodzina ze względów finansowych i organizacyjnych nie jest w stanie im zapewnić. W końcu przychodzą Święta i taka rodzina pragnie, z całego serca, mieć trochę spokoju, więc pozbywa się pacjenta w jedyny możliwy sposób. Na miejsce w państwowych domach opieki dla seniorów czeka się czasem dwa lata, prędzej można umrzeć, niż doczekać. A poza tym oddanie bliskiej osoby jest przyznaniem się do pewnej porażki.

Czy po tych starszych ludziach widać smutek?

Oni są w większości w stanie wegetatywnym, ale nie wszyscy. Miesiąc temu trafił do nas dziadek ewidentnie zaniedbany przez syna. Zapytałam go wprost: „Czy syn pana głodził?”. Rękami i nogami zapierał się, że absolutnie nie, że syn się starał, że go karmił, że był dla niego bardzo dobry. W końcu przyznał: „Ze dwa razy mnie nie nakarmił, bo tak ciężko pracuje, że zapomniał”. Oni mają wdrukowane w głowie, że ich bliscy są dobrzy i kochani. Kłamią, jak z nut, żeby chronić swoje dzieci.

Chronić, bo szpital mógłby wnieść oskarżenie?

Nie. Oni ich chronią sami dla siebie. Bardzo potrzebują mieć dobry obraz bliskich. Wmawiają sobie, że rodzinie na nich zależy. Ja się z nimi nie kłócę – myślę, że to często ostatnia rzecz, która w ogóle trzyma ich przy życiu. Święta na internie, to najsmutniejsze Święta, jakie można sobie wyobrazić.

https://kobieta.wp.pl/mam-w-die-matke-czekam-az-umrze-swiateczny-koszmar-w-szpitalach-6328514414717057a?amp=1&__twitter_impression=true&fbclid=IwAR1t0tczO5H817IMrZn728ls77-yrmMIfEqBDW98O2i4KNeWW9lNOfgIsZ0

Doszłam do ściany!

Znalezione obrazy dla zapytania mam dość choroby matki

Przedwczoraj był Dzień Cukrzyków i chyba nigdy nie pisałam, że choruję na cukrzycę typu II.

Biorę leki, ale uważałam się za gierojkę i nie zniszczalną, a więc lekceważyłam swoją chorobę, aż do momentu, kiedy zauważyłam swoje kiepskie samopoczucie.

Objawiało się to kompletnym wycieńczeniem, nawet po dobrze przespanej nocy – arytmią serca, oraz bólami głowy w okolicach potylicy, a także miewam zawroty głowy.

Biorę leki zapisane przez lekarzy systematycznie, ale w wielu sytuacjach one mi nie pomagają, kiedy wkrada się stres.

Mam nerwowy czas, bo Mama choruje na raka i od dwóch lat nie wstaje z łóżka.

Od dwóch lat żyję na telefonie i w pogotowiu!

Trzeba wiele wykonać przy niej zabiegów i robimy to, ale resztkami sił, a ja sama ich już w sobie nie mam.

Nie ma w Polsce takiego zastrzeżenia, że jeśli opiekun jest poważnie chory, to nie powinien zajmować się umierającym rodzicem i ten opiekun nie ma żadnej w Polsce ochrony i żadnej pomocy.

Przedwczoraj – na łamach reportażu wypowiedział się dziennikarz – Michał Figurski, który wiele lat lekceważył swoją cukrzycę, aż dopadł go wylew krwi do mózgu i zdałam sobie sprawę z tego, że i mnie to też może czekać.

Cierpię na arytmię, podwyższony poziom cukru, bóle głowy, zawroty, bóle kręgosłupa, a nasza Matka jak Lenin żyje wciąż dwa lata od diagnozy i potrzebuje pomocy 24 h!

Mój Mąż ma na stanie swoją Matkę – panią po 80 -tce. Gotuję dla niej obiady, bo sama sobie już nie ugotuje.

Jest hipochondryczką i humorzastą kobietą – wiszącą na telefonie.

Wydzwania do Męża po 10 razy dziennie – wymusza wszystko, choć Mąż jest na każde jej zawołanie.

Oboje uwikłani jesteśmy w starość swoich rodziców, a za chwilę przyjdzie czas na nas.

Nikt nie myśli aby oddać staruszków do instytucji, bo w Polsce absolutnie nie ma takiej pomocy, bo nasze Państwo nie działa w tym temacie.

Nie wiem jak jest w innych krajach Europy, ale czytam w wielu miejscach, że to funkcjonuje!

Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice.

Sama jadę na antydepresantach od lat, ale się rodzinie nie skarżę.

Medycyna na wysokim poziome sprawia, że nasi chorzy rodzice żyją przynajmniej o 15 lat dłużej, analogicznie jak to było dużo wcześniej, kiedy ludzie umierali w wieku 60/70 lat.

Teraz dzięki medycynie dożywają w różnym stanie do 90 – ki, a my 60 latkowie musimy się nimi zajmować, bo nasze państwo nie daje żadnej pomocy w tym, jakże trudnym temacie.

Kto nigdy nie opiekował się starością, to ten nigdy nie zrozumie dylematów dzieci zniewolonych przez chorobę rodzica.

Przeczytajcie ile dramatów jest w rodzinach, kiedy śmierć nie przychodzi szlachetnie – w porę!

Stare dzieci starszych rodziców – nie są bohaterami, są zmęczeni.
Praca, własne dzieci i starzy rodzice – wymagania, którym mogą sprostać tylko bohaterowie. Ale stawia się je wszystkim. Cena, którą płacą, jest wysoka. W Polsce od dzieci wymaga się opieki nad starymi rodzicami. Kiedy nadchodzi ten moment i starość lub choroby odbierają im samodzielność, zaczyna się problem. Czy dorosłe dzieci dają radę, czy nie? Jakie mają możliwości? O trudnych wyborach opiekunów – pisze Monika Kaczyńska.
Kiedy Marta słyszy o biletach do kina za 5 zł dla seniorów, siłowniach na wolnym powietrzu i kawiarenkach, dostaje piany na ustach. – Senioralia – sralia – tylko, że jak naprawdę trzeba się zająć starym człowiekiem, system jest bezradny – mówi i doskonale wie o czym. W blokowym mieszkaniu na jednym z poznańskich osiedli mieszka z dwojgiem dzieci, a od kilkunastu miesięcy z dwojgiem schorowanych, niemal kompletnie niesamodzielnych rodziców. I jest na skraju wytrzymałości nerwowej. 
– Nie miałam innego wyjścia – opowiada. – Musiałam ich wziąć do siebie. Ale to jest złe rozwiązanie. Nie wiem, jak długo to wytrzymam. Marta należy do tzw. pokolenia kanapkowego. Sama dobiegająca 60. wciąż jeszcze pracuje, z jednej strony przytłaczana powinnościami wobec dorosłych, ale jeszcze nie żyjących samodzielnie dzieci, z drugiej – powinnościami wobec rodziców.
Opieka nad starszymi osobami wcale nie jest taka łatwa i kolorowa jak w reklamach – To zupełnie nowe zjawisko – zwraca uwagę prof. Anna Michalska, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Jest związane z wydłużającym się życiem.
Pokolenie to nazywane również pokoleniem przegubowym podlega silnej presji z obu stron. Dopóki starzy rodzice są względnie samodzielni, a dorosłe dzieci także żyją swoim życiem, wszystko jest w porządku.
Gdy jednak starość lub choroby odbierają najstarszemu pokoleniu samodzielność, zaczyna się problem. I organizacyjny, i etyczny, i psychologiczny. Dotyczy to coraz większej grupy osób. I z danych wynika, że w ciągu najbliższych lat będzie ona jeszcze liczniejsza. – W Polsce wciąż rodzina znajduje się wysoko w hierarchii wartości – mówi prof. Anna Michalska. – Otoczenie oczekuje, że dzieci zajmą się rodzicami w podeszłym wieku, jakby oddając im trud, który włożyli w wychowanie. Zdawanie się w tej kwestii na instytucje jest wciąż oceniane negatywnie. Na własnej skórze odczuły to dwie poznanianki, które opowiadają, jak radzą sobie ze zniedołężnieniem rodziców.
 Obawa przed negatywną oceną dalszej rodziny i przyjaciół to jedno. Druga sprawa to dostępność i jakość instytucjonalnej opieki. Oczekiwanie na miejsce w domu pomocy społecznej w dużym mieście trwa przeciętnie około roku. Czasem dłużej.
Usługi opiekuńcze, świadczone w domu, maksymalnie przez 8 godzin dziennie bardzo często nie rozwiązują problemu. Ostatecznie więc odpowiedzialność za starych i niedołężnych spada na ich także, co tu kryć, starzejące się dzieci.
Gdy Marta skończyła pięćdziesiątkę, jej rodzice cieszyli się dobrym zdrowiem. Fakt, że mieszkali w oddalonym o ponad 200 kilometrów Wrocławiu, nie stanowił problemu. Stały kontakt telefoniczny, weekendowe odwiedziny raz na miesiąc i bratanek na miejscu, który w razie konieczności przyniósł cięższe zakupy czy dokonał drobnych napraw, załatwiały sprawę.
Kilka lat temu u matki Marty rozpoznano nowotwór. Wkrótce ojciec stał się bardziej roztargniony niż zwykle. Najpierw tłumaczono to stresem, później zmianami związanymi z wiekiem. Kiedy po raz kolejny siedem razy wychodził do kiosku i wracał z kolejnym egzemplarzem tego samego numeru gazety, a ze sklepu przynosił siódmą w ciągu dnia 20-dekagramową paczkę wędliny, stało się jasne, że sprawa jest poważniejsza.
Badanie lekarskie tylko potwierdziły przypuszczenia – choroba Alzheimera. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami wzrasta z wiekiem Wraz z jej postępami Marta traciła kolejne części swojego życia. Zaczęło się od weekendów. – W piątek po pracy wsiadałam w samochód i gnałam do Wrocławia – opowiada. – Tam prałam, sprzątałam, załatwiałam, co konieczne.
Wracałam w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek do pracy. Ale sytuacja z każdym miesiącem była coraz gorsza. Choroba ojca Marty postępowała, a coraz mniej sprawna matka po kilku operacjach przestała dawać sobie radę. – Nie była w stanie go upilnować. Znikał z domu, gdy była w toalecie, później przyprowadzali go obcy ludzie – wspomina Marta. – Wtedy, kiedy jeszcze to i owo kojarzył i był w stanie się podpisać, postanowiłam go ubezwłasnowolnić, choćby po to, by kiedy całkiem straci kontakt z rzeczywistością, móc umieścić go w domu pomocy społecznej.
Gdy o tym fakcie dowiedziała się dalsza rodzina, prawie Martę zlinczowała. – Nasłuchałam się, że chcę się ojca pozbyć, że chodzi mi o jego mieszkanie. Wyrodna córka to było najłagodniejsze określenie, z jakim się spotkałam. Padały wiele gorsze – mówi kobieta. Doroty, która przez trzy lata opiekowała się chorą na chorobę Alzheimera matką, wcale to nie dziwi. – Oczekuje się od nas postawy heroicznej – twierdzi. – Tyle że nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaka to przytłaczająca odpowiedzialność.
Matka Doroty od ponad roku jest pensjonariuszką domu pomocy społecznej. Dorota odwiedza ją kilka razy w tygodniu. Czasem matka nawet ją poznaje. I choć starsza pani, gdy jeszcze częściej była świadoma, sama zdecydowała o przeprowadzce, okres oczekiwania na miejsce Dorota wspomina jak nieustający koszmar. – Mieszkałyśmy po sąsiedzku – opowiada. – Kwestie techniczne – zakupy, sprzątanie, podawanie leków cztery razy dziennie to nie był problem. Tylko ten strach.
Bałam się oddalić od domu, bo matka może mnie potrzebować. Co noc budziłam się kilka razy i biegłam do okna sprawdzić, czy pali się u niej światło. Po tym, jak o trzeciej w nocy zadzwonili sąsiedzi, że mama w koszuli nocnej stoi na klatce schodowej i nie może wejść do mieszkania, prawie w ogóle przestałam sypiać.
Tylko dzięki ośrodkowi dziennego pobytu, do którego odprowadzałam mamę, mogłam w ogóle pracować. Ale i tak byłam u kresu sił. Czego bałam się najbardziej? Że z jakiegoś powodu trafię do szpitala, a mama zostanie sama – bez opieki, bez leków, kompletnie zagubiona i bezradna – wyznaje. – Dopiero kilka miesięcy po przeprowadzce mamy do DPS-u, na nowo odkryłam spacery, spotkania ze znajomymi, wyjścia do kina.
Zwyczajne rzeczy, które przez ostatnie lata były dla mnie niedostępne. Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że znów mogę wrócić do domu, o której chcę. Jak nastolatka spuszczona z rodzicielskiego oka – śmieje się. Najbardziej bałam się, że trafię do szpitala i matka zostanie bez opieki Marta po pracy pędzi prosto do domu. Zajęcia sportowe, kurs językowy, koncerty skończyły się wraz ze sprowadzeniem rodziców pod własny dach. Zresztą nie tylko to. Do piwnicy trafił ulubiony fotel i kilka kartonów z książkami. – Moje życie zostało zredukowane do 11 metrów kwadratowych – mówi. – Największy pokój oddałam rodzicom, bo w innym nie zmieściłoby się szpitalne łóżko dla ojca, stół z krzesłami i balkoniki dla obojga, dzięki którym mogą się poruszać.
W drugim pokoju mieszkają synowie. Mnie został ten najmniejszy. Nie dość, że nie mam praktycznie własnego życia poza domem i pracą, to nawet nie mam swoich ulubionych mebli. Są dni, kiedy mam ochotę wyjść z domu i więcej nie wrócić. I najgorsze, że tak już będzie. Z jednej strony presja społeczna, z drugiej działanie systemu opieki społecznej stawia takie osoby jak Dorota przed dramatycznymi wyborami.
Choć zakładała, że prędzej czy później rodzicami będą musiały zaopiekować się instytucje, bo ona sama nie da rady, życie pokazało, że sprawa jest znacznie bardziej złożona. – Ojciec i tak nie ma już kontaktu z rzeczywistością, nie sądzę, żeby w ogóle orientował się, gdzie jest – mówi Marta. – Ale matka, w żaden sposób niepogodzona ze starością, chorobą i ograniczeniami, jakie się z tym wiążą, nie godzi się na przeprowadzkę do domu pomocy społecznej. A ja przecież się nie rozdwoję. Żeby w ogóle się nimi zająć, muszę ich mieć w jednym miejscu. Jedyne możliwe to moje mieszkanie – dodaje zrezygnowana. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami otępiennymi wzrasta wraz z wiekiem, Polacy żyją dłużej. Ale ostatnie lata życia większości upływają na zmaganiu się z chorobami. – Medycyna przedłużyła człowiekowi życie – zauważa Dorota. – Ale dłuższe życie nie oznacza zachowania zdrowia. To, co nazywa się ofertą dla seniorów – te wszystkie kluby, kawiarenki, festiwale to propozycje dla sprawnych 60-70-latków.
Tym o dwadzieścia lat starszym potrzeba opieki medycznej. A tej praktycznie nie ma. Lekarze gerontolodzy to specjaliści rzadsi niż złoto. W liczącym blisko 850 tysięcy mieszkańców Poznaniu i powiecie poznańskim takich specjalistów jest zaledwie kilku. W całym Lesznie czy Koninie przyjmuje jeden taki lekarz. Nie ma też wielu wyspecjalizowanych opiekunów.
Znalezienie kogoś, kto choćby na kilka godzin zostałby z chorym na Alzheimera, graniczy z cudem, o kosztach nie wspominając. A opiekujące się schorowanymi rodzicami dzieci też się starzeją. I też mają swoje, także medyczne potrzeby. I proste marzenia: urlop, zakupy bez obawy o to, co się dzieje w domu, wizyta u fryzjera. W Polsce to na ogół marzenia ściętej głowy. – Gdybym wiedziała, że raz w roku mogę oddać rodziców na dwa, trzy tygodnie do ośrodka, w którym będą mieli opiekę i wyjechać do sanatorium…- rozmarza się Dorota. – Na Zachodzie takie rozwiązania są powszechne, u nas traktuje się je jak fanaberię. Poza tym są jeszcze moi synowie. Dotąd cierpliwie znoszą wszystkie uciążliwości i solidarnie na zmianę śpią na łóżku polowym. Ale jak długo? Czasem myślę, że spełniam obowiązek wobec rodziców ich kosztem – wyznaje.
Poczucie życia w potrzasku jest typowe dla pokolenia kanapkowego. W jego przedstawicielki (bo wciąż funkcje opiekuńcze spadają przede wszystkim na kobiety) miotają się między pracą, rodzicami a wnukami. Płacą za to wysoką cenę. Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice. Uwalniając dzieci od swojej starości. 

Czytaj więcej: https://gloswielkopolski.pl/stare-dzieci-starszych-rodzicow-nie-sa-bohaterami-sa-zmeczeni/ar/1021439


Moja codzienność!

Budzę się o poranku cała nerwowa, bo wiem, że czeka mnie kolejny dzień z chorą Mamą.

Szybko biorę prysznic, szybko piję poranną kawę i szybko jako tako ogarniam swój dom. Wszystko szybko!

Szybko pakuję swoje manatki jak telefon, okulary, klucze – wrzucam bezładnie do koszyka i się szybko ubieram, aby za chwilę wyjść z domu na parę godzin dyżurowania.

Czasami bywa, że zapomnę wziąć swojej porcji leków, a więc się wracam i łykam je na pusty żołądek, bo kompletnie rano nie mogę nic zjeść, a jem kiedy trochę się uspokoję i wyciszę.

Otwieram drzwi od mieszkania Siostry i od razu widzę Mamę, bo łóżko Jej ustawione jest na wprost drzwi wejściowych.

Kiedy wchodzę, to od razu widzę, czy Mama śpi, czy czuwa, ale ostatnio przeważnie śpi.

Robię sobie drugą kawę, aby dobudzić się na spokojnie już i loguję się do sieci, bo mam swój drugi laptop u Siostry.

Bez tej maszynki bym zwariowała, bo to ona mi zapełnia godziny spędzone z Mamą.

Siedzę blisko Jej i co trochę obserwuję, czy śpi, czy oddycha, czy czasem nie umiera.

W laptopie czytam wiadomości na Facebooku, oraz sprawdzam pocztę, czy ktoś dla mnie bardzo ważny w sieci nie napisał wiadomości, a bardzo się cieszę, że ta ważna dla mnie osoba się odezwała – odpisuję, bo mam chwilę, że Mama śpi.

Jednak, co trochę doglądam, czy oddycha i czy żyje i wciąż żyje, bo nagle otwiera oczy i każe się zaporowadzić do WC na zmianę pampera i prosi o picie.

Idzie resztkami sił, o lasce do WC, ale wciąż pilnuje tych spraw, a potem znowu zasypia. Trzymam ją pod pachami z całych sił.

Budzi się w okolicy południa i każe sobie włączyć „Koło fortuny” emitowane na TV2 i mimo, że przesypa ten program ostatnio, to i tak ma być na ekranie.

Tak patrzę i obserwuję to jej umieranie i dziś sobie pomyślałam satyrycznie, że Mama postanowiła sobie, że na stare lata sobie poleży i się porządnie wyśpi, bo umierać nie ma zamiaru, kiedy my padamy na pysk z powodu zmęczenia.

Całe życie cierpiała na bezsenność, a teraz nadrabia.

Jest to zmęczenie fizyczne i psychiczne, ale bardziej psychiczne, bo towarzyszyć chorej osobie w odchodzeniu jest bardzo męczące i absorbujące, oraz przygnębiające.

Kiedy wracam do domu po dyżurze, to jestem w stanie tylko na małe poprawki w domu, a potem padam na kanapę i łapię równowagę, aby tylko nie zwariować i dotrwać do dnia następnego, a teraz dni są takie krótkie i nastaje szybko ciemność.

Biorę więcej leków na serce, które w tym stresie robi mi arytmię i marzę o tym, aby ten koszmar się skończył.

Niech to się stanie przed Bożym Narodzeniem, abyśmy wszyscy w te święta w końcu odpoczęli, ale jak będzie, to tego nie wie nikt.

Jutro znowu się skrabię po schodach, mając nadzieję na rychły koniec, bo aż się wstydzę swoich myśli, aby Mama w końcu nas wszystkich uwolniła i spoczęła w spokoju.

Czasami sobie myślę, że diagnoza – rak wątroby, to jakiś pic, bo dawali lekarze Mamie 4 miesiące od diagnozy, a Ona tymczasem zjada pełne posiłki i niech mi to jakiś onkolog wytłumaczy!

Minęły dwa lata!

Przypominam sobie swoje ukończenie 50 lat i wówczas poczułam się bardzo stara.

Już wówczas wiedziałam, że przyjdzie czas, że Mama kiedyś odejdzie, ale nigdy nie przypuszczałam, że będzie to takim utrapieniem.