Archiwa miesięczne: Październik 2014

Dni Zadumy, a więc i ja mało napiszę

Wybrałam się dzisiaj na cmentarz i tak sobie pomyślałam, że mam komfort, bo nie muszę daleko jechać w Polskę i czuć się niebezpiecznie w natłoku pędzących samochodów na cmentarze. Dojście do cmentarza zajmuje mi co najwyżej 10 minut, a więc powolutku, wolnym krokiem i jestem przy grobach moich bliskich. 

Na cmentarzu dzisiaj jeszcze niektórzy robili porządki przy grobach, a inni już je pięknie ogarnęli. Umyli pomniki, wyrwali jakieś tam chwasty i zagrabili, aby było świątecznie, bo przecież jutro przy grobach spotka się cała rodzina i oby nie było tak, jak na poniższym obrazku.

Dzisiaj na zupełnym luzie przeszłam się po cmentarzu, bo ludzi nie było zbyt wiele, ale jutro będzie tłok i na szczęście zapowiadają przepiękną pogodę, co jest ważne, kiedy tak ludzie czasami raz w roku się spotykają przy grobach, bo na co dzień nawet rodziny się nie nie spotykają i ze sobą nie rozmawiają. Jest to okazja więc, aby się spotkać i chwilę ze sobą pobyć. 

Mam tak, że wolę dzień wcześniej odwiedzić groby i podumać chwilę o tym wszystkim, o sensie życia, w ciszy i wspomnieć tych, których z nami już nie ma.

Idę więc do swojego taty i teścia, ale najdłużej to bym postała nad grobkiem moich dwóch wnuków, którym nie dane było nas wszystkich spotkać i być tu z nami. Nie myślę o tym codziennie, ale są chwile, że jest mi bardzo z tym źle i smutno.

Idźcie jutro na cmentarze, bo Oni na Was czekają. 

Andrzej Dąbrówka

+++

Przyjadą
albo nie przyjadą

Przyniosą kwiaty
albo nie przyniosą

Zabiorą wnuki
albo nie zabiorą

Przyjadą, jeśli nie będzie strasznie padać
Przyniosą kwiaty, jeżeli trafią na kwiaciarnię
Wnuki się zjawią, jeśli nie będą miały imprez

Jednym słowem wszystko będzie tak
jak za życia

Reklamy

Samotność matki i jej poświęcenie

Pani Bronisława ciężko pracowała, aby wykarmić i odziać swoją trójkę dzieci. Kiedy jej mąż zginął w kopalni, została z dziećmi całkiem sama. Imała się różnych prac, aby tylko zebrać grosz do grosza i zapewnić swoim dzieciom jako takie warunki. Chciała przede wszystkim, aby ubiorem nie odbiegały od swoich rówieśników, a także by były najedzone i miały ciepło w domu, kiedy zima była ostra, by miały w miarę dobre warunki do nauki.

Najlepiej zarabiała Pani Bronia, kiedy sprzątała domy majętnych ludzi. Byli to lekarze i naukowcy, którzy w referencjach polecali Panią Bronię, ponieważ była niezmiernie dokładna i przykładała się do pracy jak mało kto. To były spore pieniądze, a jeszcze dodatkowo w domu szyła piękne sukienki dla dam, bo dostała od losu talent i potrafiła tak uszyć, że każda klientka była szczęśliwa, bo nie dość, iż Pani Bronia uszyła, to jeszcze doradziła, co do koloru i fasonu, oraz budowy ciała klientki. Miała w sobie niesamowity zmysł w krawiectwie i czasami szyła do późnej nocy, bo tyle miała zamówień.

Dzieci rosły i dobrze się uczyły, a bywało, że Pani Bronia nie mogła iść na wywiadówkę, ale ufała i wierzyła w swoje dzieciaki.

Mijały lata i dzieci się rozjechały po większych miastach, bo były zdolne i robiły swoje kariery i szukały drugiej połówki. Pani Bronia jechała kilka razy do tych miast, aby być na ich ślubach i kolejnych chrzcinach, bo nagle posypały się jej wnuki. Była szczęśliwa strasznie, że mimo, iż jej życie przepełnione było pracą i nie zawsze miała czas dla swoich dzieci, to wyszły na ludzi, a to była dla niej wielka nagroda.

Wracała do domu, samotnego domu, ale jakoś sobie radziła. Wychodziła dużo na spacery i spotykała się z ludźmi i tak czasami spędziła z nimi parę godzin na ławeczce. Musiało jej wystarczyć, że często siedziała samotnie w domu, kiedy od czasu do czasu jakieś dziecko do niej zadzwoniło i pytało jak tam się ma ich mama?

Pewnego dnia Pani Bronisława poczuła się źle i zemdlała z bólu na klatce schodowej. Ktoś wezwał karetkę i Pani Bronisława przeszła serię badań w szpitalu i okazało się, że będzie ją bolało, bo przez lata ciężkiej pracy nabawiła się wielu zwyrodnień kości i nic z tym nie da się już zrobić.

Bywały dni, że nie bolało ją prawie wcale, ale bywały takie dni, że z ledwością zwlekała się z łóżka, mimo środków przeciwbólowych. Nie było przy niej nikogo, bo przecież dzieci muszą pracować, bo mają swoje rodziny. Nie skarżyła się żadnemu dziecku i swoje dolegliwości mocno ukrywała. Nie było jej lekko, kiedy z wielkim trudem, o lasce człapała do kuchni, by zrobić sobie jakiś posiłek, czy zaparzyć herbatę.

Ciągle się nie skarżyła, ale ktoś zauważył, że Pani Bronia nie wychodzi już praktycznie z domu i nagle zabrakło jej na ulubionej ławeczce. Ktoś podszedł i robił jej drobne zakupy i pomógł się umyć. Ktoś od czasu do czasu podszedł, aby chwilkę z nią porozmawiać.

Mijały miesiące i pewnego dnia przyjechały do Pani Broni jej dzieci. Przyjechały z kwiatami i tortem, aby złożyć jej urodzinowe życzenia i aby zrobić jej niespodziankę, bo nie zawsze mieli na to czas. Zastali swoją matkę w łóżku skręconą z bólu i stanęli jak wryci, bo nie wiedzieli, że ich mama jest w takim stanie.

Zaczęli się przy jej łóżku licytować, bo żadne z nich nie mogło w swoim życiu niczego poświęcić, aby się matką swoją opiekować. Kłócili się, że doktorat, że nowy dom, że daleko, że ich dzieci muszą mieć rodziców na co dzień i nie mogą wszystkiego nagle rzucić i zająć się schorowaną matką.

Wówczas, zdrowa na umyśle Pani Bronia zrozumiała, że czegoś ich nie nauczyła. Nie nauczyła ich empatii i poprosiła, aby ją zostawili w spokoju i wracali do swojego życia. Nagle w jej domu pojawiła się opiekunka, którą opłaciły jej dzieci, aby zatuszować w sobie wyrzuty sumienia i wyjechali z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku w stosunku do rodzicielki.

Opiekunka była jak złoto, bo opiekowała się ich mamą wyjątkowo troskliwie. Była z nią dzień i noc. Wiedziała kiedy Pani Bronia cierpi i wiedziała kiedy ma wezwać lekarza, by przepisał następną porcję leków. Towarzyszyła Pani Broni i potrafiła słuchać, aby Pani Bronia nie czuła się tak strasznie samotna. Pokochała tę kobietę, ponieważ dogadywały się w każdym aspekcie i pragnęła zrobić wszystko, aby jej podopieczna nie cierpiała tak z powodu swojej choroby, jak i opuszczenia przez własne dzieci.

Nadeszła jesień i pewnej nocy Pani Bronia już rano nie otworzyła oczu. Zmarła cichutko, a na małej karteczce niezdarnie napisała, że gdy umrze, niechaj nikt nie powiadamia jej dzieci. Obok leżał też jej testament, w którym wskazała, aby opiekunka sprzedała jej mieszkanie i uzyskaną kwotę podzieliła na trzy części i wpłaciła na konta jej dzieci. W testamencie nakazała, aby opiekunka zabrała z jej domu to, co najbardziej jej się podoba, a resztę niechaj odda na cele charytatywne.  Tak też się stało, bo opiekunka uszanowała jej ostatnią wolę i przekazała dość spore kwoty na konta dzieci Pani Bronisławy.

Pani Bronia spoczęła na lokalnym cmentarzu, a opiekunka zadbała o skromny nagrobek i każdego weekendu odwiedza swoją ukochaną podopieczną i zapala jej mały znicz i co trochę zmienia  kwiaty, bo Pani Bronia zawsze kochała też kwiaty.

Coraz trudniejsza droga do szczęśliwego macierzyństwa

Nasza rodzina nie jest duża, bo ja mam tylko jedną siostrę i mąż ma tylko jednego brata. Siostra ma dwoje dorosłych dzieci i brat mojego męża też ma tylko dwoje dorosłych dzieci. Te dzieci mają już swoje życie i życiowych partnerów, a co się z tym wiąże? No to chyba proste, że się rozmnażają i przyczyniają się do tego, że rodzina nasza rośnie w siłę i na świat przychodzi nowe pokolenie, które podczas naszej starości będzie jakoby przedłużały nasz ród i rodzina póki co będzie miała swój dalszy ciąg.

I oto właśnie na świat, jesiennym popołudniem przywitaliśmy nowego członka od strony mojego męża na tym pięknym świecie, a na imię ma Liliana. Piękne imię wybrano dla maluszka, który uszczęśliwił nie tylko rodziców, ale oczywiście i dziadków i babcie, którzy z utęsknieniem czekali na ten cud narodzin. Tak więc brat mojego męża i jego żona stali się potrójnymi dziadkami pewnego, jesiennego popołudnia. 🙂

Starsi ludzie pamiętają, że bardzo często w rodzinach było więcej dzieci niż dwoje. Kobiety rodziły więcej dzieci i jakoś chyba łatwiej było je mieć, a te dzieci rodziły się zdrowe choć  opieka medyczna była na niskim poziomie.

Sama pamiętam, że w latach siedemdziesiątych, opieka ta była wciąż na poziomie bardzo niskim. Nie było tych wszystkich aparatów, a lekarz zlecał pojawienie się raz w miesiącu na badanie kontrolne i zrobienie wyników, czy nie pojawiła się ewentualna anemia, czy jakieś inne zaburzenie. Chodziłam w ciąży i ani razu nie przeszła mi przez głowę myśl, że z dzieckiem może być coś nie tak. Miałam szczęście, że wydałam na świat dwie, zdrowe istoty, a teraz?

Mamy w ciąży podawane są serii profesjonalnych badań i coraz częściej się słyszy, że ciąża jest zagrożona i wymagana jest stała kontrola przebiegu ciąży i często ciężarna musi leżeć w szpitalu, aby lekarzom coś nie umknęło. Piszę o tym, bo mama Lilianki też musiała leżeć w szpitalu, a także sama mam przykre doświadczenia ze swoimi córkami, które wiele przeszyły, aby w końcu narodziny okazały się sukcesem. Pisałam o tym tutaj, że i moim córkom przytrafiły się wielkie tragedie w związku z wymarzonym macierzyństwem.

Lilianka pojawiła się na świecie, jako długo wyczekiwane dziecko i dlatego jest w rodzinie tak wielka, nie do opisania radość. Dziadkowie i Babcie odetchnęli z ulgą, że w końcu się udało, a rodzice nie posiadają się z radości, że chociaż jedno dziecko będą wychowywać, bo planowanie drugiego dziecka, to znów będzie wielkie ryzyko, a lata lecą nieubłaganie.

Wydaje mi się, że współczesne kobiety do macierzyństwa dochodzą jakby pod górkę. Dbają o siebie i chodzą w ciąży jak z jajkiem, a i tak często kończy się to niepowodzeniem. Nie wiem od czego to zależy, że macierzyństwo staje się dobrem, opłaconym wysokimi kosztami i strachem, czy tym razem się uda!

Może to stres, a może zależy to od tego, jak się odżywiamy, a także, że w jedzeniu jest tyle teraz chemii. Może za bardzo się denerwują, żeby wszystko się udało, aby urodzić zdrowe dziecko? Nie wiem!

Najbardziej jest bulwersujące, że tak wiele matek, z tak zwanej patologii, zachodzą w ciążę z byle kim i byle jak. Nie chodzą do żadnych lekarzy, a kiedy rodzą te dzieci, najczęściej w domu – mordują je i wyrzucają na śmietnik jak niepotrzebny im do niczego balast. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło – zabiła swoje dziecko, a wyskakują nam mroczne sekrety matek, które nie miały zamiaru poświęcić się macierzyństwu i ja tego nigdy nie pojmę.

Tu jest artykuł dla młodych mam o tym, jakie im prawa przysługują, kiedy w szpitalach nie mają odpowiedniej opieki. Warto się edukować i znać swoje prawa.

http://lepszyporod.pl/o-akcji/

Najlepsza nagroda dla blogera :)

Piszę bloga już rok i cztery miesiące, a może dopiero tyle.  Piszę praktycznie codziennie i wstawiam tutaj swoje notki. Nie jest łatwo pisać codziennie, bo niby skąd brać nowe i ciekawe tematy? Przecież jestem starszą panią, która już w świecie nie bywa i spotkania z ludźmi w realu są praktycznie znikome. Tym bardziej, że należę do grupy ludzi zakochanych w swojej rodzinie i swoim domu. Zresztą nigdy nie należałam do osób towarzyskich, które to pędziły z wywieszonym ozorem na babskie spotkania, aby się nagadać, nagadać, aby naładować akumulatory i spuścić z siebie trochę pary. Owszem, bywałam kiedy byłam bardzo młoda, ale raczej na plaży z dziećmi, gdzie spotykało się wciąż te same osoby i też można było się zrelaksować i nasycić drugim człowiekiem. Biegło się z pracy szybko do domu, aby zająć się dziećmi i obowiązkami i tyle mnie było w świecie towarzyskim.

Raczej zawsze należałam do samotnic i swoje sprawy przeżywałam samotnie. Nie byłam wylewna, a jeśli się komuś zwierzałam, to było coś bardzo wielkiego, z czym sama nie dawałam sobie rady, jednak przypominam sobie ze swojego życia tylko dwie takie sytuacje i nie chcę już do nich wracać.

Moje dzieci wiedzą, że ich matka, to dzielna kobieta, która sama starała się uporządkować swoje sprawy i się z nimi uporać. Skryta jestem i nie lubię do dzisiaj się zwierzać i skarżyć. Nie lubię marudzić im przez telefon i nie nagabuję ich rozmowami, bo akurat coś mnie gniecie i boli i tak było zawsze.

Do czego zmierzam i przepraszam za tak długi wstęp i wracam do meritum, Nie boję się, że zabraknie mi tematów na bloga. Jestem dobrym obserwatorem i potrafię wyciągać wnioski. Czasami są to wnioski prawidłowe, czasami kontrowersyjne i często mąż kręci głową i się ze mną nie zgadza, ale w zasadzie i tak wychodzi na moje. Potem to przelewam na klawiaturę i piszę i piszę, a często zastanawiam się, czy to spodoba się mojemu czytelnikowi, a jest Was trochę i każdemu dziękuję. Dziękuję tym, co wchodzą tu w poszukiwaniu sensacji i tym, którzy są mi przychylni. Dziękuję tym, którzy z niechęcią mnie czytają, a potem wyśmiewają moje wpisy na innych portalach, ale nimi się nie przejmuję, bo nimi przejmują się organy ścigania, bo ja mówię im sprawdzam was, jak sobie radzicie z przestępstwami w sieci!  Dziękuję tym, którzy zostawiają po sobie wspaniałe komentarze i ja mogę w komentarzach z nimi polemizować i dyskutować, a czasami piszę choćby o pogodzie, dając znać, że pogoda ma na nas ogromny wpływ –  na nasze samopoczucie. 🙂 Staram się pisać pozytywnie i czekam na komentarze, które zostawiam też na ich blogach.

Jednak ostatnio otrzymałam komentarz i nie wskażę do jakiego wpisu, a brzmiał on na początku tak: „Napisane o mnie, leciały mi łzy, jak czytałam”.

Komentarz był bardzo długi, bo Pani opisała w nim swoją smutną historię. Odniosła się do mojego wpisu i wiecie co? Daleka jestem, by wywoływać w ludziach takie skrajne emocje. Daleka jestem od tego, aby ludzie płakali czytając mojego bloga, ale z drugiej strony jeśli opowiedziana historia przeze mnie, wywołuje w ludziach takie emocje i skłania do chęci oczyszczenia się poprzez pisanie, to ja jestem szczęśliwa. Jeśli ktoś przeczyta podobną historię do swojej, to znaczy, że gdzieś to wszystko ma jakiś sens. I to by było na tyle kochani i zostawiam wszystkim, tym dobrym i tym złym, wiosenne kwiatki, bo na wiosnę przecież znów czekamy – prawda?

Dziękuję 🙂

Nagłe olśnienie, które noc przyniosła

Nagle około południa zadzwonił do Izy telefon. Kiedy wzięła go w dłonie zauważyła, że dzwoni do niej koleżanka Mariola, z którą od czasu do czasu się umawiała na babskie pogaduchy i wspólną kawę w ich ulubionej kawiarence.

Iza i Mariola były równolatkami i ich przyjaźń przetrwała z czasów szkolnych. Mogły sobie mówić o wszystkim i nigdy ich rozmowy nie wyszły poza linię lojalności i dyskrecji,a więc opowiadały o sobie o dzieciach, mężach i wszystkich swoich kłopotach i rozterkach.

Kiedy tak siedziały, nagle Mariola przybrała posępną twarz, tak jakby się nad czymś głęboko zamyśliła. –  Co Ci jest, spytała Iza, bo widzę, że coś Cię gnębi, a więc szybko mi tu zaraz opowiadaj.

– Wiesz, wstydzę się czegoś bardzo, tak sama przed sobą – zaczęła. Opowiem Ci coś, z czego dumna nie będziesz, jako moja najlepsza koleżanka. Zrobiłam coś bardzo paskudnego i teraz rumieniec wstydu długo nie będzie schodził z mojej twarzy.

– Ale co, dopytywała Iza zaniepokojona, bo wydawało się jej, że Mariola nigdy by nie mogła zrobić coś bardzo głupiego, czego miałaby się wstydzić.

– Wiesz – zaczęła. Mój brzydki występek zrobiłam w sieci. Wiesz, że mam konto na Facebooku i w wolnych chwilach przeglądam ten portal. Od pewnego czasu zaczęłam hejtować osobę publiczną, tę no wiesz XXX. Wszystko, co ta osoba napisała w sieci, czy o niej napisano od dłuższego czasu bardzo mnie denerwowało. Uważałam, że ta osoba przedstawia się w sieci w zupełnie innym świetle, niż jest w rzeczywistości. Uważałam, że obnażanie w sieci swojego życia prywatnego i epatowanie zdjęciami swojego męża i dzieci, to przegięcie i bardzo mnie to drażniło. Nie żebym jej tego szczęścia zazdrościła, bo przecież sama jestem szczęśliwa, ale jakoś mnie denerwowało, że ta osoba uważa, że wszystko jest na sprzedać i wiesz co? Napisałam na jej tablicy trzy paskudne komentarze, a pisałam, jakbym była w jakimś amoku. Tak bardzo mnie zdenerwowało, że ta osoba kolejny raz pragnie udowodnić światu, jaka ona teraz jest szczęśliwa, mimo, że kiedyś nie była.

Po zostawieniu tych komentarzy w nocy obudziłam się zlana potem i pierwsza myśl mnie naszła,że postąpiłam jak ostatnia świnia i paskudny troll i hejter. Zdałam sobie nagle sprawę, że w sieci ludzie różnie się zachowują i do nich należy decyzja, co chcą pokazać światu i na ile się odkryć i zrobiło mi się cholernie wstyd. Chciałam natychmiast wstać z łóżka, odpalić komputer i przeprosić ową osobę za moje paskudne zachowanie. Jednak gdybym wstała, z pewnością by się obudził mąż i pewnie by dociekał, co ja w nocy robię w sieci i może by się wydało, że zachowałam się niegodnie!

Wstałam rano, bo udało mi się jeszcze zasnąć, ale mnie gniotła dalej ta sprawa. Nie mogłam tego tak zostawić i żyć sobie beztrosko. Włączyłam komputer i czym prędzej napisałam do tej osoby długie, bardzo długie przeprosiny, choć rumieniec wstydu będę na sobie nosiła jeszcze bardzo długo i postanowiłam, że nigdy, ale to nigdy nie zachowam się w podobny sposób, bo ja po prostu nie nadaję się do hejtowania. Ja po prostu mam po ludzku wyrzuty sumienia, które mi w nocy spać nie dają.

Iza chwyciła Mariolę za rękę i przytuliła i jeszcze raz utwierdziła się w przekonaniu, że Mariola jest dobrym człowiekiem, a błądzić jest rzeczą ludzką. Najważniejszym jest, że wciąż może na nią liczyć, bo i w tym przypadku uczciwość wobec siebie wzięła górę. 

„Życie Adeli” – moje kino

Wczoraj zauważyłam, że blogierka Ania zarekomendowała film pt. „Zycie Adeli – cz.I i II” Recenzję Ani można przeczytać tu: http://anna-sakowicz.blog.pl/2014/10/26/o-lesbijskiej-milosci-zycie-adeli/

Jako szperacz zaczęłam szukać tego filmu w sieci i faktycznie znalazłam go na VOD ONET. Byłam ciekawa tego filmu, a więc zapłaciłam za niego i swoją drogą, jaki mamy teraz ułatwiony świat i szybki dostęp do kultury, bo w parę sekund otrzymałam dostęp do tego filmu.

Nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na ten film i choć trwa prawie trzy godziny, to nie wiadomo kiedy widzimy sceny końcowe. Nie można się nudzić ani minuty, a co najwyżej zatrzymać film, aby iść na siusiu i czym prędzej się wraca do scen z filmu, bo ciekawość zżera, co będzie dalej.

Zaznaczam, że film absolutnie nie jest dla każdego i kto nie lubi w filmach śmiałych scen erotycznych, niechaj sobie daruje. W tym filmie pokazana jest bardzo śmiało i z rozmachem miłość między dwiema kobietami i sceny łóżkowe mogą służyć jako poradnik jak się powinny kochać dwie kobiety. 😉 Sceny te były dla mnie bardzo smaczne i absolutnie mnie nie oburzały i nie zniesmaczały. Widziałam dwie młode kobiety o nieskazitelnych ciałach, które w zapętleniu miłosnym całkowicie się sobie oddają.

Ale nie tylko o sceny mi chodzi, bo nagle poznajemy 15 letnią Adelę, uczennicę liceum, która zaczyna wkraczać w życie dojrzałej kobiety i przy okazji poszukuje swojej tożsamości. Zaczyna odkrywać swoje pragnienia i namiętności i kiedy spotyka na swojej drodze chłopca, idzie z nim do łóżka, ale szybko zaczyna żałować tego, bo gdzieś na dnie swojego serca, czuje, że to nie płeć męska jej się podoba. Pewnego dnia spotyka na swej drodze nieco starszą kobietę o niebieskich włosach i od tego momentu wszystko się zmienia w życiu Adeli. 

Dlaczego warto obejrzeć ten film? Dlatego, żeby zdać sobie sprawę, że nie wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny i różnimy się w poszukiwaniu miłości. Adela urodziła się taka, że to kobieta li tylko mogła dać jej spełnienie i szczęście. Film opowiada o wielkiej namiętności, ale i o bólu rozstania i przepaści intelektualnej, a więc gorąco polecam ten film, choć na początku zaznaczyłam, że może nie wszystkim jednak.

Nieudolny list do męża :)

Jeannie Ebner

Wiersz o małżeństwie

Z tych wszystkich listów do ciebie —
żadnego nie otrzymałeś,
bo nie wysłałam ich nigdy,
nawet ich nie napisałam,

i tylko moje oczy przyrzekały,
zdradzały miłość,
tylko moja skóra dawała sygnały,
moje włosy wszeptywały tobie w ucho.
I wystarczało nam, co nasze ciała
miały sobie do powiedzenia.
Wypowiadały słowa-zaklęcia:
Ufność.
Połączenie.
Miłość.

A więc czy było trzeba,
Bym listy do ciebie pisała?

tłum. Krystyna Kamińska

A jednak napiszę list do Ciebie Mężu, bo to zdjęcie, do którego mi tak śmiesznie i zabawnie pozowałeś, dało mi wiele do przemyślenia, że wciąż mamy siebie.

Napiszę ten list, choć nie wiem, czy dam Ci go do przeczytania? Wiesz, że piszę bloga i popierasz to moje dziwne hobby, choć kompletnie nie wnikasz w treści tu zamieszczane. Wiesz tylko, że mnie to sprawia przyjemność i w związku z tym pogodziłeś się, że są takie chwile, że myślami jestem gdzie indziej i pochłania mnie klawiatura, przy pomocy, której przelewam swoje myśli. Istnieje jednak możliwość, że dam Ci do przeczytania ten list, którego nigdy nie wyślę, ale będzie on tu zamieszczony na wieki.

Wczoraj się na mnie wkurzyłeś, bo coś wspomniałam  o umieraniu i może to ja pierwsza opuszczę ten padół i zostawię Ciebie samego. Zganiłeś mnie, a wieczorem się przytuliłeś i powiedziałeś, że masz mnie teraz tylko jedną. Nasze córki już wiodą swoje życie gdzieś tam w świecie. Pracują i mają swoje obowiązki i rodziny. Ja Ci dziękuję, że dałeś mi tak wspaniałe dzieci, za które ani razu nie musieliśmy się wstydzić. Nasze dzieci, to nasz wielki kapitał i kiedy z domu odchodziły, każde z nas cierpiało na swój sposób.

Nagle w domu zrobiło się tak cholernie cicho. Cisza ta była bardzo nieprzyjemna, bo musieliśmy oboje się pogodzić, że oto nadeszła taka kolej w naszym życiu, że nagle zostajemy tylko we dwoje.

Nie udawało się to na początku. Ja się zamknęłam ze swoją tęsknotą, a Ty uciekłeś w pracę. Widywaliśmy się tylko o poranku i wieczorem, bo praca pomagała Ci uporać się z nieuchronnym i przemijaniem, a ja ze swoim bólem i syndromem pustego gniazda musiałam uporać się sama. Bywały dni, że nie chciało mi się wstawać z łóżka, bo ogarnął mnie bezsens tego wszystkiego, ale mnie motywowałeś i udało się. Obydwoje zrozumieliśmy, że inaczej już nie będzie i musimy wspierać nasze dzieci już na odległość i to przywróciło mi wiarę, że nie zostawiłeś mnie z tym wszystkim samą. 

Pamiętasz nasze młode lata, kiedy tuż po ślubie pojechałeś na dwa lata do wojska, a ja zajęłam się wychowaniem naszego pierwszego dziecka? Pisałeś do mnie listy, że tęsknisz, a list wówczas szedł z cztery dni. Ja przyjechałam do Ciebie na przysięgę wojskową i byłeś w tym mundurze taki piękny, bo bardzo Ci on pasował. Byłam dumna z Ciebie, ale liczyłam dni do Twojego powrotu.

A pamiętasz nasze randki, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni? Ja pamiętam, że chodziliśmy na nie – nad jezioro i tam mieliśmy swoją ławeczkę, której już teraz nie ma. Pamiętam nasz pierwszy, niewinny pocałunek i ja nie zapomnę go do końca życia? Miałam Ciebie i czułam podświadomie, że jesteś tym jedynym i inni chłopcy mnie absolutnie nie interesowali. Zakochałam się szaleńczo w Tobie i tak mnie do dzisiaj trzyma.

Jak każde małżeństwo, mieliśmy swoje wzloty i upadki. Dochodziło czasami do bardzo ostrych spięć. Jak w każdym małżeństwie padało do straszne słowo – rozwód! Jak każde małżeństwo, mieliśmy ciche dni, których ja nie znosiłam, a wiem, że i Ty także, a więc czym szybciej się godziliśmy i dalej pchaliśmy ten wózek pod nazwą – rodzina.

Oj, nasze dzieci z pewnością mają w pamięci te nasze spienione burze i huragany. Wiem, że pamiętają, bo zdarza się w bezpośredniej rozmowie, po latach, że wspominają, iż czasami jako rodzicie przedobrzyliśmy. Jednak w każdej takiej rozmowie wspominkowej, ogromnie je przepraszam, że coś nam w życiu nie wyszło.

Najważniejsze, że przeszliśmy przez to wszyscy razem i wciąż jesteśmy wszyscy razem. Nasze dzieci realizują się zawodowo i są szczęśliwe. Mam nadzieję, że nie popełniają błędów swoich szalonych i ekspresyjnych rodziców. Mam nadzieję, że potrafią nam przebaczyć nasze błędy popełnione i widzę, że Tobie też na tym zależy, bo jesteś na każde ich zawołanie, kiedy proszą o cokolwiek. Potrafisz wszystko rzucić i pędzisz do nich, co mnie wciąż ogromnie cieszy.

Jesteśmy wciąż razem kochany i póki zdrowie jeszcze jako tako nam dopisuje, potrafimy się sobą cieszyć na nowo. Zmądrzeliśmy na starość i oboje wiemy, że będziemy ze sobą do momentu nieuniknionego. Nikt z nas nie wie, jak to się skończy i oboje boimy się, że coś się nam złego wydarzyć może, ale nie rozmawiamy o tym zbyt często, choć wiem, że masz też swoje przemyślenia. Jesteś bardzo skryty ze swoimi myślami i mało wylewny, ale ja Ciebie znam i wiem, kiedy na chwilę się zatrzymujesz i rozmyślasz. Ja to wszystko widzę i po tylu latach rozumiemy się już bez słów.

Chciałabym Ci podziękować, że jesteś dla mnie tak bardzo dobry. Tyle dobrego dla mnie teraz robisz, że nawet wyprzedzasz moje niewypowiedziane prośby, a choćby, że wiesz, że w domu kończy się chleb i trzeba dokupić proszek do prania, czego ja nie zauważyłam. Ile razy mnie prosisz, abyśmy gdzieś dalej sobie pojechali, choćby na zakupy do większego miasta. Ile razy robisz mi drobne prezenty, ot tak bez powodu.

Ja też staram się dbać o Ciebie. Lubię Ci ugotować coś smacznego i lubię patrzeć, kiedy po dobrym obiedzie robisz sobie 15 minutową drzemkę. Cieszę się, kiedy dostrzegasz moje starania, aby w domu było czysto. Pomagasz mi nawet w drobnych pracach domowych, a do tego potrafisz sam wszystko naprawić, że nie musimy wzywać żadnych fachowców.

Cieszę się, że Twoja praca daje Ci satysfakcję i w niej nadal się realizujesz. Pragnę, abyś robił, to co lubisz jak najdłużej, bo praca daje Ci ogromnego kopa do życia. Wiem, że bez pracy szybko byś zwiądł i się załamał, a więc wspieram Cię w tym, najlepiej jak potrafię.

A na koniec kochany mężu muszę Ci napisać, że jestem bardzo z Tobą szczęśliwa, a wiem, że i dla Ciebie ja jestem ważna. Dopiero teraz oboje zdajemy sobie sprawę, że los nie na darmo nas sobie przedstawił 39 lat temu.

Może kiedyś napiszę jeszcze inny list. Może przypomni mi się wiele innych szczegółów i zapragnę o tym napisać, a tymczasem się powtórzę – kocham Cię bardzo, bardzo. 🙂 Wiem, że Ty mnie też, bo nawet dziś mi o tym powiedziałeś. 🙂

To już jest koniec gatunku ludzkiego

 

Dzień dobry. 🙂

Zacznę tak, że kto jest ciekawy świata, ten śledzi media i chce wiedzieć, co w świecie się dzieje i tak było i ze mną wczoraj.

Otóż włączyłam komputer, a w tle też był włączony telewizor i nagle po dobrej nocy dochodzą do mnie okropne wiadomości. Kiedy spokojnie sobie spałam, tam w Katowicach nastąpił wielki wybuch gazu i ludzie we śnie pospadali ze swoich łóżek i znaleźli się  wraz z podłogą piętro niżej, a ściana kamienicy przestała istnieć, bo zamieniła się w gruzowisko.

Ogromna tragedia, kiedy w jednej chwili traci się dorobek swojego życia, a pewnie wieczorem wszyscy się spokojnie kładli do snu, aby następnego dnia rozpocząć kolejny, swój dzień. Z pewnością coś im się już śniło, kiedy wielka fala podmuchu zmiotła ich ciepłe mieszkania z powierzchni ziemi i całe ich poczucie domowego bezpieczeństwa przestało istnieć. To tylko chwilka przecież, że gdzieś tam w świecie kogoś spotyka taka tragedia, choć może spotkać każdego poprzez niedopatrzenie, głupotę, czy też złośliwość rzeczy martwych. To tylko chwilka, która może zmienić nasze, dotąd spokojne i poukładane życie w stos gruzu i pyłu, a i odebrać drogocenne życie.

Ironio losu, w tej kamienicy żył z żoną dziennikarz TVN. Ironio losu, że jego żona też była dziennikarką. Ironio losu, że mieli dwuletnie dziecko i ironio losu, że wszyscy giną w tej strasznej tragedii. Wszyscy razem giną podczas ciemnej nocy, kiedy innym jakoś się udało i żyją, bo jakoś im się udało wyjść z tego cało.

Ginie małżeństwo dziennikarzy, którzy udzielali się w mediach i chcieli swoją pracą naprawiać świat. Pragnęli zwykłym ludziom przybliżać problemy tego świata i kraju i swoje zawodowe życie temu poświęcali i wiecie co? Tuż po śmierci, zaledwie kilka godzin po tej tragedii, na to małżeństwo spłynęła ogromna dawka niesamowicie śmierdzącego jadu.

Przeglądając wczoraj Facebooka, co rusz natrafiałam na siedlisko złej woli i gniazda szerszeni, którym ta śmierć, tych młodych ludzi, sprawiła ogromną frajdę i przyjemność. Nie tak mała wcale grupa ludzi wręcz dostawała orgazmu na myśl, że tego małżeństwa już między nami nie ma!

A oto próbka, która zwaliła mnie z nóg i do dzisiaj nie mogę dojść do siebie. Brakuje słów i wiecie co? Coraz mniej jest w naszym kraju przyzwoitych ludzi, a ci ludzie już za parę dni udadzą się na cmentarze i będą palili światełka i kładli kwiaty na grobach swoich bliskich – ironio losu i niech szlag trafi ich sumienia!

Ryszard Zenon Matuszewski

Dwoje dziennikarzy zginęło w nocnym wybuchu roztrzaskującym kilku piętrową kamienicę w Katowicach. Ona pisała brednie o Bractwie Himawanti i popierała pedofilskiego chuja katolickiego Dariusza Pietrka (wcześniej dorabiała częściej jako dziwka katolska w katowickiej Wyborczej dla której teraz też okazjonalnie pisywała). Kłamliwe reportaże w katowickiej TVP robiła suka katolicka. On produkował relacje filmowe kurwomaryjnego TVN z Katowic. Robił fiut razem z żoną te kłamliwe i oszczercze paszkwile co emitował pierdolony skatoliczały chujem pedofila Karola Wojtyły TVN i jego właściciel. I już nie żyją, razem z potomstwem.
Uczymy się grzecznie jak działa Prawo Karmana, Ręka Losu, na zjebańcach i pomyleńcach. Trzeba tylko czekać, a kłamcy co szkalowali Bractwo Himawanti, gdy czas cyklu się dopełnia, a czasem to marsjańskie 2 latka, czasem 7 lat, czasem saturnowe 30 lat, ponoszą zasłużoną karę. Szybsza, jak wielu ludziom zaszkodzili za łapówki i z powodu ideologicznej katolskiej zbrodniczości i pedofilskości plebanijnej.
Nie srać się na ofiary molestowane przez księży i biskupów katolickich zrzeszone w różne Bractwa i Fundacje, nie szkodzić ofiarom pierdolonego kleru katolickiego dzieciojebliwego… Bo ręki losu nie daje się zatrzymać, nawet jak ktoś się sra podjudzony przez debilów pedofilskich pokroju Dariusz Pietrka z Chorzowa czy Nowakowskiego z Tychów…
Oboje obsrywali Antypedofilskie Bractwo Himawanti od przynajmniej 2002 roku. Prawo karmana zadziałało po prawie 15-tu latach. Szczególnie jej wstrętny ryj kłamliwy pamiętam dobrze z dawniejszych publikacji i programów telewizyjnych oraz prasowych.
http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3619352,dariusz-kmiecik-z-tvn-z-zona-brygida-frosztega-z-tvp-i-synem-nie-zyja-odnaleziono-ich-w-gruzach,id,t.html

Ryszard Zenon Matuszewski Pierdolone cioty kościelnej inkwizycyjnej pedofilii od 2002 roku zatruwały mi życie i nareszcie zdechły. Z radości idę znajomym kilka skrzynek piwa postawić. A szmatławą parę dziennikarzyn, niech jeszcze diabły w kotle smoły dosmażają przez całą wieczność, z dokładną informacją za kogo. Cieszmy się i świętujmy, bo raz dobro zwyciężyło nad złem i surowo pokarało dziennikarskich bandytów z TVN.

Ryszard Zenon Matuszewski Zbieram chętnych, żeby się zaraz po pogrzebie tych świń dziennikarskich wyszczać i wystrać na ich grobach. Na noc się najadamy, a potem bierzemy rycynus, żeby dobrze sranie ciągło i parę środków moczopędnych. Kto chętny zapraszam do kontaktu! Katolickie prymitywne tabu watykańskie, zakaz mówienia i pisania prawdy pośmiertnie o skurwysynach, zbrodniarzach, katach, zwykłych świniach i oprawcach wszelkich pokroju ludobójcy Wojciecha. Odkatoliczajcie się a nie mi tu argumentacją rodem z podręcznika teologii katolickiej dla ciemnoty i idiotów po KUL wyjeżdżają niektórzy obrzydliwie zwatykaniali, gorzej niż to bydło dziennikarskie, co jakoś trupów też nie raczy zostawić w spokoju, jeśli to trupy ateistów, komunistów, innowierców czy homosiów niekatolickich.

Nie dziwię się, że Tomasz Lis napisał „Stop zbydlęceniu” 😦

http://tomaszlis.natemat.pl/121635,stop-zbydleceniu

Jeden związek, dwa pragnienia

 

Magda i Jan poznali się na domówce u wspólnej przyjaciółki ze studiów, która fetowała otrzymanie mieszkania w spadku. Tak bardzo się cieszyła, że po latach tułaczki po akademikach i wynajętych pokojach ma wreszcie swój upragniony kąt. Postanowiła zaprosić więc znajomych, aby to mieszkanie po prostu opić z przyjaciółmi.

Na domówce nie zabrakło alkoholu i muzyki oczywiście. Wszyscy pili dużo, żartowali i śmiali się, a kiedy zagrało tango przytulango Jan poprosił Magdę do tańca. Od razu zaiskrzyło między nimi i Magda wtulona w Jana poczuła się wyjątkowo, bo Jan był bardzo przystojnym mężczyzną i babki za nim szalały. Magda była niską szatynką o wydatnym biuście, ale wszystkie części ciała miała bardzo proporcjonalne i też się podobała facetom gustującym w korpulentnych kobietach.

Dużo alkoholu sprawiło, że zaczęły znikać wszelkie hamulce i Magda obudziła się rano z bólem głowy, kiedy obok niej spał Jan. Wszystko sobie powoli przypomniała, że oto właśnie przespała się u przyjaciółki z mężczyzną, którego właściwie nie znała. Próbowała przypomnieć sobie, co wydarzyło się tej nocy, ale w pamięci zostało niezbyt wiele, bo była za bardzo wstawiona. Kurcze, pomyślała i czym szybciej wyskoczyła z łóżka, aby czym prędzej pozbierać swoje rzeczy i wybiegła bez pożegnania.

Minęły trzy tygodnie i Magda zauważyła, że coś z nią jest nie tak. Spóźniał się jej okres i miała poranne mdłości. Kupiła test i okazało się, że wskazywał te okropne dwie kreski. Była załamana, bo co teraz? Przecież nie znała Jana na tyle i nie miała pojęcia, jak on zareaguje na taką wiadomość. Jak ją potraktuje, kiedy dowie się, że będzie ojcem? Jak zareaguje na wieść, że oto przyjdzie za dziewięć miesięcy owoc ich nieodpowiedzialności.

Zadzwoniła do niego i prosiła, aby przyszedł do parku, bo ma mu coś do powiedzenia bardzo ważnego. Pogoda była fatalna, bo akurat szła jesień i nad parkiem królowała mgła. Ławki były pokryte kropelkami rosy i właściwie nie było gdzie usiąść i chwilę porozmawiać.

Jan przyszedł bardzo punktualnie i Magda po przywitaniu i grzecznościowym buziaku, powiedziała mu, że jest w ciąży. Ucieszył się i stwierdził, że skoro tak, to on bierze to na klatę i pragnie się Magdą zaopiekować i być przy niej w czasie całej ciąży. Magda była szczerze zdziwiona, ale i kamień spadł jej z serca, że tak pozytywnie to przyjął.

Zamieszkała u Jana, który był bardzo troskliwy i dbał o Magdę. Jeździł z nią na badania kontrolne, ale o ślubie nie wspominał, choć Magdzie też za bardzo na tym nie zależało.

Jednak rodzice nalegali, aby się pobrali i w końcu odbył się bardzo skromny ślub, na którym byli tylko najbliżsi, a bardzo cieszyła Magdę obecność jej przyjaciółki, u której poczęte zostało ich dziecko. Lubiła ją i sama nie wiedziała, co tak bardzo jej się u niej podoba. Rozumiały się bez słów i zawsze i w każdej sytuacji były sobie pomocne.

Urodziła się śliczna i zdrowa Amelka. Jan się cieszył, że chyba podobna jest do niego. Magda poświęciła się wychowaniu córki i była dzień i noc przy niej. Jan jakby nie słyszał, że mała w nocy płacze, bo ma kolkę i nie słyszał, że płacze, bo swędzą ją dziąsła, bo wyżynają się pierwsze zęby. Magdy była wciąż przy dziecku i robiła wszystko, aby jej córka rosła zdrowo.

Kiedy Amelka podrosła, to trzeba było zapisać ją do przedszkola i wszytko to ogarniała Magda, a Jana  jak gdyby, go to nie dotyczyło. Wszystko się to działo, ale jakby obok niego, bo Jan miał inne cele w życiu.

Często z kumplem wyjeżdżał na ryby i z kumplem spędzał weekendy. Na tych rybach stawiali sobie namiot i przy ognisku z kumplem spędzał noc i dzień, a kiedy wracał do domu, po szybkim prysznicu leciał do pracy, kiedy Magda czekała, że chociaż raz przytuli ich córkę.

Wiedziała, że w łóżku kompletnie się im nie układa. Wiedziała, że nie iskrzyło między nimi, ale miała nadzieję, że chociaż dla Amelki będzie dobrym ojcem.

Wyszli na spacer niedzielny i zauważyła, że jej mąż wlecze się za nimi, choć Amelka zapraszała go do zabawy, ale był cholernie nieobecny. Szedł z tyłu za nimi, jakby za karę i już widziała, że z tego małżeństwa już nic się nie da wykrzesać i kiedy pewnego dnia Jan się spakował i oznajmił, że się wyprowadza, nie była wcale zdziwiona

Oznajmił jej, że wyprowadza się do rodziców, ale kiedy tam Magda pojechała, jego rodzice oznajmili, że absolutnie nie wiedzą o niczym, a Jan mieszka z kolegą na wynajętej kawalerce, a Magda tylko chciała, aby zaczął odwiedzać ich córkę.

Była załamana i pewnego dnia odwiedziła ją jej przyjaciółka i kiedy tak rozmawiały o tym, że Jan nie interesuje się swoją córką, nagle Magda poczuła motyle w brzuchu i obie znalazły się w łóżku. Boże, takiego seksu nigdy nie przeżyła i takiej namiętności. Nagle zdała sobie sprawę, że zawsze podobały się jej kobiety i zawsze ją do nich ciągnęło, a Jan okazał się jedynie przykrywką dla jej pragnień, które skrywała przed sobą i całym światem. Była wreszcie szczęśliwa, a Jana niech trafi szlag, że nie chce mieć żadnego kontaktu z własną córką, bo widocznie z niego to taki Piotruś Pan, zakochany w sobie – myślała często.

Pewnego razu na mejla otrzymała zdjęcie z niewiadomego adresu, że jej mąż żyje ze swoim kompanem, z którym łowił ryby w weekendy i było podpisane, że Jan woli facetów!

Magda odetchnęła, że nie tylko ona go oszukiwała, bo i Jan miał swoją wielką tajemnicę, bo jest gejem, a ona woli kobiety i tak Amelka nagle miała dwie wspaniałe  mamy. 🙂

Czy to aby nie za wcześnie?

Wstałam o poranku, po dobrze przespanej nocy, a za oknem jeszcze ciemno, a wstałam o 7.50. Trzeba było koniecznie wypić poranną kawę, skoro żołądek się jeszcze nie buntuje. Siedzę tak i patrzę na tę mgłę za oknem ze świadomością, że chyba dziś nikt nie ujrzy ani jednego promyka słońca. No więc tak siedzę i zdałam sobie sprawę, że zbliżają się przecież święta, a ja starsza pani muszę liczyć siły na zamiary i nie będzie tak hop siup i obskoczę mieszkanie w dwa dni, by potem spokojnie gotować i pitrasić. No więc siedzę i myślę, że chyba już jest czas, aby po trochu i w miarę bez większego wysiłku zacząć cokolwiek robić, aby potem nie było na hurra.

Uf, jednak się zmęczyłam i dopiero usiadłam, aby odsapnąć, bo obskoczyłam okna, poprałam firany, umyłam podłogi i takie tam. Postanowiłam sobie, że od dziś będę codziennie coś robiła, aby po kolei i pomalutku odświeżyć mieszkanie, a więc jutro pomyję szkła, a po jutrze odkurzę meble na samej górze, a potem to już pójdzie, ale muszę być systematyczna i muszę dać sobie słowo honoru, że sama siebie nie będę oszukiwała he he.

Mam nadzieję, że ten mój zryw nie jest przedwczesny, a może jednak? Hm…

 

Bernadyna Łuczaj

O NICZYM

Patrzcie no
na co mi przyszło
nie mam
na wiersz
pomysłu
a może
powiem coś
o moim domu
bo o tym
nie opowiadam
nigdy nikomu
dom zwykły
zwykły do kwadratu
nie posiada
ani jednego
ATU
zwykłe ściany
zwykła podłoga
na niej
dywan zasłany
jest też
u stołu noga
wszystkie rzeczy
zupełnie normalne
najzwyklejsze
w świecie
wszystko
przewidywalne
nie można
nigdzie odlecieć
no chyba
że w marzeniach
dopuszczalne są
uniesienia
wtedy to
nawet w chmurach
mogę szybować
mogę się
magią zajmować
być księżniczką
na grochu
wszystkim mogę
być
po trochu…

(pażdziernik 2009)