Archiwa tagu: depresja

Mimozami jesień się zaczyna!

Lato tego roku mieliśmy w Polsce naprawdę piękne, bo temperatury sięgnęły zenitu i wielu ludzi źle znosiło te upały, a wielu to pasowało!

Młodzi ludzie  byli zadowoleni, bo urlopy im się udały, czy to nad morzem, czy w innych miejscach, ale ludzie starsi raczej chowali się w swoich domach, opuszczając żaluzje, aby od upału odpocząć.

Dla mnie to był ciężki okres, bo w te upały serce mi się rozszalało i często czułam się bardzo źle, ale jakoś udało się przetrwać i oto mamy jesień.

Po prostu z dnia na dzień pogoda zrobiła cięcie i z lata przeszliśmy w jesień, ale pewnie nie we wszystkich województwach tak się porobiło, a u mnie tak się stało.

Temperatura nagle spadła, a promienie słońca zaczęły padać automatycznie pod innym kątem i zauważyłam jak się zmieniły kolorystycznie drzewa i krzewy.

Żyjemy w takiej szerokości geograficznej, że przychodzi nam długo czekać na lato, bo zima długa, bo wiosna, a potem dopiero lato, które mija na pstyk i znowu jesień i znowu zima!

Było kilka lat temu tak, że kiedy wchodziłam w jesień, to byłam chora, bo moja dusza robiła się chora i cierpiałam na obniżenie nastroju!

Dni stawały się coraz krótsze, bo zmrok zapadał zbyt szybko i stawałam się apatyczna, jakby bez sił.

Trzeba było jednak żyć, ale każda aktywność była wymuszona i cierpiałam katusze.

Na szczęście  poradziłam sobie z tym stanem i teraz jesień mnie tak nie dobija, bo nauczyłam się na nią patrzeć z tej kolorowej strony.

Zaczęłam jesień fotografować i to mi dało siłę i ogromną przyjemność gapienia się na te wszystkie kolorowe drzewa, łąki, roślinność i tym sposobem pokonałam złe, jesienne nastroje.

Kiedy jesień jest słoneczna, to bije po oczach cudnymi kolorami i w takie dni proszę Męża, abyśmy wyjechali w teren i łapię to wszystko w obiektyw.

Co robić więc, kiedy dni robią się krótkie i pada deszcz?

Trzeba zająć się czymś, aby nie popadać w melancholię, a więc czytajmy dużo, róbmy jakieś przyjemne prace – szydełkujmy, róbmy na drutach, rozwiązujmy krzyżówki,oglądajmy dobre kino pod kocykiem z gorącą herbatą,  albo pracujmy w Internecie w programach graficznych, a przede wszystkim dogadzajmy sobie kulinarnie i piszmy nasze blogi! 🙂

Nie dajmy się pogorszeniu naszej psychiki, bo życie jest zbyt krótkie, aby cierpieć!

Zdjęcia są mojego autorstwa!

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

„Wraz z nastaniem pierwszych jesiennych chłodów, kiedy na dworze coraz częściej pada deszcz, ciemne chmury gęsto przykrywają niebo, a dni stają się coraz krótsze, większość z nas ogarnia „jesienny smutek”. Częściej robimy się senni i zmęczeni, nie chce nam się wstawać z łóżka w ciemne, zimne poranki, mniej mamy energii i zapału do pracy.

Pogoda za oknem wpływa też niekorzystnie na nasz nastrój. Niektórzy stają się smutni, rozdrażnieni, przygnębieni i zniechęceni oraz znacznie mniej rzeczy sprawia im radość.

Czasem jednak ten jesienno-zimowy smutek zaczyna coraz bardziej utrudniać nam codzienne życie. Warto wtedy sprawdzić czy nie jest to depresja sezonowa.

Depresja sezonowa czyli sezonowe zaburzenie afektywne (Seasonal Affective Disorder – SAD) to zaburzenie depresyjne pojawiające się w okresie jesienno-zimowym, a ustępujące wiosną lub latem. Objawy zakłócają emocjonalne, poznawcze i fizjologiczne funkcjonowanie człowieka i są bardzo uciążliwe. Występują codziennie lub prawie codziennie oraz trwają przez okres co najmniej dwóch tygodni. Ponadto, powtarzają się cyklicznie przez minimum dwa lata.

Skąd depresja sezonowa?

W ciągu wielu wieków życie człowieka było bardzo mocno związane z naturą. Wiosenne i letnie miesiące sprzyjały zdobywaniu pożywienia, wzmożonej pracy, częstszym kontaktom towarzyskim czy podróżom. Natomiast jesienią i zimą, kiedy przyroda zamiera a dzień staje się krótszy, mniej było pracy, a tempo życia także naturalnie ulegało ograniczeniu. Człowiek wpadał w lekki stan „uśpienia”, spowolnionego metabolizmu oraz zmniejszonej energii i przygotowywał się do przetrwania zimy. Rytmy przyrody i pory roku wyznaczały zatem jego codzienną aktywność.

Obecnie, kiedy brak światła słonecznego próbujemy zastępować żarówką, a codzienne funkcjonowanie znacznie mniej związane jest z rytmami natury oczekuje się, że poziom aktywności człowieka przez prawie cały rok będzie utrzymywał się na mniej więcej równym, wysokim poziomie. Być może właśnie dlatego to, co w przeszłości pozwalało nam poradzić sobie w niesprzyjających warunkach związanych ze zmianami w przyrodzie, teraz utrudnia nam życie.

Przyczyny zaburzeń sezonowych

Chociaż dokładne przyczyny powstawania depresji sezonowej nie są znane, uważa się, że głównym czynnikiem jest niedobór światła słonecznego docierającego do naszych oczu. Wpływa ono na sposób funkcjonowania różnych struktur mózgowych, a mianowicie na procesy powstawania i regulacji neuroprzekaźników i hormonów niezbędnych do wielu życiowych czynności. Zauważono, że najbardziej niekorzystny jest niedomiar światła w rannych godzinach dnia, ponieważ rozregulowuje bardzo istotny okołodobowy rytm człowieka – snu i czuwania. Brak światła słonecznego powoduje zwiększone wydzielanie melatoniny – tzw. hormonu snu, przez co nasz mózg „czuje się” oszukany co do godziny i pory dnia, a my stajemy się bardziej senni i zmęczeni. Ponadto, zaburza również inne rytmy wydzielania hormonów, np.: zmniejsza poziom serotoniny, która odpowiedzialna jest m.in. za utrzymywanie dobrego nastroju.

Powstawanie sezonowych zaburzeń depresyjnych związane jest także z indywidualną podatnością człowieka. Wśród możliwych przyczyn podaje się zmniejszoną wrażliwość siatkówki oka na docierające do niej światło. Przez to, osoby z dużo mniejszą wrażliwością mogą skarżyć się na pogorszenie samopoczucia także podczas pochmurnych letnich dni.

Uważa się również, że podatność na sezonowe zaburzenia afektywne jest przekazywana genetycznie.

Ponadto, łagodne wcześniej objawy jesiennego smutku i senności mogą się znacznie nasilić, gdy spotkają nas bardzo stresujące wydarzenia, np.: rozwód, śmierć bliskiej osoby, problemy w pracy lub życiu osobistym.

Kto najczęściej choruje?

Depresja sezonowa dotyka głównie osoby mieszkające w środkowych i północnych szerokościach geograficznych. W Europie Północnej na poważne dolegliwości cierpi ok. 2% populacji, a w innych, mniej nasłonecznionych regionach świata, np. na Alasce, problem ten dotyczy co dziesiątego mieszkańca. Łagodniejsze objawy jesiennego smutku odczuwa w Europie prawdopodobnie ponad 10 – 15% ludzi.

Ten rodzaj zaburzeń depresyjnych dotyka głównie osoby młodsze – pierwszy epizod pojawia się zwykle pomiędzy 20 a 40 rokiem życia – przy czym z powodu znacznych dolegliwości zdecydowanie częściej cierpią kobiety niż mężczyźni (około 4 razy częściej). Obserwuje się je także u dzieci.

Co ciekawe, zdarzają się przypadki tzw. depresji letniej czyli objawów depresyjnych w okresach dużego nasłonecznienia w strefie okołorównikowej. Niestety jej przyczyny nie są znane.

Objawy

Pierwsze objawy depresji sezonowej mogą pojawić się już w październiku lub listopadzie, a w miesiącach wiosennych (marzec, kwiecień), kiedy zwiększa się ilość światła słonecznego, zazwyczaj całkowicie ustępują. Czasami mogą też przejść w fazę manii (m.in. nadmiernie podwyższonego nastroju, znacznie zwiększonej aktywności i pobudzenia, trudności z koncentracją uwagi, zmniejszonej potrzeby snu) lub hipomanię (łagodniejszą odmianę manii).

Najczęstszymi objawami są:

– uczucie smutku, pustki, lęku, niepokoju

– uczucie przewlekłego przemęczenia

– obniżona aktywność, brak motywacji i inicjatywy do działania

– wzmożona senność z jednoczesnym pogarszaniem się jakości snu, ospałość, trudności z porannym wstawaniem

– zwiększony apetyt, szczególnie związany z większym spożywaniem węglowodanów; często zwiększanie się masy ciała

– osłabienie popędu seksualnego

Zwykle występują także inne charakterystyczne dla depresji objawy, takie jak:

– nadmierna drażliwość

– anhedonia – utrata zdolności przeżywania radości z drobnych, codziennych zdarzeń; a nawet unikanie przyjemności

– poczucie beznadziejności

– problemy z pamięcią, jasnością myślenia, koncentracją uwagi

– problemy z wykonywaniem codziennych czynności

– utrata energii, sił witalnych

– utrata zainteresowań, zobojętnienie

– niechęć do pracy i funkcjonowania w społeczeństwie

– myśli samobójcze

Ponadto, u kobiet możliwe jest wystąpienie objawów napięcia przedmiesiączkowego lub ich nasilenie, z kolei u dzieci można zaobserwować większą skłonność do zachowań agresywnych i łatwiejsze wpadanie w złość.

Konsekwencjami sezonowego zaburzenia afektywnego może być m.in.: nadużywanie alkoholu lub narkotyków, okresowe nadmierne objadanie się, przybieranie na wadze, obniżenie odporności organizmu i związane z tym częste infekcje, problemy z nauką, w pracy lub w relacjach interpersonalnych, a nawet samobójstwa.

Warto jednak pamiętać, by obserwując powyższe objawy, nie diagnozować się samodzielnie, lecz skorzystać z pomocy specjalisty, gdyż mogą one świadczyć także o innych dolegliwościach i zaburzeniach, takich jak: depresja kliniczna (gdy rozpoczęła się w okresie jesienno-zimowym), choroby somatyczne (np.: niedoczynność tarczycy), zespoły przewlekłego zmęczenia, reakcja organizmu na przyjmowane leki i wiele innych.

Jak leczy się depresję sezonową?

W związku z tym, że najbardziej prawdopodobną przyczyną powstawania depresji sezonowej jest niedomiar światła słonecznego docierającego do nas w okresie jesienno-zimowym, głównym sposobem leczenia tego zaburzenia jest fototerapia z wykorzystaniem specjalnych do tego celu lamp fluorescencyjnych. Polega ona na naświetlaniu oczu pacjenta sztucznym jasnym światłem o mocy zbliżonej do naturalnego (ok. 2500 – 10 000 luksów), a kilka lub kilkanaście razy silniejszym od zwykłego domowego oświetlenia (maksymalnie 500 luksów). Zauważono, że już taka dawka sztucznego światła korzystnie wpływa na wydzielanie hormonów i przekaźników mózgowych (podwyższa poziom serotoniny, a obniża melatoniny) oraz ich dobową regulację, a przez to poprawia działanie naszego wewnętrznego zegara.

Fototerapię przeprowadza się w godzinach porannych, a często także i wieczorem (na 2-3 godziny przed spaniem) dla zwiększenia jej skuteczności. Sesje, które trwają od 30 do 120 minut, powtarza się codziennie przez okres od jednego do kilku tygodni. Lekarze często zalecają profilaktyczne rozpoczynanie sesji jeszcze przed wystąpieniem pierwszych w danym sezonie objawów.

Bardzo ważne jest, aby odpowiednio dostosować kąt padania światła i odległość od oczu, a przede wszystkim natężenie i długość naświetlania do poziomu indywidualnej wrażliwości człowieka i obecnego nasilenia dolegliwości.

Metoda ta jest dość skuteczna (w 60-80%), a pierwsze rezultaty, takie jak zmniejszenie senności, apetytu i zmęczenia oraz poprawa nastroju, można zauważyć już po kilku dniach jej stosowania. Ponadto, fototerapia jest bezbolesna, objawy niepożądane (np.: zaczerwienienie oczu lub bóle głowy) zdarzają się bardzo rzadko i może być stosowana także w domu pod kontrolą lekarską.

Z fototerapią łączy się czasem także psychoterapię, np.: gdy depresja sezonowa współwystępuje z nierozwiązanymi konfliktami czy trudnościami natury psychicznej. Ponadto, spotkania z terapeutą mogą pomóc zaakceptować chorobę i nauczyć się jak sobie z nią radzić, szczególnie osobom przyzwyczajonym do dużej aktywności w ciągu całego roku.

Dla zmniejszenia natężenia objawów i poprawy nastroju wykorzystuje się także leki przeciwdepresyjne, np.: fluoksetyny, a w łagodniejszych stanach – niektóre ziołowe preparaty dostępne bez recepty.

Korzystne dla samopoczucia pacjentów okazują się też zimowe wyjazdy do krajów o dużym stopniu nasłonecznienia.

W radzeniu sobie z sezonową depresją pomocne może być unikanie stresujących sytuacji oraz nienakładanie na siebie zbyt wielu obowiązków w tym trudnym okresie. Warto pamiętać też o zdrowiej diecie, bogatej w niezbędne witaminy i minerały, szczególnie w magnez i witaminy z grupy B, które pomagają w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego. Ważne jest również dbanie o swoje samopoczucie oraz o dobrą kondycję, np.: poprzez medytację, aromaterapię, unikanie ciemnych pomieszczeń, spacery w słoneczne dni czy regularne ćwiczenia fizyczne, podczas których uwalniają się poprawiające nam nastrój neuroprzekaźniki. Warto także częściej włączać się w kontakty społeczne i dbać o relacje z innymi ludźmi.

Warto przeczytać:

Norman E. Rosenthal Zimowe smutki

Bibliografia:

Bilikiewicz, A. (red.). (2007). Psychiatria. Podręcznik dla studentów medycyny. Warszawa: Wydawnictwo Lekarskie PZWL

Seligman, M. E. P., Walker, E. F., Rosenhan, D. L. (2003). Psychopatologia. Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka

http://www.resmedica.pl/pl/archiwum/zdart2019.html

Reklamy

Zniecierpliwienie!

 

Gdzieś ludzie spacerują ulicami Paryża, albo Rzymu i choćby w małych miejscowościach, wygrzewają się na słońcu, wystawiając do niego swoje twarze.

Gdzieś tam siedzą w kawiarniach i piją aromatyczną kawę oraz rozmawiają rozkoszując się rozmową.

Gdzieś tam tworzą rodzinną atmosferę i jedzą ugotowany w domu, smaczny obiad i cieszą się domowym ogniskiem.

Gdzieś tam spacerują i gdzieś tam się przytulają, mówiąc sobie miłe słowa.

Gdzieś tam toczy się zwykłe i niezwykłe życie i gdzieś tam idą sobie do kina i jedzą popcorn.

Gdzieś tam kupują bilety i idą do teatru, albo na koncert ulubionego zespołu i szaleją oraz śpiewają.

Kocham swoją, chorą Matkę i włączam się w opiekę nad Nią, co trawa już 20, długich miesięcy, ale dziś wymiękłam i mi się przelało.

W moim życiu przeszłam trzy, potężne depresje i myślałam, że się z nich wygrzebałam, ale nie!

Dziś mi się przelało i zdałam sobie sprawę, że nie dam rady więcej i potrzebuję odpoczynku, bo jestem wypalona.

Poczułam, że jest mi odbierane moje, poukładane życie właściwie bez stresu, a od 20 miesięcy jestem na telefon skazana, który kiedy dzwoni, to dostaję dreszczy!

Nagle moje serce powoduje pieczenie w piersi i nagle poczułam, że jestem totalnie wykończona.

Nagle poczułam, że więcej dać z siebie nie mogę, bo sama potrzebuję spokoju w końcu i zajęcia się swoim życiem!

Poczułam się wyalienowana, taka, co już normalnie nie potrafi rozmawiać z ludźmi, uśmiechać się i pozytywne myśleć, bo tak wielki smutek się wkradł.

Nagle moja chora Matka nie budzi współczucia, bo do duszy wkrada się złość i zniecierpliwienie.

Nagle kiedy moje serce zaczęło wariować pomyślałam sobie, że Ona przeżyje mnie, a ja pójdę do piachu!

Poniższy artykuł jest o tych, którzy od miesięcy siedzą przy łożu chorych rodziców i trwają, ale w pewnym momencie następuje wypalenie i obojętność w duszy i to jest normalne!

 

 

Podobny obraz

Kiedy opiekun przewlekle chorego ma już dość…

Wymagania wobec osoby, która zajmuje się sędziwymi rodzicami, mogą powodować ogromną ilość stresu. Jeśli opiekun nie jest ostrożny, może narazić na szwank własne zdrowie i samopoczucie.

Stres i wypalenie opiekuna
Badania opiekunów rodzinnych wykazały, że stres związany z opieką nad przewlekle chorą osobą powoduje 63-procentowy wzrost śmiertelności w porównaniu z osobami w tym samym wieku nieposiadającymi takich obowiązków. Istnieje wiele powodów, dlaczego pojawia się stres: przepracowywanie się, zbyt mała ilość snu, godzenie obowiązków związanych z opieką i pracą, brak czasu na zajęcie się sobą.

Należy pamiętać, że nie można opiekować się ukochaną osobą, jeśli samemu ma się problemy zdrowotne. Pierwszym krokiem w radzeniu sobie ze stresem jest rozpoznanie jego oznak. Oto 10 objawów stresu opiekuna:
1. Depresja. Objawy to: ciągły smutek, uczucie beznadziei i więcej przypadków płaczu. Wiecej o depresji przeczytaj tutaj: http://portal.abczdrowie.pl/depresja).
2. Wycofanie się. Taka oznaka może pojawić się razem z depresją i oznacza, że nie chcesz widzieć się z rodziną i przyjaciółmi lub przestajesz zajmować się tym, co sprawiało kiedyś radość.
3. Lęk. Uczucie niepokoju pojawia się w sytuacjach, kiedy masz mało czasu lub myślisz o przyszłości.
4. Złość. Możesz zacząć częściej krzyczeć na rodzica lub mieć więcej trudności z opanowaniem napadów złości w stosunku do innych ludzi. Opiekunowie często są źli na ukochaną osobę, ponieważ poświęcają własne życie dla nich. Uczucie złości na innych członków rodziny, którzy nie pomagają, również jest często spotykane.
5. Utrata koncentracji. Nieustanne myśli o sędziwym rodzicu i wszystkich koniecznych do wykonania obowiązkach sprawiają, że koncentracja w pracy lub przy innych zajęciach jest znacznie mniejsza.
6. Zmiany nawyków żywieniowych. Często występuje utrata wagi lub przybieranie na wadze oraz częstsze choroby.
7. Bezsenność. Czujesz zmęczenie, ale nie możesz zasnąć? A może organizm jest zmęczony, ale ty tego nie czujesz? Może się też zdarzyć, że budzisz się w środku nocy z powodu koszmarów lub stresujących snów.
8. Wycieńczenie. Jeżeli często budzisz się i czujesz, że nie możesz wstać z łóżka pomimo przespanej nocy, oznacza to wyczerpanie.
9. Picie alkoholu i palenie papierosów. Zauważalnie palisz i pijesz więcej lub zaczynasz to robić, mimo że w przeszłości tak nie było.
10. Problemy zdrowotne. Coraz częściej zdarza ci się przeziębienie lub grypa. Bardzo często dzieje się to w przypadku opiekunów, którzy nie dbają o siebie, np. źle się odżywiają i nie ćwiczą.

Sprawdzone strategie kontrolowania stresu
1. Odpoczywaj i korzystaj z dostępnej opieki zdrowotnej. Zrobienie sobie przerwy i upewnienie się, że rodzicem zajmuje się odpowiednio wykwalifikowana osoba to jeden z najlepszych sposobów na zmniejszenie stresu.
2. Nie bój się poprosić członków rodziny o pomoc w opiece lub w sprawach finansowych. Opieka nad starszymi rodzicami to nie tylko twoja odpowiedzialność.
3. Naucz się odmawiać wykonywania innych wyczerpujących i stresujących zadań, np. bycie gospodarzem w czasie świąt.
4. Wybaczaj sobie niedoskonałości. Idealny opiekun nie istnieje.
5. Naucz się rozpoznawać, co możesz zmienić, a czego nie. Przykładowo, może nie uda się zmienić zachowania innej osoby, ale masz wpływ na to, jaka jest twoja reakcja.
6. Stawiaj sobie realistyczne cele. Podziel duże zadania na mniejsze, które możesz wykonywać po kolei.
7. Skup się na priorytetach, stwórz listę i codzienny plan zajęć.
8. Utrzymuj kontakty z rodziną i przyjaciółmi, i koniecznie znajdź czas dla siebie.
9. Przyłącz się do grupy wsparcia opiekunów. Jeśli rodzic jest przewlekle chory, np. cierpi na chorobę Alzheimera (http://portal.abczdrowie.pl/choroba-alzheimera)lub demencję, poszukaj grupy, która radzi sobie z podobnymi problemami.
10. Znajdź czas na aktywność fizyczną w większość dni, nawet jeśli to tylko spacer. Odżywiaj się zdrowo i wysypiaj się. Regularnie chodź na badania okresowe.
11. Ćwicz pozytywne myślenie i poczucie humoru.
12. Dowiedz się czegoś na temat bezpłatnej opieki, pomocy lub poradni w okolicy.
13. Zastanów się nad wzięciem urlopu. W Polsce przysługuje14 dni kalendarzowych rocznie na opiekę nad członkiem rodziny.

http://natemat.pl/124175,kiedy-opiekun-przewlekle-chorego-ma-juz-dosc

Depresja – weź się w garść!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem. Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.
Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.
Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.
Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.
Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.
Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.
Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.
Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.
Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.
Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.
Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.
Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną. Zostanę sam/a.
Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.
Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.
Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.
W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej. Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.
Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.
Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 
Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.
Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.
Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.
Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji. I tu zaczyna się dramat.
Widziałam różne szpitale w swoim życiu. Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.
Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.
Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.
Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.
Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny. Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.
Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.
Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.
Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa. Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc. Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie. Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.
Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno. Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.
Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.
Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi. Nie ma w nim przypadków skrajnych.
Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy. Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.
Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.
Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.
Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.
Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.
Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.
Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.
Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

Bo kiedy w związku wszystko się wypali!

Kiedy pokazywali się na czerwonym dywanie, albo pokazywali się publicznie, to dech zapierali ludziom na całym świecie!

Przepiękna para, chyba najbardziej szykowna i niesłychanie do siebie pasująca.

Myślałam, że razem się zestarzeją i pokażą światu, że można być ze sobą na całe życie.

Mieli wszystko, czego może zapragnąć człowiek na tej pięknej Ziemi.

Mieli grube miliony dolarów, przepiękne domy z basenem, dzieci i w końcu siebie przede wszystkim.

Nie brakowało im ptasiego mleka, a jednak po 12 latach związku się rozstali i tu można zadać pytanie – dlaczego?

Aby zrozumieć dlaczego, to trzeba obejrzeć film pt. „Nad morzem”, który wyreżyserowała Angelina Jole i razem z Bradem zagrali główne role.

Zagrali siebie tak mniemam i w tym filmie pokazali, co ich na co dzień dręczyło.

To jest film prawie biograficzny, w którym przedstawiono depresję Angeliny i alkoholizm Brada.

Wypaliło się w tym związku niemal wszystko – łącznie ze sferą seksualną i praktycznie nie było już co sklejać, bo związek doszedł do ściany.

Nie pomogły więc pieniądze i nie pomogli przyjaciele, którzy od tej pary w kryzysie się odsunęli i oboje popadli w marazm, choć życzę im odbicia się od dna.

Moje serce zawsze ubolewa, kiedy rozpada się małżeństwo. Obojętnie jakie, bo czy bogatych ludzi, czy zwykłych.

Bogaci ludzie są też tylko zwykłymi ludźmi, ze swoimi demonami, uczuciami i trudnymi chwilami i dlatego jest mi żal każdego człowieka, któremu się posypało życie.

Rozwód, to porażka i nie życzę nikomu tych wszystkich przejść, bo każdy z nas powinien życie przeżyć w miarę szczęśliwie.

Brad Pitt dzisiaj wystosował prawdę o sobie i swoim związku i szczerze zrobiło mi się Go żal.

Wystąpił w sesji po pół roku od rozstania z Angeliną, która średnio mi się podoba.

Sesję nazwałam po swojemu i nadałam jej tytuł „Samotność w wielkim świecie”.

Brad po rozstaniu został sam i musi się spiąć, by wypłynąć znowu na powierzchnię i mam nadzieję, że odszuka jeszcze sens życia, a i tego życzę Angelinie.

Może się jeszcze kiedyś zejdą, bo wydaje mi się, że wciąż się kochają!

Brad Pitt turla się po pustyni, klęczy na łące i... podziwia stalaktyty (ZDJĘCIA)

Od czasu głośnego rozstania z Angeliną Jolie we wrześniu ubiegłego roku Brad Pitt zdawał się unikać mediów. 53-latek rzekomo całe dnie spędzał, słuchając smutnych piosenek i zajmując się rzeźbiarstwem.

Przypomnijmy: Brad Pitt po rozstaniu z Angeliną zajął się… rzeźbiarstwem! „Zamyka się w swoim studiu na 15 godzin i słucha smutnych piosenek”

Po ponad pół roku od skandalu aktor postanowił otworzyć się przed magazynem GQ. Wywiadowi, w którym Pitt przyznaje się do alkoholizmu i opowiada o terapii, towarzyszą enigmatyczne fotografie Ryana McGinleya. Sesja, która liczy kilkadziesiąt zdjęć, jest zapisem podróży, w jaką aktor wybrał się z artystą po amerykańskich parkach narodowych. W efekcie możemy zobaczyć, jak smutny Pitt turla się po pustyni, klęczy na łąkach i podziwia stalaktyty.

Zobaczcie najdziwniejsze ujęcia z głośnej sesji do GQ. Jak oceniacie rezultaty?

http://www.pudelek.pl/artykul/109891/brad_pitt_turla_sie_po_pustyni_kleczy_na_lace_i_podziwia_stalaktyty_zdjecia/

https://www.facebook.com/MilanParisMFW/photos/a.1554397931299104.1073750576.131173790288199/1554398294632401/?type=3&theater

Beata Pawlikowska po rozwodzie rozstała się z depresją!

Beata Pawlikowska, była żona Wojciecha Cejrowskiego – podróżniczka i pisarka oto ponownie napisała książkę!

Tym razem napisała książkę o wychodzeniu z depresji i poleca, że każdy z tej depresji wyjść może, czerpiąc rady z jej książki, a raczej poradnika, który krzyczy – weź się w garść i nie posiłkuj się lekami, bo leki działają jak alkohol!

Jej książka to stek bzdur, które ogłupiają ludzi, a chorych wpędzają w poczucie winy, bo tysiące razy chcieli się wziąć w garść, a skończyło się często samobójstwem!

Jej pierwsza rada!

– Przeskanować swój mózg, jak komputer antywirusem i zlikwidować zarażone pliki i ponownie wgrać nowy program i po kłopocie!

I dalej!

– Jeżeli w twoim życiowym ogrodzie pojawiło się więcej suchych badylków niż zielonych pędów, przestań narzekać, podwiń rękawy, weź do ręki odpowiednie narzędzia i popracuj. Wszystkie nasionka tylko czekają, żeby wypuścić kiełki i rosnąć do słońca.

– Wiem, to może brzmieć jak coś trudnego. Znaleźć błędne dane zapisane gdzieś w podziemiach własnej duszy? Ala jak? Na kanapie u psychoanalityka, płacąc sto złotych za godzinę? Niewykonalne!

– Moim zdaniem depresji nie da się trwale wyleczyć za pomocą lekarstw. Pigułki mogą przynieść chwilową ulgę, bo pozwalają mniej czuć. Ale to, że mniej czujesz wcale nie oznacza, że automatycznie znikają twoje problemy. To tylko chwilowe zapomnienie. To tak, jakby wypić kieliszek mocnego alkoholu, który cię znieczuli i odwróci twoją uwagę, ale w niczym nie przybliża cię do uzdrowienia, a wprost przeciwnie – może cię uzależnić od możliwości oddalenia się od samego siebie.

– Z mojego doświadczenia wynika, że depresję można wyleczyć w trzech krokach: odzyskać wewnętrzną równowagę, stanąć na nogach, dokonać świadomego wysiłku, żeby zmienić nawyki myślowe zapisane w podświadomości. Potrzebne do tego będą dobra wola, cierpliwość, wytrwałość.

– Dziwisz się, że jesteś smutny, straciłeś chęć do życia, czujesz się samotny i opuszczony? Powiedz mi co jesz?

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,20891703,beata-pawlikowska-nowa-ksiazka-leczy-z-depresji-to-bzdury.html

Sądzę, że Pawlikowska nigdy na depresję nie chorowała, bo ta choroba wchłania tysiące ludzi na świecie, którzy latami nie mogą z niej wyjść! Sądzę, że ten toksyczny związek z Cejrowskim tak ją stłamsił, że wydawało się jej, że choruje na depresję i tu wystarczyło jeno uwolienie się z tego związku i ozdrowiała!

A jak wygląda leczenie depresji w Polsce?

Kamień zwany depresją

Depresja to prawdziwa plaga: cierpi na nią już co dziesiąty Polak. Ale jest też inna plaga: mylenie z depresją zwykłego smutku. I łykanie garściami tabletek, które natychmiast mają zagwarantować szczęście.

W śmiesznej piżamie w misie Grzesiek, 42 lata, gnije w łóżku od czerwcaNie myje się, nie je, chyba że coś wmusi w niego matka. Właśnie mu przeczytała, bo on sam nie czyta, o ślinie cieknącej z ust piosenkarki Marii Peszek. I o hamaku w Bangkoku, gdzie leczyła depresję. Od razu zrobiło się Grześkowi dziwnie. To nie tak, że artystce nie wierzy. Tylko dziwi go, że ze stanu podobnego do tego, w jakim był Jack Nicholson po lobotomii (to cytat z wywiadu), Maria tak się szybko otrząsnęła, a potem nagrała płytę. Grzesiek też chciałby tak cierpieć: kilka miesięcy w letargu, potem ciach i wracamy do roboty!

– Co ona wzięła, że to trwało tak krótko? – Grzesiek nie może się nadziwić. I jak to możliwe, że Maria Peszek chciała umrzeć tylko przez ostatni rok. On chce umrzeć od zawsze. A na pewno od czasu, gdy dostał od ojca pierwsze, ale nie ostatnie lanie pasem, do krwi. Za to, że stłukł talerzyk w polne kwiaty, jego ulubiony „Włocławek”. Grzesiek miał wtedy pięć lat. Ojciec umarł na serce, gdy Grzesiek zdawał maturę. Nie zdał, bo zażył leki nasenne. Skończyło się na płukaniu żołądka. – To dlatego, Grzesiu – stwierdził wtedy psychiatra – musisz do końca życia brać prochy. Więc brał, łykał codziennie. I co? – I jajco – mówi beznamiętnie.

Anja Orthodox, gwiazda gotyckiego rocka, po raz pierwszy do lekarza trafiła kilkanaście lat temu. Już wtedy dostała pigułki. Nie przynosiły poprawy. W końcu tak się zdołowała, że odstawiła leki. Lekarza też. – Moja depresja nie miała i nadal nie ma dużego nasilenia. Nie zmieniam się – jak niektórzy – w roślinę, nie patrzę przez całe dni w sufit. Ja tylko kamienieję – wyjaśnia. Bycie kamieniem oznacza na przykład, że nie odbiera telefonów. Albo nie włącza komputera. Dlaczego? – Bo tak – mówi Anja. – Chcę, ale nie włączę. Coś mnie blokuje.

No i jeszcze spanie, ile się tylko da. Bywało, że tygodniami leżała pod kołdrą. Szarą kołdrą.W końcu, dwa lata temu, zrobiło się już wokół Anji tak szaro, że wróciła do lekarza. Znów przepisał jej leki. O dziwo, tym razem pomogły.

Według statystyk już co dziesiąty Polak zapada na depresję. Przyznają się jednak do niej nieliczni. Wśród artystów: Kora, Kayah czy Kasia Klich, która kilka lat temu postawiła swoich znajomych na nogi wpisem na blogu, z którego wynikało, że chce ze sobą skończyć. Rocznie tę chorobę diagnozuje się u kilkuset tysięcy osób, a wkrótce chorych będzie zapewne więcej. W 2020 r. depresja – uważa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) – będzie obok choroby niedokrwiennej serca najczęstszą przypadłością ludzkości.

– Depresja to nowy rodzaj raka, tylko że przeżera najpierw umysł, a potem ciało – mówi prof. Janusz Heitzman, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. – Bo powodów, by cierpieć, mamy dużo, za dużo. Nie wytrzymujemy wyścigu szczurów, w dobie pracoholizmu nie mamy ani chwili na refleksję, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. I nie mamy już tego hartu ducha, jaki miały choćby te pokolenia, które przeżyły naprawdę straszne czasy – wojnę i Holocaust.

Tymczasem w Polsce dramatycznie brakuje psychiatrów: na cały kraj mamy ich nieco ponad 2 tysiące (w Niemczech 6 tys.). Nakłady na zdrowie psychiczne należą do najniższych w Europie. Średnio w UE wynoszą 5 proc. całości wydatków państwa na zdrowie, u nas nieco ponad 3 proc. Politycy nie doceniają wagi problemu. Doceniają go za to firmy farmaceutyczne.

Dorotę pięć lat temu mąż, znany wrocławski biznesmen, rzucił dla młodszej. Trochę sobie popłakała, przez tydzień nawet mniej jadła. A potem poszła do psychiatry. – Bardzo, panie doktorze, cierpię – oświadczyła. Pan doktor nawet na nią nie spojrzał. Za to z marszu wypisał jej lek, wyjaśniając, że dzięki niemu zwiększy się Dorocie poziom odpowiednich substancji w mózgu.

– To znaczy? – zapytała nieśmiało. – To znaczy, że będzie pani już miała z górki, a nie pod – wzruszył ramionami. Faktycznie, miesiąc później Dorocie latało nawet to, że jej eksmąż zjawił się pod szkołą Kubusia z dziesięć lat młodszą od niej blondyną w kolii na szyi.

– Diamenty? Sorry, dziś największym przyjacielem kobiety są perełki z grupy SSRI – ironizuje i wybucha śmiechem. I tłumaczy: SSRI to tak zwane selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, odpowiadającej za nastrój. Innymi słowy – antydepresanty.

Na zakończenie tamtej pierwszej wizyty psychiatra uraczył jeszcze Dorotę informacją, że dzisiaj w Polsce kobiety zapadają na depresję dwa razy częściej niż mężczyźni. A najbardziej te między 35. a 45. rokiem życia. Więc kiedy we wrześniu Dorota skończyła 40 lat, wytłumaczyła sobie, że ma kolejny powód, by sięgać po prochy. Brała je, gdy zaczął ją boleć kręgosłup po wakacjach w siodle na Mazurach (na których zresztą przeżyła intensywny, ale krótki romans z właścicielem stadniny). Także wówczas, gdy jesienią ubiegłego roku Kubuś zaczął przynosić ze szkoły same jedynki. Wreszcie zimą, gdy jak zwykle dopadła ją chandra, bo znowu wraz z pierwszym śniegiem w mieście zaczęły się korki.

– Smutek i lęk towarzyszące różnym zdarzeniom w naszym życiu są często mylone z depresją. Depresja to nie jest chwilowo obniżony nastrój wywołany doraźnymi zdarzeniami, tylko poważna choroba, która może być groźna dla życia – zapewnia dr Martyna Goryniak, psycholog i psychoterapeuta z Warszawy.

Dwa lata temu głośnym echem wśród psychiatrów i psychologów odbiła się książka polskiego psychoterapeuty i suicydologa Jarosława Stukana pod znamiennym tytułem „Toksyczna psychologia i psychiatria. Depresja a samobójstwo”. Autor udowadniał w niej, że w wielu przypadkach depresja mylona jest z przygnębieniem, nawet cierpieniem spowodowanym np. rozstaniem z ukochanym czy utratą pracy. Że naturalne, zdrowe reakcje na problemy dnia codziennego, na przeszkody, na które natrafiamy, traktowane są dziś często jak zaburzenie psychiczne. I że lekarze zamiast spróbować rozwiązać kłopoty, przecinają je, aplikując pacjentom leki.

Imitacja leczenia

Rynek antydepresantów w Polsce wart jest dziś około 300 milionów złotych. – To biznes – przyznaje znany warszawski psychiatra, prof. Łukasz Święcicki. Zaznacza jednak, że wielu chorym leki na depresję rzeczywiście uratowały życie. Także jego pacjentom. A bywa, że trafiają do niego ledwo żywi, nawet w agonii. Bywa, że lekarz ma już do dyspozycji tylko elektrowstrząsy. A leki?

– No cóż, mamy tak proste i skuteczne rzeczy jak sole litu, które kosztują grosze – przyznaje psychiatra. – Ale żyjemy dziś przede wszystkim w erze prozacu i jego droższych następców. Problem tylko w tym, że skuteczność antydepresantów ocenia się zaledwie na 60 proc. To znaczy, że prawie co drugiemu pacjentowi nie pomagają wcale. – Niektórym nawet szkodzą – wzdycha prof. Święcicki.

Nie ma żadnych danych, ile antydepresantów sprzedaje się rocznie w polskich aptekach. Wiadomo jedynie, że ich podaż od lat 90. wzrosła kilkunastokrotnie. – Takie środki podlegają kontroli, o ile lekarz uzna, że mają być objęte refundacją. Wtedy jest rozliczany z recepty – przyznaje prof. Święcicki. – Ale wiele recept wypisywanych jest na sto procent odpłatności. Nie tylko przez psychiatrów, ale przez lekarzy najróżniejszych specjalności.Te są poza monitoringiem Narodowego Funduszu Zdrowia.

Efekt? Rok temu prawie 40 proc. antydepresantów przepisali Polakom interniści. Z jednej strony – twierdzą psychiatrzy – to dobrze, zwłaszcza na prowincji, gdzie specjalistów jest jak na lekarstwo, a chory w dramatycznej kondycji psychicznej może liczyć tylko na pomoc lekarza pierwszego kontaktu. Z drugiej strony, wielu pacjentów powinno takie środki zażywać pod ścisłą kontrolą, bo zdarza się, że w początkowym okresie mogą obniżać nastrój, nawet potęgować myśli samobójcze. Tymczasem zdarza się, że lekarze rodzinni aplikują je już kilkuletnim dzieciom. Tylko dlatego, że są niegrzeczne albo mają nerwowe tiki.

W lipcu tego roku brytyjski potentat farmaceutyczny GlaxoSmithKline na skutek ugody z amerykańską prokuraturą zgodził się zapłacić pacjentom z USA odszkodowanie w wysokości 3 miliardów dolarów. Za co? Między innymi za to, że jeden ze swoich antydepresantów reklamował właśnie jako lek dla dzieci. Z kolei sądy na Wyspach Brytyjskich są dziś zalewane przez pozwy pacjentów skarżących się, że lekarze przepisywali im pigułki na szczęście jak cukierki. W związku z czym nie mogą dalej bez pigułek żyć. Kilka procesów zakończyło się już przyznaniem przez sądy odszkodowań.

 I u nas tak będzie, jak w końcu pacjenci pójdą po rozum do głowy – kręci głową psychiatra z krakowskiego szpitala im. Babińskiego (prosi o anonimowość). – Wtedy, gdy zauważą, że zarówno lekarze, jak i państwo robią ich zwyczajnie w konia. To znaczy nikt im nie proponuje leczenia, a jedynie jego imitację.

W końcu się otruj

Grzesiek z Krakowa po latach odstawił leki, bo przez głowę mu przeszło, że lepiej zadziała kozetka u psychologa. Zresztą, czy brał antydepresanty, czy ich nie brał, było identycznie. Trafił jakiś czas temu do psychiatry (jego stały lekarz był na urlopie), który szczerze przyznał, że z tymi prochami bywa różnie.

– Powiedział: pogadaj pan z ludźmi, wyjdź pan do nich, albo zaproś pan ich do siebie – żali się pacjent. Tylko kogo miałby dziś zaprosić? Do Grześka przychodzą już wyłącznie (nie licząc matki) nieproszeni goście, czyli ONI. Przychodzą w nocy, we śnie. I mówią. – Biedna ta twoja mama. Ile jeszcze chcesz być na jej emeryckim, dziurawym garnuszku? Dałbyś już, Grzesiek, jej spokój. W końcu się otruj. Tylko tym razem zrób to porządnie – podjudzają.

– Co w tym wszystkim jest najgorsze? – zastanawia się prof. Łukasz Święcicki, psychiatra. – Że ludzie z depresją po cichutku z naszych oczu znikają. Najpierw nie odbierają naszych telefonów, a potem zupełnie niezauważenie rozpływają się w niebycie.

Grzesiek z tym niebytem jeszcze niedawno nie chciał się pogodzić. Jakiś miesiąc temu w piżamce w misie zadzwonił do poradni zdrowia psychicznego. Powiedzieli mu, że państwowo przyjmą go w marcu przyszłego roku. A prywatnie? To od zaraz. Jedna wizyta u psychoterapeuty to koszt 70 złotych. Grzesiek rzucił słuchawką tak mocno, że telefon przestał działać.

http://www.newsweek.pl/polska/kamien-zwany-depresja,96847,1,1.html

Depresja jest dziedziczna, ale trzeba umieć się ratować

To były lata 60-te, a ona była od kilku lat już mężatką. Urodziła dwoje, zdrowych dzieci i żyła między domem, a pracą, bo pracować musiała. Nie mogli z mężem żyć tylko z jednej pensji, a więc godziła obowiązki i sobie świetnie radziła. Mąż z racji pracy nie wiele jej pomagał, ale jeśli tylko miał wolne był zawsze blisko rodziny.

Jej rodzice dawno się rozwiedli, bo ojciec jej nie był ani dobrym mężem, ani ojcem. Lubił zaglądać do kieliszka, a kiedy wypił to awantury w domu były na porządku dziennym. Leciało wszystko wtedy i ojciec demolował, co mu pod ręce wpadło i nie tylko duszę żony i dzieci, a więc matka jej doszła w pewnym momencie do wniosku, że nie należy ratować tego małżeństwa.

Rodzice jej zamieszkali osobno i w pewnym momencie ojciec jej wyjechał do innego miasta, bo tam otrzymał skromną kawalerkę i w zasadzie wszyscy odetchnęli, że pozbędą się tego człowieka ze swojego życia, który nie potrafił niczego uszanować i docenić.

Obie z mamą pomogły mu się urządzić, a więc transportem zawiozły mu najpotrzebniejsze meble, firany i zasłony, oraz podstawowe przedmioty jak talerze i garnki, a więc miały nadzieję, że jakoś mu pomogły i będzie potrafił żyć już samotnie i to będzie dla niego najlepsze wyjście.Rodzina zawsze mu ciążyła i często wykrzykiwał, że nie będzie tracił na rodzinę swoich pieniędzy.

Mama jej doskonale sobie  radziła po rozwodzie. Urządziła swój dom z gustem, choć nie bogato, ale z wyszukaną skromnością. Często  pomagała jej przy dzieciach za co była jej bardzo wdzięczna. Cieszyła się, że mama odbiła się od dna i otrzepała z nieudanego małżeństwa, a na jej twarzy coraz częściej pojawiał się uśmiech.

Otrzymała wiadomość w pewnym momencie, że jej ojciec kompletnie sobie nie radzi i administracja bloku prosi ją o kontakt.

Wsiadła w pociąg i potem musiała dotrzeć jeszcze kawałek pieszo, by zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że ojciec w domu ma tylko brudne legowisko, bo wszystko przepił, albo go okradziono,

Zaczęła wynosić kupę śmieci z jego mieszkania i wyszorować gary przypalone i ogólnie posprzątać, bo bałagan był niesamowity. Gdzieś po kątach stały puste butelki po piwie i pety po papierosach, a więc to był obraz nędzy i rozpaczy.

Kiedy ojca spytała dlaczego sobie nie radzi, ten odpowiedział, że nie potrafi samotnie żyć, bo nie ma motywacji i czuje się opuszczony i samotny. Na niczym mu nie zależy i może tu, w grajdole umrzeć.

Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, bo przecież ją bił i jej matkę, a to alkohol był dla niego najlepszym przyjacielem, ale nie mogła patrzeć jak wegetuje samotnie. Bolało ją serce i nie chciała, by w swoim grajdole umarł z brudu i głodu.

Postarała się o dom opieki dla swego ojca i była szczęśliwa, kiedy po pół roku udało się umieścić ojca w naprawdę dobrym domu opieki społecznej. Miała farta, bo pewien lekarz w tym jej bardzo pomógł.

Wyciszyła się więc, bo tam ojciec nie mógł spożywać alkoholu i jeśli tylko mogła, to go w tym domu odwiedzała, bo mąż ją woził po 200 kilometrów w jedną stronę.

Dzieci jej w tym czasie  opuściły rodzinne gniazdo, a ona nigdy o ojcu nie zapomniała, ale pewnego dnia otrzymała telefon, że ojciec jej się powiesił.

Prokuratura, sprowadzenie zwłok i całe to zamieszanie, ale zniosła to wszystko i po pogrzebie zrobiła rachunek sumienia, czy zrobiła wszystko, by przedłużyć ojcu życie. Ordynator domu opieki jej oznajmił, że ojciec cierpiał na depresję, czego oni nie zauważyli.

Kiedy obchodziła z mężem 30 rocznicę ślubu, ten nagle zmarł na uroczystości na zawał serca, Było to tak niespodziewane, że nie mogła długo zrozumieć, dlaczego mąż ją tak szybko opuścił, Zapadła się w sobie na kilka miesięcy, ale postanowiła o siebie walczyć mimo ogromnej żałoby w sercu. Postanowiła, że da sobie radę bez kochanego męża, który tak bardzo jej w życiu pomagał.

Dzieci zaglądały do niej i widziały, że ona sobie dobrze radzi, ale w pewnym momencie nastąpiło załamanie i ona przestała o siebie walczyć, bo nie miała już dla kogo.

Poranki samotne i nie było dla kogo zrobić już śniadania. Nie miała o kogo dbać i z kim porozmawiać, co poskutkowało, że nie chciało się jej wstawać z łóżka, ani cokolwiek dla siebie ugotować i zrobić zakupy. Wszystko było bez sensu i zauważyła, że się zapada w depresji, tak jak jej ojciec, który nie miał dla kogo żyć.

Powieliła dokładne charakter swojego ojca, który bez bliskich się załamał, choć zapracował na to, by być samotnym. Jednak ona na szczęście miała dzieci, które zaprowadziły ją do psychiatry i dobrze dobrane leki spowodowały, że na nowo stanęła na nogi i depresja jej nie pokonała.

Jej miłością są teraz wnuki i kwiaty na parapetach, oraz fakt, że dzieci nie odstępują jej na krok.

Aby zminimalizować jej samotność, kupiono dla niej komputer, a więc jednocześnie nauczono jak się tą maszynka posługiwać, co sprawiło, że stała się częścią społeczności wirtualnej dającą namiastkę życia w społeczeństwie, gdzie można wyrazić siebie i poznać ciekawych ludzi. Mimo wieku to komputer stał się jej oknem na świat, co ją uratowało przed powieleniem losów jej ojca.

Artykuł z sieci, ale bardzo ważny

Lekarze rzadko rozpoznają tę chorobę

Jest bardziej niebezpieczna dla seniorów. Młodzi lepiej sobie z nią radzą. Starsi zamykają się w domach, przestają jeść, a nawet się myć. Mowa o depresji. I choć na stu emerytów aż trzydziestu ją ma (częściej kobiety), lekarze mylą ją z objawami starzenia i chorych nie leczą.
„Depresja nie jest stanem naturalnym osób starszych. Jest nim raczej pogodne starzenie się”, przekonuje geriatra prof. Shlomo Noy, współzałożyciel sieci centrów opieki dla seniorów MD Nursing i Angel Care. Niestety dla wielu emerytów codziennością jest głęboki smutek, a nie pogoda ducha. Problem nasila to, że u ludzi starszych trudniej jest rozpoznać depresję. „Objawami przypomina ona inne typowe choroby seniorów, np. mylona jest z zaburzeniami poznawczymi”, ostrzega dr Patryk Piotrowski, psychiatra Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, ekspertem centrum seniora Angel Care we Wrocławiu. Depresja kojarzona jest z melancholijnym nastrojem, pesymizmem i smutkiem. Powoduje zaburzenia snu, poczucie wewnętrznej pustki i wycofanie z życia społecznego. Chorzy tracą energię i motywację, mają obniżoną sprawność fizyczna, odczuwają bóle pleców, zaburzenia żołądkowo – jelitowe, są drażliwi, mają kłopoty z pamięcią, kołatanie serca, uczucie duszności, bóle i zawroty głowy. U osób po 65. roku życia te dolegliwości często traktowane są, jako zwykłe objawy starzenia, co nie jest prawdą. „Depresja u seniorów często mylona jest z zaburzeniami funkcji poznawczych albo jest przez nie maskowana” – twierdzi dr Patryk Piotrowski. Zwraca uwagę, że depresja u osób starszych jest bardziej niebezpieczna niż w przypadku osób młodszych. „Seniorzy zamykają się w domu, niektórzy przestają dbać o higienę, nie wstają z łóżka, szybko tracą siły, zarówno jedzą, jak i piją za mało. Taka sytuacja może szybko doprowadzić do drastycznego pogorszenia stanu zdrowia, a nawet do śmierci”, ostrzega dr Piotrowski. Z badań PolSenior wynika, że na depresję cierpi prawie 30 proc. osób powyżej 65. lat. Ryzyko tej choroby zwiększa wraz z wiekiem. Występuje ona u co czwartej osoby w wieku 65–79 lat i co trzeciej po 80. roku życia. Na depresję częściej chorują kobiety niż mężczyźni. „Kobiety zwykle wcześniej tracą partnerów, a samotność jest jedną z głównych przyczyn depresji. Panie silniej niż mężczyźni przeżywają, że dzieci zaczynają prowadzić własne życie” – wyjaśnia dr Patryk Piotrowski. U osób starszych bez względu na płeć ryzyko depresji zwiększa poczucie izolacji i wyobcowania („Nikt mnie już nie potrzebuje”). Sprzyja jej słaby kontakt z dziećmi, przejście na emeryturę, żałoba, pogorszenie sprawności ruchowej, związane z wiekiem pogorszenie funkcjonowania zmysłów, a także kłopoty z pamięcią i nieporadność. Według dr Piotrowskiego, depresji u seniorów sprzyjają również wcześniejsze zaburzenia psychiczne, szczególnie te, które nie były leczone albo nawet nie zostały rozpoznane. Bardziej zagrożone są również osoby cierpiące na choroby somatyczne, jak cukrzyca czy schorzenia sercowo-naczyniowe. Obniżenie nastroju mogą powodować również niektóre leki. W profilaktyce depresji duże znaczenie ma prowadzenie zdrowego stylu życia w średnim wieku. Ważne jest zapobieganie oraz wczesne wykrycie i regularne leczenie przewlekłych chorób sercowo-naczyniowych i układu oddechowego, schorzeń metabolicznych, w tym szczególnie cukrzycy. Zdaniem geriatry prof. Shlomo Noy, znakomitym antydepresantem jest wysiłek fizyczny. Wystarczy nawet 150 minut ćwiczeń tygodniowo, żeby utrzymać kondycję fizyczną oraz dobre samopoczucie. Warto pamiętać także o odpowiedniej diecie. „Każdy z nas starzeje się inaczej. Dużą rolę odgrywają predyspozycje genetyczne oraz przeżycia i doświadczenia, ale ogromne znaczenie ma również styl życia. Bądźmy aktywni, zarówno fizycznie jak i społecznie, spotykajmy się z ludźmi, rozwijajmy swoje zainteresowania”, radzi prof. Shlomo Noy wszystkim, którzy chcą zwiększyć swoje szanse na pogodną starość. http://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego/deresja-nie-rozpoznana-u-seniorow-mlodzi-lepiej-radze-sobie-z-derpesja-,artykul,1721439.html?utm_source=onetsg_fb_direct&utm_medium=onetsg_fb_styl&utm_campaign=onetsg_fb

23 luty – Dzień walki z depresją!

     
Barbara Pietkiewicz

 

21 kwietnia 2014
Raz w manii, raz w depresji
Dwubiegunowi
Ponad milion ludzi w Polsce żyje na huśtawce. Mania, depresja, mania. Często w komplecie z rozbłyskami talentów, kreatywnością, szczególnym potencjałem. Ale też – w parze z samobójstwem.
CHAD występuje nie rzadziej niż schizofrenia – do 5 proc. populacji.

Arman Zhenikeyev/Corbis

CHAD występuje nie rzadziej niż schizofrenia – do 5 proc. populacji.

W chorobie afektywnej dwubiegunowej (CHAD) w depresji płacze się rzadko.

Arno Burgi/dpa/Corbis

W chorobie afektywnej dwubiegunowej (CHAD) w depresji płacze się rzadko.

Na świecie połowa chorujących na CHAD w ogóle się nie leczy. Nie wiedzą, że są chorzy.

Lauri Rotko/Getty Images

Na świecie połowa chorujących na CHAD w ogóle się nie leczy. Nie wiedzą, że są chorzy.

  • U Anny zaczęło się na studiach. Poczuła to któregoś zwyczajnego dnia: jak wchodzi w grząski czarny muł bez dna. Nie płakała. W chorobie afektywnej dwubiegunowej (CHAD) w depresji płacze się rzadko. Jest kompletny paraliż zamiast łez. Anna nie była też w stanie wejść do wanny z wodą, a nawet odkręcić kranu. Paraliż rozciągał się także na mycie. I na jedzenie. Chudła, nie mogła wyjść po zakupy. W głowie, w klatce piersiowej, w brzuchu, w całym ciele – ból. – Nie taki rozsadzający, rwący, jak przy oparzeniu, lecz głęboko i boleśnie zatrzaśnięty w człowieku – mówi Stefania, która wiele lat była w zakonie, a w nim – jak w jakimś niebycie – z tym swoim CHAD. Można próbować przegonić ten czarny smutek, tnąc się i kalecząc. Ból fizyczny przykrywa wówczas ten drugi. Ale tamten nie daje się oszukać na długo. Bliscy Anny zabrali wszystkie ostre przedmioty z jej kawalerki. I tak pocięła się znów – długopisem. Poza tym przestała odbierać telefony, nie chce nikogo widzieć – bo śmierdzi. Depresja jest ślepa i węchowo nieczuła. Człowiek nie dostrzega też szansy na pomoc tam, gdzie można by ją zyskać. Tym razem jednak Anna podniosła słuchawkę. I tak trafiła do psychiatry.

Lekarz rozpoznał depresję. I zapisał antydepresanty. – Leki przeciw depresji w CHAD to jak dolanie benzyny do ognia – mówi prof. Bartosz Łoza ze Szpitala Psychiatrycznego w Tworkach. –Chadowiec szybuje na nich w górę jak wypuszczony z katapulty. Wchodzi w manię – drugi biegun choroby.

To problem społeczny. 60 proc. chorych leczonych w Polsce przez psychiatrów na depresję jednobiegunową choruje w istocie na CHAD – twierdzi prof. Janusz Rybakowski na podstawie badań przeprowadzonych w poznańskiej klinice. CHAD występuje nie rzadziej niż schizofrenia – do 5 proc. populacji. Atakuje między 20 a 30 rokiem życia, czasem – w dojrzewaniu i w dzieciństwie. A prof. Łoza dodaje, że dwubiegunowa jest jedną z najtrudniej rozpoznawalnych chorób psychicznych. Mijają często lata, nim chory dostaje w końcu właściwą diagnozę. Rzecz także w tym, że to w depresji, a nie w manii idzie się do lekarza. W manii się kwitnie.

 

Regina jest teraz w manii. Mówi szybko i gorączkowo. Chciałaby na Allegro kupić róże pustyni. Ma już kilka, lecz pragnie kolekcji. Gdzie można dostać natychmiast róże pustyni? Syn zabrał jej dowód osobisty, ale ona i tak pojedzie do Irlandii, do męża. Strumień słów.

Wstaje i nagle, bez słowa, wychodzi z kawiarni, w której się umówiła. Poniosło ją pewnie w stronę róż pustyni – ileż to roboty, żeby znaleźć się w Kairze. Podróże nie z tej ziemi robi się w manii. Prof. Łukasz Święcicki otrzymuje właśnie wiadomość, że pacjentka z Instytutu wyszła na spacer pod opieką matki do ogrodu i telefonuje, że jest w Portugalii. I ona naprawdę tam jest.

Jeśli nie ma za co wyjechać, weźmie się kredyt w banku. Załatwi pożyczkę i kupi sto zupełnie niepotrzebnych przedmiotów. W manii rozpoczyna się biznesy, zakłada i otwiera firmy, wnosi o rozwód, oświadcza się i zaręcza, nic nie jest niemożliwe. Bliscy, którzy usiłują powstrzymać to szaleństwo, są wrogami i trzeba im wykrzyczeć w twarz prawdę: wstrętni, zazdrośni, wredni, niegodziwi, tylko rzucają kłody pod nogi.

Zdobywca wszechświata mało śpi, bo szkoda czasu na sen, skoro tyle spraw jest w zasięgu ręki. Ale nie czuje zmęczenia. Mało je. W głowie ciągły huk. Wszystko jest do zdobycia, ale wszystko umyka: woda, której nie można wypić. W manii pragnie się też seksu, często nie do opanowania. Idzie się do łóżka z byle kim, bez lęku o skutki. „Przewidywalność, logika, to wszystko idzie w kąt. Jest tylko ekstaza, euforia” – pisze pacjentka prof. Święcickiego. Zachwycają dźwięki, kolory, olśnienia nie mają końca, dni biegną ku słońcu. „Mania jest obcą, napędzającą siłą, niszczycielskim płomieniem we krwi” – uważa Kay Redfield Jamison, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Hopkinsa, chora na tę chorobę, lecząca chorych na nią, uznana na świecie badaczka i autorka książek o CHAD.

Na świecie połowa chorujących na CHAD w ogóle się nie leczy. Nie wiedzą, że są chorzy. Po prostu – wpadają w dół, a potem się wykaraskują. Są bezwładni, a potem nagle robią się wredni. Mówi się, że mają trudny charakter – i tyle.

Moc

Jednak mania ze swej natury zarówno niszczy, jak i tworzy – pisze prof. Jamison. Gdyby nie faza manii, dwubiegunowy Krzysztof Kolumb nie podjąłby się szaleńczej podróży. Dawida Selznicka, słynnego producenta, przerosłoby zamierzenie sfilmowania „Przeminęło z wiatrem” (choć później w depresji zrezygnował z wszelkich finansowych praw do filmu). To w manii Ernest Hemingway pisał o walce starego człowieka z marlinem, a van Gogh malował „Gwiezdną noc” – fotografię swej choroby.

W chorobie dwubiegunowej typu drugiego, która przebiega łagodniej niż typu pierwszego, mania przybiera postać hipomanii – też łagodniejszej. Można sobie wyobrazić Emily ­Dickinson, jak owiana hipomanią pisze wiersze, a Robert Schumann zapełnia nutami partyturę. Psychiatrzy sądzą, że talent w CHAD rozbłyska, wyskakuje z ram konwencji i przyzwyczajeń, choroba jest mu paliwem. Chadowcom nieartystom, jeśli nie poniesie ich nazbyt wysoko w kosmos, zdarzają się także pomysły zdumiewająco kreatywne. Wariacko założona firma, ryzykowna strategia okazują się niespodziewanie strzałem w dziesiątkę.

No, a potem za manią się tęskni. Jak opowiada prof. Kay Jamison – za stanem nieopisanego piękna i cudownej gorączki uczuć, ekstazy, wybuchów wściekłego śmiechu do wschodów słońca – lub do przybycia policji. Nawet ona, jak mówi, odczuwa czasem szybko odpędzaną pokusę, żeby odstawić lek – węglan litu, który jej manię i depresję trzyma w jakich takich ryzach, nie zezwalając, by z tańca po pierścieniach Saturna spadła na sam dół depresji. Bo każdy z tych stanów – jak pisze – mógłby całkowicie zrujnować wszystko, co osiągnęła. Przyjaźnie, karierę naukową, publikacje, wykłady na uczelni. Zepchnąć głęboko w ponurą i przerażającą czerń.

Noc

CHAD bywa chorobą śmiertelną. Virginia Woolf, Sylvia Plath, Hemingway, van Gogh… Nawet więcej niż połowa podejmuje próby pozbawienia się życia, często powtarzane do skutku.

Stefania też próbowała. Do zakonu poszła w manii – została na 20 lat. Siostry uważały, że symuluje chorobę, żeby wymigać się od pracy. Pierwszą próbę samobójczą podjęła, gdy siostry wyjechały służbowo z klasztoru. Ale przełożona nagle wróciła, jakby czymś tknięta. Tylko ona wierzyła, że Stefania nie udaje.

Przed drugą próbą Stefania odbyła godzinną adorację w kościele. Przebrała się i umyła do trumny. Łyknęła proszki nasenne i były one zawodne. Jeszcze nie miała wprawy. – Chorzy często robią próby treningowe – mówi prof. Bartosz Łoza. –Sprawdzają, jak i co działa. Obmyślają plan.

Za trzecim razem Stefania już umiała się zabić, ale straciła pewność. Wzięła jednak za mało leków. Po tym ekscesie zakon już jej nie chciał. Teraz czeka na zwolnienie ze ślubów wieczystych. Mieszka u brata. Opiekuje się chorą, starszą osobą; syn tej pani, lekarz, wie, bo Stefania mu powiedziała.

Cięcie się, przedawkowanie leków, duże ilości opium, a w końcu nieudany skok pod pociąg. Tak to zwykle bywa. „Nie obchodzili mnie inni, nikt się nie liczył. Chęć samobójstwa była tak potężna, że przeważała nad rozumem” – wyjawia dziewczyna w książce Anity Młodożeniec „Listy o myślach samobójczych”. Inna wyznaje, że nawet nie pamiętała, jak i czym się pocięła i skąd wzięła alkohol, żeby popić tabletki. Nie pamięta się o dzieciach, mężu, o niczym. To jest jak amok.

Leki stępiające depresję i manię powstrzymują też pragnienie śmierci. Lecz dwubiegunowi rzadko mają trafne rozpoznania. A jeśli nawet – wiele może się zdarzyć, zanim lekarz dobierze metodą prób i błędów kombinację odpowiednich leków. Czasem są to wręcz całe apteki przećwiczone na sobie, bo każdy choruje trochę inaczej i różnie na leki reaguje. Część lekarstwa odstawia, tęskniąc do manii. – A może przyjść i taki moment – mówi Eliza – że mózg nie widzi już leków, jakby się dematerializowały. Był październik, piąta rano, gdy Eliza zaszła do sklepu po wodę i papierosy, choć nie były jej już do niczego potrzebne. Może personel powinien był zwrócić uwagę na kobietę z błędnym wzrokiem bladym świtem – ale nikt nic nie zauważył. Wysiadła z pociągu przy lesie. Przedarła się przez zarośla. Połknęła proszki, popiła alkoholem, straciła przytomność i nie odzyskała jej ani na chwilę, leżąc w krzakach przez trzy dni i trzy noce. Gdy się ocknęła, poszła na przystanek. Ktoś jej kupił bilet. Do mieszkania już nie mogła wejść – wyrzuciła klucze, miały być niepotrzebne. Sąsiad z klatki zadzwonił po męża. Po raz pierwszy widziała wtedy, jak on płacze.

Czasem zdarzają się też ratunki nieprzewidziane. Grażyna przygotowała sznur i szła na upatrzone miejsce. Droga prowadziła obok kaplicy. Organista, nie wiadomo po co o tej porze, grał Bacha – ukochaną fugę Grażyny. Wyrzuciła sznur.

Szczególnie często próbuje się samobójstwa po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego. Europejscy psychiatrzy ustalili, że ponad mękę depresji, ponad chaos manii niszcząco działa brak nadziei. Świadomość, że po manii znów przyjdzie depresja. Że znowu będzie się tęsknić za manią. I tak przez wieczność.

Śmiercią samobójczą giną częściej, o dziwo, chorzy z dwubiegunową typu drugiego. Najczęściej – cierpiący na CHAD z bardzo częstymi zmianami manii w depresję i na odwrót. A także doświadczający takich zmian, tej potwornej huśtawki, przemiennie w ciągu dnia: góra–dół, góra–dół, od rana do wieczora.

Cud

Więc CHAD oznacza ciągłą walkę z samym sobą o życie. Są sposoby. Można wysłać esemesa do lekarza, do terapeutki. Który/która nie leczy z choroby, ale uczy jej rozpoznawania, zwłaszcza manii. Niektórzy szczęśliwcy mogą mieć taki kontakt o każdej porze dnia i nocy. Lekarze, do których można dzwonić, pracują też w państwowych gabinetach. Mówią: proszę natychmiast do mnie przyjechać. Albo na łączach są tak długo, aż śmierć zostanie odpędzona. Ula mówi, że trzeba przede wszystkim opracować strategię pomocy dla siebie, bo za chwilę może być za późno. Czasem człowiek jest już gotów i nagle myśl: jeszcze nie. Albo – może już nie. Jedna dziewczyna z dwubiegunową wychodzi na dwór i tak długo okrąża biegiem blok, w którym mieszka, aż pragnienie samobójstwa minie.

W tych warunkach ukończenie studiów, zwłaszcza z CHAD typu pierwszego, jest czynem heroicznym. Dwubiegunowi pracują jednak zawodowo znacznie częściej niż chorzy na schizofrenię. „Nie muszę wysilać wyobraźni, by przypomnieć sobie miesiące nieustannej rozpaczy i wyczerpania lub potwornych wysiłków, które podejmowałam, by nauczać, czytać, pisać, badać pacjentów i podtrzymywać kontakty z ludźmi” – pisze Kay Jamison.

– Żenią się, wychodzą za mąż – mówi prof. Bartosz Łoza – choć dla rodziny dwubiegunowa jest chyba najtrudniejszą do zniesienia chorobą na świecie. Bywa, że tylko trwają przy sobie. Ci zdrowi – w ciągłym strachu przed dnem lub tajfunem. Choć nie można, żyjąc z dwubiegunowością u boku, nie wessać w siebie części tej choroby, nie współchorować: zdrowy nie jest z żelaza. Dwubiegunowi mężczyźni to czasem damscy bokserzy i często alkoholicy znieczulający wódką swój CHAD. Ale wiele par trwa przy sobie i ponoć nie rozchodzą się częściej niż inne małżeństwa.

Dwubiegunowość dopada ludzi w różnych grupach społecznych Jest najstraszniejsza, gdy przytrafi się samotnym, biednym, niewykształconym. Którzy nie wiedzą, że są chorzy, nie rozumieją, co się z nimi dzieje – mówi prof. Łoza. Miotający się, pogubieni, wyśmiewani, lądują na ulicy. Szukają w śmietnikach. Chorują bezradnie jak dzieci albo zwierzęta. Słychać tylko skowyt.

Uderz w depresję mocno i bezlitośnie – nie czekaj, że sobie sama pójdzie! – Sonda anonimowa!

Dobry wieczór. 🙂

Za oknem pogoda się radykalnie zmieniła i jest zimno, oraz pada deszcz. Ludzie są już ciepło poubierani i ulica się zmieniła na bardziej szarą. Nie ma co się okłamywać, bo czekają nas długie wieczory, a dzień bardzo się skrócił i ciemność widzę już o 19 godzinie.

To jest taka pora, kiedy zamykamy się w sobie i przygotowujemy  na przeczekanie z hasłem – aby do wiosny, a mnie udało się zrobić sporo jesiennych zdjęć, ale może jeszcze się rozpogodzi i będzie okazja zrobić ich więcej.

Trzeba na jesienne wieczory coś dla siebie znaleźć, aby zapełnić długie wieczory i metod są dziesiątki.

Jedni czytają namiętnie książki, inni oglądają hurtowo seriale, a jeszcze inni coś tam swojego tworzą, ale są i tacy, którym ta pora nie służy i wpadają w dołki, chandry i depresje.

Zmierzam do tego, że dziś obejrzałam program wspomnieniowy o dawnym zespole „2+1”, w którym śpiewała prześliczna, a może nawet przepiękna Elżbieta Dmoch.

Tak sobie pomyślałam, że wielka szkoda, że zniknęła tak utalentowana piosenkarka i wpadłam do sieci w jej poszukiwaniu, a to dlatego, że zawsze ludzi ciekawi i mnie też, jak potoczyły się losy naszych ulubieńców z estrady i pierwszych stron gazet.

Pamiętacie z pewnością Elę Dmoch, taką zalotną, śliczną i pełną życia na scenie piosenkarkę, która wraz z zespołem porywała tłumy, a jej piosenki od razu były hitami na naszych ogniskach, wypadach, prywatkach.

Ile dziewczyn chciało tak się czesać i ubierać jak Ela, ponieważ zawsze miała na sobie coś oryginalnego i odlotowego.

Jesień sprzyja stanom depresyjnym, ale w depresję potrafi też wpędzić nieudana miłość, o której teraz się mówi – toksyczna.

Elżbieta Dmoch zakochała się bardzo nieszczęśliwie w liderze zespołu – Januszu Kruku. On zostawił dla niej żonę i dziecko, a sama Ela bardzo młodziutka 17 letnia dziewczyna, oddała mu swoje serce i oddała się tej miłości bez reszty.

Może to był błąd, że rozbiła rodzinę, a może po prostu ulokowała swoje uczucie w niewłaściwym facecie. Janusz był rozrywkowym facetem, lubiącym imprezować, a takie są wspomnienia o tym związku:

 „Drzwi się tam nie zamykały, przyjaciele do nich lgnęli” – wspomina na łamach „Na żywo” Maria Szabłowska. „

Ludzie po kątach Internetu piszą, że Ela z mężem zażywali zbyt wiele narkotyków, a i alkoholu nie brakowało i to mogło być przyczyną rozpadu tego związku.

Pisze się, że Janusz zaczął ją notorycznie zdradzać, a ona nie mogła się z tym pogodzić, bo kochała za bardzo.

Po śmierci męża, który zmarł na zawał, ona jeszcze trochę koncertowała, ale już prawie 20 lat nie ma jej na scenie i usunęła się całkowicie w cień.

A tak pięknie śpiewała, aby pomalował jej świat, a jej świat stał się szaro – bury i paparazzi od czasu do czasu pokazują jej zdjęcia w bardzo niekorzystnej odsłonie.

Ela podupadła na zdrowiu i żyje jak nędzarka. Nie oceniam jej wyglądu, bo jest już panią po 60-tce i widać na zdjęciach, że wycierpiała bardzo wiele. Widać chorobę i widać, że jest całkowicie w innym świecie i wiecie co sobie pomyślałam:

Pomyślałam sobie, że z pewnością jest wśród kobiet, a nawet mężczyzn wiele osób, którzy nigdy nie pogodzili się z rozpadem związków i nie potrafili oddzielić życia prywatnego, od pracy, pasji i nagle wszystko się zawaliło, bo nie potrafili się podnieść i iść dalej.

Bardzo mi szkoda takich ludzi, choć niezbadana się ludzka psychika i pamiętajcie, że jeśli się pojawią takie symptomy:

Objawy depresji:
obniżenie nastroju
złe samopoczucie
ciągłe zmęczenie
brak radości z życia
apatia
drażliwość i lęk
duże napięcie emocjonalne
objawy somatyczne (bóle głowy, brzucha itp.)
zaburzenia snu (bezsenność lub nadmierna senność)
zmniejszenie zainteresowań
mniejszy apetyt
spadek koncentracji
poczucie niskiej wartości
myśli i czyny samobójcze
pesymistyczne myślenie

Nie czekajcie i idźcie do lekarza, bo żaden z objawów nie ma prawa Was trzymać dłużej niż dwa tygodnie. Nie wstydźcie się i ratujcie za wszelką cenę. Jest teraz bardzo dużo nowoczesnej medycyny w psychiatrii i jest tylko kwestia dobrze dobranego leku. Można wyjść z depresji i można z nią żyć, ale trzeba o siebie walczyć z całych sił i tego życzę wszystkim skłonnym do obniżonego nastroju. 

To tyle jesiennych rozważań.

Piszesz mi w liście, że kiedy pada, 
Kiedy nasturcje na deszczu mokną, 
Siadasz przy stole, wyjmujesz farby 
I kolorowe otwierasz okno. 

Trawy i drzewa są takie szare, 
Barwę popiołu przybrały nieba. 
W ciszy tak smutno, szepce zegarek 
O czasie, co mi go nie potrzeba. 

Więc chodź, pomaluj mój świat
Na żółto i na niebiesko, 
Niech na niebie stanie tęcza 
Malowana twoją kredką. 

Alkohol i depresja, to dobre przyjaciółki

Dwie Grażyny, imienniczki i koleżanki ze szkoły podstawowej spotkały się po 30 latach na jednym z wesel. Nie wiedziały, że się spotkają, ale na swój widok bardzo się ucieszyły i wycałowały po tylu latach.

Zawsze się lubiły i jak to się mówi odbierały na tych samych falach. Obie jeździły na te same obozy harcerskie organizowane przez szkołę i obie czuły się jak ryba w wodzie na tych samych wycieczkach, ale kiedy skończyła się szkoła podstawowa, ich drogi się rozeszły na wiele długich lat.

Obie znam i znam pokrótce ich życiorysy i pozwolę sobie je opisać, a były bardzo tragiczne. Nazwijmy jedną Grażynę – singielką, a drugą – mężatką.

Singielka nigdy nie wyszła za mąż, a to nie znaczy, że nie była zakochana. Była zakochana śmiertelnie w fajnym chłopaku, takim, który podobał się wszystkim dziewczynom. Był pełen humoru, zalotny, uczynny, zabawny i singielka nie widziała świata bez niego.

Zamieszkali razem w jej mieszkaniu, które zajmowała tylko ze swoim starszym ojcem. Było im fajnie i kochali się strasznie, ale to był taki czas, że finansowo nie bardzo im się powodziło, a więc kiedy tylko nadarzyła się okazja, chłopak, a może bardziej narzeczony wyjechał na zachód, aby zarobić trochę grosza.

Tęskniła za nim strasznie i kiedyś otrzymała straszną wiadomość, że jej chłopak zginął w Paryżu, bo jakiś morderca wsadził mu nóż w pierś.

To był dla singielki wielki cios. Rodzice chłopaka pochowali go na miejscowym cmentarzu i ona na tym cmentarzu była codziennie i codziennie przynosiła świeże kwiaty.

Zaczęła pić z rozpaczy, bo nie radziła sobie ze stratą. Piła dużo, bardzo dużo i nawet w pracy potrafiła wypić po kryjomu piwo, albo małą wódkę, schowaną w torebce. Dyrekcja przymykała oko, bo była lubiana i starała się, ale kiedy przestała przychodzić do pracy, to dano jej ostrzeżenie.

Potem zachorowała jej mama, która rozeszła się z jej ojcem i ona skupiła swoją uwagę na matce, chorej na raka. Było jej strasznie ciężko, bo była w tym wszystkim sama, a do tego umarł jej ojciec.

Piła, kiedy opiekowała się beznadziejnie chorą mamą, pracowała, ale to wszystko zaczęło ją przygniatać i kiedy mama zmarła, to sprzedała jej mieszkanie i wszystkie pieniądze poszły na przelew. Poznała nieciekawe towarzystwo, które wyczuło u niej pieniądze i balowali do nieprzytomności. Stawiała i miała gest i nie zorientowała się kiedy kasa była pusta, bo towarzystwo wyssało z niej ostatni grosz.

Piła jednak wciąż i kiedy dyrekcja w pracy dała jej dyscyplinarkę, też się nie otrzepała, mimo, że nie miała pieniędzy, ale jakoś kombinowała, aby mieć chociaż na piwo.

Poznała faceta i z nim zamieszkała, a on też pił i tak dwie dusze, prawie stracone przeżyły ze sobą 10 lat, a na stole zawsze był alkohol.

Jej zachowanie doszło do jej brata, który od lat pracował za granicą. Przyjechał i zorganizował jej pomoc medyczną i wysłał na leczenie. Jedno nie pomogło, wysyłał na następne i tak do skutku. Zorientowała się, że była na dnie i dlatego poddała się tym torturom psychologów, a kiedy leczenie się skończyło, to tylko brat zorganizował jej pracę przez Internet i na tym zakończę jej historię.

Przejdźmy do mężatki o imieniu Grażyna.

Wyszła za mąż zaraz po szkole średniej. Zakochała się w ślicznym chłopaku, a on pokochał ją. Oboje nie mieli szczęśliwego dzieciństwa, bo w domach był alkohol i dlatego chcieli stworzyć swoją rodzinę z dziećmi oczywiście.

Ona śliczna i on przystojny i wszyscy mówili, że do siebie pasują jak żadna para. Niektórzy nawet myśleli, że są rodzeństwem, bo tak byli do siebie podobni.

Urodziła mu dwóch chłopców, bliźniaków i starała się ile sił, aby pogodzić pracę i wychowanie dzieci. On też jej pomagał, ale był policjantem i mało było go w domu, a więc wszystko spadło na nią. Pranie, zakupy, choroby dzieci, ale dawała z siebie 100% normy.

Dowiedziała się, że inna kobieta zaszła w ciążę z jej mężem. Nie chciała wierzyć, bo mówiła, że to są ewidentne ploty, ale badanie wykazało, że niestety, ale jest to prawda.

Załamała się totalnie i aby przetrwać, aby przebaczyć, sięgnęła po alkohol, ale nie zarywała pracy i nie zaniedbywała wychowania chłopców. Kiedy wypiła była bardziej dokładna w sprzątaniu i porządkach i bardziej ciekawie czytała dzieciom bajki. Była kreatywna i sama polubiła wieczorną porcję alkoholu, bo była to dla niej nagroda za cały zabiegany dzień i reset.

Piła długie lata i radziła sobie. Piła, kiedy wieczorem wymykała się z domu, by szpiegować męża, czy znowu jej nie zdradza. Brała ze sobą alkohol, kiedy dzieci spały i mówiła sobie, że w końcu nakryje go na zdradzie.

Wpadła w obsesję, aż w końcu organizm zastrajkował i piła więcej, bo zaczęła cierpieć na bezsenność, a więc dalej piła, by zasnąć i się obudzić, by pójść do pracy.

Nie piła w pracy, ale po pracy pierwsze jej kroki były w kierunku sklepu monopolowego. W końcu straciła nad sobą kontrolę i pewnego wieczoru okradli ją w parku z resztek pieniędzy. To było to dno i postanowiła iść na odwyk, który trwał pół roku.

Mąż  się nią interesował i odwiedzał, a dziećmi opiekowała się jej mama. Kiedy opuściła ośrodek postanowiła złożyć papiery rozwodowe i już nigdy nie sięgnęła po alkohol. Nie chciała dalej tak żyć.

Wesele, jak wesele. Orkiestra grała weselne kawałki i wiara świetnie się bawiła. Co trochę wznoszono toasty z okrzykami – gorzko, gorzko, a dwie Grażyny siedziały obok siebie i wznosiły toasty sokiem owocowym i wcale gorzej się nie bawiły od innych gości!

Ja to widziałam i Wam opowiedziałam. 🙂