Archiwa tagu: depresja

Depresja!

Wiele razy pisałam na blogu, że chorowałam, a może i dalej choruję na depresję i mam ataki paniki.

Wczoraj wybrałam się na spacer. Pierwszy raz po śmierci matki, a minęło już 6 miesięcy.

Wieczór był cudny i mało ludzi na ulicach, a ja po zrobieniu kilku zdjęć czym prędzej chciałam wrócić do domu, do mojej oazy spokoju.

Zmęczyłam się, bo szłam szybkim krokiem, aby jak najszybciej być w domu.

Zrozumiałam, że wciąż mam wątpliwości, czy nadaję się do życia na zewnątrz, skoro dopadają mnie lęki.

Rodzina mi zarzuciła, że w pewnym momencie 4 lata nie odwiedziłam swojej matki, ale rodzina nie zainteresowała się ani na jotę, dlaczego tak się stało?

Stało się więc tak, że mnie matka wydziedziczyła, bo miała tylko jedną córkę!

Nie zauważyła, że potrzebowałam pomocy!

Siedziałam w tamtym okresie w domu, albo leżałam i zastanawiałam się jak mam dalej żyć, skoro wszystkiego się bałam.

Zawsze byłam smutna, bo ojciec alkoholik wyprał ze mnie poczucie wartości i czułam się gorsza od swoich koleżanek, które pytały mnie w szkole średniej dlaczego jestem taka smutna.

Tak byłam smutna, bo czułam się od nich gorsza po prostu – stygmatyzowana alkoholizmem ojca.

Potem w życiu dorosłym wiele rzeczy poszło nie tak i się zwyczajnie załamałam.

Położyłam się do łóżka na wiele miesięcy i nie potrafiłam się pozbierać, by czerpać z życia wszystko, co najlepsze.

Poszłam do lekarza, bo miałam myśli samobójcze, które się dokonały, ale mnie uratowano.

Przepisywane leki były źle dobrane i cierpiałam jeszcze bardziej i czułam się źle wciąż.

Funkcjonowałam jakoś tylko dlatego, że miałam dzieci, ale faszerowałam się psychotropem, który przez 20 lat jakoś trzymał mnie w ryzach, ale organizm się zbuntował i wylądowałam na detoksie!

Przez 7 tygodni przeżywałam horror, ale jako tako z tego wyszłam.

Potem pojechałam na 3 miesięczną psychoterapię i od razu zauważyłam tam, że były tam osoby faktycznie chore na depresję, ale i byli kombinatorzy, którym zależało na papierku potrzebnym do uzyskania renty!

Nikomu na świecie nie życzę depresji, która zbiera coraz większe żniwo, bo nawet dzieci myślą o samobójstwie, gdyż tak bardzo są zagubione we współczesnym świecie.

Z depresji nie można się wyleczyć, a co najwyżej ją zaleczyć, co pozwala w miarę żyć!

Ja to wiem, bo wczorajsze uczucie lęku na spacerze uzmysłowiło mi, że jestem na pograniczu, kiedy w swojej ostoi jestem bezpieczna i nie wolno mi się denerwować, bo serce chce wyskoczyć i informuje, że tylko spokój może mnie uratować!

Przeczytajcie świadectwa ludzi dotkniętych depresją, bo ile bólu jest w tych zwierzeniach i nigdy nie można tym ludziom powiedzieć – weź się w garść, bo to jest krzywdzące!

Piszę o tym tak szczerze, bo pisanie mi pomaga przetrwać!

„Chyba przerosło mnie zwykłe życie”. Historie depresji pokazują, z czym mierzą się ludzie na całym świecie.

  • Ludzie z depresją muszą cały czas mierzyć się z tym, że inni nie uznają ich za chorych. Tak jakby wymyślili sobie chorobę, żeby przykryć, że są po prostu smutni i leniwi. A to przecież choroba, która finalnie prowadzi do śmierci. Tyle, że samobójczej – mówi Andrzej, jeden z bohaterów naszej akcji #NOTJUSTAMOOD. Historie naszych czytelników z Polski, Serbii, Węgier, Niemiec i Słowacji pokazują, że depresja ma wiele wcieleń i objawów, a jej bagatelizowanie może mieć tragiczne skutki.

Leczę się z depresji, a jednocześnie bardzo kocham życie – Ewa, 25 lat, Polska  

Prawdopodobnie jestem ostatnią osobą, jaką ktokolwiek podejrzewałby o depresję. Jestem towarzyska, pełna energii i pomysłów. Ale czasem tak się zdarza, że osoba, która najwięcej się uśmiecha, kryje w sobie najcięższe tajemnice. Miałam naście lat, gdy mój ojciec zaczął pić. Moja rodzina straciła dom, a ja na zawsze wewnętrzną równowagę. Nawet psa musiałam oddać do schroniska. Przez te wszystkie lata radziłam sobie z traumami dzieciństwa bez leków i terapii, bo miałam chłopaka, który był dla mnie wsparciem. Rok temu odszedł. Straciłam nie tylko miłość, ale przede wszystkim jedyną osobę, przy której czułam się bezpiecznie, której mogłam się wygadać i wypłakać. Gdy go zabrakło, nic już nie chroniło mnie przed „czarną dziurą”. Mimo że mam wielu znajomych, nikomu nie mogłam już powiedzieć, jak podle się czuję. Przestałam jeść i spać, ale do psychiatry poszłam dopiero, gdy zaczęłam mieć fantazje, że rzucam się z mostu. Wiem, że tak naprawdę nie chcę się zabić, że to choroba we mnie podsuwa mi takie myśli. Mam depresję i leczę się na nią, a jednocześnie kocham życie i kocham to, co robię w życiu. Leki stabilizują mnie i dają mi pewność, że jestem bezpieczna sama ze sobą. Będę brać je tak długo, aż zyskam całkowitą pewność, że chęć życia jest silniejsza niż myśli samobójcze.

Pomoc jest potrzebna, trzeba ją przyjąć i zaakceptować siebie na nowo – Carmel Paradise, 21 lat, piosenkarka, Słowacja

Nie miałam pojęcia, że to jest depresja, bo miałam tylko 12 lat. Czułam się źle, miałam ataki paniki. O tym, że jestem w depresji dowiedziałam się, gdy jako 15-latka próbowałam popełnić samobójstwo. Gdy wychodziłam ze szpitala, w raporcie przeczytałam, że mam depresję, zaburzenia lękowe, ataki paniki i zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Może to dziwne, ale ucieszyłam się – w końcu zrozumiałam, kim jestem i dlaczego tak się czułam, wiedziałam, jak nad tym pracować. Początkowo byłam przerażona wizją wyzdrowienia, lekarze powiedzieli, że „to minie i będzie lepiej”, ale nie wiedziałam co to znaczy i czy odnajdę się w tej „nowej ja”. Dziś wiem, że pomoc jest potrzebna, trzeba ją przyjąć i zaakceptować siebie na nowo.

Zatapiałam się w nienawiści do siebie – Carlotta Pollmann, 21 lat, blogerka modowa, Niemcy

Historia mojej choroby zaczęła się, gdy miałam 14 lat. Powoli zdałam sobie sprawę z emocji, o których wcześniej nie miałam pojęcia: czułam albo pustkę, albo ból. Zaczęłam więc szukać drogi wyjścia z tych dwóch stanów. Najpierw nożyczki, potem sięgnęłam po nóż, a w końcu żyletki. Oczywiście, nie były to zdrowe sposoby radzenia sobie z moimi uczuciami, ale nie widziałam lepszego rozwiązania. Stałam się zależna od bólu i uczucia ulgi, która się z nim wiązała. Z czasem małe zadrapania stały się głębokimi cięciami, a raz w tygodniu zamieniło się w trzy razy dziennie. Samookaleczenie było dla mnie jedynym sposobem na chwilę spokoju. Cięłam się, gdy wpadałam w pustkę, bo ból i krew sprawiały, że znów czułam, że żyję. Cięłam się, gdy dopadał mnie wewnętrzny ból, bo ten fizyczny łatwiej było znieść niż to, co działo się we mnie. Samookaleczenie jest uzależnieniem i jak każdy nałóg daje ulgę tylko na chwilę, a potem jest tylko gorzej. Żałowałam tych cięć, zatapiałam się w nienawiści do siebie i znów się cięłam. To było błędne koło, z którego bardzo trudno było mi się wyrwać. Udało się dzięki pomocy rodziny, przyjaciół, niezliczonych terapii, ale przede wszystkim mojej własnej woli. Od kilku lat jestem wolna od samookaleczeń i akceptuję swoje depresje. Nauczyłam się o tym rozmawiać i radzić sobie z bólem w zdrowy sposób.

 

Depresja nie przyszła nagle, bardzo długo na nią pracowałam – Marta, 38 lat, redaktorka Noizz, Polska

W swoje 35. urodziny nie wstałam z łóżka, ale depresja nie przyszła nagle, bardzo długo na nią pracowałam. Tego dnia moje ciało zrozumiało, że nigdy sama niczego nie zmienię i to ono zdecydowało za mnie. Wcześniej zignorowałam wszystkie sygnały – trwającą dwa lata bezsenność, narastające ataki paniki, natrętne myśli samobójcze. Gdy nie mogłam spać – biegałam, gdy myślałam, żeby się zabić – zatapiałam się w pracy, gdy przestałam rozumieć, co czytam – powtarzałam jedno zdanie tyle razy, aż jego treść dotarła. Czułam, że jestem chora, ale robiłam wszystko, żeby nie przyznać, że mam depresję. To oznaczałoby, że nie jestem dość fajna, że nie doceniam tego, co mam, że nie daję rady. Gdy złamiesz nogę – to widać, ale jak wytłumaczyć innym, że łamiesz się w środku? Gdy nie dało się już dalej tego ukrywać, dziewczyna znalazła mi psychiatrę. Dostałam zwolnienie z pracy na miesiąc i leki, po których spałam ponad 12 godzin na dobę i czułam się gorzej, niż przed wizytą u specjalisty. Byłam totalnie „odcięta” od rzeczywistości – nic nie mogło mnie ani zdenerwować, ani ucieszyć. Lekarz sam nie był pewny czy to “zwykła” depresja, czy choroba afektywna dwubiegunowa. Zmieniał leki, a ja brałam kolejne zwolnienia. Miałam szczęście, bo byłam na etacie, a szefowa podeszła do mojej choroby z pełnym zrozumieniem. Co bym zrobiła, gdybym, jak większość moich znajomych, nie miała takiego zabezpieczenia? Po 4 miesiącach wróciłam do pracy, leki odstawiłam po ponad roku. Równolegle z antydepresantami zaczęłam psychoterapię. To bardzo drogi sposób, ale po trzech latach nadal tam chodzę, żeby nie stracić równowagi.

Zdrowia psychicznego nie odzyskuje się z dnia na dzień – Sara, 40 lat, Węgry

Nie byłam pierwszą osobą w rodzinie, która zachorowała na depresję, wśród moich bliskich były nawet próby samobójcze, więc gdy pojawiły się pierwsze objawy od razu poszłam do psychoterapeuty. Na terapii przepracowałam traumy z dzieciństwa – anoreksję, złe relacje, ale przede wszystkim śmierć taty. Myślę, że moja depresja jest silnie związana z jego odejściem. Uciekałam w alkohol, który – mimo że był tylko substytutem – dodawał mi energii i pomagał przezwyciężyć pustkę. Nie chciałam żyć, ale nie myślałam o samobójstwie, bo sama mam dziecko i czułam się za nie odpowiedzialna. Nie mogłam go zawieść. W końcu zdecydowałam się na leki antydepresyjne, ale to też nie było proste rozwiązanie, bo leki dobiera się metodą prób i błędów. Po niektórych byłam agresywna, inne za bardzo mnie usypiały. Minął rok zanim udało nam się z lekarzem dobrać odpowiednie tabletki. To ważne, by chorzy mieli świadomość, że zdrowia psychicznego nie odzyskuje się z dnia na dzień. U mnie pierwsze pozytywne efekty pojawiły się dopiero po kilku miesiącach farmakoterapii. Dziś mogę już spotykać się ze znajomymi, często się śmieję, mniej martwię się o niepotrzebne sprawy i nie towarzyszy mi ciągły niepokój, ale to nie znaczy, że jestem w pełni zdrowa. Nadal obserwuje siebie, żeby mieć pewność, że w przyszłości poradzę sobie bez leków.

Przez lata starałem się być kimś, kim nie byłem – Sebastian Goddemeier, 25 lat, dziennikarz Noizz, Niemcy

Mój pierwszy atak paniki miał miejsce w 2016 roku. Miałem 22 lata. Tego dnia zdiagnozowano u mnie guz w lewym płucu. Obwód: osiem centymetrów.

Wieczorem siedziałem w barze z przyjaciółmi, piłem tylko wodę. W pewnym momencie ściany wydawały się zbliżać, muzyka stała się nieznośnie głośna, nie mogłem oddychać. Wyszedłem na zewnątrz, usiadłem na chodniku i nie mogłem uwierzyć w to, co się ze mną dzieje. Tak wygląda atak paniki.

Wróciłem do domu i tłumaczyłem sobie, że to nic, tylko muzyka była za głośna i zrobiło mi się słabo. Ale gdy zasypiałem, moje serce nagle zaczęło bić jak dzikie, ścisnęło mnie w klatce piersiowej, a w głowie pojawiła się natrętna myśl, że zaraz umrę. Zadzwoniłem po karetkę, w szpitalu podano mi Tavor (Lorazepam – przyp. red.), silny lek przeciwlękowy, po którym czujesz się jak pusta skorupa i śpisz cały dzień.

W międzyczasie pomyślnie przeszedłem operację płuc, guz wycięto, ale panika pozostała. Przez dwa lub trzy lata zmagałem się ze strachem. Ataki paniki pojawiały się coraz częściej – w biurze, w metrze, w trakcie ćwiczeń, w domu, w Boże Narodzenie. W pewnym momencie bałem się już nawet samego strachu. Żeby go nie czuć, odurzałem się alkoholem. Jednocześnie wstydziłem się moich ataków i nie chciałem nikomu wyjaśniać co się ze mną dzieje, zwłaszcza w pracy.

Po operacji płuc zacząłem psychoanalizę. Trzy razy w tygodniu leżałem na kozetce i opowiadałem o swoich stanach. Dzięki terapii zdałem sobie sprawę, że przez lata starałem się być kimś, kim nie byłem. Lęk często pojawiał się, gdy traciłem kontakt ze sobą i odwracałem uwagę od swoich uczuć i nie słuchałem intuicji. By lepiej poznać siebie w 2018 roku przestałem pić alkohol.

Dziś mogę powiedzieć, że jestem bardziej sobą niż kiedykolwiek, ale to nie znaczy, że jestem całkowicie wolny od lęków. Benedict Wells napisał: „Trudne dzieciństwo jest jak niewidzialny wróg: nigdy nie wiadomo, kiedy uderzy”. Tak samo jest z paniką.

Samookaleczenie nie przyniosło oczekiwanej ulgi – Judit, 25 lat, Węgry

Miałam 22 lata, kiedy pojawiły się pierwsze objawy depresji. Wszystko zaczęło się od poczucia samotności, a właściwie wyobcowania. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść. Wykonanie codziennych czynności sprawiało mi olbrzymią trudność. Depresja i paniczny lęk doprowadziły mnie do jedynego rozwiązania – zaczęłam sama siebie krzywdzić. Myślałam, że fizyczny ból pozwoli łatwiej znieść to, co czuję w środku. Ale samookaleczenie nie przyniosło oczekiwanej ulgi. Czułam się jeszcze gorzej, bo w ten sposób krzywdziłam nie tylko siebie, ale także całą moją rodzinę. Dotarło do mnie, że potrzebuję pomocy. Psycholog skierował mnie do psychiatry, a ten dał mi leki psychotropowe. Farmakoterapia wzmocniła mnie na tyle, że mogłam odstawić tabletki już po czterech miesiącach, ale na terapię chodziłam ponad rok. Gdy czułam się już w miarę stabilnie, postanowiłam wyjechać na trzy miesiące do Stanów, zmiana otoczenia bardzo mi pomogła, wróciłam do domu silniejsza i spokojniejsza.

Przerosło mnie zwykłe życie – Olja, 17 lat, Serbia

Zaczęło się od bólu w klatce piersiowej i dławienia się, potem doszły lęki, niepokój, bóle mięśni, w końcu myśli samobójcze. Na początku płakałam codziennie, potem już nawet na to nie miałam siły. Dlaczego? Chyba przerosło mnie zwykłe życie – kłótnie z rodzicami, rozstanie z chłopakiem, próba gwałtu, śmierć babci. Do tego styl życia, któremu nie obce były alkohol i narkotyki. Depresja zaczęła się prawie rok temu. Rodzice od razu zauważyli zmianę i zachęcali mnie, żebym poszła do psychologa. Na początku ich nie słuchałam, nie zdawałam sobie sprawy, że mój stan jest tak poważny, ale też nie wierzyłam, że ktoś może mi pomóc. Trafiłam do lekarza, gdy nie mogłam już zrobić niczego koło siebie, nawet wstać z łóżka. Psychiatra od razu dał mi leki. To była dobra decyzja, bo dość szybko poczułam poprawę. Zaczęłam trenować i sport do dziś bardzo mi pomaga. Biegam, mam grono zaufanych osób, z którymi spędzam czas. Nie powiedziałabym, że jestem w pełni zdrowa, ale kontynuuję leczenie i czuję, że jest mi o wiele lepiej.

Depresja poporodowa po prostu mnie “złamała” – Umelkyňa Denisa, Słowacja

Odkąd skończyłam 12 lat, byłam “dziwna”, spięta, zdemotywowana, apatyczna. Dopiero w szkole średniej pomyślałam, że to może być depresja. Myśli, że do niczego się nie nadaję, że nikt mnie nie lubi, że nie mam żadnej wartości stały się tak natarczywe, że paraliżowały mnie. Rodzice widzieli, że mam problemy, ale ignorowali je. Sama je ignorowałam, aż do pojawienia się dziecka. Depresja poporodowa po prostu mnie “złamała”, wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym, gdy moje dziecko miało zaledwie 2,5 miesiąca. Spędziłam tam cztery tygodnie, lekarze zdecydowali, że najlepszą metodą dla mnie będą elektrowstrząsy, bo one przynoszą najszybszą poprawę. Sześć zabiegów postawiło mnie na nogi.

Na terapię poszedłem o 5 lat za późno – Paweł, 25 lat, Polska

Myślę, że pewna melancholia jest niejako „wbudowana” w mój system. W liceum jarałem się tym, że jestem smutny. Pewnie już wtedy zamiast programować w sobie, że smutek jest fajny i twórczy, powinienem się udać na pierwszą konsultację psychologiczną, bo z biegiem lat przestałem kontrolować moje lęki. Kryzysy przychodziły falami, trwały dwa-trzy miesiące, a później jakoś udawało mi się wyjść z dołka. O ile nie miałem problemów z codziennym funkcjonowaniem, coraz trudniej szło mi kontaktowanie się z otoczeniem: ludzie wydawali mi się wrogami, panicznie bałem się zabierać głos na zajęciach, mimo że naprawdę miałem dużo do powiedzenia. Zasypiałem i budziłem się z lękiem.

Cudem skończyłem studia; zacząłem unikać imprez, bo zabawianie ludzi i ciągłe zastanawianie się czy jestem odpowiednio fajny było dla mnie zbyt trudne. Pozwoliłem, by paraliżujący stres zdominował moje życie, z czasem pojawiał się już nawet wtedy, gdy teoretycznie znajdowałem się w bezpiecznych warunkach. Niedawno poszedłem do lekarza, ale znalezienie odpowiedniego terapeuty też zajęło mi bardzo dużo czasu. Możecie się domyślić, że dzwonienie do przychodni i chodzenie po lekarzach to nie jest ulubiona czynność osoby, która jest w depresji. Szczególnie, gdy na terapię zapisujecie się jakieś 5 lat za późno. Teraz chodzę prywatnie na terapię indywidualną, a lekarkę otrzymałem z polecenia od zaufanej osoby. Gdyby nie to polecenie, pewnie nadal byłbym bez terapii.

Mam nerwicę. Terapia mi pomaga, bo uświadamia mi, że nie jestem z moimi lękami sam. Terapeutka poleca mi środki farmakologiczne, myślę, że wkrótce skorzystam z jej rady, bo przeczytałem, że permanentny stres i nerwica powoduje zmiany chemiczne w mózgu.

#NOTJUSTAMOOD – rozmawiajmy o depresji

W Noizz chcemy wyraźnie powiedzieć, że depresja to poważny temat, którego nie można ignorować. Mamy nadzieję, że dzięki akcji #NOTJUSTAMOOD zaczniemy rozmawiać o leczeniu otwarcie: bez tabuizowania i stygmatyzowania chorych, bez porad w stylu “weź się w garść” albo “spróbuj się uśmiechnąć”. Będziemy pokazywać temat zdrowia psychicznego z różnych perspektyw, mówić o tym, że warto sięgać po pomoc specjalistów. Przez następne miesiące będziemy rozmawiać z ekspertami oraz osobami cierpiącymi na depresję. Będziemy publikować wywiady oraz osobiste historie ludzi z Polski, Niemiec, Słowacji, Serbii i Węgier, czyli krajów, w których jesteśmy obecni. Jeśli chcesz się podzielić swoją historią, opisać swoje doświadczenia ze zmaganiami z depresją lub opisać historię znajomego, napisz na notjustamood@noizz.pl

*

Jeśli czujesz, że jesteś w ciężkiej sytuacji i potrzebujesz porozmawiać z psychologiem, nie czekaj i porozmawiaj ze specjalistą całodobowego Centrum Wsparcia800 70 2222. Numer jest bezpłatny. Możesz również wysłać maila lub porozmawiać na chacie. Jeśli jesteś dzieckiem zadzwoń pod (również bezpłatny i anonimowy) numer przeznaczony dla nieletnich: 116 111.

https://noizz.pl/not-just-a-mood/depresja-historie-ludzi-ktorzy-zachorowali-objawy-depresji-notjustamood/0bfkxxw

Reklamy

Depresja!

Znalezione obrazy dla zapytania depresja

 

Co to jest depresja, a więc garstka wiedzy z netu!

Depresja
Depresja to temat mało wdzięczny i mało medialny, dlatego nieczęsto się o niej mówi. A szkoda, bo zdaniem lekarzy depresja jest jak grypa: może się zdarzyć każdemu.
Depresja to zaburzenie psychiczne wymagające specjalistycznego leczenia. Charakterystyczne jest dla niej występowanie objawów i ich utrzymywanie się przez dłuższy czas. Powodem do niepokoju jest nie tyle przygnębienie, a jego wpływ na codzienne życie, które nagle zostaje zaburzone. Osoby z depresją przez cały czas odczuwają smutek, który z dnia na dzień zaczyna ich coraz bardziej zmieniać. Przygnębienie to często nie ma konkretnej przyczyny. Tak po prostu nasze życie zaczyna być szare, pozbawieni zostajemy energii życiowej, występują kłopoty z najprostszymi czynnościami, myśleniem i emocjami. Również ważne dotychczas ambicje i sukcesy zawodowe/życiowe przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Osoby zmagające się z depresją zasypiają szybko, lecz budzą się bardzo wcześnie rano.
http://www.medonet.pl/psyche/choroby-psychiczne,depresja—objawy-i-leczenie,artykul,1677658.html
Nie boję się przyznać, że kilka razy w swoim życiu doznałam tego paskudnego stanu, że grunt mi się usuwał i nie wiedziałam, w którą stronę mam iść.
Ojciec bił mnie jak mokre żyto za nic i już w tym momencie czułam się gorsza, beznadziejna, nic nie warta!
Wyśmiewał mnie, kiedy zaczęłam dojrzewać, a mnie brunetce pokazał się nad górną wargą – wąsik.
Czułam się bardzo niekomfortowo i źle, bo tak mnie traktował.
Potem w życiu zdarzały się momenty, że byłam źle traktowana w pracy, bo spotkał mnie mobbing i nie umiałam sobie z tym poradzić.
Nie spałam po nocach i budziłam się o 4 rano cała zestresowana, że muszę znowu iść do tych ludzi, którzy niezasłużenie mnie źle traktowali.
Był taki dzień, że nie potrafiłam sobie poradzić z obowiązkami służbowymi i i lekarz skierował mnie na półroczne zwolnienie lekarskie.
Położyłam się do łóżka, bo nic mi się nie chciało.
Byłam okrutnie zmęczona życiem i nawet leki mi nie pomagały.
Odcięłam się od rodziny, koleżanek i cierpiałam we własnym sosie, w którym nie znajdowałam sensu życia.
Czułam się źle, a w głowie pojawiały się myśli samobójcze.
W końcu to zrobiłam i żałowałam, że mnie odratowali – strasznie żałowałam.
Znalazłam się w szpitalu, gdzie podawali mi leki, po których czułam się jeszcze bardziej rozbita, bo były nie trafione.
Od rodziny słyszałam, że mam się wziąć w garść, bo nikt nie wczuł się w mój stan, bo nikt na deprechę nie zachorował, a tylko ja – wrażliwiec!
Byłam w depresji kilka lat i raz się podnosiłam, a za chwilę znowu traciłam poczucie własnej wartości.
Mąż płakał widząc mnie w takim stanie.
W końcu moja lekarz wypisała mi skierowanie na trzymiesięczną psychoterapię!
Nie chciałam tam jechać, bo z góry sobie założyłam, że to głupota i nic mi to nie pomoże.
Spakowali mnie i na siłę wsadzili do samochodu.
150 kilometrów i byłam na miejscu, a w czasie podróży nie odezwałam się do Męża ani słowem, bo taka byłam zła.
Dostałam na miejscu swoje łóżko, szafkę i półkę w szafie.
Nie odzywałam się do ludzi i stałam się samotnicą.
Na zajęciach z psychoterapii milczałam przez miesiąc wysłuchując zwierzeń innych ludzi, aż w końcu dostałam olśnienia, że się otworzyłam i poleciało!
Nawiązałam tam wspaniałe przyjaźnie i było dużo spacerów i nagle się odnalazłam, a ludzie mnie polubili.
Na początku terapii dzwoniłam do Męża, aby mnie stamtąd zabrał, a pod koniec nie chciałam wyjeżdżać, bo tak dobrze się tam poczułam.
Odnalazłam tam siebie  – mądrą, lojalną, uczciwą i szczęśliwą.
Wróciłam do domu inna ja!
Ten stan mój trwa już 10 lat i cieszę się, że na tej psychoterapii uwierzyłam w siebie.
Każdemu polecam taką formę leczenia, bo trzeba szukać drogi do siebie!

Mój tragiczny Ojciec!

 

Znalezione obrazy dla zapytania jaromin

Zajęło mi to bardzo wiele lat, aby w końcu dowiedzieć (domyślić) się dlaczego?

Dlaczego mój ojciec w 1997 roku targnął się na swoje życie, rzucając się z okna w Domu Pomocy Społecznej w Jarominie  – blisko Trzebiatowa.

Nie zostawił żadnego listu wyjaśniającego, co go popchnęło do tak drastycznej decyzji.

Do dziś było, to dla mnie wielką zagadką i w końcu zrozumiałam!

Nie umarł od razu, a dopiero w szpitalu, kiedy go odwiedziłam, to poprosił mnie o papierosa, bo był palaczem, ale uważałam, że nie może zapalić na szpitalnej sali i żałuję tego do dziś!

Opuściłam szpital mając nadzieję, że przeżyje, ale on umarł tak po prostu!

Chciałam, aby go pochowano w moim mieście i wysłałam karawan, ale za parę godzin dzwoniła do mnie prokuratura, że muszą zbadać, czy ktoś mu nie pomógł i karawan wrócił bez ojca.

Sprawa się przeciągnęła i prokuratura wydała ciało, a ja ponownie musiałam wysłać karawan po ojca i organizować pogrzeb.

Ojciec nigdy nie opowiadał o swojej młodości i nie wiem prawie nic o tym, jakim był człowiekiem, a wiem jeno tylko to, że był dobrym synem i pomagał matce w wychowaniu jeszcze dwóch braci młodszych.

Zbierał węgiel na torach dla matki i organizował jedzenie, aby matce ulżyć, gdyż nie miał już ojca.

Potem wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego i tam dość szybko piął się po szczeblach kariery.

Obraz może zawierać: 1 osoba, siedzi

Poślubił moją mamę i pojawiłam się na świecie ja i moja siostra, ale w jego karierze zawodowej nie działo się dobrze, bo system był okrutny i tylko twardziele przeżyli.

Ojciec się rozpił i w końcu moi rodzice rozwiedli się po 17 wspólnych latach.

Kompletnie sobie nie radził jako mężczyzna samotny i w końcu trafił do szpitala w Gorzowie Wlkp., a tam ja rozmawiałam z ordynatorem, aby pomógł mi przeniesć ojca do Domu Opieki Społecznej i się udało.

Był w tym domu 7 lat i go odwiedziałam z Mężem, ale niestety stał się człowiekiem wycofanym i trudno było z nim rozmawiać.

Dom Pomocy w Jarominie to piękny dom, wyremontowany, tak jak na zdjęciu powyżej.

Żyją tam ludzie, którymi nie ma się kto zająć,  a także Senorzy, ale ojciec się tam nigdy nie odnalazł i nie nawiązał żadnej przyjaźni, jako dumny oficer wojska.

Na stronie tego domu przeczytałam taką opinię ,napisaną przez jednego z mieszkańców:

„Tutaj jest jak u Pana Boga za piecem , jak w sanatorium , jak w ośrodku wczasowym ; wczasy dozgonne , rehabilitacja , opieka , blisko misto , sklepy , banki , 2 wiele szpitale w Gryficach i Kołobrzegu , fachowa opieka , wysoki standard wew. budynków , internet – tylko żyć i nie umierać i o takich warunkach socjalno – bytowych każdy marzy w chorobie i na starość . Piszę to jako tutejszy mieszkaniec od 7 lat .

Wiesław Jóźwik”

Mój ojciec nigdy tego nie poczuł i dziś mnie oświeciło, że samobójstwo popełnił w wyniku samotości, bo nagle zdał sobie sprawę z tego, że jest kompletne sam na tym świecie, bo bracia byli daleko i w nosie go mieli, a ja nie mogłam być u niego zbyt często.

Mój ojciec nie był chory psychicznie, ale się w życiu pogubił, a ja mogę być z siebie dumna, że przedłużyłam mu życie o siedem lat.

Na jego nagrobku kazałam wyryć, że – „naszym smutkiem było twoje cierpienie”.

Po tylu latach zdałam sobie sprawę z tego, że on na swój sposób cierpiał i zdał sobie sprawę z tego, że nie ma nikogo bliskiego – blisko – zresztą na własne życzenie.

Ja na swój sposób kochałam swoich rodziców, ale widzocznie było to niezauważone.

Okazało się , że matka mnie wydziedziczyła, a siostra okradła w białych rękawiczkach.

Poczułam w sercu ten smutek i gdyby nie mój Mąż, to może bym podzieliła z żalu los mojego ojca!

 

Czająca się depresja!

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ocean, tekst, woda i na zewnątrz

Od kiedy mama umarła analizuję i nagle zdałam sobie sprawę z tego, że oto zostałam sama na tym świecie.

Mam przy sobie Męża, który o mnie dba i opiekuje się mną, ale często z racji pracy nie ma go w domu i ja jestem wtedy sama.

  • nigdy nie poznałam swoich babć i dziadków, bo umarli jeszcze przed moim narodzeniem,
  • wszystkie ciotki i wujkowie od dawna nie żyją,
  • moi rodzice nie żyją także,
  • nie mam już siostry, która pefidnie mnie oszukała,
  • moje dzieci toczą swoje życie i uczestniczą w wyścigu szczurów, a więc nie mają dla mnie zbyt dużo czasu.

Zostałam sama na tym świecie i po zgonie mamy zdałam sobie z tego sprawę.

Nie mam z kim przerobić tematu, że matka mnie wydziedziczyła i nie mam już szansy, by zpytać ją – dlaczego?

Poczułam się strasznie samotnym bytem, odsuniętym od rodziny i czuję się z tym wprost fatalnie.

Z każdym dniem czuję, że mogę popaść z powrotem w stan depresyjny, bo zostałam skrzywdzona najbardziej w rodzinie przez własną matkę i siostrę.

Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie, a tylko żałuję, że nie spytałam matki dlaczego tak postanowiła i czym jej zawiniłam.

Czuję się bardzo samotna, kiedy Mąż jest w pracy i nawet nie będę miała do kogo zwrócić się o pomoc, gdyby mój Mąż odszedł wcześniej z tego świata.

Zostanę sama jak palec, choć z nikim nie byłam w konflikcie i żyłam tak, aby nikogo nie obrażać, obgadywać i być w zatargach.

Nie opłaca się takie życie, bo czasami trzeba było walnąć w stół i domagać się swoich praw, a ja tego nie potrafię i dlatego jest tak, jak jest – wyobcowana zostałam i odsunięta przez cwaniaków!

Jest mi strasznie żle – tak źle, że czasami brakuje mi oddechu i czuję, że ponownie czai się za plecami moja przyjaciółka – depresja.

W latach 90-tych jeździłam do mojego ojca, który po rozwodzie z mamą mieszkał w innym mieście.

Sprzątałam u niego zbierając pety z podłogi i wynosiłam gówna, bo mu się zapchał kibel.

Myłam naczynia  w zimnej wodzie, zasyfione, bo nie opłacał gazu i płaciłam jego rachunki!

Załatwiłam mu Dom Spokojnej Starości i tak mu przedłużyłam życie o siedem, dobrych lat.

Robiłam to, bo w jakimś sensie mi na nim zależało, choć o milości trudno mówić.

Odwiedzając go, dostałam od niego dwa razy po tysiąc złotych i potem w księgowości zostało cztery tysiące, które przeznaczyłam na pominik, kiedy odszedł.

Z powodu tych pieniędzy, jakże skromnych, miałam nalot na mój dom i krzyczały – oddaj kasę i oddałam płacąc kamieniarzowi.

Do dziś pamiętam tą pazerność i oskarżenie mnie o kłamstwo finasnowe, ale muszę z tym jakoś żyć, kiedy siostra zgarnęła za mamy mieszkanie 79 tysięcy!

Mnie nie chodzi o te pieniądze, ale nie mogę pojąć tego, że moja, własna matka tak mnie zlekceważyła i to będzie mnie boleć do końca moich dni!

Przepraszam czytających za to, że jestem monotematyczna, ale jak się z tym draństwem uporam, to na blogu znajdą się inne tematy, a siostrze życzę spokojnego życia w zgodzie z własnym sumieniem!

Zalegalizować Marihuanę!

Znalezione obrazy dla zapytania marycha

W swoim, dość długim już życiu zapadłam na depresję nie jeden raz.

Kto nie chorował na tą groźną chorobę, ten nie zrozumie, co się dzieje z takim człowiekiem.

Jest takie powiedzenie, że, co to jest szczęście, a odpowiedź jest taka – dobrze dobrane leki w tej chorobie.

Człowiek w depresji ma wszystko w sobie chore, bo całe ciało jego jest chore i głowa zaprzątnięta myślami sto pięćdziesiąt na minutę i szuka rozwiązania jak wyjść z tego marazmu i niemocy, a często jest to myśl o samobójstwie.

Kiedy się wpada w taki stan, to automatycznie sypie się całe życie.

Nie chce się wstać do pracy i nie chce się jeść, a także nie chce się myć, oraz wiele się nie chce!

Najchętniej przeleżało by się w łóżku i z nikim nie rozmawiało mając w głowie – niech się wszyscy odczepią.

Depresja, to nie jest znak naszych czasów, bo była zawsze, ale dopiero w naszych czasach lekarze potrafią ją diagnozować.

Chorowałam wiele razy i raz mocniej, a raz lżej, ale moja dusza cierpiała okropnie, kiedy w moim życiu wydarzyło się wiele zła, na które wcale sobie nie zasłużyłam.

Chorowałam, bo chorują wrażliwcy, którzy nie godzą się na takie, czy inne traktowanie i wydaje mi się, że ludzie przebojowi nie mają takich stanów, bo potrafią odpowiednio walczyć o swoje.

Miałam poczucie niższej wartości i zawsze czułam się gorsza od innych – mniej wartościowa i interesująca i tak zaczęłam unikać ludzi – nawet swojej rodziny sprawiając Jej ból.

Lekarze nie potrafili dobrać dla mnie odpowiedniego leku i w końcu trafiłam na psychoterapię trzymiesięczną i dopiero tam się pozbierałam i uwierzyłam w siebie, że jeśli tylko chcę, to mogę wszystko.

Zauważyłam tam, że jestem lubiana i wielu do mnie lgnęło i tym sposobem uwierzyłam, że nie jestem dziwadłem, a interesującą jednostką.

Mieliśmy tam przeróżne zajęcia jak rysunek, muzyka, ćwiczenia gimnastyczne itp.

To mi dało siłę i tak udaje mi się trwać już wiele lat w dość dobrej kondycji psychicznej i niczym się nie różnię od ludzi zdrowych i wolnych od depresji.

Jednak tamtego okresu nijak nie da się zapomnieć i zawsze w tyle głowy mam, aby siebie chronić, bo jestem podatna i depresję i mam w genach.

Dość jednak tego wspominania, a napiszę, że swego czasu obejrzałam świetny, polski film pt. „Moje córki krowy” i w tym filmie nagle córki i ojciec ich zapalili dżointa i śmiali się do rozpuku mimo, że sytuacja w rodzinie była skomplikowana.

Poprosiłam kogoś, aby mi ten specyfik załatwił i tak się stało, że jedyny raz w życiu z Mężem to zapaliliśmy – tak dla ciekawości.

Może nie wpadliśmy w szaleńczy śmiech, ale trochę prychaliśmy i było to zaraz przed snem.

Powiem Wam, że po tym incydencie spałam jak młody bóg – spokojnym, niemowlęcym snem i obudziłam się w błogostanie i byłam szczęśliwa i rozluźniona, gotowa na przyjęcie nowego dnia.

Dlatego uważam po swoim doświadczeniu, że „Marycha” powinna być wykorzystywana mądrze w leczeniu depresji, a ludzie nie powinni być faszerowani chemią, która szkodzi i nie zawsze pomaga.

Do światowej depresji dołączyła nowa odmiana, a nazywa się Hikikmmori, a polega na tym, że ludzie nie wychodzą latami do społeczeństwa – izolując się.

Ola nie wychodzi z pokoju odkąd skończyła 21 lat. Czyli rok i siedem miesięcy. Z łazienki korzysta, kiedy zyska pewność, że nikogo nie ma w domu. Zazwyczaj je to, co mama zostawia jej pod drzwiami. W zasadzie można uznać, że Ola nie istnieje. Jest jak japońscy Hikikomori. Zamknięta przed światem.

Marek przez 26 lat podłej egzystencji przeżył wystarczająco dużo poniżeń, by usprawiedliwić swoje pustelnictwo. Od Oli różni go względna otwartość. Po kilku latach samotności powoli otwiera się na ludzi. Okna w jego pokoju są zasłonięte. W szybach wiszą brązowe koce, jakby właściciel tego pomieszczenia walczył o swoją prywatność. Jest duszno, powietrze gęstnieje od dymu z papierosów. Ich zapachem przeszły ubrania, tapety i ciężkie zasłony.

– Mam tu wszystko, czego potrzebuję – mówi. – Zrezygnowałem z życia typu „open air”, bo wystarczająco mnie pokarało. Nie żałuję.

Od dwóch lat ani razu nie wyszedł na zewnątrz. Traktuje to jako osobisty sukces. Przestał bać się poranków. Długo zajęło mu zrozumienie, że rzeczywistość za drzwiami mieszkania po prostu go przerasta. Tylko tu czuje się bezpiecznie.

We wczesnym dzieciństwie ma problem z komunikacją, nie potrafi bawić się z rówieśnikami. W wieku szkolnym rozwija się prawidłowo, lecz nigdy już nie dogodni innych dzieci. Zbyt dziwny, by mieć go za przyjaciela. Za powolny do gry w piłkę. Nudny jak na chłopaka w tym wieku. Wkrótce szkoła przekształca się dla niego w miejsce kaźni. Dobrze jest czasem wsadzić jego głowę w kibel, ściągnąć majtki na środku holu i zabawić się jego kosztem. – Facet ma być facet, a nie cipa – mówi wychowawca, kiedy Marek prosi go o pomoc. – Jeszcze podziękujesz kolegom, jak zrobią z ciebie mężczyznę.

W tym czasie rodzice zajmują się małżeńskimi awanturami. – Ojciec z matką byli niedobrani. Rozwód nastąpił za późno, kiedy wszyscy byli już sobą zmęczeni do granic możliwości – tłumaczy. – Zasądzili mi alimenty tysiąc złotych od ojca. Matka zobowiązała się płacić za mieszkanie i też sypnęła kasą. Gdy poszedłem do liceum, stwierdziła, że jestem już dorosły i na stałe wyjechała do nowego partnera. Wpadała raz na parę miesięcy. Dla mnie to był superukład, ale sam już nie wiem, czy mnie ta samotność bardziej nie pokrzywiła.

W ogólniaku jest trochę lepiej: mniej przemocy fizycznej, a więcej docinek na temat wyglądu i zachowania. Uczy się słabo, ale maturę zdaje zadziwiająco dobrze. W 2009 r. dostaje się na psychologię. Myśli, że studia pomogą mu zrozumieć ludzi. Do pierwszej sesji nie podchodzi, ze strachu przed ustnymi egzaminami. Od tej pory rozpoczyna proces stopniowej izolacji.

– Nakupowałem sobie jedzenia w puszkach, masę żywności instant i obiadów w słoikach. Później zlokalizowałem internetowy sklep spożywczy z dostawą do domu. W końcu przestałem wychodzić w ogóle.

Rodzice orientują się za późno. Dopiero po dwóch latach blokowego pustelnictwa udało im się namówić syna na rozmowę z psychiatrą. Lekarz stwierdził u niego rys Aspergera oraz fobię społeczną. Do tego doszło uzależnienie. Traumy, które powinien przepracować, zaleczał osiedlową amfetaminą i antydepresantami. Od niedawna Marek bierze nowe leki. Jest z nim dużo lepiej. Coraz częściej powala się odwiedzać. Matka próbuje odbudować z nim relację. Rozmawiają codziennie przez Skype.

– Syndrom Hikikomori przekracza granice Japonii – mówi dr hab. n. med. Marek Krzystanek, który jako pierwszy opisał przypadek Hikikomori w Polsce. – Trudno oszacować ilu jest polskich Hikikomori. Bywa, że są diagnozowani jako osoby uzależnione od sieci czy gier komputerowych. Podczas swojej praktyki leczyłem takie osoby. Hikikomori nie są w stanie sprostać stawianym im wymaganiom. Cywilizacja przyspiesza i wraz ze swoim wyścigiem szczurów przypomina pędzący pociąg, z którego Hikikomori po prostu wysiadają i nie mają zamiaru wrócić na swoje miejsca. W Polsce styl życia nie jest jeszcze porównywalny do tego, który panuje w Japonii, ale aspirujemy do niego i im bardziej się zbliżamy, tym mocniej widoczne będzie to zjawisko.

– Są pacjenci, którzy prawie nie mają kontaktu ze światem rzeczywistym, ale odnajdują sens istnienia w tym wirtualnym – mówi prof. Kobayashi. – Jeśli dodatkowo boją się życia i stawiają sobie za duże wymagania, prowadzi to do coraz większej izolacji. A to może przyczynić się do szybkiego zwielokrotnienia liczby Hikikomori w Polsce.

Skalę problemu potwierdza widoczna obecność polskich Hikikomori w internecie, gdzie funkcjonuje wiele grup dla samotników. Na stronie PhobiaSocialis.pl, zrzeszającej pacjentów z objawami fobii społecznej, zarejestrowało się ponad 8,5 tys. użytkowników, którzy napisali już prawie 340 tys. postów. Dyskusję otwiera pytanie nastolatki: – Macie ochotę gdzieś się schować? Odizolować od ludzi, zniknąć? Mam dość innych i siebie. Ciągle błędy, napięcie, stres, strach, złe wybory – wylicza.

Użytkownicy PhobiaSocialis rozważają, czy zorganizowanie pustelni pomogłoby im w zwalczeniu lęków. Piszą jak powinna wyglądać, albo zdają relację z okresu separacji. – Utknąłem tu (w swoim pokoju – dop. red.) na 7 lat – pisze jeden z internautów.

– A ja chcę się schować w swojej wyobraźni, odizolować albo popełnić samobójstwo. Nie musiałbym już nigdy z nikim rozmawiać – uzasadnia inny.

Podczas gdy Marek i Ola powoli wynurzają się z otchłani lęków, 24-letnia Karolina wciąż nie może ich pokonać. Jej mama siedzi w przestronnym pokoju. Na prostych, skandynawskich półkach stoją ramki ze zdjęciami. Z fotografii uśmiecha się ta sama dziewczyna, raz młodsza, raz starsza. To mała galeria żalu. Wydaje się, że Karolina wyemigrowała na inny kontynent – zbyt daleko, żeby mogła znieść to matka. Jednak córka jest w pokoju obok. Nie wychodzi prawie rok. Jej fobii społecznej towarzyszyły: depresja, agorafobia, ataki paniki. – Na początku sądziłam, że córka wymierza mi karę, że ta izolacja, to jeden z jej ataków złości – wspomina Bożena, mama Karoliny. – Okres zamknięcia przedłużał się. Dla rodzica to jest koszmar, potrzebowałam wsparcia psychicznego, do dziś korzystam z pomocy terapeuty. Do pokoju córka wpuszcza tylko swojego lekarza. Wie, że nie wypisze jej leków bez konsultacji. Wystawałam godzinami przed pokojem. Mówiłam, że się o nią boję. Próbowałam wyciągnąć córkę siłą, ale wejście do środka pogłębiało tylko jej lęki. Przeżyłam jej dwie próby samobójcze i nie zniosę kolejnej. Nie wiem, czy kiedykolwiek odzyskam swoje dziecko.

W ostatnich miesiącach stan Karoliny jest stabilny. Leczenie trwa. To długi proces. Bożena czeka więc na dzień, kiedy drzwi się otworzą. Patrzy w nie godzinami, jakby mogła je przeniknąć wzrokiem.

https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/zamknieci-przed-swiatem-kim-sa-polscy-hikikomori/5bhhkfr?ut&fbclid=IwAR0lMOyRSuYPYXmReSBbWWu_7bHgANal68EYPwqre0U6aT7RfnkEEPQKxmE

Dajcie im Marihuanę, bo przyroda zrodziła najbardziej skuteczny lek w jej leczeniu.

 

Depresja – czyli weź się w garść!

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem.

Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.

Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.

Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.

Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.

Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.

Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.

Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.

Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.

Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.

Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.

Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.

Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną.

Zostanę sam/a.

Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.

Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.

Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.

W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej.

Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.

Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.

Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 

Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.

Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.

Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.

Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji.

I tu zaczyna się dramat. Widziałam różne szpitale w swoim życiu.

Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.

Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.

Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.

Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.

Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny.

Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.

Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.

Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.

Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa.

Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc.

Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie.

Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.

Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno.

Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.

Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.

Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi.

Nie ma w nim przypadków skrajnych.

Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy.

Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.

Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.

Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.

Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.

Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.

Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.

Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.

Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

Piszę o tym też dlatego, że ostatnio usłyszałam zarzut, który uderzył we mnie jak młot.

Usłyszałam, że nie byłam u swojej Mamy przez 4 lata w jakimś tam okresie mojego życia.

Odpowiedziałam, że mogło tak być, ale te 4 lata kosztowały mnie walkę o siebie i nikt, kto nie chorował na depresję nie zdaje sobie sprawy z tego, że często to trwa latami.

Wpada się z taki stan, że nie chce się człowiekowi myć, czesać, malować.

Nie chce się  ładnie wyglądać i sprzątać, bo nic się nie chce, a najbardziej chce się umrzeć i skończyć tę wegetację.

Moja pani doktor wysłała mnie do tego dobrego szpitala, całodobowego z psychoteriapią i dopiero tam małymi kroczkami otrzeźwiałam i zrozumiałam, że jestem czegoś tam warta i nie odstaję niczym od ludzi zdrowych.

To było moje koło ratunkowe, z którego na siłę skorzystałam i jestem od kilku lat wśród żywych.

Jednak nie wszycy tak postępują i tkwią latami w bólu i cierpieniu i tu zapłaczę nad losem, kiedyś pięknej Elżbiety Dmoch, która śpiewała „Windą do nieba”, a która odcięła się od świata po przeżyciach i odtrąca wszelką pomoc.

Depresja, zaraz po raku jest najbardziej, okropną chorobą.

Bolesne rozstanie

Po dawnej sławie nie zostało nic. Elżbieta Dmoch na nowych zdjęciach nie przypomina zjawiskowej gwiazdy sprzed lat.

Wybrała życie w samotności

„Już mi niosą suknię z welonem, już Cyganie czekają z muzyką” – śpiewa Elżbieta Dmoch w słynnym utworze „Windą do nieba”. Piosenka o wielkim smutku i nieszczęśliwej miłości stała się paradoksalnie hitem każdego wesela. Dmoch nie mogła wiedzieć, że słowa tego utworu staną się dla niej prorocze.

Do sieci trafiły zdjęcia paparazzi, na których widać Elżbietę Dmoch. To pierwsze zdjęcia, odkąd pojawiła się wiadomość o tym, że zdecydowała się na życie w samotności. Nic dziwnego, że wywołują sensację. Elżbietę Dmoch wielu z nas pamięta jako piękną kobietę, która pięła się po szczeblach kariery. Już dawno wybrała dla siebie inną drogę. Z daleka od luksusów, sławy, mediów i zainteresowania dawnych fanów.

Dmoch sfotografowano podczas zakupów w osiedlowym sklepie spożywczym. Gumowe klapki, przetarte rajstopy, wyciągnięte spodnie i krótki T-shirt, który odsłaniał brzuch. Na pierwszy rzut oka wygląda na zaniedbaną kobietę, która dawno przestała przejmować się swoim wyglądem. Potargane, niechlujnie ułożone włosy dopełniają obrazek nieszczęścia. Ale osoby, które ją widziały, zwracają uwagę na zupełnie co innego. – Poszła do sklepiku mieszczącego się przy jej bloku. Wyglądała bardzo dobrze. Była w czystych ciuchach, a na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Pani Elżbieta zrobiła zakupy i widać było, że polepszyło się jej materialnie – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z klientów sklepu.

Kilkanaście lat temu Elżbieta Dmoch przeszła załamanie nerwowe, wpadła w głęboką depresję. Przestała pracować, występować na scenie, żyła jedynie z oszczędności. Maria Szabłowska, znana dziennikarka telewizyjna i radiowa, mówiła w wywiadach, że Dmoch przestała płacić składki na ZUS. Nie przyjmowała też pieniędzy, które zbierali dla niej przyjaciele. Mieszkała sama w niewielkim mieszkaniu, które w końcu musiała opuścić ze względu na to, że nie płaciła czynszu. W 2005 roku jej losem zainteresowali się dziennikarze Uwagi TVN.

Dmoch nie zgodziła się porozmawiać wtedy z dziennikarzami Uwagi. Od lat konsekwentnie unika mediów. Dziennikarze poinformowali, że mieszka w fatalnych warunkach w maleńkim domu na wsi. Odizolowała się od świata, nie chce nikogo widywać, odmawia pomocy lekarzy i pracowników opieki społecznej. – Dziwi się, czemu zakłócamy jej spokój. Pyta, czy zrobiła coś złego, skoro do niej przychodzimy. Czy mamy jej pomagać na siłę, czy zostawić samej sobie, jeśli wybrała taki sposób życia? – mówiła Elżbieta Klimkowska z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Tarczynie. Dmoch wielokrotnie oferowano pomoc finansową. Ze wszystkich pieniędzy rezygnowała. Utrzymuje się tylko i wyłącznie z tantiem wypłacanych przez Stowarzyszenie Artystów i Wykonawców Utworów Muzycznych. – Bardzo skrupulatnie sprawdza, czy są to tantiemy, które jej się należą, a nie pomoc, której się jej udziela. Doszła do wniosku, że niczego więcej nie chce od świata i nie chce, by świat czegoś od niej chciał – mówił z kolei Jacek Skubikowski, prezes Stowarzyszenia.

Był koniec lat 60., gdy Elżbieta Dmoch zaczęła współpracować z Januszem Krukiem. W 1971 roku na rynku muzycznych pojawiło się ich wspólnego dziecko – zespół 2 plus 1. Królowali na polskich estradach i to dosłownie. Elżbieta miała wtedy 17 lat, Janusz 22. Oboje byli po przejściach. Ich duet podbił serce Polaków w zawrotnym tempie. Przeboje, koncerty, wielka sława. – Sami ledwo to wytrzymywaliśmy, a ona robiła dwa razy więcej – wspomina Cezary Szlęzak, były współpracownik Dmoch, przyjaciel artystki w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim”. – W Niemczech mieliśmy własne półki w sklepach muzycznych. W Japonii byliśmy na listach przebojów. Zagraniczni menadżerowie dobijali się bez przerwy. Jak jej zrobili sesję zdjęciową, to na sześćset fotografii – dodaje. Wspomina, że 2 plus 1 mieli już zamówiony koncert w Iraku, ale wojna przekreśliła występ artystów.

To ona zaśpiewała „Windą do nieba”, „Choć pomaluj mój świat” czy „Czerwone słoneczko”. W 1974 roku Elżbieta otrzymała tytuł Miss Obiektywu. Drugi raz ten tytuł przyznano jej w 1976 roku na Festiwalu w Opolu. Była zjawiskowa, hipnotyzująca, naturalnie piękna i ludzie to doceniali. W 1979 roku Dmoch otrzymała jedno z najbardziej wyjątkowych odznaczeń – Srebrny Krzyż Zasług. Była na szczycie. Stała się legendą PRL-u. Mówiło się, że ona i Janusz Kruk tworzą najpiękniejszą parę wśród polskich artystów. Pobrali się jeszcze w 1973 roku. On miał już wcześniej żonę i dziecko. Dla Elżbiety postanowił zostawić rodzinę. Ale ich szczęście nie trwało długo.

 

Jak wspomina Szabłowska w jednym z wywiadów: „Janusz był rozrywkowym facetem. Drzwi się nie zamykały, przyjaciele do nich lgnęli”. Kruk w końcu postanowił opuścić piosenkarkę dla innej kobiety. To była druga połowa lat 80. Rozwiedli się dokładnie w 1989 roku. Podobno pozostali w przyjacielskich stosunkach, ale w mediach krążyły liczne plotki o kolejnych romansach Kruka. Elżbieta wierzyła jednak, że kiedyś do siebie wrócą. Janusz był jej największą miłością. W 1992 roku mężczyzna zmarł na zawał serca. Wtedy wokalistka przeżyła załamanie nerwowe i wycofała się z życia publicznego. Zaszyła się na wsi i rzadko dopuszczała do siebie ludzi. Wróciła na scenę tylko raz – w 1998 roku. Publiczność przyjęła ją owacjami na stojąco. – Ela była tak zachwycona, że byliśmy pewni, iż ją odzyskaliśmy. Niestety, choroba znów dała o sobie znać – mówiła Szabłowska w rozmowie z „Na żywo”.

https://gwiazdy.wp.pl/po-dawnej-slawie-nie-zostalo-nic-elzbieta-dmoch-na-nowych-zdjeciach-nie-przypomina-zjawiskowej-gwiazdy-sprzed-lat-6299155448477313g/3

 

Nie przypomina dawnej siebie

Mimozami jesień się zaczyna!

Lato tego roku mieliśmy w Polsce naprawdę piękne, bo temperatury sięgnęły zenitu i wielu ludzi źle znosiło te upały, a wielu to pasowało!

Młodzi ludzie  byli zadowoleni, bo urlopy im się udały, czy to nad morzem, czy w innych miejscach, ale ludzie starsi raczej chowali się w swoich domach, opuszczając żaluzje, aby od upału odpocząć.

Dla mnie to był ciężki okres, bo w te upały serce mi się rozszalało i często czułam się bardzo źle, ale jakoś udało się przetrwać i oto mamy jesień.

Po prostu z dnia na dzień pogoda zrobiła cięcie i z lata przeszliśmy w jesień, ale pewnie nie we wszystkich województwach tak się porobiło, a u mnie tak się stało.

Temperatura nagle spadła, a promienie słońca zaczęły padać automatycznie pod innym kątem i zauważyłam jak się zmieniły kolorystycznie drzewa i krzewy.

Żyjemy w takiej szerokości geograficznej, że przychodzi nam długo czekać na lato, bo zima długa, bo wiosna, a potem dopiero lato, które mija na pstyk i znowu jesień i znowu zima!

Było kilka lat temu tak, że kiedy wchodziłam w jesień, to byłam chora, bo moja dusza robiła się chora i cierpiałam na obniżenie nastroju!

Dni stawały się coraz krótsze, bo zmrok zapadał zbyt szybko i stawałam się apatyczna, jakby bez sił.

Trzeba było jednak żyć, ale każda aktywność była wymuszona i cierpiałam katusze.

Na szczęście  poradziłam sobie z tym stanem i teraz jesień mnie tak nie dobija, bo nauczyłam się na nią patrzeć z tej kolorowej strony.

Zaczęłam jesień fotografować i to mi dało siłę i ogromną przyjemność gapienia się na te wszystkie kolorowe drzewa, łąki, roślinność i tym sposobem pokonałam złe, jesienne nastroje.

Kiedy jesień jest słoneczna, to bije po oczach cudnymi kolorami i w takie dni proszę Męża, abyśmy wyjechali w teren i łapię to wszystko w obiektyw.

Co robić więc, kiedy dni robią się krótkie i pada deszcz?

Trzeba zająć się czymś, aby nie popadać w melancholię, a więc czytajmy dużo, róbmy jakieś przyjemne prace – szydełkujmy, róbmy na drutach, rozwiązujmy krzyżówki,oglądajmy dobre kino pod kocykiem z gorącą herbatą,  albo pracujmy w Internecie w programach graficznych, a przede wszystkim dogadzajmy sobie kulinarnie i piszmy nasze blogi! 🙂

Nie dajmy się pogorszeniu naszej psychiki, bo życie jest zbyt krótkie, aby cierpieć!

Zdjęcia są mojego autorstwa!

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

„Wraz z nastaniem pierwszych jesiennych chłodów, kiedy na dworze coraz częściej pada deszcz, ciemne chmury gęsto przykrywają niebo, a dni stają się coraz krótsze, większość z nas ogarnia „jesienny smutek”. Częściej robimy się senni i zmęczeni, nie chce nam się wstawać z łóżka w ciemne, zimne poranki, mniej mamy energii i zapału do pracy.

Pogoda za oknem wpływa też niekorzystnie na nasz nastrój. Niektórzy stają się smutni, rozdrażnieni, przygnębieni i zniechęceni oraz znacznie mniej rzeczy sprawia im radość.

Czasem jednak ten jesienno-zimowy smutek zaczyna coraz bardziej utrudniać nam codzienne życie. Warto wtedy sprawdzić czy nie jest to depresja sezonowa.

Depresja sezonowa czyli sezonowe zaburzenie afektywne (Seasonal Affective Disorder – SAD) to zaburzenie depresyjne pojawiające się w okresie jesienno-zimowym, a ustępujące wiosną lub latem. Objawy zakłócają emocjonalne, poznawcze i fizjologiczne funkcjonowanie człowieka i są bardzo uciążliwe. Występują codziennie lub prawie codziennie oraz trwają przez okres co najmniej dwóch tygodni. Ponadto, powtarzają się cyklicznie przez minimum dwa lata.

Skąd depresja sezonowa?

W ciągu wielu wieków życie człowieka było bardzo mocno związane z naturą. Wiosenne i letnie miesiące sprzyjały zdobywaniu pożywienia, wzmożonej pracy, częstszym kontaktom towarzyskim czy podróżom. Natomiast jesienią i zimą, kiedy przyroda zamiera a dzień staje się krótszy, mniej było pracy, a tempo życia także naturalnie ulegało ograniczeniu. Człowiek wpadał w lekki stan „uśpienia”, spowolnionego metabolizmu oraz zmniejszonej energii i przygotowywał się do przetrwania zimy. Rytmy przyrody i pory roku wyznaczały zatem jego codzienną aktywność.

Obecnie, kiedy brak światła słonecznego próbujemy zastępować żarówką, a codzienne funkcjonowanie znacznie mniej związane jest z rytmami natury oczekuje się, że poziom aktywności człowieka przez prawie cały rok będzie utrzymywał się na mniej więcej równym, wysokim poziomie. Być może właśnie dlatego to, co w przeszłości pozwalało nam poradzić sobie w niesprzyjających warunkach związanych ze zmianami w przyrodzie, teraz utrudnia nam życie.

Przyczyny zaburzeń sezonowych

Chociaż dokładne przyczyny powstawania depresji sezonowej nie są znane, uważa się, że głównym czynnikiem jest niedobór światła słonecznego docierającego do naszych oczu. Wpływa ono na sposób funkcjonowania różnych struktur mózgowych, a mianowicie na procesy powstawania i regulacji neuroprzekaźników i hormonów niezbędnych do wielu życiowych czynności. Zauważono, że najbardziej niekorzystny jest niedomiar światła w rannych godzinach dnia, ponieważ rozregulowuje bardzo istotny okołodobowy rytm człowieka – snu i czuwania. Brak światła słonecznego powoduje zwiększone wydzielanie melatoniny – tzw. hormonu snu, przez co nasz mózg „czuje się” oszukany co do godziny i pory dnia, a my stajemy się bardziej senni i zmęczeni. Ponadto, zaburza również inne rytmy wydzielania hormonów, np.: zmniejsza poziom serotoniny, która odpowiedzialna jest m.in. za utrzymywanie dobrego nastroju.

Powstawanie sezonowych zaburzeń depresyjnych związane jest także z indywidualną podatnością człowieka. Wśród możliwych przyczyn podaje się zmniejszoną wrażliwość siatkówki oka na docierające do niej światło. Przez to, osoby z dużo mniejszą wrażliwością mogą skarżyć się na pogorszenie samopoczucia także podczas pochmurnych letnich dni.

Uważa się również, że podatność na sezonowe zaburzenia afektywne jest przekazywana genetycznie.

Ponadto, łagodne wcześniej objawy jesiennego smutku i senności mogą się znacznie nasilić, gdy spotkają nas bardzo stresujące wydarzenia, np.: rozwód, śmierć bliskiej osoby, problemy w pracy lub życiu osobistym.

Kto najczęściej choruje?

Depresja sezonowa dotyka głównie osoby mieszkające w środkowych i północnych szerokościach geograficznych. W Europie Północnej na poważne dolegliwości cierpi ok. 2% populacji, a w innych, mniej nasłonecznionych regionach świata, np. na Alasce, problem ten dotyczy co dziesiątego mieszkańca. Łagodniejsze objawy jesiennego smutku odczuwa w Europie prawdopodobnie ponad 10 – 15% ludzi.

Ten rodzaj zaburzeń depresyjnych dotyka głównie osoby młodsze – pierwszy epizod pojawia się zwykle pomiędzy 20 a 40 rokiem życia – przy czym z powodu znacznych dolegliwości zdecydowanie częściej cierpią kobiety niż mężczyźni (około 4 razy częściej). Obserwuje się je także u dzieci.

Co ciekawe, zdarzają się przypadki tzw. depresji letniej czyli objawów depresyjnych w okresach dużego nasłonecznienia w strefie okołorównikowej. Niestety jej przyczyny nie są znane.

Objawy

Pierwsze objawy depresji sezonowej mogą pojawić się już w październiku lub listopadzie, a w miesiącach wiosennych (marzec, kwiecień), kiedy zwiększa się ilość światła słonecznego, zazwyczaj całkowicie ustępują. Czasami mogą też przejść w fazę manii (m.in. nadmiernie podwyższonego nastroju, znacznie zwiększonej aktywności i pobudzenia, trudności z koncentracją uwagi, zmniejszonej potrzeby snu) lub hipomanię (łagodniejszą odmianę manii).

Najczęstszymi objawami są:

– uczucie smutku, pustki, lęku, niepokoju

– uczucie przewlekłego przemęczenia

– obniżona aktywność, brak motywacji i inicjatywy do działania

– wzmożona senność z jednoczesnym pogarszaniem się jakości snu, ospałość, trudności z porannym wstawaniem

– zwiększony apetyt, szczególnie związany z większym spożywaniem węglowodanów; często zwiększanie się masy ciała

– osłabienie popędu seksualnego

Zwykle występują także inne charakterystyczne dla depresji objawy, takie jak:

– nadmierna drażliwość

– anhedonia – utrata zdolności przeżywania radości z drobnych, codziennych zdarzeń; a nawet unikanie przyjemności

– poczucie beznadziejności

– problemy z pamięcią, jasnością myślenia, koncentracją uwagi

– problemy z wykonywaniem codziennych czynności

– utrata energii, sił witalnych

– utrata zainteresowań, zobojętnienie

– niechęć do pracy i funkcjonowania w społeczeństwie

– myśli samobójcze

Ponadto, u kobiet możliwe jest wystąpienie objawów napięcia przedmiesiączkowego lub ich nasilenie, z kolei u dzieci można zaobserwować większą skłonność do zachowań agresywnych i łatwiejsze wpadanie w złość.

Konsekwencjami sezonowego zaburzenia afektywnego może być m.in.: nadużywanie alkoholu lub narkotyków, okresowe nadmierne objadanie się, przybieranie na wadze, obniżenie odporności organizmu i związane z tym częste infekcje, problemy z nauką, w pracy lub w relacjach interpersonalnych, a nawet samobójstwa.

Warto jednak pamiętać, by obserwując powyższe objawy, nie diagnozować się samodzielnie, lecz skorzystać z pomocy specjalisty, gdyż mogą one świadczyć także o innych dolegliwościach i zaburzeniach, takich jak: depresja kliniczna (gdy rozpoczęła się w okresie jesienno-zimowym), choroby somatyczne (np.: niedoczynność tarczycy), zespoły przewlekłego zmęczenia, reakcja organizmu na przyjmowane leki i wiele innych.

Jak leczy się depresję sezonową?

W związku z tym, że najbardziej prawdopodobną przyczyną powstawania depresji sezonowej jest niedomiar światła słonecznego docierającego do nas w okresie jesienno-zimowym, głównym sposobem leczenia tego zaburzenia jest fototerapia z wykorzystaniem specjalnych do tego celu lamp fluorescencyjnych. Polega ona na naświetlaniu oczu pacjenta sztucznym jasnym światłem o mocy zbliżonej do naturalnego (ok. 2500 – 10 000 luksów), a kilka lub kilkanaście razy silniejszym od zwykłego domowego oświetlenia (maksymalnie 500 luksów). Zauważono, że już taka dawka sztucznego światła korzystnie wpływa na wydzielanie hormonów i przekaźników mózgowych (podwyższa poziom serotoniny, a obniża melatoniny) oraz ich dobową regulację, a przez to poprawia działanie naszego wewnętrznego zegara.

Fototerapię przeprowadza się w godzinach porannych, a często także i wieczorem (na 2-3 godziny przed spaniem) dla zwiększenia jej skuteczności. Sesje, które trwają od 30 do 120 minut, powtarza się codziennie przez okres od jednego do kilku tygodni. Lekarze często zalecają profilaktyczne rozpoczynanie sesji jeszcze przed wystąpieniem pierwszych w danym sezonie objawów.

Bardzo ważne jest, aby odpowiednio dostosować kąt padania światła i odległość od oczu, a przede wszystkim natężenie i długość naświetlania do poziomu indywidualnej wrażliwości człowieka i obecnego nasilenia dolegliwości.

Metoda ta jest dość skuteczna (w 60-80%), a pierwsze rezultaty, takie jak zmniejszenie senności, apetytu i zmęczenia oraz poprawa nastroju, można zauważyć już po kilku dniach jej stosowania. Ponadto, fototerapia jest bezbolesna, objawy niepożądane (np.: zaczerwienienie oczu lub bóle głowy) zdarzają się bardzo rzadko i może być stosowana także w domu pod kontrolą lekarską.

Z fototerapią łączy się czasem także psychoterapię, np.: gdy depresja sezonowa współwystępuje z nierozwiązanymi konfliktami czy trudnościami natury psychicznej. Ponadto, spotkania z terapeutą mogą pomóc zaakceptować chorobę i nauczyć się jak sobie z nią radzić, szczególnie osobom przyzwyczajonym do dużej aktywności w ciągu całego roku.

Dla zmniejszenia natężenia objawów i poprawy nastroju wykorzystuje się także leki przeciwdepresyjne, np.: fluoksetyny, a w łagodniejszych stanach – niektóre ziołowe preparaty dostępne bez recepty.

Korzystne dla samopoczucia pacjentów okazują się też zimowe wyjazdy do krajów o dużym stopniu nasłonecznienia.

W radzeniu sobie z sezonową depresją pomocne może być unikanie stresujących sytuacji oraz nienakładanie na siebie zbyt wielu obowiązków w tym trudnym okresie. Warto pamiętać też o zdrowiej diecie, bogatej w niezbędne witaminy i minerały, szczególnie w magnez i witaminy z grupy B, które pomagają w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego. Ważne jest również dbanie o swoje samopoczucie oraz o dobrą kondycję, np.: poprzez medytację, aromaterapię, unikanie ciemnych pomieszczeń, spacery w słoneczne dni czy regularne ćwiczenia fizyczne, podczas których uwalniają się poprawiające nam nastrój neuroprzekaźniki. Warto także częściej włączać się w kontakty społeczne i dbać o relacje z innymi ludźmi.

Warto przeczytać:

Norman E. Rosenthal Zimowe smutki

Bibliografia:

Bilikiewicz, A. (red.). (2007). Psychiatria. Podręcznik dla studentów medycyny. Warszawa: Wydawnictwo Lekarskie PZWL

Seligman, M. E. P., Walker, E. F., Rosenhan, D. L. (2003). Psychopatologia. Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka

http://www.resmedica.pl/pl/archiwum/zdart2019.html

Zniecierpliwienie!

 

Gdzieś ludzie spacerują ulicami Paryża, albo Rzymu i choćby w małych miejscowościach, wygrzewają się na słońcu, wystawiając do niego swoje twarze.

Gdzieś tam siedzą w kawiarniach i piją aromatyczną kawę oraz rozmawiają rozkoszując się rozmową.

Gdzieś tam tworzą rodzinną atmosferę i jedzą ugotowany w domu, smaczny obiad i cieszą się domowym ogniskiem.

Gdzieś tam spacerują i gdzieś tam się przytulają, mówiąc sobie miłe słowa.

Gdzieś tam toczy się zwykłe i niezwykłe życie i gdzieś tam idą sobie do kina i jedzą popcorn.

Gdzieś tam kupują bilety i idą do teatru, albo na koncert ulubionego zespołu i szaleją oraz śpiewają.

Kocham swoją, chorą Matkę i włączam się w opiekę nad Nią, co trawa już 20, długich miesięcy, ale dziś wymiękłam i mi się przelało.

W moim życiu przeszłam trzy, potężne depresje i myślałam, że się z nich wygrzebałam, ale nie!

Dziś mi się przelało i zdałam sobie sprawę, że nie dam rady więcej i potrzebuję odpoczynku, bo jestem wypalona.

Poczułam, że jest mi odbierane moje, poukładane życie właściwie bez stresu, a od 20 miesięcy jestem na telefon skazana, który kiedy dzwoni, to dostaję dreszczy!

Nagle moje serce powoduje pieczenie w piersi i nagle poczułam, że jestem totalnie wykończona.

Nagle poczułam, że więcej dać z siebie nie mogę, bo sama potrzebuję spokoju w końcu i zajęcia się swoim życiem!

Poczułam się wyalienowana, taka, co już normalnie nie potrafi rozmawiać z ludźmi, uśmiechać się i pozytywne myśleć, bo tak wielki smutek się wkradł.

Nagle moja chora Matka nie budzi współczucia, bo do duszy wkrada się złość i zniecierpliwienie.

Nagle kiedy moje serce zaczęło wariować pomyślałam sobie, że Ona przeżyje mnie, a ja pójdę do piachu!

Poniższy artykuł jest o tych, którzy od miesięcy siedzą przy łożu chorych rodziców i trwają, ale w pewnym momencie następuje wypalenie i obojętność w duszy i to jest normalne!

 

 

Podobny obraz

Kiedy opiekun przewlekle chorego ma już dość…

Wymagania wobec osoby, która zajmuje się sędziwymi rodzicami, mogą powodować ogromną ilość stresu. Jeśli opiekun nie jest ostrożny, może narazić na szwank własne zdrowie i samopoczucie.

Stres i wypalenie opiekuna
Badania opiekunów rodzinnych wykazały, że stres związany z opieką nad przewlekle chorą osobą powoduje 63-procentowy wzrost śmiertelności w porównaniu z osobami w tym samym wieku nieposiadającymi takich obowiązków. Istnieje wiele powodów, dlaczego pojawia się stres: przepracowywanie się, zbyt mała ilość snu, godzenie obowiązków związanych z opieką i pracą, brak czasu na zajęcie się sobą.

Należy pamiętać, że nie można opiekować się ukochaną osobą, jeśli samemu ma się problemy zdrowotne. Pierwszym krokiem w radzeniu sobie ze stresem jest rozpoznanie jego oznak. Oto 10 objawów stresu opiekuna:
1. Depresja. Objawy to: ciągły smutek, uczucie beznadziei i więcej przypadków płaczu. Wiecej o depresji przeczytaj tutaj: http://portal.abczdrowie.pl/depresja).
2. Wycofanie się. Taka oznaka może pojawić się razem z depresją i oznacza, że nie chcesz widzieć się z rodziną i przyjaciółmi lub przestajesz zajmować się tym, co sprawiało kiedyś radość.
3. Lęk. Uczucie niepokoju pojawia się w sytuacjach, kiedy masz mało czasu lub myślisz o przyszłości.
4. Złość. Możesz zacząć częściej krzyczeć na rodzica lub mieć więcej trudności z opanowaniem napadów złości w stosunku do innych ludzi. Opiekunowie często są źli na ukochaną osobę, ponieważ poświęcają własne życie dla nich. Uczucie złości na innych członków rodziny, którzy nie pomagają, również jest często spotykane.
5. Utrata koncentracji. Nieustanne myśli o sędziwym rodzicu i wszystkich koniecznych do wykonania obowiązkach sprawiają, że koncentracja w pracy lub przy innych zajęciach jest znacznie mniejsza.
6. Zmiany nawyków żywieniowych. Często występuje utrata wagi lub przybieranie na wadze oraz częstsze choroby.
7. Bezsenność. Czujesz zmęczenie, ale nie możesz zasnąć? A może organizm jest zmęczony, ale ty tego nie czujesz? Może się też zdarzyć, że budzisz się w środku nocy z powodu koszmarów lub stresujących snów.
8. Wycieńczenie. Jeżeli często budzisz się i czujesz, że nie możesz wstać z łóżka pomimo przespanej nocy, oznacza to wyczerpanie.
9. Picie alkoholu i palenie papierosów. Zauważalnie palisz i pijesz więcej lub zaczynasz to robić, mimo że w przeszłości tak nie było.
10. Problemy zdrowotne. Coraz częściej zdarza ci się przeziębienie lub grypa. Bardzo często dzieje się to w przypadku opiekunów, którzy nie dbają o siebie, np. źle się odżywiają i nie ćwiczą.

Sprawdzone strategie kontrolowania stresu
1. Odpoczywaj i korzystaj z dostępnej opieki zdrowotnej. Zrobienie sobie przerwy i upewnienie się, że rodzicem zajmuje się odpowiednio wykwalifikowana osoba to jeden z najlepszych sposobów na zmniejszenie stresu.
2. Nie bój się poprosić członków rodziny o pomoc w opiece lub w sprawach finansowych. Opieka nad starszymi rodzicami to nie tylko twoja odpowiedzialność.
3. Naucz się odmawiać wykonywania innych wyczerpujących i stresujących zadań, np. bycie gospodarzem w czasie świąt.
4. Wybaczaj sobie niedoskonałości. Idealny opiekun nie istnieje.
5. Naucz się rozpoznawać, co możesz zmienić, a czego nie. Przykładowo, może nie uda się zmienić zachowania innej osoby, ale masz wpływ na to, jaka jest twoja reakcja.
6. Stawiaj sobie realistyczne cele. Podziel duże zadania na mniejsze, które możesz wykonywać po kolei.
7. Skup się na priorytetach, stwórz listę i codzienny plan zajęć.
8. Utrzymuj kontakty z rodziną i przyjaciółmi, i koniecznie znajdź czas dla siebie.
9. Przyłącz się do grupy wsparcia opiekunów. Jeśli rodzic jest przewlekle chory, np. cierpi na chorobę Alzheimera (http://portal.abczdrowie.pl/choroba-alzheimera)lub demencję, poszukaj grupy, która radzi sobie z podobnymi problemami.
10. Znajdź czas na aktywność fizyczną w większość dni, nawet jeśli to tylko spacer. Odżywiaj się zdrowo i wysypiaj się. Regularnie chodź na badania okresowe.
11. Ćwicz pozytywne myślenie i poczucie humoru.
12. Dowiedz się czegoś na temat bezpłatnej opieki, pomocy lub poradni w okolicy.
13. Zastanów się nad wzięciem urlopu. W Polsce przysługuje14 dni kalendarzowych rocznie na opiekę nad członkiem rodziny.

http://natemat.pl/124175,kiedy-opiekun-przewlekle-chorego-ma-juz-dosc

Depresja – weź się w garść!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem. Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.
Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.
Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.
Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.
Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.
Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.
Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.
Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.
Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.
Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.
Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.
Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną. Zostanę sam/a.
Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.
Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.
Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.
W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej. Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.
Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.
Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 
Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.
Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.
Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.
Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji. I tu zaczyna się dramat.
Widziałam różne szpitale w swoim życiu. Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.
Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.
Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.
Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.
Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny. Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.
Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.
Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.
Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa. Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc. Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie. Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.
Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno. Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.
Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.
Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi. Nie ma w nim przypadków skrajnych.
Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy. Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.
Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.
Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.
Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.
Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.
Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.
Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.
Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

Bo kiedy w związku wszystko się wypali!

Kiedy pokazywali się na czerwonym dywanie, albo pokazywali się publicznie, to dech zapierali ludziom na całym świecie!

Przepiękna para, chyba najbardziej szykowna i niesłychanie do siebie pasująca.

Myślałam, że razem się zestarzeją i pokażą światu, że można być ze sobą na całe życie.

Mieli wszystko, czego może zapragnąć człowiek na tej pięknej Ziemi.

Mieli grube miliony dolarów, przepiękne domy z basenem, dzieci i w końcu siebie przede wszystkim.

Nie brakowało im ptasiego mleka, a jednak po 12 latach związku się rozstali i tu można zadać pytanie – dlaczego?

Aby zrozumieć dlaczego, to trzeba obejrzeć film pt. „Nad morzem”, który wyreżyserowała Angelina Jole i razem z Bradem zagrali główne role.

Zagrali siebie tak mniemam i w tym filmie pokazali, co ich na co dzień dręczyło.

To jest film prawie biograficzny, w którym przedstawiono depresję Angeliny i alkoholizm Brada.

Wypaliło się w tym związku niemal wszystko – łącznie ze sferą seksualną i praktycznie nie było już co sklejać, bo związek doszedł do ściany.

Nie pomogły więc pieniądze i nie pomogli przyjaciele, którzy od tej pary w kryzysie się odsunęli i oboje popadli w marazm, choć życzę im odbicia się od dna.

Moje serce zawsze ubolewa, kiedy rozpada się małżeństwo. Obojętnie jakie, bo czy bogatych ludzi, czy zwykłych.

Bogaci ludzie są też tylko zwykłymi ludźmi, ze swoimi demonami, uczuciami i trudnymi chwilami i dlatego jest mi żal każdego człowieka, któremu się posypało życie.

Rozwód, to porażka i nie życzę nikomu tych wszystkich przejść, bo każdy z nas powinien życie przeżyć w miarę szczęśliwie.

Brad Pitt dzisiaj wystosował prawdę o sobie i swoim związku i szczerze zrobiło mi się Go żal.

Wystąpił w sesji po pół roku od rozstania z Angeliną, która średnio mi się podoba.

Sesję nazwałam po swojemu i nadałam jej tytuł „Samotność w wielkim świecie”.

Brad po rozstaniu został sam i musi się spiąć, by wypłynąć znowu na powierzchnię i mam nadzieję, że odszuka jeszcze sens życia, a i tego życzę Angelinie.

Może się jeszcze kiedyś zejdą, bo wydaje mi się, że wciąż się kochają!

Brad Pitt turla się po pustyni, klęczy na łące i... podziwia stalaktyty (ZDJĘCIA)

Od czasu głośnego rozstania z Angeliną Jolie we wrześniu ubiegłego roku Brad Pitt zdawał się unikać mediów. 53-latek rzekomo całe dnie spędzał, słuchając smutnych piosenek i zajmując się rzeźbiarstwem.

Przypomnijmy: Brad Pitt po rozstaniu z Angeliną zajął się… rzeźbiarstwem! „Zamyka się w swoim studiu na 15 godzin i słucha smutnych piosenek”

Po ponad pół roku od skandalu aktor postanowił otworzyć się przed magazynem GQ. Wywiadowi, w którym Pitt przyznaje się do alkoholizmu i opowiada o terapii, towarzyszą enigmatyczne fotografie Ryana McGinleya. Sesja, która liczy kilkadziesiąt zdjęć, jest zapisem podróży, w jaką aktor wybrał się z artystą po amerykańskich parkach narodowych. W efekcie możemy zobaczyć, jak smutny Pitt turla się po pustyni, klęczy na łąkach i podziwia stalaktyty.

Zobaczcie najdziwniejsze ujęcia z głośnej sesji do GQ. Jak oceniacie rezultaty?

http://www.pudelek.pl/artykul/109891/brad_pitt_turla_sie_po_pustyni_kleczy_na_lace_i_podziwia_stalaktyty_zdjecia/

https://www.facebook.com/MilanParisMFW/photos/a.1554397931299104.1073750576.131173790288199/1554398294632401/?type=3&theater

Mała Wściekła Blondyna

Mam 21 lat, 156 cm wzrostu, blond kłaki.. Jestem idealistką, stąd mam wiele częstych bólów dupy. Denerwuje mnie wiele, od zamkniętych głów przez dziwne ogólnie przyjęte zasady bytowania na naszej Planetce. Stąd Mała Wściekła Blondyna. Palę fajki, mam tatuaże i bluźnię, więc jeśli Cię to gorszy istnieje możliwość, że się nie polubimy. Jeśli zaś nie przeszkadza Ci to, masz chęć poczytać wypociny młodej autystycznej duszyczki, zainteresowanej zagadnieniami z dziedzin motywacji, nauki, literatury ... ZAPRASZAM! Oczywiście na blogu pojawiają się również tematy beauty, czy miłe proste, przyjemne babskie pier*olenie! MIŁEJ LEKTURY!

w drodze

gazeta domowa.

Piotrek

Zdrada - tak to można określić, chciałbym się wygadać o swoich zdradach, uzależnieniu od kobiet, etc.

U stóp Benbulbena

pocztówki z Irlandii

Roma Carlos

I'm not sure what I did last time

Wiedźmowisko

Dzień po dniu

365 dni w obiektywie LG

365 days a lens LG

Program PIT 2019

Programy do rozliczenia PIT

michael ogazie's blog

blogging , Love, Google, Seo, Relationship, Faith, Life, 2019 blogger Award

ulotnechwile

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

blogcaffe.wordpress.com/

z mojego punktu widzenia * from my point of view *z mojego punktu widzenia * from my point of view *z mojego punktu widzenia * from my point of view *z mojego punktu widzenia *

Sport News

Blood Sport

Free gold bird

No one let you down, we can move the mounds/mount

Wrzosy

O tym co było, co jest i czasem trochę marzeń

Myśli (nie)banalne Joanny

czyli spostrzeżenia, refleksje, moje spojrzenie na świat.

Alek Skarga Poems

Poezja w słowach i obrazach

ZLEPEK KLEPEK ALBO BECZKA ŚMIECHU

BLOG TADEUSZA HAFTANIUKA

Kałuże i Róże.

Szukam sensu w Krakowie

Walcz zawsze do końca

Osobiste zapiski z mojego życia

Życie jest piękne , uśmiech dodaje mu blasku :)

Rozważ , jak trudno jest zmienić siebie , a zrozumiesz , jak znikome masz szanse zmienić innych. "(Wolter)

Tatulowe opowieści

Poczuj się jak słuchacz opowieści ojca wracającego po pracy do domu i dzielącego się z rodziną tym, co przemyślał i przeżył

sasza4

Subskrybuj moją twórczość.

Związek niesakramentalny

my bez żadnego trybu

mysz galaktyczna

prywatny blog prywatnej osoby o zmianie na lepsze. välkommen.

Antropozofiablog

Rudolf Steiner, Antropozofia i inne

Blog o Australii

O życiu, podróżach i spełnianiu marzeń

wzzw.wordpress.com/

strona byłych działaczy »Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża«

alina-ala

... na swą słabość patrząc postaraj się zrozumieć innych...

Sześćdziesiąt równa się dwadzieścia

Wiek nie ogranicza człowieka w działaniu

teresa ozimek

Hajnowski blog lokalny - Piszcie o swoich sprawach na adres: teresa.ozimek@wp.pl

KRYSTYNA RYSUJE

Mając 8 lat narysowałam swój pierwszy obraz. Po długiej przerwie znów powróciłam do kartki i ołówka. Cały czas się uczę i dążę do perfekcji

Niepełnosprawny Świat Blogerki

Moja DUSZA to bezdenna głębia Oceanu, czasem zmącona przez wzburzone fale Życia ...

życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

paulainstyle.com

Blog lifestylowy

ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze... Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy... Nauczyć się dawać, nie dając... Nauczyć się brać, nie biorąc... Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ....miłości nie kochając... Nauka jest sztuką!!!!

bezpukania.eu

Poznaj oblicze XXI wieku i poczuj blisko oddech epoki, w której żyjesz. Zapraszam na blog.

Zapisz.org

Poetów, pisarzy, eseistów i publicystów zainteresowanych publikacją na naszych łamach zapraszamy do przesyłania propozycji tekstów na adres magazynzapisz@gmail.com

#2latado30charyszka - 2 lata do 30 charyszka

Zbiór myśli mniej lub bardziej nieuporządkowanych. Składnica uczuć, pomników pamięci, ludzkich sylwetek. Światem, który migotliwie zachęca do uczestnictwa w nim i komentowania jego cudów i porażek.