Archiwa miesięczne: Kwiecień 2015

Kto będzie kazał czyścić żyrandole w Pałacu Prezydenta?

Człowiek się rodzi bez żadnej wiedzy i jest to określane jako Tabula rasa i przedstawicielami takiego poglądu byli m.in. D. HumeJ. Locke. Oznacza to, że z wiekiem dopiero uzyskujemy jakieś doświadczenie i jesteśmy zdolni do wypowiadania swoich poglądów i tez. Uczymy się całe życie i nabieramy swoistych doświadczeń, a najważniejsze doświadczenia wydaje mi się, to są doświadczenia życiowe, bo życie ich dostarcza mnogą ilość i to od nas zależy, czy robimy z doświadczeń życiowych dobry i mądry użytek.

Uważam, że nabyte doświadczenia życiowe ukierunkowują nasz umysł i pozwalają na mądre patrzenie na to, co nas otacza, a jeśli doświadczenia życiowe mieszają się z wysokim ilorazem inteligencji, to mamy przed sobą człowieka, z którym można podyskutować i wymienić poglądy.

Ale filozoficznie mi się tu zrobiło, ale uważam, że z biegiem dni, z biegiem lat mądrzejemy i kiedy ja się znalazłam na progu nieuchronnej starości nie chcę już iść w swoim życiu na skróty i wybierać mniejszego zła, bo chcę już konkretów, mocnych argumentów i mądrych ludzi sobie już życzę. Skoro mam na to czas, to mogę w swoim umyśle mielić i przemielać i mam prawo do wyboru wszystkiego, co najlepsze dla mojego kraju, dla moich dzieci, dla moich wnucząt i oczywiście dla seniorki żyjącej w Polsce.

Gdzieś niżej napisałam, że w Wyborach Prezydenckich zagłosuję ponownie na Prezydenta Komorowskiego, ale to chyba było w styczniu, a teraz stało się tak, że moje doświadczenie życiowe podpowiada mi, że ponownie będę musiała wybierać mniejsze zło, a już tego nie chcę.

Gapię się w kartę do głosowania i nic nie wiem. Nie wiem na kogo oddam swój głos 10 maja i wydaje mi się, że nawet dni wolne majowe mi w tym nie pomogą. Jestem wysoce skołowana i zawiedziona kampaniami wyborczymi, bo nic mi nie zagrało  w punkt, a padły tylko słowa, słowa, z których jak wiadomo z poprzednich kampanii nic nie wynika i nie wyniknie.

Wydają miliony na te swoje kampanie, bilbordy, przejazdy i mamią społeczeństwo, że zrobią wszystko, co w ich mocy, aby w Polsce było lepiej, a ja już im nie wierzę.

Stanowisko pod żyrandolem podobno nie wiele może, a więc niby po co ja się tak przejmuję? A tak, przejmuję się, bo pragnie mi się, aby w świecie reprezentował mnie ktoś z wielką klasą i otwartym umysłem. Marzy mi się abym nie musiała się wstydzić, że mój Prezydent ładuje się w Japonii na jakiś podest z okrzykiem Szogun!

 

Marudzę, co nie? Jednak kiedy czytam kondolencje dla Władysława Bartoszewskiego wpisane pół na pół przez kogoś z Kancelarii, a dokończone przez mojego Prezydenta, to zrobiło mi się nijak na duszy i zrobiło mi się wstyd, że mój Prezydent nawet w takiej chwili nie stanął na wysokości zadania i skorzystał ze ściągawki.

Ale to nie wszystko, bo kiedy czytam, że nasz Prezydent jest pod wrażeniem trzęsienia ziemi w Nepalu, to mnie  „rence  opadajom”. Zawsze myślałam, że pod wrażeniem, to można być obrazu, utworu, poezji, albo heroicznej postawie człowieka, a tak jeszcze wkradł się błąd na miarę bulu i nadzeji, bo Nepalczycy we wpisie są z małej litery, a więc znów wkradła się wielka niechlujność, co zaczyna mnie poważnie denerwować i mierzić.

Bronisław Komorowski
@Komorowski
Wszyscy jesteśmy pod ogromnym wrażeniem katastrofy w Nepalu. Trzeba pomocy całego świata dla nepalczyków.

Janusz Korwin Mikke to ulubieniec młodych ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, co to znaczy pięć, a więc zafascynowanych luzackim postępowaniem pana po 70-tce, który strzela swoimi plemnikami na prawo i lewo i rodzą mu się jakieś dzieci, czyli Pan który lgnie do kobiet, a jednak ich nienawidzi, bo dał temu wyraz choćby tu:

Janusz Korwin Mikke kiedy coś wygłasza, to ja nie wiem, co on wygłasza, bo jego język jest jak karabin maszynowy i ja nie wiem, co on do mnie gada. Niechlujność w porozumiewaniu się i męczy mnie cedzenie każdego zdania i analizowanie, co autor miał na myśli, a więc dziadku, drogi dziadku pora iść spać.

Co my tu jeszcze mamy? Mamy Magdalenę Ogórek, śliczną i powabną dziewoję, której zapragnęło się z ramienia kochliwego Millera zamieszkać w Pałacu Prezydenckim. O nie, ja tej Pani nie kupuję, bo wiem, że z celebrytki nie może być dobra Prezydentka, która wiem, że umie czytać, ale nawet jak czyta, to jest niestrawna!

https://www.youtube.com/watch?v=3O5gGyKG8U4

Jej nietakt w ubiorach jest żenujący, bo nie tak sobie wyobrażam polityka. Polityk powinien być wystrojony, ale nie ustrojony i niechaj nie robi sobie ustawek w tak ważnych chwilach jak rocznica katastrofy smoleńskiej, bo to też budzi moją niewiarę w szczerość takiego polityka, bo zapalając znicz nie powinno pokazywać się całej pupy. O matko, widzisz i nie grzmisz! Czy tak trudno podejrzeć jest jak ubierają się kobiety będące w polityce? Może ptasi móżdżek nie sięga tak daleko, a szkoda!

Miller kiedyś powiedział, że nie ważne jak mężczyzna zaczyna, ale ważne jak kończy i dla mnie Janusz Palikot właśnie skończył, mimo wydanych wielkich pieniędzy na kampanię. Nie ufam temu politykowi, bo jest zmienny jak wiatr i nigdy nie wiadomo z jakim happeningiem wyskoczy. Był wibrator, był świński łeb, a więc boję się ludzi nieprzewidywalnych, a więc bay, bay.

Andrzej Duda nie chce być Prezydentem, bo dla niego to za mało. On obiecuje już jak Premier całego rządu i tylko skąd on chce wziąć taką kasę, bo w dzisiejszych realiach, to jak porywanie się z motyką na słońce. Taki chłopek roztropek, który uwierzył w swoją wielkość, co jest strasznie denerwujące i te amerykańskie wejścia na miarę Obamy i te fanfary, a do tego pragnie dokończyć dzieło Lecha Kaczyńskiego, a ja sobie nie mogę przypomnieć żadnego dzieła. O Bosze!

„Dzieło Lecha Kaczyńskiego trzeba podnieść na nowo”.

PSL wystawił siwego loczka z gitarą w ręku. Czaruje, oj czaruje, ale ja go nie kupuję i to by było na tyle, bo więcej słów spod klawiatury nie padnie.

Paweł Kukiz. No cóż, człowiek z muzyki po przejściach. Nauczył się fajnie gadać, a jeśli muza już nie przynosi profitów, to zamarzyła mu się polityka, a jak wiadomo alkohol niszczy mózgi i tu mamy jakby odrodzenie i próbę przejścia na normalną stronę mocy, ale starsi wyżeracze tego nie kupią. Kupi młodzież i niechaj mu się kręci, ale bez mojej pomocy! Nie wystarczy ubrać się w garnitur, by wyglądać inteligentnie, oj nie!

Reasumując, jestem w totalnej de… Nie wiem, nie potrafię wybrać, choć na wybory się wybieram, ale krzyczę głośno. Brakuje mi ludzi pokroju Mazowieckiego śp. Brakuje mi Cimoszewicza i Olechowskiego i chce się zakrzyknąć – gdzie znaleźć w Polsce autorytety i czy one jeszcze w ogóle są? Nie będę wybrała mniejszego zła, bo wciąż chcę widzieć w lustrze seniorkę myślącą!

Reklamy

Dziś idę na łatwiznę – art. z „Wysokich Obcasów” – Matki w Finlandii

Wydaje mi się, że ten art. świetnie mi tu pasuje, ponieważ staram się poruszać na blogu różne tematy. Matki w Polsce pewnie zagryzają zęby, że innym matkom w świecie lepiej się żyje i posiadanie dzieci, to czysta przyjemność, skoro państwo o te matki dba. Mnie, jako seniorkę także taki model się podoba, kiedy czytam, że macierzyństwo nie wszędzie jest drogą przez mękę i z ledwością wiązanie końca z końcem, a także miotaniem się między  karierą zawodową, aby mieć na wychowanie dzieci, a spokojnym odchowanie swojego potomstwa.
Mam nadzieję, że autorka tego tekstu nie koloryzuje. Zapraszam do zapoznania się z tekstem, bo dla polskich matek jest to swego rodzaju wsadzenie kija w mrowisko.
„Jako matce opiekującej się dwuletnim dzieckiem w domu przysługuje mi prawo do wynagrodzenia. Miły gest poprawiający samopoczucie. Tak często polskie mamy mówią o sobie: nic nie robię, siedzę w domu z dzieckiem. W Finlandii to nie nazywa się „nic”
To zabawne, ale kiedy zaglądałam na stronę „Wysokich Obcasów”, przez dość długi czas nie skojarzyłam, że akcja „Polki bez granic” może dotyczyć mnie samej. Od dziesięciu lat żyję za granicą. Najpierw sześć lat w Stanach, teraz już blisko cztery w Finlandii. Ale i wcześniej nosiło mnie po świecie. W czasie studiów wzięłam rok dziekanki, żeby zostać „operką” w Niemczech. Później wyjechałam na sześć miesięcy do USA i na trzy do Irlandii.Każde z dwojga moich dzieci przyszło na świat w innym kraju. Nigdy nie żyły w Polsce. Córeczka mówi biegle po angielsku, synek pewnie niedługo zacznie po fińsku. A mimo to na co dzień nie zastanawiam się, czy jestem emigrantką, czy expatką. Myślę, że w naszym współczesnym, nowoczesnym, demokratycznym i zachodnim świecie nie ma już czegoś takiego jak emigracja. W dobie internetu, Skype’a, tanich linii lotniczych, braku granic w Europie, jesteśmy wszyscy bardzo blisko.Przyjazd do Helsinek był dla mnie, dla nas, jak wejście w ciepłe i wygodne kapcie. Tu wszystko jest tak proste, tak dopasowane do człowieka, że zagubienie się w tym państwie i społeczeństwie jest niemal niemożliwe. Nawet brak języka nie przeszkadza, ponieważ wszyscy mówią po angielsku. Na początku często porównywaliśmy to nowe fińskie życie do dawnego, amerykańskiego.

W USA byłam przede wszystkim dziennikarką, potem zostałam mamą. W Finlandii jestem przede wszystkim mamą, tu urodziłam nasze drugie dziecko.

Jak to jest być mamą w tym nordyckim kraju?

Komfortowo. Krótko po otrzymaniu stałego pobytu dowiedziałam się, że jako matce opiekującej się dwuletnim dzieckiem w domu przysługuje mi prawo do wynagrodzenia. Przecież jeśli poszłabym do pracy, moim dzieckiem zajmowałaby się przedszkolanka. A tak ja wykonuję tę pracę sama. Miły gest poprawiający samopoczucie. Tak często polskie mamy mówią o sobie: nic nie robię, siedzę w domu z dzieckiem. W Finlandii to nie nazywa się „nic”. Oczywiście takie samo prawo ma ojciec dziecka, ale tu w praktyce jednak mamy dłużej zostają w domu. Miejsce pracy trzymane jest przez trzy lata.

Każde dziecko ma też zagwarantowane miejsce w przedszkolu. Jeżeli rodzice wybiorą prywatną placówkę, państwo i miasto dofinansowują koszty, i jest to znowu około 400-500 euro miesięcznie. Innym ukłonem w stronę rodziców jest prawo do bezpłatnego korzystania z komunikacji miejskiej, jeżeli podróżuje się z dzieckiem w wózku. Mamy nie muszą też czuć się zamknięte w domu z dzieckiem.

W Helsinkach od stu (!) lat istnieje sieć parków zabaw (leikkipuisto). Są to duże place zabaw z budynkiem, w którym mieści się świetlica, sala zabaw, kuchnia, toaleta. Pracują tam opiekunowie, często organizowane są zajęcia dla maluchów. Popołudniami pełnią też funkcję świetlic dla dzieci szkolnych. To tu chętnie przedpołudnia spędzają mamy z maluchami. Latem w każdym takim parku punkt dwunasta jest wydawany obiad dla dzieci. Bezpłatnie. Trzeba tylko przynieść własny talerz i sztućce. Przychodzą tłumy dzieciaków, jest wspólne śpiewanie i zabawy plenerowe.

Fińskie mamy są cierpliwe i spokojne. Nigdy nie byłam świadkiem krzyczenia na dziecko. Ale i dzieci poprawnie się zachowują. Być może udziela się im ten spokój. Finowie chyba w ogóle są cierpliwi. Nie widzę irytacji na twarzach, kiedy tramwaj się spóźnia – a bywa, że nie jest na czas, albo kolejka do kasy jest zbyt długa. Kierowcy prowadzą spokojnie i powoli, nikt się nie ściga. Może to efekt mandatów, których wysokość jest zależna od dochodów. Są też skromni, co widać w ich ubiorze, modzie i fińskim designie: prostym, skromnym, użytkowym i bardzo praktycznym. Designie, który uwielbiam w każdej postaci. Za półtora roku będę mogła coś powiedzieć o fińskiej szkole, jak nasza córka zacznie edukację. W Helsinkach i Espoo działa parę publicznych szkół anglojęzycznych. Nauka jest darmowa, fiński program nauczania, jest też wykładany fiński jako drugi język.

Na razie nasze dzieci są w przedszkolach. Starsze w angielskim (prywatnym), młodsze w fińskim (publicznym). Nie bardzo znam polskie realia, ale tu jest jak w domu. Przedszkole mojego dwuletniego synka to dwanaścioro dzieci i trzy wychowawczynie, które często mają jeszcze do pomocy osobę dochodzącą. Ostoja spokoju. Dają ciepło i bezpieczeństwo swoim małym podopiecznym. Przedszkole córki jest już dużo większe, ale panuje tam atmosfera przyjacielskiego spotkania. Nauczycielki są zawsze do dyspozycji, uważne, ciepłe, serdeczne. Każda ma pod opieką około ośmiorga dzieci. A dzieciaki nie chcą wracać do domu.”

Autorka prowadzi bloga kiitoshelsinki.blogspot.com 

Drodzy Seniorzy – czas ze sceny zejść!

Na profilu Super Niani, a Ona lubi zrobić trochę szumu na swoim profilu przeczytałam takie zapytanie skierowane do niej i oczywiście do jej dyskutantek. Chodzi o to, czy Seniorki mają prawo zajmować ławki na placu zabaw? Nie wiem w jakiej to miejscowości moherowe staruszki okupują ten plac i to w zasadzie nie jest tak ważne. Ważne jest, że matki z małymi dziećmi nie mają w tej sytuacji dostępu do tych ławeczek podczas pilnowania swoich pociech i jedna z nich się wkurzyła i zapodała temat na stronie Super Niani i czytamy:

Do tego pstryknęła zdjęcie, że nie jest gołosłowna i ma na to niezbity dowód, że starsze panie są niesubordynowane, bo siedzą swoimi dupskami i młode matki czują się oszukane, bo to miejsce powinno być zarezerwowane dla nich tylko i wyłącznie.

A tu mamy jeden z dziesiątków komentarzy oburzonej mamy, że seniorki wpierniczyły się na plac zabaw, choć ja na zdjęciu specjalnie dzieci nie widzę, ale za to widzę i owszem seniorki, które wyszły przed blok, by pogrzać się w wiosennym słonku i by spotkać drugiego człowieka, ale dla młodych ludzi nie to jest ważne, a więc czytamy:

„XXXX Problem tkwi w tym ze pod swoimi blokami nie podpisali zgody na ławki ze wzgledu na halas a teraz szwedaja sie pod naszymi oknami miedzy naszymi dziecmi.. na Placu naszych dzieci… to jest PLAC ZABAW a nie PLAC EMERYTEK …. bo jakos pod DOMEM STARCOW dzieci nie przesiaduja na lawkach i nie zajmuje ich miejsc..”

No i co z tym fantem zrobić, bo ja od siebie tylko napiszę, że pod moimi oknami też jest plac zabaw, ale nie ma na nim ani dzieci, ani emerytek i sama nie korzystam z ławeczek, choć mogłabym nawet się na jednej z nich położyć i opalać, ale to też by chyba głupio wyglądało i może bym trafiła na Facebooka, że mi odbiło.

Seniorki uważajcie na place zabaw, bo jeszcze młoda matka będzie zdolna do czynu zabronionego, że taka i owaka starucha porusza się w jej przestrzeni publicznej. Do domu emerytki, albo z dala od placów zabaw – zrozumiano!

Playlista starszej pani :)

Prowadzę bloga regularnie i codzienne się staram, bym coś na bloga wpisała. Znacie mnie już jako tako i ja znam jako tako osoby prowadzące swoje miejsce w sieci.

Dziś chciałabym się przedstawić tym, jakie mam gusta muzyczne, bo podobno i po tym można rozpoznać człowieka. Jako, że już wiekowa jestem, to i wyciągnęłam starocie, które wydają mi się ponad czasowe, a jest to kropla w morzu tego wszystkiego, co do tej pory powstało i zrobiło furorę na rynku muzycznym, a do czego chętnie wracam, co jakiś czas.

Zbliża się Majówka i ludziska ruszą w trasy, aby z tych dni wolnych od pracy uszczknąć choć trochę luzu i wolności, a więc i ja duchowo się na nią przygotowuję, choć nie mam jeszcze konkretnych planów, ale na pewno coś dziać się będzie.

Tak więc krótkim wstępem ochoczo zapraszam, abyście poznali  playlistę starszej pani w minimalnym procencie.  😀

Czy pomoc z sieci uratuje kobietę przed samobójstwem?

Jagoda wyszła za mąż dziesięć lat temu za Andrzeja, choć czuła, że chyba nie powinna nigdy zakładać rodziny. Jednak stało się, że szybko zaszła w ciążę i na swój sposób pokochała Andrzeja, który by za nią wskoczył w ogień, bo tak był w nią zapatrzony.

Wiedziała podskórnie, że to małżeństwo nie może się udać ze względu na jej przeszłość, która do różowych nie należała i słaby charakter. Szybko jej matka rozeszła się z mężem, który ją bił jak mokre żyto, a w związku z tym straciła zdolność do utrzymania domu i wychowywania swojego dziecka. Oddała ją więc na wychowanie do babci na pięć długich lat, a sama wciąż szukała nowego partnera na życie i zapomniała o swoim dziecku.

Jagodzie nie brakowało u babci niczego oprócz matki. Babcia była bardzo surowa i dużo od niej wymagała i zapominała, że tak małe dziecko potrzebuje dużo czułości i bliskości osoby starszej. Babcia dała jeść, ubrała, ale Jagoda tęskniła za matką, bo matka, to matka. Niestety, ale matka ponownie wyszła za mąż i wzięła sobie do domu następnego alkoholika, z którym zasiadała do stołu, a Jagodę zabierała do siebie od wielkiego dzwonu, kiedy miała przypływ miłości do córki.

Kiedy babcia poważnie zaczęła chorować, to nie było wyjścia i Jagodę zabrała matka do domu i mówiła jej, że stworzą wreszcie prawdziwą rodzinę i będą szczęśliwi. Ojczym pił na umór i nie pracował, a więc matka od rana do wieczora zarabiała grosze, aby mieć na picie męża i na to by mogła cokolwiek do garnka włożyć.

Jagoda z kluczem na szyi bardzo często wolała siedzieć na podwórku z rówieśnikami niż być w domu z zapijaczonym ojczymem, który leżał w łóżku nie nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Jagoda była dla niego niczym i nigdy o nią nie zadbał i się nie zainteresował, bo była dla niego jak powietrze. Jakże często siedziała głodna w zimnym domu, w którym dopiero napaliła matka, kiedy wróciła, a często było to późną nocą.

Jagoda rosła w takim domu bez miłości i dobrego słowa, a była świadkiem, kiedy dorośli wyklinali na siebie i szyby leciały z futryn drzwiowych, a policja była częstym gościem.

To był koszmar dla Jagody i nie miała dokąd uciec, a kiedy ojczym zaczął ją molestować, to tego było już za wiele dla młodej dziewczyny.

Uciekła do rówieśników, gdzie alkohol i narkotyki były na porządku dziennym. Brała wszystko i wąchała wszystko popijając to alkoholem i był to w jej życiu bardzo intensywny okres. Czuła się wolna i szczęśliwa, z daleka od nieudolnej matki i molestującego ojczyma. Nikt jej nie szukał i nikt nie ingerował w jej życie, a ona ćpała coraz więcej i więcej.

Upominała się o nią tylko szkoła, ale ona wagarowała i miała w nosie naukę, bo narkotyki ją całkowicie uzależniły i wolała siedzieć z innym na melinach, aby czuć się przez nich akceptowaną. Pieniądze na narkotyki zdobywali różnymi sposobami, a i kradzieże też były, w których i ona brała udział. Zdobycie działki to było dla niej najważniejszym celem w życiu.

Pewnego dnia przedawkowała i ktoś wezwał ze strachu karetkę pogotowia. Zabrano ją do szpitala, a potem trafiła do Monaru, ale po tygodniu udało się jej uciec i wróciła dalej do swojego świata. Kiedy zauważyła, że narkotyki to za mało, zalewała je denaturatem i tak szybko znów trafiła, ale tym razem do psychiatryka, gdzie przeszła gruntowny detkos, który o mało jej nie zabił, bo potrzeba ćpania była wciąż silna.

Po pół roku już zdrowa i oczyszczona wróciła do życia, a skończywszy 18 lat, znalazła pracę w szkole jako sprzątaczka i postanowiła, że skończy szkołę, bo pragnęła żyć inaczej, lepiej i uczciwiej niż jej matka.

Wynajęła niewielką, skromną kawalerkę, ale czuła się bardzo samotna. Nie raz chciała wrócić do dawnego towarzystwa i zaćpać się ponownie, ale w tym czasie poznała Andrzeja, który wiedział o jej dzieciństwie i dylematach z narkotykami.

Andrzej obiecał, że nigdy jej nie opuści i będzie z nią i  pomoże uporać się z demonami. Urodziła się córeczka, a za dwa lata kolejne dziecko i tak stali się rodziną, która walczyła z biedą i niedogodnościami lokalowymi, ale byli szczęśliwi, bo byli razem.

Postanowili, że Andrzej pojedzie za granicę, by zarobić więcej pieniędzy na lepszy dom i lepszą przyszłość. Jagoda się na to zgodziła, bo też pragnęła wygodniejszego życia z myślą o swoich kochanych dzieciach.

Pojechał, a ona borykała się sama ze wszystkim. Choroby dzieci, pierwsze kroki i ząbkowania, to wszytko było bez udziału Andrzeja. Przysyłał niezłe pieniądze i niczego Jagodzie nie brakowało, oprócz miłości mężczyzny i wsparcia. Było jej ciężko strasznie i nie wiedziała jak dalej sobie z tym wszystkim poradzi. Zasypiała sama i budziła się sama i zaczęło ją ciągnąć do ćpania, ale przecież nie mogła, bo kochała swoje dzieci.

Aby zniwelować poczucie pustki i samotności każdego wieczora piła butelkę wódki, a więc kładła się pijana i wstawała na kacu i tak przeleciał jej rok bez męża, ale w towarzystwie flaszki. Trzeźwiała kiedy Andrzej przyjeżdżał do domu i jakoś zdołała to ukryć.

Alkohol sprawił, że wpadła w depresję i poszła do psychiatry, ale nie zdradziła, że pije i tak od tej pory mieszała tabletki z alkoholem, co skutkowało mieszanką wybuchową. Czuła się coraz bardziej źle, ale nie chciała by odczuły to jej kochane dzieci. Na ile mogła, to o nie dbała i niczego im nie brakowało – w zasadzie i tak uspokajała swoje poczucie złej matki, która nadużywa alkoholu.

Jagoda szuka wsparcia na forach i pyta anonimowych ludzi, jak ma dalej żyć, bo codziennie myśli o samobójstwie, bo już nie wyrabia, a depresja ją zabija. Budzi się zlana potem, bo widzi siebie  powieszoną na linie w piwnicy.

Jak myślicie, czy anonimowi ludzie dadzą jej wsparcie? Czy to rozsądne szukać pomocy w sieci, zamiast szukać jej u lekarzy i psychoterapeutów? Oby nie było za późno!

„Dziewczyna z perłą” – moje kino

Polskę dziś podzieliła pogoda, gdyż u mnie jest zaledwie 11 stopni, a na wschodzie podobno 25 i z tego względu zapraszam te osoby, którym zimno i niemrawo do obejrzenia filmu pt. „Dziewczyna z perłą” ze wspaniałym aktorem Colinem Firthem i przepiękną Scarlett Johansson. 

Film biograficzny, które uwielbiam, bo mogę się z nich coś wartościowego dowiedzieć opowiada o fascynacji wielkiego malarza Johannesa Vermeera swoją służącą, która podczas sprzątania jego pracowni malarskiej okazała niebywałą wrażliwość na jego twórczość, co spowodowało prawdopodobnie początek ich wielkiego romansu, choć nikt do końca nie wie jak to było.

Niemniej z filmu dowiadujemy się jak powstał obraz pod tym samym tytułem, czyli „Dziewczyna z perłą”

Film trwa 1.40 i zapewniam, że nikt nie będzie się nudził, gdyż reżyser zadbał o szczegóły i bardzo wiernie odtworzył w kadrach tamtą XVII wieczną epokę w strojach i atmosferę holenderskiego miasteczka, a do tego mamy ogromnie, sugestywną grę aktorską.

Ja oceniam ten film jako arcydzieło i z pewnością śmiało polecę ten film każdemu z czystym sumieniem.

 

Kobieta, która w jednej chwili straciła wszystkich

Marta wyfrunęła z domu na studia i jako jedynaczka z dobrego i bogatego domu zostawiła swoich kochających się rodziców w pełnej zgodzie i miłości.

Ojciec Marty pełnił funkcję dyrektorską w dużej fabryce i bardzo dobrze zarabiał. Lubił swoją pracę, a zarobki pozwoliły mu na wybudowanie dużego domu, kupno trzech samochodów i nie zabrakło jeszcze na zagraniczne wakacje.

Marty mama zaś prowadziła salon kosmetyczny w domu, w pokoju przerobionym na gabinet kosmetyczny i realizowała się jako dobra i wzięta profesjonalistka, a jednocześnie zajmowała się domem, choć zatrudniali panią od wszystkiego, która pomagała im utrzymać dom.

Wyjechała więc z domu pełna nadziei, że rodzice się kochają i mogła spokojnie studiować. Na trzecim roku zapoznała przystojnego Francuza i była dumna, że z takiej ilości dziewczyn na uczelni wybrał właśnie ją. Matra była wysoką blondynką o nogach do ziemi, a on był wysokim brunetem z rozwianą czupryną i pasowali do siebie, a także jako para wzbudzali spore zainteresowanie.

Zakochali się w sobie i byli nierozłączni, a więc przyszedł czas, że Marta przedstawiła swojego ukochanego rodzicom, a ten przez nich został zaakceptowany i cieszyli się szczęściem swojej jedynaczki.

Marta dużo mówiła o rodzicach swojemu ukochanemu i nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Bardzo kochała rodziców i nie zniosłaby aby coś złego się między nimi wydarzyło. Ukochany ją rozumiał tym bardziej, że jego rodzice się rozeszli, kiedy był jeszcze dzieckiem, co odbiło się na jego całym życiu. Brakowało mu zawsze obojga rodziców i denerwowało, że był kartą przetargową.

Zbliżała się przerwa od nauki i Marta planowała, że pojadą do domu, aby pobyć trochę z rodzicami, a potem wybiorą się na zwiedzanie Paryża, który był miastem jej ukochanego.

Tak się też stało i kiedy byli w domu Marty, ta coś dziwnego zauważyła w zachowaniu swoich rodziców. Prawie ze sobą nie rozmawiali i w domu powiało chłodem. Ojciec Marty zmienił garderobę i zaczął ubierać się jak młodzieniaszek, co od razu rzuciło się jej w oczy. Garnitury zmienił na młodzieżowe sweterki i zaczął zakładać fantazyjne szaliczki, co wprawdzie odejmowało mu lat, ale Marcie zaczęło to podpadać.

Mama Marty zaś zapisała się na fitnes, zaczęła biegać intensywnie i  zauważyła, że także jej garderoba się zmieniła, gdyż matka zaczęła upodabniać się do nastolatki, a także wprowadziła restrykcyjną dietę, aby nie przytyć ani kilograma.

Wyraźnie w domu Marty powiało chłodem i czuła, że coś się złego dzieje, ale rodzice wciąż twierdzili, że nic się nie dzieje i wszystko jest w najlepszym porządku i niech się niczym nie martwi.

Jednak Marcie nie dawało spokoju, bo nie takich rodziców zostawiła wybywając na studia. Pewnego dnia postanowiła śledzić ojca, kiedy jej ukochany siedział w komputerze by dokończyć potrzeby mu projekt.

Wsiadła w samochód i pojechała pod pracę swojego ojca i postanowiła poczekać, aż ten wyjdzie z fabryki. Kiedy minęła godzina 16, ojciec wsiadł do samochodu i pojechał, ale nie do domu.

Jechała za nim z bijącym sercem, bo ojciec wyjechał daleko z miasta i zatrzymał się w pewnym momencie, a do  samochodu wsiadła bardzo młoda kobieta ubrana w czerwoną sukienkę. Marcie wydawało się, że zna tą kobietę, bo była to jej koleżanka z piaskownicy, z którą potem straciła kontakt. Trochę się uspokoiła, bo przecież ta dziewczyna nie mogła być kochaną jej ojca i zwyczajnie ją tylko gdzieś podwozi.

Jednak nie odpuściła i jechała dalej za ojcem, aż ze zdziwieniem zauważyła, że samochód ojca zatrzymał się na ukrytej, leśnej polanie, a pasażer i pasażerka nie wychodzili długo z samochodu. Uważała bardzo, by nikt jej nie zauważył i podeszła w bezpiecznej odległości, by podejrzeć cokolwiek.

Wyjęła komórkę i trzęsącymi się rękoma nagrała swawolne igraszki swojego ojca z jej koleżanką z dziecięcych lat. Nie mogła uwierzyć, że jej ojciec mógł się posunąć do takiego stopnia, ale nie chciała ich płoszyć i czym prędzej wsiadła do samochodu, by pokazać owe nagranie swojej matce niczemu nie wiedzącej.

Płakała całą drogę i w pewnym momencie musiała się zatrzymać, bo łkanie nie pozwoliło jej prowadzić samochodu i tak stała na poboczu, aż się trochę uspokoiła, choć emocje rozszarpywały jej serce. Tłukła pięściami kierownicę z żalu i nie potrafiła sobie wytłumaczyć – dlaczego?

Do domu dotarła i nie wiedziała która jest godzina. Wysiadła z samochodu mocno zatrzaskując drzwi i czym prędzej chciała porozmawiać ze swoją matką. Tak bardzo im ufała i tak bardzo jej zależało na ratowaniu małżeństwa swoich rodziców, ale tego faktu nie mogła i nie chciała przemilczeć. Miała nadzieję, że jeszcze wszystko da się naprawić. Niech tylko ze sobą porozmawiają szczerze i niech się ogarną.

Kiedy weszła do domu, to było w nim cicho jak makiem zasiał i nie zastała matki w swoim gabinecie. Poszła do ogrodu, ale i tam nikogo nie było. Zaczęła obchodzić dom i kiedy otworzyła sypialnię rodziców, to widok zastany ją natychmiast zmroził i nogi się pod nią ugięły.

W łóżku zastała swoją matkę ze swoim chłopakiem Francuzem, którzy nawet nie zauważyli  będąc w miłosnych uściskach, że ona ich nakryła i klęczy w progu sypialni zalana łzami, nie mogąca uwierzyć, że to się dzieje naprawdę!

Nagle się poderwała jak w amoku. Pobiegła do salonu i włączyła muzykę tak, że zatrzęsły się ściany. Na ten koncert wrócił ojciec, a matka z jej chłopakiem zbiegli wystraszeni z góry i wszyscy się spotkali oko w oko.  Marta zaczęła się histerycznie śmiać, jakby postradała rozum. Nie mogła uwierzyć, że zdradziły ją wszystkie osoby, które tak bardzo kochała i tylko wrzeszczała na całe gardło, że to jest wszystko chore!

Krzyczała, że nie godzi się na taką patologię, kiedy oni wszyscy stali jak wryci, a ona szalała jak poparzona, że oto w jednej chwili straciła szacunek do ojca, który posuwa małolatę, do matki, która sypia z jej chłopakiem i do tego, któremu oddała swoje serce.

Kiedy się trochę uspokoiła, to zażądała od ojca, by na sam koniec kupił jej mieszkanie i to będzie ostatnia przysługa jaką może jej sprawić. Nie chce ich wszystkich więcej widzieć i nie chce mieć do czynienia z tak wyuzdanymi ludźmi i niech się nie nazywają jej rodzicami. Chłopaka spakowała i wywaliła jego rzeczy za drzwi bez mrugnięcia okiem.

Długo nie mogła się pozbierać i długo nikogo nie szukała  do życia. Nie potrafiła się zaangażować i uciekła całkowicie w swój świat i pracę. Nigdy więcej nie chciała spotkać się z rodzicami, którzy próbowali jej się tłumaczyć, że oboje zgadzali się na swoje zdrady, tylko Marta nie mogła zrozumieć dlaczego odbyło się to jej kosztem!

Nachalne wspomnieniowo

To przychodzi nawet nie wiadomo kiedy. Wspomnienia się włączają nie wiadomo kiedy i chyba to oznacza, że zbliża się starość, gdyż komórki mózgowe same zaprzęgają się do wspomnień i dobrych i złych. Nie wiadomo kiedy zaczynamy analizować, przetrawiać całe swoje życie. Jesteśmy dla siebie jak książka, a może bardziej pamiętnik, w którym niewidocznym atramentem zapisane są nasze wspomnienia.

Nie pisałam pamiętnika ręcznie przez wiele, wiele długich lat. Pisałam pamiętnik kiedy miałam lat 18 i pisałam go regularnie przez rok. Potem już nie miałam czasu na takie pierdoły, zaganiana, zapędzona jak większość kobiet w czasach kiedy w sklepach nie było nic i trzeba było heroicznej walki, by zdobyć cokolwiek. Były kartki i pamiętam jak osiem kilo cukru targałam, co miesiąc do domu, a teraz się zastanawiam po co mi było tyle cukru, bo zapasów nie robiłam, a jednak w domu schodziło, ale to szczegół i pewnie sobie nie przypomnę, co ja z tym cukrem robiłam.

Ale ja nie o tym chciałam. Pamięcią wracam do Szkoły Podstawowej i mojej ostatniej klasy, kiedy to zaraz wszyscy mieliśmy wyfrunąć w świat.

Byłam dobrą obserwatorką moich klasowych koleżanek i kolegów i tak sobie teraz myślę, że jakże inaczej wszystkim potoczyło się życie. Pójście w świat, to wielka niewiadoma i kto pojechał daleko, bo los go rzucił do innych miast, to z nimi straciłam kontakt raz na zawsze i nie wiem, jak im się im żyje.

Jednak jest parę osób, które wciąż są gdzieś tam na horyzoncie i tak:

– Marysia urodziła czwórkę dzieci i wyszła za mąż naprawdę za dobrego człowieka i jest mniemam szczęśliwą matką i żoną. Założyli z mężem salon meblowy i do dzisiaj pracują i z tego żyją.

– Andrzej, to zawsze był sportowcem całą gębą. Świetnie grał w piłkę nożną. Mam wiadomości o nim, choć mieszka w Szwecji poprzez jego siostrę. Urodziły mu się dwoje dzieci i wciąż jest z tą samą żoną, a kiedy do nas przyjeżdża to bierze udział w zawodach sportowych. Pan około 60 – tki  wciąż aktywny sportowo.

– Halinka, siedziałam z nią w jednej ławce. Bywałam u niej w domu. Szybko wyszła za mąż i zaraz niedługo straciła męża w groźnym wypadku. Potem ponownie wyszła za mąż i z tego związku jest chyba trójka dzieci, ale nie jestem do końca pewna. Założyła z mężem działalność gospodarczą i sprzedaje ubrania w sklepiku wybudowanym koło swojego domu. Dobrze się jej kręci, bo ma wyczucie i kobiety chętnie u niej kupują.

– Zbyszek opryszek. Alkohol go zniszczył i już go nie ma na tej Ziemi. Ciężko było patrzeć na jego upadek.

– Marek, miastowy grajek przygrywający na weselach ze swoją kapelą. Ożenił się i urodziły mu się dwie córy. Trochę się rozchorował, ale żonę ma ukochaną, która o niego strasznie dba.

– Grażynka. Wyszła za mąż z miłości i urodziła piątkę dzieci, ale mąż ją zdradził i się rozchorowała. Widać ją, jak porusza się o balkoniku, choć nie ma jeszcze 60 lat. Tak przepłaciła swoje oddanie mężczyźnie.

I to by było tyle, bo nie wiem jak potoczyły się losy Danusi, Krysi, Mariolki, Grażynki, Waldka i wielu innych. Zginęli w czeluściach życiowych losów. Już nie pamiętam wszystkich imion i nazwisk, bo było nas w klasie około trzydziestki i zginęli w mrokach moich wspomnień.

Ciekawa jestem jakie Wy macie swoje wspomnienia i ile zachowało się w Waszej pamięci? 🙂

Oczyszczająca kłótnia małżonków

Ja wiem, że to jest mój blog i mogę wypisywać, co mi się rzewnie podoba, ale czasami mam wrażenie, że jednak nie wszystko nadaje się do publikacji, bo widzę, że czyta mnie niemal cały świat. Czytają mnie w Paryżu i Rzymie i Berlinie, a także poza Europą i zaczynam się trochę tego bać z ręką na sercu.

O czym pisać, aby nikomu się nie narazić, aby nikogo nie skrzywdzić, a jednocześnie być wiarygodną i szczerą, a staram się być taką z całych sił, aby ktoś, kto mnie czyta nie miał nuty zwątpienia, że jestem pozerką i piszę pod publikę. Nie chcę tego, a druga sprawa nie  leży to w mojej naturze, by się komuś przypodobać i dlatego wybieram teksty w mojej głowie, które mają brzmieć tak, jak czuje to moje jestestwo.

Trudno, napiszę i o tym, choć wiem, że mam wrogów i ten tekst zostanie wykorzystany przeciwko mnie, ale takie jest ryzyko blogera.

Pokłóciłam się z mężem, bo wszystkie pary od czasu do czasu się kłócą i niech ktoś mi poda przykład, że się mylę? Nie ważne, o co się pokłóciliśmy i tu nie napiszę powodu, ale stało się i było dość ostro. Wywaliłam mu swoje pretensje, dość mocno, choć w takich momentach staram się panować nad językiem, aby nie przeklinać, bo strasznie nie lubię takiego języka. Mąż wziął na klatę, ale także miał swoje racje, choć ja czułam całą sobą, że rację mam ja.

Trwało to może piętnaście minut, po czym, ja trzasnęłam drzwiami swojego pokoju, a on swoimi, bo w takich chwilach nagle zauważamy, że mamy dwa pokoje.

Nastał wieczór i poszłam spać do męża, ale przekręciłam poduchy i zasnęliśmy bez słowa w jednym łóżku, ale osobno i bez słowa dobranoc. Postanowiłam, że nie odezwę się do niego, co najmniej przez trzy dni i koniec i kropka, a co On myślał, to diabli wiedzą co!

O poranku znowu poszłam do drugiego pokoju cała w postanowieniu, że będą ciche dni, ale łzy same mi bezwiednie płynęły z oczu i byłam zła na swoją słabość i nędzne postanowienie, że będę twarda jak granit. Okazało się, że nie potrafię żyć w milczeniu i serce chciało mi wyskoczyć z piersi i dostałam wyższego ciśnienia i poczułam się okropnie źle. Jakbym za chwilę miała trafić na pogotowie z powodu złego samopoczucia.

Poszłam do kuchni, by mimo palpitacji serca zaparzyć sobie kawę, na złość mężowi, że się trzymam, a mąż robił sobie śniadanie.

Spojrzeliśmy na siebie i mimo, że był między nami mur, to cień uśmiechu zauważyłam na jego twarzy i pomyślałam sobie – aha mięknie, ale ja dalej jestem twarda i niech nie próbuje mnie zmiękczać.

Telefon i dowiedziałam, że od mojej mamy, że zmarł ojciec koleżanki mojej córki, który był w wieku mojego męża.

Przekazałam obcesowo wiadomość strasznie przykrą mojemu mężowi, a on mi na to, że co ja zrobię, jak i on odejdzie, bo biorą z jego półki i stało się. Pocałowaliśmy się i przytuliliśmy mocno, a ja mu powiedziałam, że na drugi dzień i mnie by zabrali, bo żyć bez siebie nie możemy, a w takich ciężkich chwilach okazuje się, że ze sobą nie i bez siebie nie, ale na szczęście mamy już to za sobą i jest już po tsunami w naszym domu, a w nagrodę pojechaliśmy do lasu szukać siebie i wiosny 😀

Cywilizacja to straszny potwór!

Wpadłam dziś jak śliwka w kompot, a to za sprawą obejrzanego dokumentu o trójkącie koralowców obejmujący Indonezję, Filipiny, Malezję, Papuę- Nową Gwineę, Wyspy Salomona i Timor Wschodni. Jest to trzecie, co do wielkości skupisko koralowców, które zamieszkuje 35 proc. gatunków ryb raf koralowych.

Wciąż są tam wysyłane ekipy badawcze, które pilnują, aby ten system chronić przed cywilizacją.

Doszłam do wniosku, że nie ma piękniejszego świata, niż ten świat podwodny. Nie ma nigdzie już na naszej kuli ziemskiej tak strasznie kolorowego świata i tak różnorodnego, w którym żyją tysiące istnień i każde jest inne i każde potrzebne, bo tak się przez 6 miliardów lat formowało życie, że nie ma niczego nie potrzebnego i wszystko się uzupełnia i jedno stworzenie pomaga przeżyć drugiemu.

Nawet kosmos nie jest tak kolorowy i bajeczny jak te niedostępne dla wszystkich głębiny oceanów, które są podobnie jak lasy miernikiem kondycji życia na Ziemi i jeśli gdzieś, coś zaczyna ginąć, a w trójkącie giną wieloryby, to znaczy, że musimy bić na alarm, kiedy Japonia jest największym potentatem w zabijaniu wielorybów.

Życie powstawało na ziemi 6 miliardów lat. Powstawały coraz to nowe formy życia, jak gatunki roślin, jak gatunki zwierząt, owadów, ryb i wszystko żyło ze sobą we wspaniałej równowadze i symbioze, a potem na końcu pojawił się na Ziemi człowiek i zaczął kolonizować świat i tak od 200 lat zrobił na ziemi więcej szkód, niż wszystkie przemiany zachodzące podczas miliardów lat, kiedy formowało się życie na Ziemi.

Przyszedł człowiek i się ucywilizował i wystarczyło tylko 200 lat, aby już bić na alarm, ponieważ, co godzinę wyławia się z głębin morskich 100 tysięcy ton ryb, a w ciągu roku ponad 100 milionów ton. Grozi ludzkości, że w 2050 roku nasze akweny będą bezrybne. 

Obejrzałam film wyprodukowany w 2009 roku, przez środowiska ekologiczne ze wspaniałymi zdjęciami naszej Ziemi, ale statystyki podane w tym filmie są porażające. Czy wiecie, że 10 tysięcy rzek już nie wpływa do morza? Robi wrażenie prawda? Podane w filmie inne statystyki ścinają z nóg, bo życie na naszej planecie już jest zagrożone i nie ma wiele czasu na otrzeźwienie i prawidłową ekologię nie podszytą wielkimi pieniędzmi.

Płakałam oglądając ten film, bo przez ponad dwie godziny zostałam naszpikowana twardymi liczbami, a nie sądzę, że ekolodzy specjalnie postraszyli ludzkość, a jeśli tak, to bardzo dobrze.

Zachęcam do obejrzenia tego filmu, bardzo gorąco zachęcam,  bo albo ludzkość stuknie się porządnie, albo niech szuka innych planet – do zniszczenia?

Home SOS Ziemia: Film się nie wkleja, ale jest dostępny na YT.