Archiwa tagu: starość

A co będzie z moją starością!

Zdjęcie użytkownika Zaczarowany Kuferek Marzeń.

Kiedy ukończyłam 50 lat, to się od razu poczułam jak staruszka.

Każdą kobietę w tym wieku dopada menopauza, co skutkuje dolegliwościami, zimnymi, zlewnymi potami i dodatkowymi kilogramami.

Ratowałam się dostępnymi lekami, aby sobie ulżyć, bo zlewne poty męczyły mnie wiele lat po 50-tce!

Lekarz wypisywał mi jakieś plastry hormonalne i suplementy diety na bazie soi i jakoś pomału to dziadostwo odpuszczało.

Minęło 12 lat i teraz dochodzą inne problemy, bardziej natury psychicznej i rozmyślaniu o przemijaniu.

Nie ma dnia, abym nie myślała o tym jak umrę, kiedy umrę i na co umrę.

Bardzo bym chciała odejść przed moim Mężem, bo nie musiałabym borykać się samotnie z biedą.

Jakie są w Polsce emerytury, to każdy chyba wie, a są bardzo niskie i uwłaczają godności człowieka, który pracował dla Polski wiele lat, a na koniec otrzymał ochłapy.

Każdy rząd w kampanii obiecywał, że zadba o Seniora, ale żaden nie sprostał zadaniu i emeryci dostawali nędzną rewaloryzację w wysokości 15, 20 złotych a uważali się za doboczyńców.

Gdybym została sama, to w żadnym razie nie utrzymałabym się z mojej emerytury, która jest tylko, powyżej tysiąc złotych.

Miałabym koszty ogromne, bo 450 złotych mieszkanie, 70 złotych gaz, ponad 100 złotych energia i ponad 100 złotych media, a o lekach, na które już wydaję ponad 150 złotych musiałabym zapomnieć.

Seniora w tym kraju nikt nie docenia, bo nawet Powstańcy, którzy walczyli, dostają głodowe emerytury, ale jak to miło politykom w ich osobach się oceplać – hańba!

Pracowałam od 19 roku życia, a moja Mama od 14 i czasie wojny już pracowała, a rządzący biorą 80 tysięcy premii, bo im się należało!

Spytałam Męża dwa dni temu, co my zrobimy jak będziemy starzy i co zrobić, by nie obarczać rodziny opieką nad nami!

Odpowiedział, że wsiądziemy w samochód i walniemy skutecznie w drzewo, co mnie przeraziło, ale może to będzie słuszna decyzja! Finito będzie bez problemu, bo nikt nam nie będzie musiał dupy wycierać!

 

Niskie emerytury. Tylko 1 proc. emerytów w Polsce może liczyć na pomoc w domu ze strony gminy.

123rf.com / zdjęcie seryjne
Dwa miliony polskich emerytów żyje w nędzy. „Dramat starszych, samotnych ludzi”

Coraz więcej polskich seniorów żyje na granicy ubóstwa. Samotni, a do tego schorowani, nie mają co liczyć na pomoc ani ze strony bliskich, ani państwa. Z dwóch milionów emerytów niezdolnych do samodzielnej egzystencji, zaledwie 1 proc. ma zapewnioną przez gminę opiekę w domu.

 

O dramatycznej sytuacji informuje „Super Express”. Jak wynika z ostatniego raportu Najwyższej Izby Kontroli, pomocy pielęgniarki lub opiekunki środowiskowej potrzebuje ok. 2 mln emerytów w Polsce.

Pomoc dla seniorów
Tymczasem średnio tylko co setny starszy człowiek może liczyć na zapewnioną przez gminę opiekę w domu.

A to najtańsza forma pomocy. Zorganizowanie seniorowi opieki w domu pomocy społecznej jest cztery razy droższe.

– To prawdziwy dramat starszych, samotnych ludzi. W Polsce nie ma już rodzin wielopokoleniowych, dzieci rozpraszają się po świecie, pracują, a niesamodzielni starsi rodzice zostają sami. Często nie ma im nawet kto zrobić zakupów. Oni po prostu umierają w czterech ścianach – oburza się w rozmowie z „SE” Stanisław Brzozowski, społeczny rzecznik osób starszych w Olsztynie.

Reklamy

A kiedy nastąpi kres życia!

Jesteśmy z Mężem już 43 lata razem, a poznaliśmy się kiedy mieliśmy po 15 lat – gówniarze!

Chodziliśmy z sobą prawie cztery lata, włócząc się alejkami nad jeziorem i się wzajemnie poznając – no wiecie takie nieśmiałe przytulaski i pierwsze pocałunki.

Pamiętam to jak by to było wczoraj i nigdy nie zapomnę tego naszego zakochania sztubackiego i tych motyli w brzuchu.

Zaszłam w ciążę i chyba tak jak tysiące młodych kobiet w pierwszych chwilach uniesień i całkowitym zatraceniu się w miłości.

Czułam, że to jest ten jedyny na całym świecie i całkowicie oddałam się tej miłości.

Wzięliśmy ślub i byłam na tyle dojrzała, aby stworzyć poważny związek i mieć jeszcze jedno dziecko.

Pracowałam i wychowywałam swoje pierworodne dziecko, kiedy Mąż odbywał dwa lata w zasadniczej służbie wojskowej, a ja cierpliwie czekałam na Jego powrót.

W ciągu tych 43 lat nie raz dopadł nasze małżeństwo armagedon i nie raz otarliśmy się o rozwód!

Ale przetrwaliśmy i teraz po latach oboje wiemy, że po co to, co złe się stało!

Nie rozumieliśmy wtedy, że życie jest tak krótkie i szkoda, że tak wiele razy się zraniliśmy.

To teraz na stare lata doceniamy bycie razem, i to co było złe nie wspominamy, a coraz bardziej się kochamy i żałujemy, że w młodości zrobiliśmy sobie tyle krzywdy.

W obliczu starości oboje nie wiemy jak potoczy się nasze życie i czy ja pierwsza zachoruję, czy mój Mąż.

Kto kim pierwszy będzie się opiekował w razie choroby, bo ten czas się zbliża nieuchronnie i kiedyś nastąpi kres naszego małżeństwa i się rozstaniemy na zawsze.

Bardzo mnie wzruszają takie historie – jak ta poniżej i może i u nas tak się zdarzy, że jedno nie będzie mogło żyć bez drugiego – czas pokaże i tylko nasze dzieci będą tego świadkami.

Po prawie 70 latach małżeństwa umarli w odstępie 40 minut. Gdy dzieci popatrzyły na ich dłonie, zalały się łzami.

Historia Izaaka i Teresy to dowód na to, że nawet dzisiaj taka miłość istnieje.

Historia tej dwójki zaczęła się jeszcze przed II wojną światową, gdy w 1926 roku w Urugwaju urodził się Izzak, a 2 lata później w Argentynie Teresa. W tym drugim kraju para poznała się. Był to 1945 rok. Pomimo młodego wieku wiedzieli, że spotkali miłość swojego życia. 2 lata od pierwszej randki byli już małżeństwem.

Młodzi zaczęli wspólne życie w jednej z dzielnic Buenos Aires. Tam zostały poczęte ich dzieci: Lew, Klara oraz Daniel. W 1968 roku rodzina przeprowadziła się do Chicago.

Był to kolejny rozdział rodziny, który również był bardzo szczęśliwy. Izzak prowadził restaurację, która przynosiła niemałe zyski. Mimo tego zakochani nadal żyli dosyć skromnie. Prawie całe pieniądze inwestowali w edukację swoich dzieci.

Mijały kolejne lata, a ich miłość nadal była żywa. W pewnym momencie kobieta zachorowała na Alzheimera. Mimo to mąż nadal dzielnie się nią opiekował i dbał, aby niczego jej nie zabrakło. Po pewnym czasie również i Izaak zaczął podupadać na zdrowiu.

W końcu nie mógł już samodzielnie opiekować się żoną. Wtedy też podjęto decyzję o przeniesieniu Teresy do domu opieki, gdzie mąż codziennie ją odwiedzał.

W wieku 92 lat Izaak zachorował na ciężką grypę. W tym samym czasie zachorowała i Teresa, ale na zapalenie płuc. Oboje trafili do jednego szpitala. Kiedy ich dzieci weszły na salę, gdzie byli rodzice, zobaczyły coś wzruszającego.

Mimo tego iż obydwoje byli wyczerpani i umierający, nadal trzymali się za ręce. Wspierali się do samego końca.

 

Teresa odeszła pierwsza. Czterdzieści minut później zmarł również Izaak. Odeszli prawie w tym samym momencie. Po latach prawdziwej miłości rozdzieliła ich śmierć…

Miłość na stare lata!

Queen is THE only one 👸🏼

A post shared by LovelyTornadoOfChaos&Rainbows (@dodaqueen) on

Kiedy wchodzimy w dorosłe życie – w pewnym momencie znajdujemy swoją, drugą połowę, z którą chcemy spędzić resztę życia.

Jak to leciało?

Zakochaliśmy się z Mężem w wieku 16 lat – tak wiem, że byliśmy obrzydliwymi smarkaczami.

Chodziliśmy ze sobą aż cztery lata i w zasadzie nie poznaliśmy się do końca, bo smarkacze nie myślały jeszcze o życiu poważnie.

Takie tam chodzenie po parkowych alejkach nad jeziorem, ławka w parku nasza i tylko nasza i pierwsze muśnięcia, pocałunki delikatne.

W pewnym momencie puściły hamulce i pstryk – zaszłam w ciążę w wieku 20 lat!

Oboje byliśmy poranieni, bo nasi rodzice nie do końca się ze sobą zgadzali i w domach były awantury.

Może dlatego chcieliśmy szybko z domu wyfrunąć i stworzyć zgodny i kochający się związek.

Podobno młode pary przez pierwszy rok nie wychodzą z łóżka nie mogąc się sobą nasycić i w tym czasie płodzą swoje pierwsze dziecko, a u nas było trochę inaczej.

Po ślubie Mąż poszedł odbyć obowiązkową służbę wojskową, a ja pracowałam i wychowywałam naszą pierworodną.

Dawałam radę, ale czekałam dwa lata na powrót Męża, a kiedy wrócił podjął automatycznie pracę i mijaliśmy się w drzwiach.

Mijały lata i pojawiła się druga Córka i tak jakoś z Mężem nie mieliśmy okazji się poznać – tak szczerze i do końca.

Tworzyliśmy rodzinę, ale pęd życia sprawił, że żyliśmy razem, a jednak trochę obok.

Przez moje małżeństwo przeszło nie jedno tsunami. Wiele razy zmiatało moją rodzinę z powierzchni i nie raz musiałam się podnosić i dokonywać wyboru, czy dalej tak chcę żyć, bo może lepiej to skończyć i odejść!

Nikt w tych okresach z rodziny nie wyciągnął do mnie pomocnej dłoni i wszyscy schowali głowy w piasek jak strusie!

Pomogła mi trzy miesięczna psychoterapia, na której zdałam sobie sprawę, że warto walczyć o rodzinę i wybaczyć.

Jesteśmy już 43 lata wciąż razem i dopiero teraz czuję, że zawsze byłam kochana, a on błądził.

Dopiero teraz, tak naprawdę siebie poznajemy i szanujemy się w końcu!

Jaka jestem, taka jestem!

Co przeżyłam, to przeżyłam, ale na stare lata jestem traktowana jak księżniczka.

Przeszłam przez piekło, ale wiem, że postąpiłam słusznie wybaczając i dziś szukałam artykułu w temacie miłości na starość i znalazłam perełkę na pewnym blogu.

Żródło podaję na końcu wpisu!

 

Miłość na starość

Nim doszło u nas do zaręczyn, bardzo długo rozmawialiśmy o związku. O tym jak wyobrażamy sobie małżeństwo teraz i na starość, o tym, że nie chcemy rozwodu, więc decyzja o małżeństwie musi być naprawdę przemyślana. Pewnego razu leżąc koło siebie, poczuliśmy, że tak – jesteśmy na ten smród gotowi… .

Stary człowiek i małżeństwo

Wiecie, byłam dzisiaj u sąsiadki mojej babci odebrać klucze. Sąsiadka jest tuż przed 90-tką i ma starszego od siebie męża. Powiem Wam – nie wiedziałam co czuć i jak się zachować.
Kobiecie było bardzo ciężko psychicznie. Jest przygłucha, więc nie rozmawia z ludźmi przez telefon. Odkąd babcia wyjechała, sąsiadka jest sama i nie ma z kim porozmawiać. Jak to określiła “nie mam do kogo otworzyć ust”, dlatego widząc mnie, postanowiła wylać wszystkie swoje ciężary. Powiedziała:

Nie mam siły. Mąż leży całe dnie w łóżku, nie rusza się, muszę go umyć bo zrobił kupę. Nie wiem jak się za to zabrać. Nie mam siły. Niedawno spadł z wersalki. Próbowałam go podnieść, ale nie dałam rady. Od tamtej pory tak mnie boli kręgosłup… . Ledwo się poruszam. Mąż umiera, wie Pani? – powiedziała szeptem. Tak jakby mąż w drugim pokoju miał tego nie słyszeć. Ja ledwo to usłyszałam. – Jest mi tak cieżko psychicznie. Wczoraj syn nas odwiedził. Ale on ma swoje życie, swoją rodzinę – przecież nie będzie u nas codziennie by pomagać. A ja nie wiem co robić. Nie mam już siły. Tak mi brakuje pani babci. Zawsze mogłam się jej wygadać. Chociaż na chwilę oderwać się od tego. W domu jest taki bałagan – nie mam siły sprzątać. I mąż… .

Któregoś razu leżeliśmy z Dawidem na łóżku i powiedziałam do niego:
– Wiesz co, gdybyś miał wypadek i od dziś miał byś jeździć na wózku – nie zostawiłabym Cię. 
– Ja Ciebie też nie – odpowiedział mi.

I wiecie co? Niedługo po tym zaręczyliśmy się. My wiemy, za dobrze wiemy, z czym wiąże się niepełnosprawność. Doskonale wiedzieliśmy co sobie mówimy.

 

Na naukach przedmałżeńskich słuchamy jak wychowywać dziecko, jak okazywać sobie miłość, czym się różni kobieta od mężczyzny, itd. To wszystko ma nas niby przygotować do małżeństwa. Ale nic tak Cię do niego nie przygotuje, nic tak nie wpłynie na Twoje myślenie o ślubie i małżeństwie i nie rozwieje Twoich wątpliwości co do ślubu jak to jedno pytanie – Czy byłabyś w stanie codziennie podcierać obsraną dupę swojego męża? Jak Ty byś się czuła, gdybyś codziennie musiała patrzeć, jak Twój mąż ściąga Ci pampersa, bierze miskę i myje Twój obsrany tyłek?

Tak właśnie wygląda miłość na starość – patrzenie jak codziennie tracisz tego swojego ukochanego męża, kawałek po kawałku i codzienne babranie się w jego odchodach. A później przed snem całujesz go. Bo Kochasz – najmocniej na świecie. I wciąż cieszysz się z każdego dnia, że jeszcze jest.

 

Powiem Wam, że małżeństwo jest fajne. Naprawdę jest fajne! Ale tylko wtedy, kiedy kochacie się tak mocno, na tyle mocno, by kochać się do ostatnich dni – wiedząc, jak te ostatnie dni będą wyglądać.

http://mynaswoim.pl/milosc-na-starosc/

Podobnie jak znaczki, nabieramy wartości starzejąc się. Valeriu Butulescu

Znalezione obrazy dla zapytania drugie podejście film

Kiedy stary rodzic zachoruje i jest samotny, bo współmałżonka już nie ma, to powstaje kłopot.

Wszyscy wiedzą, dzieci wiedzą, że taki rodzic sobie sam nie da rady, ale odżegnują się od pomocy, gdyż mają swoje, trudne i zabiegane życie.

Mają kredyty i zobowiązania, a więc pracują od rana do wieczora, aby zapewnić sobie byt.

Powstaje więc problem, co zrobić z chorym rodzicem, aby miał opiekę całodobową i oczywiście towarzystwo.

Tak było więc ze starszą panią o imieniu Katherine – wdową, którą nie mogła zająć się sfrustrowana córka i bardzo zapracowana.

Po operacji złamanego biodra wysłała matkę do domu seniora, w którym ta miała dojść do siebie poprzez fachową rehabilitację.

Katherine nie miała wyjścia i zgodziła się na tymczasowy pobyt w tym domu, w którym najchętniej odwiedzała ją wnuczka, która bardzo babcię kochała.

Katherine całe życie poświęciła mężowi i córce – zapominając o sobie.

Była miłośniczką opery i całe życie marzyła by pojechać do Mediolanu – słynnej La Scali.

Katherine w domu seniora między codziennymi zajęciami, a rehabilitacją poznaje gburowatego  Isaaca – polskiego Żyda – także wdowca i małymi kroczkami między tym dwojga iskrzy i powstaje chemia jak w czasach młodości.

Isaac to krawiec, który przez 30 lat szył piękne garnitury, a którego zostawił też zapracowany syn i jakby o ojcu zapomniał.

Isaac miał także talent muzyczny i oboje oddawali się słuchaniu arii, co jeszcze bardziej scementowało ten związek.

A teraz zdradzę o czym piszę:

Obejrzałam z racji mojego wieku bardzo dużo filmów o starości, ale nigdy chyba takiego, który od pierwszych kadrów mnie zachwycił i spowodował, że łzy cisnęły mi się do oczu!

Film kanadyjski pt. „Drugie podejście” sprawił, że uwierzyłam, iż na stare lata też może  nas coś niespodziewanego zaskoczyć, aż tak, że nie wstydzimy się swoich uczuć, swojego ciała i możemy przeżyć jeszcze coś pięknego i wartościowego.

Polecam ten film każdemu, bo osobom starszym i młodym i zapewniam świetną zabawę po przez błyskotliwe dialogi i cudowne zbliżenia starzejącej się twarzy, która jeśli doznaje szczęścia – jest piękna.

 

Znalezione obrazy dla zapytania drugie podejście film

 

Znalezione obrazy dla zapytania drugie podejście film

„Starość Bogu nie wyszła”

Mój blog, z racji mojego wieku będzie często poruszał sprawy ludzi starych, czyli w słusznym wieku Seniorów!

Dziś wklejam artykuł z sieci, który bardzo mi się spodobał.

Na podstawie tego wpisu z czasem napiszę podobną historię, ale o mnie.

Muszę nowy tekst przemyśleć, aby go tu zamieścić!

 

Starość Bogu nie wyszła.

„Starość Bogu nie wyszła” – te słowa często padają z ust naszych babć czy dziadków. Patrząc, jak każdego dnia zmagają się z własnym ciałem i próbują pokonywać granice, jakie stawia im własny umysł, ciężko się z nimi nie zgodzić.

Wychowani do starości
Rodziny wielopokoleniowe przechodzą już do historii, domy opieki zaś wypełnione są po brzegi. Starsze osoby coraz częściej, zamiast być skarbnicą wiedzy, odsuwane są na dalszy plan. Pomarszczona skóra, przygarbione plecy, drżące dłonie – to widzimy my. Rzadko zdarza nam się myśleć o nich, jak o rozrabiających dwulatkach czy zbuntowanych nastolatkach, którymi byli. Ale oni doskonale pamiętają lata swojej młodości, lata, które już nigdy nie wrócą…

Starość to kiepski żart

PHYLLIS MCCORMACK

Crabbit old woman

Drogie siostry, co widzicie, gdy na mnie patrzycie? Niemiłą staruszkę, która nie jest zbyt mądra i ma dziwne nawyki, która z rozmarzonym wzrokiem patrzy w pustą ścianę? Czy starą kobietę, z którą trzeba walczyć o każdy kęs jedzenia, który i tak potem wypluwa? Albo kobietę, która nie ma pojęcia, co się dookoła niej dzieje i jest zamknięta w swoim dziwnym świecie? Starowinka, z którą trzeba walczyć przez cały dzień, ale na koniec pozwala się umyć i nakarmić? Kobiecina, która ciągle gubi swoje buty i rękawiczki? Dni mijają, a ona nic się nie zmienia i nawet pewnie nie chce…

Taką mnie widzicie? A ja Wam zdradzę w tajemnicy, że nie jestem taka. Opowiem Wam, kim jest ta staruszka, do której podchodzicie z taką niechęcią i która najczęściej sama siedzi w kącie…

Jestem 10-letnią dziewczynką, która ma tatę, mamę i rodzeństwo. Jesteśmy rodziną, która bardzo się szanuje i kocha.

Jestem 16-latką unoszącą się na skrzydłach miłości, która wierzy, że uczucie może wszystko.

Jestem 20-letnią młodą kobietą, która zakochana do szaleństwa w swoim chłopaku czeka na jego oświadczyny.

Mam 30 lat i żyję dla swoich dzieci i męża. Martwię się o nich i zależy mi na nich najbardziej na świecie.

Kiedy myślę o przyszłości, nie widzę już kolorów, ale ciemne chmury. Dlaczego? Mimo że mam dzieci, nie mogę zatruwać im życia swoją osobą. Mają swoje rodziny, swoje dzieci… A ja myślę o tych wszystkich latach i o tym, jak bardzo Was kocham i ile dla mnie znaczycie. Teraz jestem starą kobietą – natura jest bezlitosna!

Starość to kiepski żart.

To stan, który odbiera wszystko to, co przez lata udało Ci się zebrać. Ciało się zmienia, tracisz siły, a piękno odchodzi w zapomnienie. Dzieje się coś, czego Ty tak naprawdę nie chcesz. Ale mimo wszystko, jestem tą dziewczyną z przeszłości, która się zakochuje, nosi pod sercem dzieci, czeka na swojego najdroższego męża, którego będzie musiała pierwsza pożegnać.

Ciągle w tych ruinach mojego ciała, jestem ja. Pamiętam każdą szczęśliwą i smutną chwilę z mojego życia. Na nowo odtwarzam je w głowie i wracam do tych momentów. Myślę o wszystkim, co mnie ominęło, co spotkało. I zgadzam się z tym, że nic nie trwa wiecznie.

Więc proszę Was…
Otwórzcie oczy…
Przed Wami siedzi zgorzkniała staruszka, która kiedyś była nastolatką, młodą matką i zakochaną żoną.

http://mamadu.pl/131895,ona-nie-jest-staruszka-ktora-widzisz-przed-smiercia-wyjawila-prawde-ktora-dotyczy-kazdego-z-nas

Czy muszę się opiekować schorowanym rodzicem?

„Myślałam że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało.. Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. (Agnieszka Osiecka)”

Nie jesteśmy wiecznie młodzi, bo z roku na rok – z sekundy, na sekundę się starzejemy i nie ma na to żadnej rady, aby ten proces zatrzymać!

Na moim blogu dużo miejsca poświęcam starości, bo sama już jestem w słusznym wieku i doskonale pojmuję, co spotkać mnie może:

– Mogę umrzeć we śnie i tak byłoby najlepiej,

– Mogę zachorować i stać się warzywem oraz męczarnią dla swoich Dzieci i Męża,

– Mogę w końcu wylądować w domu spokojnej starości,

– Mogę sama skrócić swoje cierpienie – sposoby są różne.

Niestety, ale w moim wieku myśli się bardzo często o starości i jaka czeka mnie alternatywa.

Jak to się potocznie mówi, że Panu Bogu starośc się nie udała i to jest wielka racja!

Dlatego my, jeszcze nie powaleni chorobą – cieszmy się z każdego, danego nam dnia. Próbujmy nie zgnuśnieć i nie zdziwaczeć, tylko dlatego, że w niedalekiej przyszłości czeka na nas niewiadome.

Na świecie żyje miliony ludzi, którzy są skazani na opiekę nad starymi Rodzicami i jedni sobie radzą lepiej, a drudzy gorzej.

Niedawno usłyszałam takie stwierdzenie pewnej kobiety – przed 60-tką, która ma chorą Matkę na raka, iż nie zamierza przestać rezygnować ze swojego, dotychczasowgo życia – tylko dlatego, że Matka choruje!

Można i tak, ale gdzie podziało się sumienie u tej kobiety, która w czasie choroby swojej  Matki wczasuje, jeździ do spa, oraz w odwiedziny i zwala w pakiecie opiekę na swoją – jedyną siostrę, która jest po zawale serca!

Proszę przyczytać list pewnej kobiety, która oddała Matkę do domu spokojnej starości i jej dylematy związane z tym, że w Polsce jest to wciąż nagannym czynem:

 

„Oddałam mamę do domu opieki. Zrobiłam to dla mojej rodziny, dzieci i męża”

 

Oddałam matkę do domu opieki. Tak, do domu starców. Zanim mnie ocenisz, przeczytaj. Mój ojciec zachorował, gdy miałam 25 lat. Nowotwór złośliwy i 5 miesięcy życia – tak brzmiał wyrok. Jeśli będzie miał szczęście, dożyje roku. Miał pecha, zmarł po 4 miesiącach. Miesiącach pełnych bólu i cierpienia. Patrzyłam jak gaśnie w oczach, jak z silnego niegdyś mężczyzny zamienia się w faceta, który nie ma siły utrzymać w ręku szklanki.

Byłam jego córką
Moim obowiązkiem było więc być przy nim i trzymać go za rękę. To ja dodawałam mu otuchy, to ja przekonywałam, że wszystko będzie dobrze, to ja ocierałam z jego twarzy łzy. Było mi ciężko, a nawet bardzo ciężko. Nigdy nie myślałam, że jestem z nim aż tak związana, że jego odejście aż tak mnie zaboli. Ojciec niewiele miał wspólnego z tatusiami, którzy sadzają swoje córki na kolana, chodzą z nimi na spacery, bawią się wspólnie i przytulają, gdy te wrócą do domu z rozbitym kolanem. Mój ojciec był twardym człowiekiem, nie okazywał uczuć. Facet, który okazuje emocje? To nie facet. Tak twierdził.

Nawet wtedy, gdy leżał w szpitalnym łóżku, nie usłyszałam od niego dobrego słowa. Byłam jego dzieckiem, musiałam więc przy nim trwać. Tak twierdził. Nie dyskutowałam, nie spierałam się. Zresztą, ja też tak myślałam.

Była jeszcze mama
Choć „była” to za duże słowo. Gdy usłyszała, że ojciec umiera, po energicznej, trochę przemądrzałej i ciekawskiej starszej pani, nie było już śladu. Nie, nie dlatego, że kochała ojca do szaleństwa. O miłości już dawno nie było mowy. Wielokrotnie chciała spakować walizkę, wziąć mnie za rękę i odejść. Nigdy tego nie zrobiła. Bała się. Wcale nie chodziło o to, że sobie nie poradzi. Bała się samotności.

To ja zajęłam się organizacja pogrzebu i podtrzymywaniem mamy na duchu. Miałyśmy już tylko siebie. Rodzina? Była, ale nie utrzymywałyśmy z nimi bliskiego kontaktu. Musiałam stanąć na wysokości zadania, zająć się mamą, domem, pracą. To ja musiałam zadbać o domowy budżet, choć miałam dopiero 25 lat. Z jednej, maminej pensji, nie dałybyśmy rady.

10 lat później miałam już swoją rodzinę
Męża, fantastyczną córeczkę i wiernego psa. Mama nie chciała z nami zamieszkać. Zawsze twierdziła, że dzieci powinny żyć swoim życiem. Pod jednym dachem z rodzicami? To kiepski pomysł. Kiedy zachorowała, wspomnienia powróciły. Znów miałam przed oczami cierpiącego ojca i płaczącą matkę. Znowu musiałam zakasać rękawy i stanąć na wysokości zadania. Najpierw niedowierzanie, potem łzy i strach. Przejdziemy przez to, damy radę – myślałam. Znów najbliższą mi osobę musiałam przekonywać, że wszystko będzie dobrze.

Chemia, operacja, oczekiwanie na wyniki. Nowotwór, który pozbawił moją mamę piersi, dał za wygraną. Myślałam, że wygrałyśmy, że wszystko będzie już dobrze. Jednak mama, coraz słabsza i coraz starsza, miała problemy z pamięcią. Zdarzało się, że nie wyłączyła kuchenki, zapominała gdzie jest, nie wiedziała, jak trafić do domu.

Alzheimer
Kiedy obcy człowiek w białym fartuchu przekazywał mi tę wiadomość pomyślałam: „Nie, teraz już nie dam rady. Nie mam tyle siły”. Jak mam ją w sobie znaleźć? Jak mam to wszystko zorganizować? Nie wiedziałam. Byłam pewna tylko jednego – moja mama nie może już być sama.

Sprzeciwiała się, płakała, prawie histeryzowała, gdy pakowałam jej walizki. Musiała z nami zamieszkać, to była jedyna możliwość. Mąż niechętnie, ale zaakceptował nową sytuację. Nasze nowe życie w niczym nie przypominało tego dawnego, dobrze znanego. Namiętność między mną a moim mężem dawno wygasła. „Mam się kochać z tobą, gdy twoja matka śpi za ścianą?!” krzyczał odpychając mnie. Bolało.

Kiedy były lepsze dni, a mama była dawną mamą, uśmiechałam się i cieszyłam, że wszyscy jesteśmy razem. Było dobrze. Tak normalnie. Takich dni było jednak coraz mniej, a my…powoli zaczęliśmy się od siebie oddalać. „Powinniśmy porozmawiać. Jakoś rozwiązać tą sytuację. Dłużej tak być nie może. Chcę, żeby było jak dawniej” – powiedział mąż pewnego zimowego poranka. Ja też tego chciałam, ale…co mogę zrobić? To moja matka.

-A dom opieki? Tam będzie miała profesjonalną opiekę, towarzystwo, nie będzie sama – zapytał mój mąż.
-Tutaj też nie jest sama. Przecież jest opiekunka…
-Opiekunka, która zabiera całą twoją pensję. Żyjemy z mojej pensji, oszczędności i marnej emerytury twojej matki. Chcieliśmy Zosię zapisać na kurs językowy. Skąd mamy wziąć pieniądze? Nie możemy nigdzie wyjechać, nie możemy wyjść do kina, do restauracji. Nie możemy normalnie żyć. Dobrze wiesz, że są lepsze dni, ale i gorsze. Gdy przychodzą te złe, boję się wrócić do domu. Nie chcę słyszeć krzyku, płaczu…Wiem, że to twoja matka. Zadbajmy o nią ale…inaczej.

Choć bardzo się tego wstydzę, przyznałam mu rację. Ja też tęskniłam za dawnym życiem. Za spokojem, bezpieczeństwem, miłością. Nie chcę już się bać. Nie chcę już dłużej zastanawiać się, czy moja matka jest bezpieczna, czy nic jej nie jest. Nie chciałam też sama podejmować tej decyzji. Porozmawiałam z mamą, wtedy, gdy był dobry dzień, gdy była „dawną mamą”. Nie krzyczała, nie protestowała. Zgodziła się. Pamiętam jej słowa: „Musisz żyć własnym życiem”.

Każdego dnia budzę się zlana potem. Sięgam po telefon, dzwonie do domu opieki, aby upewnić się, że moja mama ma się dobrze. Tylko wtedy mogę zacząć dzień. Czy mam wyrzuty sumienia? Każdego dnia. Gdy przekraczam próg domu opieki i widzę mamę siedzącą w kącie i próbującą przeczytać gazetę, łamie mi się serce. To ja powinnam siedzieć obok niej i jej czytać. Być przy niej. Trzymać ją za rękę. Jak kiedyś, gdy umierał ojciec… Zrobiłam to dla swojej rodziny. Dla mojego męża, dla mojej córki i dla…siebie. Musicie mnie oceniać?

http://mamadu.pl/125287,oddalam-mame-do-domu-opieki-zrobilam-to-dla-mojej-rodziny-meza-i-dzieci

Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie!

Nie lubię miesiąca listopada, bo mój nastrój gwałtownie się obniża w związku ze Świętem Zmarłych. Jakoś mnie to dołuje i skłania do refleksji i zadumy jak każdego chyba.

Dziś w głowie pojawiła mi się taka myśl, którą ubrałam w krótki rym:

 

Opadają liście
i robi się smutno i sennie!
A w głowie pojawiają się myśli,
że niedługo ja bez Ciebie,
albo Ty beze mnie!

Z każdą sekundą zbliżamy się do rozstania i czas na stare lata jest bezlitosny. Biegnie tak szybko, jak koń w galopie, a może rakieta wycelowana na Księżyc i  jak na złość w starości, kiedy ma się niby, dużo czasu w ciągu dnia!

Niedawno pokazałam Mężowi video, na którym stary mężczyzna – mąż – czesze w szpitalu swoją umierającą żonę. Ten clip nie jedną osobę przyprawił o łzy, a ja spytałam Mojego Męża, czy też będzie mnie tak kiedyś czesał.

Kiedy wstaję rano, to moje niesforne włosy stoją na różne strony i wyglądam jak czupurek i zdarzyło się kilka razy, że o poranku Mąż grzebieniem układał mi te włosy, co było przyjemne, a zarazem wstydliwe.

Oczywiście potem sama robiłam sobie fryzurę, kiedy się dobudziłam, ale Jego troska mnie rozczuliła.

Jak mogę się odwdzięczyć za troskę, jeśli nie przez żołądek do serca i tak dziś spędziłam sporo czasu w kuchni i gdyż:

Upiekłam ciasto ze śliwkami, które Mąż bardzo lubi i wymyśliłam autorskie danie z grzybem – zwanym opieńka. Jest to grzyb jadalny, który rośnie na korze drzew.

Przepis na ciasto, które udaje się zawsze:

– 4 jajka,

– szklana cukru,

– 1,5 szklanki mąki,

– 0,5 szklanki oleju,

– 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia.

Wszystko dokładnie mieszamy i wylewany na blachę, a na wierzch układamy owoce jakie sobie tylko zamarzymy i pieczemy do pół godziny, ale warto pilnować i sprawdzać patyczkiem.

Dostałam od Zięcia opieńki i musiałam coś z nimi zrobić. Mąż proponował, żeby obgotować i zamrozić, ale ja jestem uparta i zrobiłam tak:

– opieńki obgotowałam w solonej wodzie,

– kiedy ostygły, to zmieliłam je w blenderze,

– zeszkliłam 1 dużą cebulę i dodałam do grzybów,

– miałam 1 kilogram zmielonego mięsa i dodałam do grzybów,

– oczywiście potrzebne są jajka, a więc dodałam 3 sztuki,

– na oko dodałam kilka łyżek bułki tartej i wszystko porządnie wymieszałam,

– uformowałam kotlety i obtoczyłam w mące krupczatce i tak kotlety usmażyłam na rumiano.

– przełożone do garnka zalałam gorąca wodą, dodałam ziele angielskie i liść laurowy, oraz dwie łyżki jarzynki.

– ponownie podsmażyłam cebulę – dużą i dodałam do sosu.

Takie kotlety trzeba podgotować jakieś 20 minut i są gotowe i smaczne do ziemniaków z dowolną surówką.

Chyba jestem dobrą żoną,  bo Mężowi smakowało wszytko, ale to nie koniec mojego buszowania w  kuchni, bo usmażyłam jeszcze świeżego sandacza.

Dziś miałam bardzo pracowity dzień, bo przy gotowaniu i pieczeniu jest dużo do zmywania, ale czego się nie robi dla kochanego Męża – dla Nas.

 

 

Zmęczeni 50 i 60 latkowie!

Na moim blogu dużo miejsca poświęcam starości i Seniorowi, dlatego, że sama już jestem w słusznym wieku i zaliczam się do Seniorów.

Niedawno oglądałam wywiad z Grażyną Torbicką w programie Magdy Mołek – „W roli głównej”.

Otóż w tym wywiadzie Grażyna Torbicka powiedziała, że nie obchodzi urodzin od pewnego czasu, gdyż czuje się wewnętrznie na wiele młodszą, a więc odpuściła sobie liczenie swoich lat!

Można i tak oszukiwać czas, ale do pewnego momentu, kiedy ciało i psyche na to pozwalają.

Zdrowie dane jest nam do jakiegoś momentu, ale kiedyś nastąpi czas, że przed chorobą nie ma ucieczki – niestety.

Możemy mieć lepsze i gorsze geny i jedni żyją dłużej, lub krócej i nie jest to sprawiedliwe.

Niestety, ale czasami nie da się uciec od nieuchronnego i zaczyna się walka z chorobą.

Pisałam kilka razy na blogu, że mam chorą Mamę. W listopadzie minie rok, jak padła diagnoza – rak!

Mama miała w swoim życiu ogromne szczęście, bo naprawdę nie chorowała dużo i udało się jej dożyć 85 lat bez poważniejszych chorób.

Mama jest ode mnie starsza o 24 lata i wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki czas – jak teraz, że trzeba będzie się Nią opiekować.

Odsuwałam od siebie taką perspektywę jak najdalej, aż w końcu zachorowała i potrzebuje opieki.

Opieka spadła na mnie i na Siostrę, która jeszcze pracuje. Po powrocie z pracy idzie do Mamy i robi przy Niej gigantyczną robotę i za to ja Jej dziękuję. 

Ten artykuł dedykuję Siostrze, bo wiem jak bardzo jest zmęczona, kiedy ja na emeryturze mam dni wolne i zajmuję się Mamą w godzinach  do południa. Mam czas na regenerację i nie jestem tak zmęczona jak Siostra.

Ona przecież wciąż pracuje i wielu innych, którzy mają swoje rodziny, swoje życie osobiste, dzieci i wnuki, a muszą się zajmować chorymi rodzicami, którzy z racji coraz bardziej rozwiniętej medycyny – żyją coraz dłużej!

Stare dzieci starszych rodziców – nie są bohaterami, są zmęczeni.

 

Praca, własne dzieci i starzy rodzice – wymagania, którym mogą sprostać tylko bohaterowie. Ale stawia się je wszystkim. Cena, którą płacą, jest wysoka. W Polsce od dzieci wymaga się opieki nad starymi rodzicami. Kiedy nadchodzi ten moment i starość lub choroby odbierają im samodzielność, zaczyna się problem. Czy dorosłe dzieci dają radę, czy nie? Jakie mają możliwości? O trudnych wyborach opiekunów – pisze Monika Kaczyńska.

Kiedy Marta słyszy o biletach do kina za 5 zł dla seniorów, siłowniach na wolnym powietrzu i kawiarenkach, dostaje piany na ustach. – Senioralia – sralia – tylko, że jak naprawdę trzeba się zająć starym człowiekiem, system jest bezradny – mówi i doskonale wie o czym. W blokowym mieszkaniu na jednym z poznańskich osiedli mieszka z dwojgiem dzieci, a od kilkunastu miesięcy z dwojgiem schorowanych, niemal kompletnie niesamodzielnych rodziców. I jest na skraju wytrzymałości nerwowej. – Nie miałam innego wyjścia – opowiada. – Musiałam ich wziąć do siebie. Ale to jest złe rozwiązanie. Nie wiem, jak długo to wytrzymam. Marta należy do tzw. pokolenia kanapkowego. Sama dobiegająca 60. wciąż jeszcze pracuje, z jednej strony przytłaczana powinnościami wobec dorosłych, ale jeszcze nie żyjących samodzielnie dzieci, z drugiej – powinnościami wobec rodziców.

Opieka nad starszymi osobami wcale nie jest taka łatwa i kolorowa jak w reklamach – To zupełnie nowe zjawisko – zwraca uwagę prof. Anna Michalska, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Jest związane z wydłużającym się życiem. Pokolenie to nazywane również pokoleniem przegubowym podlega silnej presji z obu stron. Dopóki starzy rodzice są względnie samodzielni, a dorosłe dzieci także żyją swoim życiem, wszystko jest w porządku. Gdy jednak starość lub choroby odbierają najstarszemu pokoleniu samodzielność, zaczyna się problem. I organizacyjny, i etyczny, i psychologiczny. Dotyczy to coraz większej grupy osób. I z danych wynika, że w ciągu najbliższych lat będzie ona jeszcze liczniejsza. – W Polsce wciąż rodzina znajduje się wysoko w hierarchii wartości – mówi prof. Anna Michalska. – Otoczenie oczekuje, że dzieci zajmą się rodzicami w podeszłym wieku, jakby oddając im trud, który włożyli w wychowanie. Zdawanie się w tej kwestii na instytucje jest wciąż oceniane negatywnie. Na własnej skórze odczuły to dwie poznanianki, które opowiadają, jak radzą sobie ze zniedołężnieniem rodziców.

Obawa przed negatywną oceną dalszej rodziny i przyjaciół to jedno. Druga sprawa to dostępność i jakość instytucjonalnej opieki. Oczekiwanie na miejsce w domu pomocy społecznej w dużym mieście trwa przeciętnie około roku. Czasem dłużej. Usługi opiekuńcze, świadczone w domu, maksymalnie przez 8 godzin dziennie bardzo często nie rozwiązują problemu. Ostatecznie więc odpowiedzialność za starych i niedołężnych spada na ich także, co tu kryć, starzejące się dzieci. Gdy Marta skończyła pięćdziesiątkę, jej rodzice cieszyli się dobrym zdrowiem. Fakt, że mieszkali w oddalonym o ponad 200 kilometrów Wrocławiu, nie stanowił problemu. Stały kontakt telefoniczny, weekendowe odwiedziny raz na miesiąc i bratanek na miejscu, który w razie konieczności przyniósł cięższe zakupy czy dokonał drobnych napraw, załatwiały sprawę.

Kilka lat temu u matki Marty rozpoznano nowotwór. Wkrótce ojciec stał się bardziej roztargniony niż zwykle. Najpierw tłumaczono to stresem, później zmianami związanymi z wiekiem. Kiedy po raz kolejny siedem razy wychodził do kiosku i wracał z kolejnym egzemplarzem tego samego numeru gazety, a ze sklepu przynosił siódmą w ciągu dnia 20-dekagramową paczkę wędliny, stało się jasne, że sprawa jest poważniejsza. Badanie lekarskie tylko potwierdziły przypuszczenia – choroba Alzheimera.

Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami wzrasta z wiekiem Wraz z jej postępami Marta traciła kolejne części swojego życia. Zaczęło się od weekendów. – W piątek po pracy wsiadałam w samochód i gnałam do Wrocławia – opowiada. – Tam prałam, sprzątałam, załatwiałam, co konieczne. Wracałam w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek do pracy. Ale sytuacja z każdym miesiącem była coraz gorsza. Choroba ojca Marty postępowała, a coraz mniej sprawna matka po kilku operacjach przestała dawać sobie radę. – Nie była w stanie go upilnować. Znikał z domu, gdy była w toalecie, później przyprowadzali go obcy ludzie – wspomina Marta. – Wtedy, kiedy jeszcze to i owo kojarzył i był w stanie się podpisać, postanowiłam go ubezwłasnowolnić, choćby po to, by kiedy całkiem straci kontakt z rzeczywistością, móc umieścić go w domu pomocy społecznej.

Gdy o tym fakcie dowiedziała się dalsza rodzina, prawie Martę zlinczowała. – Nasłuchałam się, że chcę się ojca pozbyć, że chodzi mi o jego mieszkanie. Wyrodna córka to było najłagodniejsze określenie, z jakim się spotkałam. Padały wiele gorsze – mówi kobieta. Doroty, która przez trzy lata opiekowała się chorą na chorobę Alzheimera matką, wcale to nie dziwi. – Oczekuje się od nas postawy heroicznej – twierdzi. – Tyle że nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaka to przytłaczająca odpowiedzialność. Matka Doroty od ponad roku jest pensjonariuszką domu pomocy społecznej. Dorota odwiedza ją kilka razy w tygodniu. Czasem matka nawet ją poznaje. I choć starsza pani, gdy jeszcze częściej była świadoma, sama zdecydowała o przeprowadzce, okres oczekiwania na miejsce Dorota wspomina jak nieustający koszmar.

– Mieszkałyśmy po sąsiedzku – opowiada. – Kwestie techniczne – zakupy, sprzątanie, podawanie leków cztery razy dziennie to nie był problem. Tylko ten strach. Bałam się oddalić od domu, bo matka może mnie potrzebować. Co noc budziłam się kilka razy i biegłam do okna sprawdzić, czy pali się u niej światło. Po tym, jak o trzeciej w nocy zadzwonili sąsiedzi, że mama w koszuli nocnej stoi na klatce schodowej i nie może wejść do mieszkania, prawie w ogóle przestałam sypiać. Tylko dzięki ośrodkowi dziennego pobytu, do którego odprowadzałam mamę, mogłam w ogóle pracować. Ale i tak byłam u kresu sił. Czego bałam się najbardziej? Że z jakiegoś powodu trafię do szpitala, a mama zostanie sama – bez opieki, bez leków, kompletnie zagubiona i bezradna – wyznaje. – Dopiero kilka miesięcy po przeprowadzce mamy do DPS-u, na nowo odkryłam spacery, spotkania ze znajomymi, wyjścia do kina. Zwyczajne rzeczy, które przez ostatnie lata były dla mnie niedostępne. Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że znów mogę wrócić do domu, o której chcę. Jak nastolatka spuszczona z rodzicielskiego oka – śmieje się.

Najbardziej bałam się, że trafię do szpitala i matka zostanie bez opieki Marta po pracy pędzi prosto do domu. Zajęcia sportowe, kurs językowy, koncerty skończyły się wraz ze sprowadzeniem rodziców pod własny dach. Zresztą nie tylko to. Do piwnicy trafił ulubiony fotel i kilka kartonów z książkami. – Moje życie zostało zredukowane do 11 metrów kwadratowych – mówi. – Największy pokój oddałam rodzicom, bo w innym nie zmieściłoby się szpitalne łóżko dla ojca, stół z krzesłami i balkoniki dla obojga, dzięki którym mogą się poruszać. W drugim pokoju mieszkają synowie. Mnie został ten najmniejszy. Nie dość, że nie mam praktycznie własnego życia poza domem i pracą, to nawet nie mam swoich ulubionych mebli. Są dni, kiedy mam ochotę wyjść z domu i więcej nie wrócić. I najgorsze, że tak już będzie. Z jednej strony presja społeczna, z drugiej działanie systemu opieki społecznej stawia takie osoby jak Dorota przed dramatycznymi wyborami. Choć zakładała, że prędzej czy później rodzicami będą musiały zaopiekować się instytucje, bo ona sama nie da rady, życie pokazało, że sprawa jest znacznie bardziej złożona.

Ojciec i tak nie ma już kontaktu z rzeczywistością, nie sądzę, żeby w ogóle orientował się, gdzie jest – mówi Marta. – Ale matka, w żaden sposób niepogodzona ze starością, chorobą i ograniczeniami, jakie się z tym wiążą, nie godzi się na przeprowadzkę do domu pomocy społecznej. A ja przecież się nie rozdwoję. Żeby w ogóle się nimi zająć, muszę ich mieć w jednym miejscu. Jedyne możliwe to moje mieszkanie – dodaje zrezygnowana. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami otępiennymi wzrasta wraz z wiekiem, Polacy żyją dłużej. Ale ostatnie lata życia większości upływają na zmaganiu się z chorobami. – Medycyna przedłużyła człowiekowi życie – zauważa Dorota. – Ale dłuższe życie nie oznacza zachowania zdrowia. To, co nazywa się ofertą dla seniorów – te wszystkie kluby, kawiarenki, festiwale to propozycje dla sprawnych 60-70-latków. Tym o dwadzieścia lat starszym potrzeba opieki medycznej. A tej praktycznie nie ma.

Lekarze gerontolodzy to specjaliści rzadsi niż złoto. W liczącym blisko 850 tysięcy mieszkańców Poznaniu i powiecie poznańskim takich specjalistów jest zaledwie kilku. W całym Lesznie czy Koninie przyjmuje jeden taki lekarz. Nie ma też wielu wyspecjalizowanych opiekunów. Znalezienie kogoś, kto choćby na kilka godzin zostałby z chorym na Alzheimera, graniczy z cudem, o kosztach nie wspominając. A opiekujące się schorowanymi rodzicami dzieci też się starzeją. I też mają swoje, także medyczne potrzeby. I proste marzenia: urlop, zakupy bez obawy o to, co się dzieje w domu, wizyta u fryzjera. W Polsce to na ogół marzenia ściętej głowy. – Gdybym wiedziała, że raz w roku mogę oddać rodziców na dwa, trzy tygodnie do ośrodka, w którym będą mieli opiekę i wyjechać do sanatorium…- rozmarza się Dorota. – Na Zachodzie takie rozwiązania są powszechne, u nas traktuje się je jak fanaberię. Poza tym są jeszcze moi synowie. Dotąd cierpliwie znoszą wszystkie uciążliwości i solidarnie na zmianę śpią na łóżku polowym. Ale jak długo? Czasem myślę, że spełniam obowiązek wobec rodziców ich kosztem – wyznaje.

Poczucie życia w potrzasku jest typowe dla pokolenia kanapkowego. W jego przedstawicielki (bo wciąż funkcje opiekuńcze spadają przede wszystkim na kobiety) miotają się między pracą, rodzicami a wnukami. Płacą za to wysoką cenę. Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice. Uwalniając dzieci od swojej starości.

Czytaj więcej: http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/1021439,stare-dzieci-starszych-rodzicow-nie-sa-bohaterami-sa-zmeczeni,id,t.html

Tchórze odbierają ludziom godność! Głosowałaś/eś na nich?

Skazano mnie zaocznie, bez wskazania winy, bez możliwości obrony, a wyrok ten oznacza, że kiedy zapłacę za leki – leczę nowotwór – a także za mieszkanie, media, to na jedzenie i inne „drobiazgi” niezbędne człowiekowi do życia od 1 października 2017 roku nie będę miała ani złotówki. Niech mnie zamkną w więzieniu, gdzie przynajmniej dają jeść, albo niech postawią pod ścianą i rozstrzelają, bo na śmierć głodową skazywano ostatnio w hitlerowskich obozach. Pod decyzją, którą mi przysłano, nikt nie miał odwagi się podpisać.
 
Gdybym popełniła zbrodnię, nawet najcięższą, za którą by mi wymierzono karę dożywocia, to stanęłabym przed sądem, który by mi postawił konkretne zarzuty, podając odpowiednie paragrafy z przepisów prawnych, które naruszyłam, a które przewidują taką a nie inną karę; miałabym możliwość wypowiedzenia swojej opinii w tej sprawie i patrzenia w oczy oskarżycielowi i sędziemu; miałabym prawo do skorzystania z pomocy prawnej przed rozprawą sądową i w jej trakcie.A kiedy już wyrok by się uprawomocnił i trafiłabym do więzienia, to miałabym tam dach nad głową, codzienne utrzymanie i ubranie, dostęp do książek, radia i telewizji, bez konieczności martwienia się, skąd wezmę co miesiąc pieniądze na zapłacenie za to wszystko.

Zabrano mi rentę

Decyzja o zabraniu mi ponad połowy dotychczas otrzymywanej renty rodzinnej, która zapadła gdzieś poza mną, bez uprzedzenia i możliwości zgłoszenia najmniejszych zastrzeżeń, to wyrok znacznie bardziej godzący we mnie niż opisana wyżej sytuacja zbrodniarza.

Mnie bowiem skazano zaocznie, bez wskazania winy, bez możliwości obrony, a wyrok ten oznacza, że kiedy zapłacę za leki niezbędne w mojej sytuacji, gdy walczę z chorobą nowotworową, a także za mieszkanie, energię, gaz, telefon, telewizję (a są to opłaty stałe, według ustalonej taryfy), to na jedzenie, ubranie, środki czystości itp. „drobiazgi” niezbędne człowiekowi do życia od 1 października 2017 roku nie będę miała ani złotówki.

Oto jak wygląda prawo i sprawiedliwość w rzeczywistości tysięcy ludzi, którzy znaleźli się podobnej do mnie sytuacji.

Proszę, piszcie o tym, nagłaśniajcie te haniebne przejawy bezprawia i pogardy dla tych, którzy jeszcze żyją, choć urodzili się w minionej epoce i zdaniem obecnie nam „panujących” nie mają prawa do dalszego życia. Niech nas wszystkich zamkną w więzieniu, gdzie przynajmniej dają jeść, albo niech postawią pod ścianą i rozstrzelają, bo na śmierć głodową skazywano ostatnio w czasach hitlerowskiego apogeum.

Nawet nie mają odwagi się pod tym podpisać

A teraz kilka słów o mnie. Jestem starą, samotną kobietą. Mam 76 lat i od ponad roku walczę z chorobą nowotworową. Po zdiagnozowaniu raka piersi przeszłam już operację, chemioterapię i radioterapię, a obecnie mam przed sobą jeszcze długie miesiące przyjmowania dalszej kuracji w postaci zastrzyków (herceptyna).

Utrzymywałam się dotychczas z renty rodzinnej, którą mi przyznano po śmierci męża, a która wynosiła 3200 zł. Musiałam z niej skorzystać, bo moja emerytura po 44 latach pracy wynosiła 1438 zł, co nie pozwoliłoby mi na opłacenie mieszkania i innych rachunków, a także w miarę godny poziom życia (jeszcze przed chorobą). Mój mąż (który nie żyje już ponad trzy lata) przez ostatnie 30 lat swojego życia nie pracował w żadnym z organów wymienionych w ustawie dezubekizacyjnej, zaś za okres pracy w PRL został zlustrowany i nie postawiono mu żadnych zarzutów ani nie obniżono przysługującej mu emerytury.

Teraz cała „wina” spadła na mnie, choć ja nie miałam nigdy żadnego związku z tymi instytucjami ani nawet nie należałam do żadnej partii politycznej.

System demokratycznego państwa prawa, o czym tak często słyszymy obecnie z ust najwyższych czynników rządzących, nie zna sytuacji, aby za winy (rzekome czy nawet udowodnione), karać żonę.

Jak zatem nazwać działania naszych władz? Decyzje o drastycznym obniżeniu rent i emerytur, które docierają do tysięcy ludzi, łamiąc ich życie, a ich samych wyrzucając na daleki margines z piętnem „komunistów i złodziei”, nie są podpisane przez nikogo z władz państwowych.

Nawet dyrektorzy odpowiednich departamentów nie ujawniają tu swego nazwiska. Jest tylko pieczątka starszego aprobanta Wydziału Ustalania Świadczeń MSWiA. I tyle. I… aż tyle!

Proszę redakcję o nieujawnianie moich danych.

Warszawa 5.09.2017 r.

Starzy rodzice – dla dzieci trudne życie!

Janina jako już starsza pani – pewnego, feralnego dnia wpadła pod samochód.

Odniosła bardzo poważne obrażenia i lekarze z ledwością uratowali  jej życie, bo złamań było bardzo dużo.

Rehabilitacja przyniosła poprawę, ale pani Janina nigdy nie odzyskała pełnej sprawności i ten wypadek skazał ją na cztery ściany własnego mieszkania.

Samotność więc dopadła panią Janinę, choć doglądały ją dzieci, które między pracą zawodową, a opieką nad matką mocno je przytłaczało.

Pani Janina nie wiele już mogła samodzielnie zrobić koło siebie, a więc gotowanie, pranie, sprzątanie i dotrzymanie towarzystwa spadło przede wszystkim na dorosłą córkę pani Janiny.

Zaciskała zęby i często padała ze zmęczenia, ale wypełniała swoje obowiązki wzorowo.

Nikt nie mógł  jej niczego zarzucić, że zostawiła matkę samą.

Córka pani Janiny dobiegała sześćdziesiątki i sama miała problemy ze zdrowiem, ale przecież musiała być przy matce.

Taki stan trwał kilka lat, aż córka pani Janiny przeszła na emeryturę i cieszyła się, że teraz będzie miała więcej czasu dla swojej mamy.

Ludzie ją podziwiali za silną wolę, mimo, że zaczęła utykać na nogę ze względu na problemy z biodrem.

Mimo to matka zawsze miała czyste okna, świeże firany i pościel, a także codziennie ciepły obiad.

Do swojego domu chodziła tylko spać, gdyż całe dnie przebywała ze swoją mamą.

Kłopoty się zaczęły, kiedy pani Janina zachorowała dodatkowo na demencję starczą i tu zaczął się horror dla jej troskliwej córki.

Matka wyzywała ją od dziwek, kurew, a także często w domu robiła armagedon, że wszystko fruwało w powietrzu.

Taki stan trwał rok i w pewnym momencie córka pani Janiny się poddała.

Jakże często płakała na ulicy do znajomych, że nie daje już rady i nie wie jak się z tym wszystkim upora w przyszłości.

Jej zmęczenie i rezygnacja wpłynęły na jedyną decyzję, że musi oddać matkę do domu spokojnej starości, ale skąd wziąć na to pieniądze? Miesięczny koszt pobytu matki w takim domu, to trzy tysiące złotych.

Postanowiła z ciężkim sercem sprzedać matki mieszkanie. Postawiła na siebie, że albo ona, albo chora matka.

Długo miała wyrzuty sumienia, ale zrobiła sobie rachunek sumienia, że jej matka nigdy nie wydusiła z siebie, że ją kocha i jej brata.

Nigdy!