Archiwa tagu: szpital

Będąc młodą lekarką!

Seniorka u lekarza, to ja!

Zeszłego lata, kiedy były też takie upały, rozchorowałam się i moje serce dawało mi złe znaki.

Upał i biegałam do chorej Mamy, a więc wszystko się skumulowało, bo stres i upiorne temperatury  robiły swoje.

Poszłam do swojej Rodzinnej i ta po odczytaniu mojego EKG wypisała mi skierowanie do szpitala.

Byłam przerażona, bo jeszcze nigdy nie leżałam w szpitalu na oddzale, prócz oczywiście położnictwa.

Od Rodzinnej wróciłam do domu i zaczęłam się pakować do szpitala.

Spakowałam się bardzo dokładnie i  Mąż zawiózł mnie na oddział chyba – wewnętrzy.

Najpierw długo czekałam w poczekalni na panią doktor, a kiedy się zjawiła od razu zauważyłam jej niechęć do mnie.

Była bardzo niemiła, bo jakaś seniorka zawraca jej głowę.

Robiła wywiad i kiedy mnie się spytała jak ja się czuję, to jej powiedziałam, że czuję, iż moje serce szaleje, a ona do mnie  – proszę to określić bardziej szczegółowo, a wszystko podniesionym głosem – krzykiem wręcz!

Spytałam ją dlaczego tak na mnie krzyczy?

Położyła mnie na sali i kazała podłączyć kroplówkę, a w między czasie robione były moje wyniki, które wyszły złe.

Po odpięciu mi kroplówek przyszła i bardzo już grzecznie powiedziała, że chce mnie mieć w szpitalu na obserwacji przez kilka dni, a ja się zastanowiłam dlaczego tak zmieniła ton?

Wiem dlaczego, ale o tym pisać nie mogę!

Popatrzyłam na nią i powiedziałam, że nie chcę mieć doczynienia z nią i tym szpitalem, gdzie senior jest traktowany jak gówno!

Zdążyła mi tylko wypisać receptę na lek od serca, na którym jestem do dziś.

Podziękowałam,  chwyciłam swoją torbę i zwiałam z tego szpitala.

Na drugi dzień znalazłam się u Rodzinnej i opowiedziałam jak mnie potraktowano.

Usłyszałam – pisz skargę – nie napisałam, bo nie chciałam młodej lekarce szkodzić.

Dostałam poradę od pielęgniarki, która szłyszała jak mnie potraktowano, abym w takie upały piła jak najwięcej wody!

Stronię od wizyt w służbie zdrowia i jako seniorka nie chodzę po lekarzach, bo mi się nudzi jak to kiedyś określiła posłanka PO – Joanna Mucha.

Nie nawidzę tego przybytku, bo czuję się w nim jak piąte koło u wozu.

Dostałam skierowanie do lekarza, który powiedział mi, że się obżarłam, bo tak wynika z wyników, a ja do niego, że co? – Schudłam 12 kilo odparłam i buzię mu zamknęłam, a więc wyniki chyba też kłamią.

Czy ja kłamię skoro mamy takich lekarzy? Z głosem proszę!

U mnie od rana alerty pogodowe na zachodzie i tak biegam i zdejmuję skrzynki z kwiatami, aby je żadna wichura i grad nie zniszczyły i jem truskawki, dużo truskawek w taki upał.

Trzymajcie się i dbajcie o siebie, bo jutro ponownie żar z nieba!

Obraz może zawierać: kwiat i roślina

Obraz może zawierać: owoc i jedzenie

 

Reklamy

To nie jest kraj dla starych ludzi!

Mojej Mamy nie ma już z nami dwa tygodnie, a będzie, to jutro – 14 lutego.

Wszyscy jesteśmy w żałobie i zdaje się, że każde z nas wciąż ma przed oczami tą jej wielką walkę o życie, choć miała w ciągu dwóch lat parę kryzysów, że chcała odejść, bo tak bardzo była umęczona swoją chorobą.

Wszyscy dochodzimy do siebie, bo to była karołomna robota, aby tylko nie cierpiała i czuła się zaopiekowana i tak było do samego końca.

Łapię się na tym, że już nie zaniosę jej rosołu, sałatki, albo innego dania, a posprzątałam kuchnię ze słoików, pojemników, bo są już zbędne.

Starzeję się na potęgę, bo moja głowa zajęta jest tematem odchodzenia i wyobrażam sobie jak to może być ze mną i czy stanę się ciężarem dla swoich Dzieci, Wnuków, Męża.

Niedawno kroiłam cebulę w drobną kostkę i tak się starałam, że się nożykiem skaleczyłam w palec i zobaczyłam kropelkę krwi swojej.

Przeraziłam się, przestałam prawie oddychać i zrobiło mi się tak mdlejąco, a to tylko była kropla krwi.

Nie mam wysokego progu na ból, na widok krwi i nie cierpę lekarzy, których omijam szerokim łukiem i wiem, że robię sobie sama krzywdę.

Zdałam sobie sprawę z tego, że nigdy bym nie wytrzymała takiego odchodzenia jak moja Mama i chciałabym, aby w Polsce była legalna eutanazja i wiem, że wielu starszych ludzi tak myśli i tu nie ma nic do rzeczy wiara.

Widziałam kiedyś taki domument jak to  kobieta umęczona życiem – umęczona, ale nie chora poprosiła o eutanazję w Holandii.

Pozałatwiała wszystkie swoje sprawy i pożegnała się z jedyną przyjaciołką, bo rodziny nie miała.

Przyznano jej takie prawo i poinformowano, że tego dnia i o takej godzinie zostanie jej podane lekarstwo. Umarła, a raczej zasnęła spokojnie we własnym łóżku – w ciągu 5 minut.

Obciążanie starszych już dzieci opieką nad chorym rodzicem, którzy często jeszcze pracują jest niechumanitarne, a państwo nie pomaga w niczym, a więc niektórzy pozbywają się chorych rodziców i umieszczają ich najczęściej w szpitalach, w których za tego rządu ma coraz mniej łóżek na geriatrii.

Skoro teraz państwo jest stać na 500+, często dla rodzin patologicznych, to dlaczego nie ma pieniędzy na to, aby dofinasować rodziny, by mogły oddać rodzica do domu starości, albo do hospicjum! To nie jest kraj dla starych ludzi!

Jakże często nie stać jest rodziny, aby staruszka umieścić w domach starości, bo to jest bardzo kosztowne.

Tak się zastanawiam, po co ludziom tyle pieniędzy, że tak gonią za kasą, a politykom, po co tyle władzy, kiedy wszyscy jesteśmy śmiertelni i możemy skończyć w łóżkach, żyjąc jak warzywa, bo śmierć nikogo nie oszczędzi i o tym dziś napisała Krystyna Janda, która ma w szpitalu chorą Mamę, ale zaobserwowała , co dzieje się w polskiej służbie zdrowia – felieton poniżej!

Panie Kaczyński – po co panu te wieże i po co pani Szydło ten mandat do Brukselii, której pani nienawidzi, a politykom, po co te ogromne premie – ta chciwość się  zemści, tylko wy nie macie wyobraźni i myślicie, że jesteście wieczni!

Jakże wiele czytam w sieci kłótni na forach, gdzie starsi ludzie klepią w klawiaturę obelgi wobec inaczej myślących, o odmiennych poglądach i tak się zastanawiam po co?

Żyję tak, aby nikogo nie ranić i mam zamiar cieszyć się z każdego, danego mi dnia, bo nigdy nie wiadomo, kiedy bym chciała, aby poddać mnie eutanazji!

Po tym felietonie Krystyny Jandy –  jestem 3 x na tak – za eutanazją!

Gabuniu wybacz!

 

„Ludzie! Nie macie pojęcia, że tuż obok, niedaleko, jest taki straszny świat [FELIETON]
Ludzie! Moi Ludzie! Tak los zrządził, że spędziłam ponad tydzień, wiele godzin każdego dnia, na oddziale geriatrycznym jednego ze szpitali. Co się tam dzieje! Ludzie! Chodzicie ulicami, kąpiecie dzieci, robicie zakupy, gotujecie obiady, zjadacie kolacje, pracujecie, odprowadzacie dzieci do szkół i przedszkoli, całujecie się i kochacie nocami, i nie macie pojęcia, że tuż obok, niedaleko, jest taki straszny świat, takie coś, taki czas ostateczny! A może wiecie?
Krystyna Janda, fot. Adam KłosińskiFoto: Materiały prasowe
Krystyna Janda, fot. Adam Kłosiński

Może niektórzy z Was wiedzą, inni przeczuwają, ale nie myślą o tym, jeszcze inni potrafią sobie wyobrazić, ale bezpośrednio ich to nie dotyczy, nie muszą się z tym mierzyć. Może ty, młody mężczyzno, wyskakujący w biegu z tramwaju, czy ty, dziewczyno bez czapki, z sinymi kolanami z zimna w mini spódniczce, nie wiesz, że cię to czeka. Prawdopodobnie.

Ja od kilku dni jestem w szoku, chodzę w depresji, nie mogę o tym wszystkim na co patrzę i czego słucham zapomnieć. Wracam tam jak bumerang, jak uzależniona, jak do swojego miejsca, najważniejszego teraz dla mnie, paradoksalnie mi najbliższego. Lekarze! Pielęgniarki, salowe, sanitariusze, kierowcy, opiekunowie medyczni… Wy tam całe życie! Jesteście chyba z żelaza!

Już przy wejściu do szpitala wita wszystkich wielka plansza: SZPITAL TO NIE PRZECHOWALNIA!  Napis, którego zupełnie nie rozumiałam na początku wydał mi się nietaktowny, zbyt obcesowy, nieuprzejmy. Dziś go rozumiem, a raczej rozumiem akt rozpaczy, który kazał go napisać i wywiesić.

Trafiłam tam nocą z piątku na sobotę, dwa tygodnie temu, po zagraniu wesołej „Shirley Valentine”, poszukując przywiezionej przez pogotowie ratunkowe mojej mamy. Przeszłam nocny SOR z tłumem nieszczęśliwców, od dzieci poczynając na staruszkach kończąc. Mając wrażenie, że wszyscy ci ludzie, za wszelką cenę chcą się dostać na górę, na odziały, do łóżek z białą pościelą, na badania, pod opiekę, bo na parterze, a co nie daj Boże w domu, czy na ulicy, czyha niebezpieczeństwo śmierci lub wielkiego bólu. Ale to nie takie proste. Selekcja jest bezwzględna. Łóżek na górze wolnych nie ma, personelu nie ma, lekarzy mało. Upragniony wjazd windą do nieba czyli na oddział szpitalny przysługuje tylko ciężkim stanom. My byliśmy w śpiączce cukrzycowej, cukier 700, 40 stopni temperatury, więc wyboru nie było.

Druga w nocy, nikt nie śpi, pielęgniarki biegają. Zza półuchylonych drzwi słyszę krzyczącą kobietę: „Ja chcę do domu! Zróbcie coś, żeby mnie nie bolało! Pić! Wody! Ratunku!” I tak na przemian. Przerażona chcę biec z pomocą, zatrzymują mnie. To pomylona staruszka, krzyczy, żeby zwrócić na siebie uwagę, jest tutaj sama od miesiąca, nie ma gdzie jej odwieźć, żaden zakład nie chce przyjąć, emeryturę ma za małą na dom opieki, a w domu nie ma się kto nią zająć, dzieci za granicą. „Ludzie, ludzieeeee! Ja chcę do domu! Wody!” Na pokrzykiwania staruszki reaguje staruszek w malignie, z drugiego końca innej sali, którego coś dręczy, jakiś koszmar.

Po korytarzach, w neonowym świetle snują się bezsennie babcie i dziadkowie w beznadziei, inni leżą w łóżkach nieprzytomni z pootwieranymi ustami, bezzębnymi dziąsłami coś żują, świszcząc. Jęki, kaszel, co jakiś czas wyrwie się komuś „Boże! Boże! O Boże!” Powykręcana kobieta z wywróconymi oczami piszczy, co jakiś czas jak kotek. Prawie wszyscy w pieluchach, wielu monitorowanych różnymi urządzeniami, wymuszanie wypróżnień, bo jelita nie pracują – wlewka na szóstkę! Pojenie, nawadnianie kroplówkami, kaszel chorych na zapalenie płuc, jak diabelskie organy. „Pani odkaszlnie, tu, niech pani wypluje! No niech pani kaszlnie!” Krew do badania, wenflony, bilans płynów, rzężenie.

Niekochani. Samotni. Nikt ich nie chce, nikt się nimi nie opiekuje, pobyt na tym oddziale w szpitalu to święto. Rano do niektórych przychodzą dzieci, siwi mężczyźni i kobiety, też ledwo chodzą, czasem wnuk, wnuczka, sąsiadka, znajoma. Do nielicznych.

– Cieszy się pani, że idzie pani do domu? – pytam uroczą panią z siniakami na szyi. – Tak – uśmiecha się. Syn pomoże i dam radę. Kładą ją w piżamie, w czapce, obejmującą dużego żółtego pluszowego misia, na noszach do transportu. – Tak, do domu – mówi z uśmiechem. Sanitariusz pochyla się do mnie – A skąd! Ja ją wiozę do domu opieki, rodzina jej nie zabiera. Wraca do domu opieki. Oszukali ją. Kamienieję.

„Oj pani Krysiu, posiedzi tu pani jeszcze z nami trochę, to zrozumie pani jaki świat jest zły, jacy ludzie okrutni” – uśmiecha się do mnie pielęgniarka. „Dzieci bez serca, inne powyjeżdżały za granicę, a nikt obcy nie pomoże. Jeszcze jak mają jaką taką emeryturę, to na dom opieki starczy, ale tak… sąsiedzi tylko po pogotowie umieją zadzwonić i tyle. Pani patrzy na tę kobietę, to był taaaaki lekarz! Tysiące ludzi uratowała, leczyła najcięższe przypadki, nikomu nigdy nie odmówiła, niech pani patrzy jak umiera! Ludziom życie oddała! Oj, to życie!”

„Wody! Wody! Wody!” – krzyczy ta z izolatki. Zrywam się. „Niech pani nie przeżywa, ona ma wodę, poimy ją, ona tak miesiąc ciągle krzyczy, żeby ktoś do niej wszedł. Wie pani teraz ich dużo, bo ferie, ludzie chcą wyjechać, to pogotowie wzywają i ich tu zostawiają. Przechowalnia. Przecież oni nie do wyleczenia.”

Chodzą studenci, młodzi lekarze, rezydenci. Jedna dziewczyna bardziej empatyczna od innych, podnosi, oklepuje, poi, zwilża usta, sprawdza pieluchy, smaruje kremem. Potem po południu, widzę jak płacze w kącie. – Coś się stało? – pytam. Kiwa kłową zaprzeczając, oczy ma spuchnięte i czerwone.

– Czegoś trzeba? – pyta salowa? Jak nie, to idę. Mamy zgon na jedynce. Tu leżą tacy ludzie! Żeby pani wiedziała, o z tą panią, z tą co nieprzytomna, pracowałam na noworodkach – pokazuje mi zwiniętą w kłębek łysą kupkę nieszczęścia. Obok, przy sąsiednim łóżku, stoi młody chłopak, pyta leżącą na nim panią: „Babciu, mama pytała czy trzeba ci czegoś? Przynieść ci coś?” Staruszka odpowiada coś szeptem, patrząc na niego z miłością. „Co? Co chcesz?” Nie rozumie. Pielęgniarka pomaga mu, pyta krzycząc: „Czego pani chce!? Wnuk pyta!” Pada odpowiedź: „Pogłaskać.” Chłopak uśmiecha się, myśli, że to żart. Nie wie, co ma zrobić. Wychodzi z sali, wstydzi się. Po jakimś czasie widzę, jak stoi nad łóżkiem i jakby nie swoją ręką głaszcze babcię po włosach, rozglądając się ukradkiem, czy ktoś to widzi. Ta uśmiecha się z zamkniętymi oczami. Wchodzi pielęgniarka: „Pan wyjdzie, bo będę zmienić babci pampers.”

Przechodzę korytarzem.

– Chodź no tu! – woła do mnie kobieta z łóżka w innej sali.

– Kupisz mi paluszki z sezamem w kiosku?

– Tak. Zaraz pani przyniosę.

– Ale ja nie mam pieniędzy!

– Nie szkodzi – odpowiadam.

– Ja cię znam z Ogrodowej. Kojarzę cię. Pamiętasz księdza Krzysztofa? Tego, co był taki nerwus?

– Nie, bo ja nie jestem z Ogrodowej.

– Wiesz, ludzie mu mówili, niech ksiądz nie będzie taki nerwowy i go przenieśli. Oj, ile ja mu pieniędzy nadawałam, prawie całą emeryturę, a go teraz podobno przenieśli. Podobał mi się. Pamiętasz go? Ładnie śpiewał. Ale ksiądz nie może być taki nerwowy. A jutro mi przynieś gazetę.

„Czy pani wie, że jest coraz więcej stulatków, a wszyscy oni potrzebują opieki? A opiekunów profesjonalnych nie ma, mało.” Wchodzę z ciekawości do Internetu – kurs na opiekuna medycznego osób starszych, niesamodzielnych, niepełnosprawnych. Kurs umożliwia podjęcie pracy w domach opieki społecznej, hospicjach, placówkach opieki paliatywnej, domach samopomocy, także umożliwia sprawowanie indywidualnej opieki w domach prywatnych w Polsce i za granicą – cena od 699 zł. Dyplom. Uprawnienia. Kurs 80 godzin. 200 godzin. Praktyki. Reklama. Agencja opiekunek osób starszych. Dzwonię. „Za godzinę osoba z praktyką 30 złotych” – mówią. Ukrainki 80 złotych za dobę, Polki 120, 130 złotych za dobę. Także opieka nad ludźmi w śpiączce.

Starsza pani bije pielęgniarkę po rękach: „Boli! Ty świnio! Wynoś się!” Ta odpowiada: „Muszę podłączyć kroplówkę. Basia, uspokój się!” Basia bije słabo nie ma siły, potem płacze.

Moja mama leży cichutko, wybudzona, pod kroplówkami.

– Jak się pani czuje? – pyta lekarz. –

Bardzo dobrze – odpowiada z uśmiechem.

39 stopni temperatury, nie ma siły podnieść ręki, ale grzecznie odpowiada, że bardzo dobrze się czuje.

– Coś panią boli?

– Nic nie boli – uśmiecha się.

– Jak ma pani na imię?

– Zosia – odpowiada mama bez namysłu.

– Mamo, przecież ty nie masz na imię Zosia – mówię zdumiona.

– Mama jest splątana – mówi do mnie lekarz. Ale już jest prawie w kontakcie.

– Czy wie pani, gdzie pani jest? – pyta znów. Mama patrzy na mnie.

– W domu – odpowiada.

– Nie, jest pani w szpitalu – mówi lekarz.

– A czy wie pani, co to szpital?

Mama długo milczy, po czym mówi z uśmiechem:

– Magiczne Miejsce.”

https://kobieta.onet.pl/ludzie-nie-macie-pojecia-ze-tuz-obok-niedaleko-jest-taki-straszny-swiat-felieton/v3hfht8?fbclid=IwAR3hd_BBpGodkr8t2d8DGHqMUB8HlNzvrrUaXgUJqOaFw7AYE27if5jl6N0

Depresja – czyli weź się w garść!

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem.

Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.

Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.

Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.

Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.

Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.

Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.

Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.

Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.

Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.

Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.

Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.

Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną.

Zostanę sam/a.

Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.

Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.

Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.

W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej.

Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.

Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.

Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 

Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.

Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.

Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.

Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji.

I tu zaczyna się dramat. Widziałam różne szpitale w swoim życiu.

Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.

Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.

Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.

Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.

Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny.

Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.

Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.

Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.

Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa.

Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc.

Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie.

Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.

Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno.

Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.

Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.

Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi.

Nie ma w nim przypadków skrajnych.

Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy.

Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.

Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.

Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.

Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.

Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.

Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.

Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.

Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

Piszę o tym też dlatego, że ostatnio usłyszałam zarzut, który uderzył we mnie jak młot.

Usłyszałam, że nie byłam u swojej Mamy przez 4 lata w jakimś tam okresie mojego życia.

Odpowiedziałam, że mogło tak być, ale te 4 lata kosztowały mnie walkę o siebie i nikt, kto nie chorował na depresję nie zdaje sobie sprawy z tego, że często to trwa latami.

Wpada się z taki stan, że nie chce się człowiekowi myć, czesać, malować.

Nie chce się  ładnie wyglądać i sprzątać, bo nic się nie chce, a najbardziej chce się umrzeć i skończyć tę wegetację.

Moja pani doktor wysłała mnie do tego dobrego szpitala, całodobowego z psychoteriapią i dopiero tam małymi kroczkami otrzeźwiałam i zrozumiałam, że jestem czegoś tam warta i nie odstaję niczym od ludzi zdrowych.

To było moje koło ratunkowe, z którego na siłę skorzystałam i jestem od kilku lat wśród żywych.

Jednak nie wszycy tak postępują i tkwią latami w bólu i cierpieniu i tu zapłaczę nad losem, kiedyś pięknej Elżbiety Dmoch, która śpiewała „Windą do nieba”, a która odcięła się od świata po przeżyciach i odtrąca wszelką pomoc.

Depresja, zaraz po raku jest najbardziej, okropną chorobą.

Bolesne rozstanie

Po dawnej sławie nie zostało nic. Elżbieta Dmoch na nowych zdjęciach nie przypomina zjawiskowej gwiazdy sprzed lat.

Wybrała życie w samotności

„Już mi niosą suknię z welonem, już Cyganie czekają z muzyką” – śpiewa Elżbieta Dmoch w słynnym utworze „Windą do nieba”. Piosenka o wielkim smutku i nieszczęśliwej miłości stała się paradoksalnie hitem każdego wesela. Dmoch nie mogła wiedzieć, że słowa tego utworu staną się dla niej prorocze.

Do sieci trafiły zdjęcia paparazzi, na których widać Elżbietę Dmoch. To pierwsze zdjęcia, odkąd pojawiła się wiadomość o tym, że zdecydowała się na życie w samotności. Nic dziwnego, że wywołują sensację. Elżbietę Dmoch wielu z nas pamięta jako piękną kobietę, która pięła się po szczeblach kariery. Już dawno wybrała dla siebie inną drogę. Z daleka od luksusów, sławy, mediów i zainteresowania dawnych fanów.

Dmoch sfotografowano podczas zakupów w osiedlowym sklepie spożywczym. Gumowe klapki, przetarte rajstopy, wyciągnięte spodnie i krótki T-shirt, który odsłaniał brzuch. Na pierwszy rzut oka wygląda na zaniedbaną kobietę, która dawno przestała przejmować się swoim wyglądem. Potargane, niechlujnie ułożone włosy dopełniają obrazek nieszczęścia. Ale osoby, które ją widziały, zwracają uwagę na zupełnie co innego. – Poszła do sklepiku mieszczącego się przy jej bloku. Wyglądała bardzo dobrze. Była w czystych ciuchach, a na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Pani Elżbieta zrobiła zakupy i widać było, że polepszyło się jej materialnie – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z klientów sklepu.

Kilkanaście lat temu Elżbieta Dmoch przeszła załamanie nerwowe, wpadła w głęboką depresję. Przestała pracować, występować na scenie, żyła jedynie z oszczędności. Maria Szabłowska, znana dziennikarka telewizyjna i radiowa, mówiła w wywiadach, że Dmoch przestała płacić składki na ZUS. Nie przyjmowała też pieniędzy, które zbierali dla niej przyjaciele. Mieszkała sama w niewielkim mieszkaniu, które w końcu musiała opuścić ze względu na to, że nie płaciła czynszu. W 2005 roku jej losem zainteresowali się dziennikarze Uwagi TVN.

Dmoch nie zgodziła się porozmawiać wtedy z dziennikarzami Uwagi. Od lat konsekwentnie unika mediów. Dziennikarze poinformowali, że mieszka w fatalnych warunkach w maleńkim domu na wsi. Odizolowała się od świata, nie chce nikogo widywać, odmawia pomocy lekarzy i pracowników opieki społecznej. – Dziwi się, czemu zakłócamy jej spokój. Pyta, czy zrobiła coś złego, skoro do niej przychodzimy. Czy mamy jej pomagać na siłę, czy zostawić samej sobie, jeśli wybrała taki sposób życia? – mówiła Elżbieta Klimkowska z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Tarczynie. Dmoch wielokrotnie oferowano pomoc finansową. Ze wszystkich pieniędzy rezygnowała. Utrzymuje się tylko i wyłącznie z tantiem wypłacanych przez Stowarzyszenie Artystów i Wykonawców Utworów Muzycznych. – Bardzo skrupulatnie sprawdza, czy są to tantiemy, które jej się należą, a nie pomoc, której się jej udziela. Doszła do wniosku, że niczego więcej nie chce od świata i nie chce, by świat czegoś od niej chciał – mówił z kolei Jacek Skubikowski, prezes Stowarzyszenia.

Był koniec lat 60., gdy Elżbieta Dmoch zaczęła współpracować z Januszem Krukiem. W 1971 roku na rynku muzycznych pojawiło się ich wspólnego dziecko – zespół 2 plus 1. Królowali na polskich estradach i to dosłownie. Elżbieta miała wtedy 17 lat, Janusz 22. Oboje byli po przejściach. Ich duet podbił serce Polaków w zawrotnym tempie. Przeboje, koncerty, wielka sława. – Sami ledwo to wytrzymywaliśmy, a ona robiła dwa razy więcej – wspomina Cezary Szlęzak, były współpracownik Dmoch, przyjaciel artystki w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim”. – W Niemczech mieliśmy własne półki w sklepach muzycznych. W Japonii byliśmy na listach przebojów. Zagraniczni menadżerowie dobijali się bez przerwy. Jak jej zrobili sesję zdjęciową, to na sześćset fotografii – dodaje. Wspomina, że 2 plus 1 mieli już zamówiony koncert w Iraku, ale wojna przekreśliła występ artystów.

To ona zaśpiewała „Windą do nieba”, „Choć pomaluj mój świat” czy „Czerwone słoneczko”. W 1974 roku Elżbieta otrzymała tytuł Miss Obiektywu. Drugi raz ten tytuł przyznano jej w 1976 roku na Festiwalu w Opolu. Była zjawiskowa, hipnotyzująca, naturalnie piękna i ludzie to doceniali. W 1979 roku Dmoch otrzymała jedno z najbardziej wyjątkowych odznaczeń – Srebrny Krzyż Zasług. Była na szczycie. Stała się legendą PRL-u. Mówiło się, że ona i Janusz Kruk tworzą najpiękniejszą parę wśród polskich artystów. Pobrali się jeszcze w 1973 roku. On miał już wcześniej żonę i dziecko. Dla Elżbiety postanowił zostawić rodzinę. Ale ich szczęście nie trwało długo.

 

Jak wspomina Szabłowska w jednym z wywiadów: „Janusz był rozrywkowym facetem. Drzwi się nie zamykały, przyjaciele do nich lgnęli”. Kruk w końcu postanowił opuścić piosenkarkę dla innej kobiety. To była druga połowa lat 80. Rozwiedli się dokładnie w 1989 roku. Podobno pozostali w przyjacielskich stosunkach, ale w mediach krążyły liczne plotki o kolejnych romansach Kruka. Elżbieta wierzyła jednak, że kiedyś do siebie wrócą. Janusz był jej największą miłością. W 1992 roku mężczyzna zmarł na zawał serca. Wtedy wokalistka przeżyła załamanie nerwowe i wycofała się z życia publicznego. Zaszyła się na wsi i rzadko dopuszczała do siebie ludzi. Wróciła na scenę tylko raz – w 1998 roku. Publiczność przyjęła ją owacjami na stojąco. – Ela była tak zachwycona, że byliśmy pewni, iż ją odzyskaliśmy. Niestety, choroba znów dała o sobie znać – mówiła Szabłowska w rozmowie z „Na żywo”.

https://gwiazdy.wp.pl/po-dawnej-slawie-nie-zostalo-nic-elzbieta-dmoch-na-nowych-zdjeciach-nie-przypomina-zjawiskowej-gwiazdy-sprzed-lat-6299155448477313g/3

 

Nie przypomina dawnej siebie

Depresja – weź się w garść!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem. Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.
Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.
Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.
Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.
Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.
Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.
Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.
Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.
Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.
Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.
Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.
Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną. Zostanę sam/a.
Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.
Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.
Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.
W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej. Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.
Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.
Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 
Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.
Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.
Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.
Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji. I tu zaczyna się dramat.
Widziałam różne szpitale w swoim życiu. Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.
Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.
Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.
Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.
Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny. Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.
Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.
Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.
Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa. Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc. Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie. Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.
Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno. Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.
Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.
Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi. Nie ma w nim przypadków skrajnych.
Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy. Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.
Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.
Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.
Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.
Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.
Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.
Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.
Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!

Narodowy Fundusz Zdrowia pod hasłem – „Czekaj sobie człowiecze”!

Znalezione obrazy dla zapytania szpital gif

To był ostatni dzwonek, abym po latach lekceważenia swojego zdrowia – poszła wreszcie do lekarza i się przebadała oraz zrobiła w końcu podstawowe wyniki.

Moja rodzinna – ukochana zresztą, trzy razy w ciągu dwóch lat prosiła mnie, abym w końcu zrobiła wyniki i nawet nasłała na mnie pielęgniarkę środowiskową.

Niestety, ale odezwało się serce i zrobiłam dziś ekg, a kiedy rodzinna na nie spojrzała, to natychmiast skierowała mnie do szpitala.

Moje życie tak upływało, że nigdy nie byłam w szpitalu ze względu na swoje zdrowie, bo los był dla mnie łaskawy.

Prócz porodówek mnie szpitale omijały szerokim łukiem i myślałam, że tak będzie zawsze.

Niestety, ale dziś dostałam pierwsze w moim życiu skierowanie do szpitala i byłam naprawdę przerażona.

Jednak innego wyjścia nie widziałam, jak przyjść z przychodni i zacząć się pakować.

Usiadłam przy Izbie Przyjęć z artytmią serca i trzeba było długo czekać – najpierw na pielęgniarkę, a potem następne pół godziny na lekarza!

Lekarka była cholernie nieprzyjemna i na mnie krzyczała!

Zadała mi pytanie jak ja się czuję z tą arytmią, bo może mdleję, słaniam się i to wszystko z podniesionym głosem.

Spytałam ją grzecznie dlaczego na mnie tak krzyczy i domyśliłam się, że moją osobą tnie koszty szpitala zniechęcając mnie!

Spokorniała, bo myślała, że ma przed sobą starą idiotkę!

Nie od razu przyjęła mnie na oddział, a poleciła dwie kroplówki i jakąś małą tabletkę i znowu czekałam na pielęgniarkę, która mi te kroplówki podepnie!

Kiedy pacjentowi podepną kroplówkę, to znikają nagle wszystkie pielęgniarki i zostawiają pacjenta samego, czekającego na reakcję z podpięciem drugiej kroplówki.

Potem czeka się na wyniki z krwi i moczu – długo się czeka!

Na wszystko się czeka, bo służba zdrowia pracuje w żółwim tempie i zawalona jest papierkami w dobie komputerów.

Po tym jak uzyskałam komplet badań z  i moczy miałam krwipropozycję od lekarki nieprzyjemnej, że weżmie mnie jednak na obserwację – tym razem była miła!

Wzięłam wyniki i poprosiłam o wolność zniechęcona traktowaniem i wróciłam do domu, a jutro zaczynam leczenie ambulatoryjne, a nie w umieralni!

Dziś ponownie byłam w przychodni i znowu czekałam w kolejce, a potem się czeka do specjalisty i z tego wynika, że polska służba zdrowia powinna być pod hasłem – czekaj.

W korytarzu przychodzni siedziałam obok pana o kulach. Opowiedział mi jak wygląda leczenie w Niemczech.

Był trakotowany jak człowiek, że pielęgniarki nie spuszczają z oczu chorych na oddziale.

Kiedy się dowiedzieli, że jest Polakiem, to chcieli mu zafundować nawet tłumacza na język polski!

Taka to jest różnica!

 

 

Panie Ministrze Zdrowia – mam pewnego „pomysła”!

Każdy z nas ma takie chwile, albo będzie miał, że trzeba będzie codziennie mieć styczność ze służbą zdrowia  –  szpitalem.

Każdy z nas ma swoje doświadczenia w związku z tym i obserwacje.

Codziennie biegamy do chorej Mamy we dwie, którą trzeba doglądać i odwiedzać.

Wiemy, że nie możemy jej pozostawić tylko pielęgniarkom, bo One nie dają sobie rady ze wszystkim.

Nie nadążają zwłaszcza na oddziale, gdzie leżą chorzy, beznadziejnie starsi ludzie, bo obowiązków jest tak dużo, że to powoduje wiele zaniedbań.

Nie nakarmią chorego i nie poprawią pościeli. Nie zmienią pampersa i nie odłączą kroplówki, kiedy ta się skończy.

Nie czarujmy się, ale taki chory bez pomocy rodziny skazany jest na upokorzenie i wielką niemoc.

Moje obserwacje są takie, że nie wiem jak by się pielęgniarki nie starały, to nie ograną tego wszystkiego w takim stopniu, aby stary człowiek nie był pozostawiony sam sobie.

Z moich obserwacji wynika, że tego personelu na oddziałach, na których leży 30 starych ludzi jest po prostu za mało!

Te kobiety nie są w stanie ogarnąć ogromnych potrzeb ludzi odchodzących, którym należy się ludzkie odchodzenie i wiem, że szpital, to nie hospicjum, a jednak ludzie w szpitalu umierają!

Uważam, że na każdym takim oddziale powinna być zatrudniona dodatkowa pomoc na etacie, albo w formie wolontariuszki, albo dwóch.

Takie dodatkowe osoby mogłyby, co godzinę zaglądać do wszystkich sal i monitorować potrzeby ludzi beznadziejnie chorych.

Mogłyby sprawdzać puste kroplówki i je odłączać. Mogłyby poprawiać pościel i  karmić chorego, a nawet zrobić zakup butelki wody, czy prasy.

To byłoby świetne wyjście i wiele rodzin byłoby o wiele spokojniejsze, że ich Matka, czy Ojciec są w większej mierze pod opieką i empatią.

Niestety, ale tak nie ma i gdyby nie rodziny, to chorzy nawet nie są poddani higienie, co jest wielkim upokorzeniem.

Mam dobrego „pomysła”, ale wiem, że to jest wołanie na puszczy.

W ramach odstresowania się po godzinach spędzonych w szpitalu – wyszłam z aparatem, by sfotografować w mojej miejscowości obiekty szpitalne i stwierdzam, że akurat to jest na poziomie.

Obiekty szpitalne położone są na wzniesieniu z widokiem na jezioro. Wszystkie kompleksy są w jasnych barwach, co cudnie się komponuje z wszechogarniającą zielenią. Jest naprawdę przyjemnie, a do tego w moim mieście jest ośrodek rehabilitacyjny chwalony w całej Polsce.

Sumując nie mam zastrzeżeń większych i tylko dlaczego w Polsce pielęgniarki zarabiają tak nędzne pieniądze.

Nie dziwi, że uciekają nasze, wyszkolone kadry za granicę!

Za nowych rządów miało być lepiej, ale nie będzie, bo budżet jest okrojony  jeszcze bardziej niż dwa lata temu.

Przykre i będzie jeszcze gorzej! Oto dowód:

Mniej mleka, owoców i warzyw dla dzieci. Rząd po cichu tnie obiecane wsparcie dla szkół

https://oko.press/mleka-owocow-warzyw-dla-dzieci-rzad-cichu-tnie-obiecane-wsparcie-dla-szkol/

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozsypałam się na milion kawałków!

 Rozmowa z matką

Nie odchodź jeszcze wiem że
jesteś już gotowa
codzienną modlitwą obmyta 
ze wszystkiego
co wstydliwe czekająca 
na swego męża
błąkającego się w obłokach
ufna że może tam 
będziesz z nim szczęśliwa
kładziesz się co wieczór między
zmęczenie ból a niepokój 
co będzie ze mną 
potem
z miłością bezsilną by pokonać
czas i przeznaczenie
z trwogą
i nieśmiałością jak się zachowasz
gdy zobaczysz tę twarz najjaśniejszą
i usłyszysz z nieogarniętej dali
chodź tu córko droga
czas odpocząć pomyśleć wreszcie
o sobie zatrzeć 
wszystkie ziemskie wspomnienia

Kiedy mówię do ciebie
słabnącej w oczach 
anioł zstępuje z gór i gra hejnał 
wieczorny na trąbce
czy słyszysz matko tę pieśń
moje nie-
pogodzone słowa

03. 09. 2009

z tomiku: Ryszard Mierzejewski „Zraniony różą”, 2013

 

Trzymała mamę za rękę, gdy ta umierała. „Była dla mnie wszystkim. Moim sercem, przyjacielem…”

https://kobieta.wp.pl/trzymala-mame-za-reke-gdy-ta-umierala-byla-dla-mnie-wszystkim-moim-sercem-przyjacielem-6115418655225473a

– Zastanawiam się, w jaki sposób pisać. Co mogę, co mi wypada? Czy dozwolone jest używanie słów mięso, kał, odór? Czy wolno mi pisać o bólu, czopkach doodbytniczych i hektolitrach kroplówek? – pisze Małgorzata Friedel. Dwa lata temu jej mama zmarła na raka. To była okrutna walka.

To był taki mikołajkowy prezent. 6 grudnia 2010 roku rodzina Małgorzaty dowiedziała się, że jej mama Grażyna (M.) jest chora na raka. Zaczęło się od piersi, której nie można było usunąć. Guz rósł na żebrach. Byli przekonani, że walka z nowotworem potrwa miesiąc. Będzie radioterapia, chemioterapia, potem rehabilitacja i po sprawie. Tyle że rak był złośliwy.

Szybko pojawiły się kolejne przerzuty. Na kościach, na wątrobie.

Zaczęło się od bólu

Zdrowa do niedawna kobieta z każdym tygodniem traciła kontrolę nad swoim ciałem.

– Stan żeber uniemożliwiał normalne funkcjonowanie. M. nie mogła się odwrócić na bok, a nawet przeciągnąć albo unieść rąk do góry. Siedziała w fotelu taka mała i bezbronna, kiedy któreś z nas zakładało jej ubrania – pisze Małgorzata w pamiętniku „Moja mama jest aniołem”. – Potem przyszła kolej na mycie i inne czynności higieniczne. W bardzo szybkim tempie T. stał się prawdziwym znawcą tematu. Silny, zdecydowany, a jednocześnie bardzo delikatny. M. poddawała się jego ruchom. Woda, gąbka, woda, wycieranie ręcznikiem. Z każdym dniem wzrastał we mnie podziw do T. Facet, który dotąd wydawał mi się raczej słoniem w składzie porcelany, stał się doskonałym opiekunem. (…) Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy T. wykonał M. manicure – opisuje.

Rak wżynał się w kości. Dużo pisze się o różnych historiach ludzi chorujących na nowotwory. Rak piersi, rak wątroby, prostaty… Nic jednak nie jest w stanie przygotować człowieka na starcie z rakiem w rzeczywistości. Małgorzata nie miała pojęcia, że właśnie tak będzie wyglądać życie jej mamy.

Z nowotworem walczyła prawie pięć lat.

 Gdy słyszałam hasło nowotwór, właściwie wyobrażałam sobie tylko jedno – zasadniczą chorobę, która wyniszcza i powoduje ból. Nikt mi nie powiedział, że nowotwór jest jak trucizna i że nawet jeśli działa powoli, to bardzo sprawnie i systematycznie. Że krok po kroku, komórka po komórce zajmuje cały organizm, że niszczy… Niszczy tak, że człowiek zostaje już tylko samym cierpieniem – wspomina.

Osoby, które doświadczyły choroby bliskich, a może i swojej, doskonale wiedzą, co ma na myśli. – Rak to taki ogromny worek bez dna, do którego stopniowo wkłada się życiowe niedogodności i dolegliwości współwystępujące. To miejsce na cały syf i gówna tego świata. Przeklęte ciemności, do których nikt nie powinien zaglądać. Jaskinia, z której nie ma już powrotu – pisze Małgorzata.

Mówi się więc o wymiotach. – Gówno prawda. Nie było ich. M. dostawała skuteczne leki przeciwwymiotne, działały. A przecież bohaterowie w filmach puszczają pawia po chemii. Ot, taka niespodzianka – wymienia Gosia.

I dalej: a czy w mediach powiedzą ci coś o wypróżnianiu się? Pacjent nie srał od siedmiu dni? Oddawanie kału nie ma końca? Powiedzą ci to? A przecież to całkowicie normalne. Nadmiar leków i coraz trudniejsze przyswajanie pokarmów – to wszystko ma swoje konsekwencje.

Łysienie – to normalne, że po chemii wypadają włosy. Ale nikt nie uświadomił jej, że mamie wypadną też inne włoski. – Pewnego dnia M. zaczęły wypadać rzęsy i brwi, potem nie zostało z nich zupełnie nic. I co? To nieważne, racja. Nie ma brwi, nie ma rzęs i tyle. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak poważne będzie to miało konsekwencje. Każdy pyłek, kurz, okruszek stanowiły dla niej zagrożenie. Nie osadzały się na rzęsach, od razu wędrowały do gałki ocznej, powodując silne infekcje – wspomina.

Pamiętnik Małgorzaty to wyjątkowo poruszające wspomnienie tego, jak żyje się z chorobą. Niczego nie ukrywa. Otwarcie opisuje wszystko, co działo się w trakcie leczenia. Są przecież dni dobre, ale są takie, gdzie nic nie pomaga, a ból wypełnia cały dom. Przyznaje też, że w takich chwilach człowiek jest zdolny do wszystkiego, nawet do zmiany swoich osobistych przekonań. Gdy tradycyjne rozwiązania zawodzą, jesteś w stanie uwierzyć we wszystko.

– Na oddziale onkologicznym trwają wśród pacjentek nieustanne debaty na temat wszelakich możliwości leczenia. Chemia i radioterapia, to mamy. Ale co jeszcze możemy zrobić? Ile pacjentek, tyle opinii i pomysłów. Usiądź wśród nich, a zrozumiesz, jak ogromna jest wola życia, jak ważna jest walka – przekonuje Gosia.

Razem z tatą i siostrą szukały dla mamy jakiegoś alternatywnego leczenia. Z lekarzy nie zrezygnowały, ale próbowały jakoś pomóc. Napój z ostrych papryczek, proszek z pestek moreli, jagody goi – nie zaszkodziły, ale i nie pomogły. Pomógł za to znachor – uśmierzał ból, a po takich „seansach” jej mama była odprężona, miała apetyt. Znachor nigdy nie obiecywał, że wyleczy raka. Nie brał też od rodziny pieniędzy. Dawał za to nadzieję.

Pod koniec 2013 roku pojawił się guz na piersi. Na początku lekarze mówili, że to tylko narośl. A pierś z każdym dniem wyglądała coraz gorzej. Zrobiła się ogromna, czerwona, gorąca i bolesna.

– Nigdy nie zapomnę wzroku młodego lekarza, który badał mamę w szpitalu. Był przerażony, poprosił o zgodę na wykonanie zdjęcia telefonem komórkowym i przesłanie go doświadczonemu koledze. Znaliśmy go, był jednym z lepszych specjalistów i od tamtej pory nasze drogi się połączyły – wspomina Małgorzata.

Potwór

Diagnoza? Mięsak. Atakował ze zdwojoną siłą. Konieczne było usunięcie piersi. Po miesiącu guz zaczął odrastać. Jak opisuje to Małgorzata, stawał się przerażającym potworem.

– M. nazywała mięsaka wielkim skurw…nem (cenzura pochodzi od redakcji). Wydawało się, że rośnie każdego dnia. Zgodnie z przypuszczeniami lekarzy skóra na klatce piersiowej zaczęła pękać. Najpierw powoli, ale zauważalnie, a potem po prostu pojawiła się otwarta rana. Z każdą żyłką i mięsem na wierzchu. Byłam przerażona, nie wiedziałam, co teraz zrobimy. Przecież wszystko wychodziło na zewnątrz, widziałam białe niteczki, całą żywą tkankę. Nadal mam w głowie ten widok, nie potrafię się go pozbyć – pisze w pamiętniku.

Stało się dla niej jasne, że mama już z tego nie wyjdzie. Guz w najgorszym momencie przypominał rozmiarem kalafiora.

– Moim celem życiowym stało się bycie przy niej. Inaczej nie potrafiłam. Powroty do domu na weekendy, kiedy T. nie pracował, powodowały u mnie wyrzuty sumienia, kompletnie nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, nie będąc z nią. Efekt był taki, że wisiałam na telefonie, zapominając o tym, że sama już przecież założyłam rodzinę – wspomina.

Małgorzata, kiedy jej mama zachorowała, dopiero co skończyła licencjat na filologii polskiej, zaczynała studia magisterskie. Wyszła za mąż, znalazła pracę. Ale choroba zatrzymała jej życie prywatne. Poświęciła się opiece nad mamą.

Była dla mnie wszystkim. Moim sercem, przyjacielem, centrum wszechświata. Kimś, bez kogo życie po prostu nie było dla mnie możliwe. Zazwyczaj starałam się być silna, robiłam dobrą minę do złej gry. Nie pokazywałam M. jak bardzo jestem nieszczęśliwa, jak bardzo się boję – pisze.

– Role w moim życiu zmieniły się zupełnie. Nagle byłam odpowiedzialna za M., która w moich oczach poniekąd stała się dzieckiem. Bo przecież, drogie matki Polki, czy swojego dziecka się nie ubiera, nie myje, nie głaska, nie pociesza, nie zmienia mu pieluch? I kochałam M. tak, jak mogłabym kochać swoje dziecko, gdybym tylko je miała. Nie potrafiłam przynależeć już do kogoś innego, a tym bardziej do samej siebie. Nie mogłam być już żoną, przyjaciółką, siostrą. Stałam się chyba tylko córką – dodaje.

Umiera się tydzień

27 czerwca 2014 roku jej mama po raz ostatni wyszła z domu „dla przyjemności”. Były to siedemnaste urodziny starszego syna jej córki. W połowie sierpnia 2014 roku mięsak odkrył swoje najgorsze oblicze. Przerzuty były już tak rozległe, że nie można było nic zrobić.

– Odpadające kawałki ciała powodowały, że każda zmiana opatrunku była niezwykle stresująca. M. nie widziała go już od dawna. Nie chciała patrzeć w lustro, czekała tylko, aż jak najszybciej go zakryjemy. (…) Na zużytych gazach widać było coraz więcej krwi, czegoś w rodzaju białka i kawałki mięsa. Smród był okropny. Robiliśmy wszystko, co zalecał lekarz z hospicjum domowego. Srebro w teorii miało łagodzić nieprzyjemny zapach, nie było jednak sposobu, aby go zniwelować. Nieważne, że właśnie umyłam M., założyłam czysty opatrunek i ubranie. Skur…yn (cenzura redakcji) rozkładał się i sprawiał, że M. po prostu śmierdziała – opisuje Małgorzata.

Niedługo później stan jej mamy był krytyczny. Z domu, który od jakiegoś czasu przypominał hospicjum, trzeba było zabrać ją na pogotowie.

– Nawet kiedy miała na sobie podkoszulek, można było zauważyć, że jej klatka piersiowa nieco się zmniejszyła, a jednocześnie jakby rozeszła. Guz nie był już tak wysoki, ale za to szeroki. Po zdjęciu opatrunku okazało się, że sku…el po prostu się rozlał. Nagle zmiany objęły całą klatkę piersiową i przestrzeń pod pachą. Środek był całkowicie zapadnięty. Wolałabym nie pamiętać tego, co wówczas zobaczyłam. Wolałabym zamykać oczy i widzieć dzisiaj coś innego. Widzę jednak żebra, tak, kości. Widzę sku…syna, który zjadł moją M. żywcem, bez znieczulenia, bez zawahania. Widzę potworną, śmierdzącą górę mięsa, a między nią kości – wspomina.

Grażyna nie wyszła już ze szpitala. Umarła tydzień później. Z każdym dniem mięsak wyglądał coraz gorzej. Wreszcie Małgorzata razem z pielęgniarkami zdecydowała, że nie pozwoli tacie patrzeć już na ciało mamy. Nie chciała, by taką ją zapamiętał.

Jej wspomnienie pokazuje, jak bardzo rak wyniszcza człowieka. Bo jak przyznaje, nagle twoje ciało staje się pożywką dla choroby.

Tak wyglądała ostatnia noc jej mamy: Spostrzegłam, że coś pływa w moczu, jakby brązowe kawałki. Pomyślałam, że pewnie doszło do jakiegoś zakażenia, bo przecież w karcie wyraźnie napisali, że nerki są niewydolne. Poszłam więc do pielęgniarki. (…) Podeszła ze mną do łóżka, spojrzała na worek i położyła swoją rękę na moim ramieniu. Zaczęła mówić nie do końca zrozumiałe dla mnie rzeczy, że to prawdopodobnie kawałki rozkładającej się wątroby lub innych narządów. Je… skur…. Zabierasz ją, gdy jeszcze żyje, gdy jeszcze oddycha.

Wojownicy nie poddają się szybko

Tej nocy Gosia trzymała mamę cały czas za rękę. Co chwila zachodziły zmiany w wyglądzie mamy. Najpierw zaczęła się pocić, potem wszędzie czuć było zapach amoniaku. Chwilę później twarz mamy wyglądała, jakby ktoś nałożył na nią tonę kremu. Miała ataki kaszlu. Po którymś Gosia zobaczyła w maseczce do oddychania „kawałki przypominające wątróbkę drobiową”, były „brązowe i śmierdzące”.

– Kiedyś przeczytałam, że po śmierci ciała mózg żyje nawet do siedmiu minut. Że warto być jeszcze wtedy z bliskimi, że warto do nich mówić. Nie wiedziałam, czy to prawda, nie obchodziło mnie to. Potok słów płynął z moich ust. Obiecałam M., że będę żyła tak, żeby była ze mnie dumna, że spełnię swoje marzenia, że zaopiekuję się tatą. Po około 10 minutach poszłam do pielęgniarki. Powiedziałam tylko: Moja mama umarła – wspomina Małgorzata.

Pisanie miało być dla mnie formą terapii. Przelaniem na papier tego, co wydawało jej się niemożliwe do wypowiedzenia. Próbą zrozumienia, a przede wszystkim pogodzenia się z losem.

– Z perspektywy czasu uważam, że M. była prawdziwą wojowniczką i bohaterką.

Kilkadziesiąt sesji chemioterapii, kilkanaście naświetlań, skomplikowane operacje, strach o własne życie, ból, cierpienie i smród. Podziwiam każdego, kto zmierzył się z tą okropną chorobą, bez względu na to, czy ją wygrał, czy nie. To prawdziwi bohaterowie swojego życia, rycerze w zbroi z własnego ciała, idący na krucjatę z nieznanym wrogiem – pisze.

O kobiecie, której zdrada wyszła na dobre!

Kiedy Karol wrócił z tygodniowej delegacji nie za bardzo ucieszył się z widoku żony i trójki dzieci. Po obiedzie położył się spać, gdyż twierdził, że jest kompletnie wykończony i musi odpocząć. Krysia, bo tak na imię miała jego żona trochę się zdziwiła, że tak się zachował, jakby do tego domu  wcale nie zatęsknił, ale zabrała się za swoje babskie czynności i czekała, aż mąż się obudzi i z nią porozmawia czulej.

Obudził się, wziął prysznic i po tym wyjął walizki z pawlacza i zaczął się pakować. Wrzucił do walizek kilka czystych koszul, spodnie i zebrał z łazienki swoje przybory toaletowe i kiedy Krystyna zorientowała się co się dzieje, usłyszała tylko jego jedno słowo – odchodzę!

Jak to odchodzisz, dokąd odchodzisz – spytała zdziwiona uważając postępek męża za kiepskiej jakości żart. Kiedy się zorientowała, że on nie żartuje już nie było go w domu.

Zbiegła za nim po schodach i chwyciła za kurtkę żądając wyjaśnień. Szarpnął ją z impetem i wycedził, że już nie kocha jej, a na dzieci będzie płacił alimenty. Ma mu pozwolić odejść, ale się zakochał w innej kobiecie i chce się z nią zestarzeć. Ma dosyć kręcącej się po domu żony wiecznie zapracowanej  w wyciągniętych dresach i krzyknął, że to koniec ich związku i od czasu do czasu będzie przychodził, by odwiedzić dzieci, bo dzieci kocha, a jej już nie!

Nie wierzyła w to usłyszała i nie mogła się pogodzić z tym, że tak raptem przekreślił ich dziesięcioletni związek. Nie zamierzała mu tak odpuścić i musiała dowiedzieć się, co to za baba była tak lepsza od niej. Milion myśli przewaliło się jej przez głowę, kiedy zrozpaczona wróciła do domu. Dzieci pytały o ojca, a ona nie potrafiła nic sensownego im powiedzieć. Płakała, a raczej wpadła w dziką rozpacz i nie wyobrażała sobie dalszego życia bez niego.

Mijały dni, a ona nie potrafiła podnieść się z łóżka. Nie obchodziły ją dzieci i czy są czyste, czy nie są głodne. Nie potrafiła zebrać myśli, a w głowie kołatały się jej setki pytań, na które nie znajdowała odpowiedzi. Telefon od matki ją nieco postawił na nogi, ale poprosiła, by zajęła się dziećmi, bo ona nie jest w stanie i tylko szlochała do słuchawki i matka przyjechała by zająć się zdezorientowanymi dziećmi, które czuły, że stało się coś strasznego.

Krystyna zawsze wiedziała, że jest słaba psychicznie i zawsze przeżywała wszystko bardziej niż inne kobiety. Nie wstawała z łóżka i nic nie jadała, aż matka jej kazała się zebrać do kupy i wysłała ją do psychiatry, bo już nie miała sił tak patrzeć jak cierpi jej córka.

Resztkami sił zwlokła się z łóżka i kiedy pokonywała drogę do lekarza z jednej bramy wychodził jej mąż i się wszystko wyjaśniło w jej skołowanej głowie. W tym domu mieszkała jej koleżanka, która była od niej osiem lat starsza. Starsza, ale ładniejsza, a do tego bez męża, taka typowa singielka. Zawsze zadbana i mocno stąpająca po ziemi, czyli taki mocny charakter, który nie raz stawiał Krystynę na nogi, kiedy się spotkały. Krystyna opowiadała, że trójka dzieci to nie lada wyzwanie, a ta zawsze utwierdzała ją w przekonaniu, że da radę i niechaj się nie żali, bo dzieci to wielki skarb.

Lekarza przepisał jej leki na uspokojenie i skierował do psychologa, ale Krystyna nie brała leków, bo bała się otumanienia i całkowitego oderwania od świata. Chodziła do lekarza i każdą receptę wykupowała, ale leki zbierała by mieć je na zapas, bo po głowie chodziło jej samobójstwo. Tak, chciała umrzeć, bo wciąż kochała Karola tak bardzo, że nie wyobrażała sobie bez niego życia. Umierała z miłości i jednocześnie z upodlenia jakie jej zafundował.

Na to wszystko nie mogła już patrzeć matka Krystyny. Widziała jak cierpi i to, że schudła dwadzieścia kilo i leciała psychicznie w przepaść. Poszła osobiście do psychiatry i powiedziała, że już nie ma siły, bo mimo leków córka wciąż się nie może pozbierać i tu psychiatra wypisała skierowanie na psychoterapię i namawiała do szybkiego zgłoszenia się do szpitala, gdzie co najmniej przez pół roku Krystyna musi poddać się leczeniu.

Nie chciała jechać za żadne skarby. Płakała, bo co z dziećmi, a matka jej wykrzyczała, że i tak jej nie ma dla dzieci, a ona się nimi zajmie, ale do cholery niech coś zacznie ze sobą robić, bo ona wiecznie nie będzie przecież żyła.

Krystyna wsiadła w autobus i pojechała do szpitala oddalonego o sto  kilometrów. Po drodze była kompletnie nieprzytomna, ale poradziła sobie na izbie przyjęć i zakwaterowano ją w pokoju z czterema innymi kobietami, które już tam od jakiegoś czasu były i wprowadziły ją we wszystko, a najważniejsze otoczyły opieką i troską.

Nie wiedziała, co się stanie jutro, ale pierwszą noc przespała spokojnie, a rano zaprosił ją na rozmowę psycholog i rozpisał grafik jej codziennych zajęć. Poczuła się bardziej spokojna, że komuś zależy by wyszła na prostą.

Mijały dni, a ona czuła się w tym gronie ludzi z problemami coraz lepiej. Nagle zauważyła, że nie jest jedyna na tym świecie, którą mąż porzucił i zdradził. Nagle poczuła, że ktoś chce jej coś wytłumaczyć, że na tym byle jakim związku nie kończy się świat i warto żyć mimo wszystko.

Minął miesiąc psychoterapii i zauważyła, że kręci się wokół niej mężczyzna o imieniu Adam, którego zdradziła żona. On  też nie mógł się z tym pogodzić, bo zdradzała go od trzech lat, a on o niczym nie wiedział. Kiedy się dowiedział, to także nie mógł się pozbierać, bo kochał ją nad życie. Próba samobójcza i znalazł się w szpitalu by się na nowo odnaleźć. Krystyna i Adam zaczęli bywać ze sobą coraz częściej. Zapraszał ją na wspólne spacery i opowiadali sobie o swoim bólu, aż pewnego razu objął ją i pocałował.

Nie od razu do niego coś poczuła, ale on był uparty i zabiegał o jej względy. Dobrze im się rozmawiało, a on opowiadał, że jego żona nie mogła mieć dzieci, a on tak bardzo jest za dziećmi i  zawsze chciał mieć ich dużo.

Kiedy Krystyna wróciła do domu, mocno postawiona na nogi, to Adam ją od czasu do czasu odwiedzał. Widziała, że ma świetny kontakt z jej dziećmi, co jej bardzo zaimponowało, a z czasem lubiła go coraz bardziej. Dbał o nią i kiedy tylko się zjawiał zawsze miał dla niej kwiaty, a dla dzieci prezenty, co bardzo podobało się Krystynie, która chyba na nowo zaczęła kochać mężczyznę.

Minął rok ich znajomości i zamieszkali razem, choć Krystyna nie miała jeszcze rozwodu, ale postanowiła zaufać Adamowi. Coraz bardziej jej na nim zależało. Dzieciaki zakochały się też w Adamie, który miał wyjątkowy stosunek do dzieci i je autentycznie pokochał.

Była niedziela i Adam zabrał dzieci na spacer, a Krystyna została w domu, by ugotować niedzielny obiad i raptem usłyszała, że  ktoś zapukał do drzwi.

Zdjęła kuchenny fartuszek i poszła otworzyć zdziwiona, że któż to może być. Otworzyła drzwi a w nich stał Karol zarośnięty i zaniedbany, woniejący alkoholem i wydukał, że przeprasza i chce do niej i do dzieci wrócić. Nie zastanawiała się długo i go przeprosiła, że nie wpuści go do domu, bo już ułożyła sobie życie na nowo i trzasnęła mu drzwiami przed nosem.

Choroba, przeżycia i wielka przyjaźń

Wszystko było przygotowane do ceremonii ślubnej. Rozesłane zaproszenia, kupiona suknia ślubna i garnitur dla pana młodego, zamówiona sala i omówione menu, bo oto Magda lat 31 i Romek, lat 32 w pewną sobotę mieli powiedzieć sobie sakramentalne TAK!

Goście zjawili się przed kościołem pięknie ubrani z naręczami kwiatów i oto podjechała limuzyna, a z niej wysiadła para młoda i świadkowie, ale nikt się nie spodziewał dalszego ciągu.

Kiedy ksiądz zapytał Magdę, czy oto Magdo bierzesz sobie tego Romana za męża, ta po długim namyśle i ze łzami w oczach, szlochaja odpowiedziała, że NIE i wybiegła czym prędzej z kościoła zostawiają osłupionego pana młodego, rodziców i gości.

Biegła ulicami miasta wzbudzając ogromne zainteresowanie przechodniów, potykając się, ale miała jeden cel – schować się gdzieś, aby nikt nie zadawał jej zbędnych pytań. Nie miała siły nikomu nic tłumaczyć, bo chciała być zupełnie sama.

Resztkami sił dobiegła do działek, gdzie jej matka uprawiała warzywa i kwiaty, a tam wiedziała gdzie znajduje się klucz od altany i tam w końcu znalazła dla siebie schronienie. Nie szukano jej długo, ponieważ matka jej wiedziała, że nie miała dokąd uciec i to było jedyne miejsce, gdzie można było ją znaleźć.

Nie minął miesiąc od tego fatalnego zdarzenia, a matka wysoko postawiona w mieście umieściła Magdę, swoją córkę w szpitalu psychiatrycznym i tak pozbyła się jej na długie miesiące, a dlaczego?

Magda w szpitalu nie odzywała się do nikogo tygodniami, ale w końcu trafiła do jej serca Ola, trochę od niej młodsza, która leżała w szpitalu z powodu nawracającej anoreksji. Wpadły sobie w oko te dwie kobiety i tak z dnia na dzień stały się przyjaciółkami. Magda się przed Olą otworzyła, ale nie do końca. Była nieufna i wiele w sobie tłumiła, ale pewnego dnia odwiedziła ją matka, wysoko postawiona, a po wizycie Ola stwierdziła, że ma bardzo opiekuńczą mamę i taką bardzo zadbaną, ładną i troskliwą.

Magda zamilkła po tych słowach koleżanki, ale nagle z płaczem wybuchła i Ola usłyszała, że jej Matka chciała pozbyć się Magdy z domu, ponieważ Magda choruje na rzadką chorobę kości, zwaną toczeniem i lekarzom opadają ręce w ratowaniu jej zdrowia, a więc kiedy chciała ją wydać za mąż, to miała nadzieję, że raz na zawsze pozbędzie się córki z domu i pozbędzie się kłopotu w postaci jej choroby.

Kiedy nie udało się jej wydać za mąż, to umieściła ją z premedytacją w psychiatryku i tylko stwarzała pozory, że się o nią troszczy, bo robiła to wszystko dla ludzi, a ogólnie nienawidziła Magdy i jej choroby. Lekarzom opowiedziała, że Magda nadużywa leków przeciwbólowych i w związku z tym musi leżeć w szpitalu dla psychicznie chorych.

Ola widziała często, że Magda cierpi, ale zawsze otrzymała pomoc ze strony lekarzy i pielęgniarek i Ola nie zauważyła, aby Magda nadużywała leków. Siedziała często skulona na łóżku cierpiąca, ale nie wymuszała nigdy więcej leków, niż to było niezbędne i tym bardziej Ola nie rozumiała matki Magdy, która ją skazała na widok ludzi naprawdę psychicznie chorych, wyjących chorych, ale z bólu duszy, a nie ciała.

Minęło parę miesięcy i lekarze Olę skierowali do zupełnie innego szpitala na psychoterapię, aby tam jeszcze się wzmocniła psychicznie i zaczęła panować nad anoreksją. Kiedy się rozstały, to obiecały sobie, że ich kontakt dalej będzie trwał kiedy tylko opuszczą mury szpitali i Ola odjechała.

Utrzymywały ze sobą kontakt telefoniczny i semesowy i jakież było zdziwienie Oli kiedy przeczytała, że Magda będzie na tej samej psychoterapii. Okazało się, że Magda ponownie szukała schronienia, bo matka jej nie mogła zdzierżyć, że znów ma się nią opiekować i patrzyć na jej chorobę. Uciekła znów od matki, aby nie wchodzić jej w oczy i zejść jej z drogi znów na kilka miesięcy.

Znów były razem, a więc dużo ze sobą rozmawiały i spacerowały, a Magda wtulała się w Olę coraz bardziej. Potrzebowała bratniej duszy i ciepła, którego matka jej nigdy nie dała. Zaprzyjaźniły się ze sobą bardzo, ale przyszedł moment rozstania i znowu Ola wyjechała pierwsza.

Wciąż ze sobą pisały i utrzymywały kontakt, aż pewnego dnia Ola zauważyła, że Magda zamilkła, a jej profil na portalu społecznościowym znikł, a więc się poważnie zaniepokoiła. Pomyślała, że coś się musiało złego stać, a więc wsiadła w pociąg i pojechała do miasta, gdzie mieszkała Magda z matką.

Odnalazła ulicę i trafiła pod drzwi z nazwiskiem Magdy. Otworzył jej starszy mężczyzna, szalenie przystojny i zaprosił ją do mieszkania. Powiedział, że jest drugim mężem matki Magdy i zawsze nie mógł pojąć dlaczego jego żona tak źle traktowała swoją córkę. Opowiedział, że ojciec Madzi źle traktował jej matkę, bo ją bił, a więc w domu była przemoc, a z tej przemocy zrodziła się niechęć do córki, a teraz jest już za późno, aby to wszystko naprawić.  Madzia umarła, gdyż pokonała ją choroba i lekarze już nic nie byli w stanie zrobić.

Ola poszła na cmentarz i pomyślała sobie, że Madzia już nie cierpi, a matka ma kłopot z głowy. Położyła kwiaty na grobie, zapaliła znicz i obiecała Madzi, że każdego roku ją odwiedzi, choćby nie wiadomo co by się stało w jej życiu ponieważ anoreksja znów się odezwała, a ona nigdy nie skrzywdzi żadnego faceta swoją chorobą, podobnie jak to uczyniła Magda uciekając ze swojego ślubu!

Jak pewna kobieta oszukała ZUS?

Bożena to kobieta w wieku po czterdziestce, zbliżająca się do pięćdziesiątki, skierowana do kliniki z psychoterapią przez swojego lekarza. Chodziła do niego regularnie skarżąc się na lęki spowodowane tym, że mąż ją zdradzał regularnie, a ona tylko dzięki niemu jakoś żyła z trzema córkami. Sama nie miała pracy i odpowiedniego wykształcenia.  Płakała u lekarza, że nie może męża zostawić, gdyż ma mało lat pracy, a dzieci chcą jeść, ale ona nie może się pogodzić, że ten facet ją zdradza notorycznie i dlatego boli ją jej dusza.

Przyjechała na oddział i od razu rzuciła się w oczy. Była niezbyt wysoka, ale miała piękne i przekonywujące, brązowe oczy. Położyli ją na sali, gdzie była jako szósta z łóżkiem tuż przed drzwiami, którego żadna z kobiet nie chciała, ale Bożenie pasowało.

Szybko się rozpakowała, a miała bardzo dużo rzeczy w walzkach. Różne bluzeczki, kilka par spodni, eleganckie swetry i góra kosmetyków. Nie kryła tego, że lubi o siebie dbać i każdego wieczora po kąpieli wklepywała w twarz dwa kremy i koniecznie zawijała wałki na włosy, by o poranku mieć elegancką fryzurę. Siadała na łóżku i ćwiczyła mięśnie Kegla, bo bała się w przyszłości nietrzymania moczu, a więc jakby zarażała inne do tych ćwiczeń. Masowała każdą z wieczora, rozluźniając im spięte mięśnie, a więc była jednym, wielkim skarbem na sali, ale działo się z nią coś dziwnego kiedy:

Sala i fotele ustawione w kółeczko, a więc obowiązkowa psychoterapia i kiedy psycholog przychodził na trzy godzinne zajęcia, to Bożena zamieniała się w jedną wielką płaczkę, która łkała i opowiadała jak zły jest jej mąż i jak ciężko jest jej w życiu, a bez męża by klepała biedę, a pracy nie ma i ta sytuacja ją bardzo męczy i od tego ma wieczne lęki i depresję. Wprawiała wszystkich w osłupienie, bo kiedy kończyły się zajęcia, to Bożena pokazywała zupełnie inną twarz i zamieniała się w kobietę swobodną i wolną od jakichkolwiek psychoz i lęków. Potrafiła tańczyć i śpiewać i była duszą towarzystwa dla kobiet zranionych i często bardzo chorych i tak  trwało to sześć miesięcy. Kiedy trzeba było opuścić szpital, Bożena otrzymała opinię lekarską, że kategorycznie nie nadaje się do pracy i nigdy się to nie zmieni, bo Bożenka nigdy nie wyzdrowieje. Ta opinia spowodowała, że Bożence ZUS zasądził rentę i choć nie zbyt wielką, ale o to jej wszak chodziło, aby tylko ją dostać. 

Polska jest mała i wydało się, że Bożenka żyje wciąż z tym samym mężem, co to ją bezczelnie zdradzał, a do tego ma hodowlę chodliwych piesków typu york i bigle czy jakoś tam, a obok domu ma szklarnię, gdzie pod jej opieką rosną róże i frezje i każdego miesiąca wpływa na jej konto dodatkowa, wypłakana kasa i szafa gra, choć chodzą też słuchy, że swoją rentę kupiła białą kopertą pod stołem w gabinecie lekarskim, ale tylko ona wie jak to było naprawdę!

U stóp Benbulbena

pocztówki z Irlandii

Roma Carlos

I'm not sure what I did last time

Wiedźmowisko

Dzień po dniu

365 dni w obiektywie LG

365 days a lens LG

Program PIT 2019

Programy do rozliczenia PIT

michael ogazie's blog

I Love Blogging

ulotnechwile

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

blogcaffe.wordpress.com/

z mojego punktu widzenia

Sport News

Blood Sport

Free gold bird

No one let you down, we can move the mounds/mount

Wrzosy

O tym co było, co jest i czasem trochę marzeń

Zapiski Joanny

Myśli (nie) banalne - czyli spostrzeżenia, refleksje, moje spojrzenie na świat.

Alek Skarga Poems

Poezja w słowach i obrazach

ZLEPEK KLEPEK ALBO BECZKA ŚMIECHU

BLOG TADEUSZA HAFTANIUKA

Kałuże i Róże.

Szukam sensu w Krakowie

Walcz zawsze do końca

Osobiste zapiski z mojego życia

Życie jest piękne , uśmiech dodaje mu blasku :)

Rozważ , jak trudno jest zmienić siebie , a zrozumiesz , jak znikome masz szanse zmienić innych. "(Wolter)

Tatulowe opowieści

Poczuj się jak słuchacz opowieści ojca wracającego po pracy do domu i dzielącego się z rodziną tym, co przemyślał i przeżył

sasza4

Subskrybuj moją twórczość.

Związek niesakramentalny

my bez żadnego trybu

mysz galaktyczna

prywatny blog prywatnej osoby o zmianie na lepsze. välkommen.

Antropozofiablog

Rudolf Steiner, Antropozofia i inne

Blog o Australii

O życiu, podróżach i spełnianiu marzeń

wzzw.wordpress.com/

strona byłych działaczy »Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża«

alina-ala

... na swą słabość patrząc postaraj się zrozumieć innych...

Sześćdziesiąt równa się dwadzieścia

Wiek nie ogranicza człowieka w działaniu

teresa ozimek

Hajnowski blog lokalny - Piszcie o swoich sprawach na adres: teresa.ozimek@wp.pl

KRYSTYNA RYSUJE

Mając 8 lat narysowałam swój pierwszy obraz. Po długiej przerwie znów powróciłam do kartki i ołówka. Cały czas się uczę i dążę do perfekcji

Niepełnosprawny Świat Blogerki

Moja DUSZA to bezdenna głębia Oceanu, czasem zmącona przez wzburzone fale Życia ...

życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

paulainstyle.com

Blog lifestylowy

ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze... Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy... Nauczyć się dawać, nie dając... Nauczyć się brać, nie biorąc... Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ....miłości nie kochając... Nauka jest sztuką!!!!

bezpukania.eu

Poznaj oblicze XXI wieku i poczuj blisko oddech epoki, w której żyjesz. Zapraszam na blog.

Zapisz.org

Poetów, pisarzy, eseistów i publicystów zainteresowanych publikacją na naszych łamach zapraszamy do przesyłania propozycji tekstów na adres magazynzapisz@gmail.com

#2latado30charyszka - 2 lata do 30 charyszka

Zbiór myśli mniej lub bardziej nieuporządkowanych. Składnica uczuć, pomników pamięci, ludzkich sylwetek. Światem, który migotliwie zachęca do uczestnictwa w nim i komentowania jego cudów i porażek.

HANIAKO

blog jak ciepły koc

Tata Szymona Blogujący

Codzienny pamiętnik Taty