Archiwa tagu: szpital

Depresja – weź się w garść!

Zdjęcie użytkownika Elżbieta Maria Saga.

Weź się w garść. Zrób coś ze swoim życiem. Jesteś silny/a tylko ci się nie chce.
Wszyscy ludzie cierpią, nie jesteś jedyny/a. Takie słowa są najczęściej kierowane do tego kogoś, kto nagle traci chęć do życia.
Nie wiedzieć kiedy, zapada się w siebie i nic go już nie cieszy.
Nagle pochyla się i garbi, a przedmioty lecą mu z bezradności i braku siły na podłogę.
Wyraz twarzy się zmienia i widać na nim ogromny smutek, bez cienia jakichkolwiek oznak chęci do życia.
Myśli się plączą i nagle chory na depresję zatraca się w swoim smutku i beznadziejności.
Nie umie wytłumaczyć otoczeniu, co mu dolega, a tylko sygnalizuje, że nie ma chęci dalej żyć i wszystko straciło dla niego sens.
Najczęściej ucieka w sen, albo też cierpi na wielkie pokłady bezsenności.
Często pojawia się nadmierne obżarstwo, albo kategoryczne odmawianie posiłków.
Jest wiele odmian depresji i zdiagnozować tę właściwą, to dla lekarza jest wielką sztuką, jeśli w ogóle pacjent zdecyduje się na takie leczenie.
Wciąż w naszym społeczeństwie pokutuje przekonanie, że pojawienie się przed gabinetem psychiatrycznym, to jak wydanie na siebie wyroku – jestem chory psychicznie i za chwilę wszyscy będą o tym gadać.
Będę skreślony/a i nie nigdzie nie dostanę pracy, albo wszyscy się ode mnie odsuną. Zostanę sam/a.
Jak pomóc osobie chorej na chorobę duszy? Jak poprowadzić i wyciągnąć rękę ku drodze uzdrowienia , bo sam/a sobie nie pomoże.
Jakie uruchomić mechanizmy, gdzie skierować, aby zajęli się nim, nią specjaliści i wyciągnąć z tego czarnego dołka.
Najczęściej namawiamy do wizyty u dobrego psychiatry.
W dobie Internetu, wpadamy więc do sieci i szukamy najlepszych lekarzy w naszym rejonie – chcemy pomóc, bo zależy na na nim, niej. Na naszym dziecku, mężu, żonie, czyli na  naszym bliskim.
Jesteśmy zdrowi, silni i robimy wszystko, aby pokierować tak chorym, aby do nas wrócił.
Jeśli uda nam się namówić chorego do wizyty u lekarza, najczęściej po wstępnym wywiadzie, otrzymuje chory receptę na leki, czyli tzw. antydepresanty. 
Jest nadzieja, że leki te od razu sprawią, że chory poczuje się lepiej i złapie pierwszy oddech od wielu miesięcy i zacznie patrzeć optymistyczniej na świat.
Jednak często tak bywa, że lekarz z lekiem nie trafi i chory zamiast czuć się lepiej, wpada jeszcze w większy dół.
Druga i kolejna wizyta, a efektów brak i wówczas lekarz rozkłada ręce i wypisuje skierowanie do szpitala.
Jeśli u chorego pojawiają się myśli samobójcze, tym szybciej należy umieścić chorego w placówce zamkniętej, na obserwacji. I tu zaczyna się dramat.
Widziałam różne szpitale w swoim życiu. Wielkie sale, zastawione kilkoma łóżkami i przy nich malutka szafeczka.
Nikt nie oddziela ludzi bardzo chorych, niewyleczalne, ciężkie przypadki, od ludzi z nadzieją na wyleczenie.
Pierwszy wywiad, zrobiony na szybko i wpisanie leków do karty i tyle.
Nagle słyszy się na korytarzu szpitalnym, wycie, przeklinanie i wiązanie w pasy.
Nagle chory narażony jest na niewyobrażalny stres sytuacyjny. Nie może się odnaleźć, bo nie ma w tym miejscu cichego miejsca, gdzie mógłby się odizolować.
Nie obchodzi to żadną pielęgniarkę i nikt nie uchroni go od tego dodatkowego przeżywania.
Takie leczenie nie ma sensu i chory prosi rodzinę, aby go jak najszybciej zabrano do domu, bo dłużej tego nie wytrzyma.
Widziałam też szpital, gdzie jedyną rozrywką dla chorego jest palarnia i mocna kawa. Gdzie spotykają się ludzie, aby opowiedzieć sobie jak spędzili noc. Czy leki działają, czy też powodują większe rozdrażnienie. Spotykają się w tej palarni, aby pogadać, pomilczeć, popłakać.
Nikt z personelu tam nie zagląda i nikt nie wspomina o tym, że w szpitalu palić nie wolno. Nikt nie jest w stanie zlikwidować palarni w szpitalach psychiatrycznych, gdyż palarnia działa jak pokój psychoterapeutyczny.
Widziałam jeszcze jeden szpital, chyba zbliżony najbardziej do cywilizowanych warunków.
Pokoje ładnie udekorowane. Każdy ma swój kawałek podłogi. Nie ma w nim przypadków skrajnych.
Nikt nie wrzeszczy i nikogo nie zakuwa się w pasy. Chorzy są pod ciągłą opieką lekarza i psychologa.
Ułożony grafik zajęć, sprzyja samodyscyplinie. Powstają grupy wsparcia.
Chorzy uczęszczają na zajęcia z muzyką, tańcem, a także muszą ćwiczyć na sali sportowej.
Psychoterapia w kółku, powoduje większe otwarcie się na problemy innych ludzi, co wywołuje różne emocje, zmuszając chorego do współodczuwania, dyskusji i uwierzenia w siebie.
Długie spacery po parku, rozmowy z zaprzyjaźnioną grupą i taki szpital z takim programem kieruje chorego na drogę ku uzdrowieniu.
Widziałam ludzi po takiej kuracji, że na twarzach chorych pojawiała się chęć do życia.
Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że są w Polsce jeszcze i dobrze się mają, szpitale skostniałe, niczym z filmu CK Dezerterzy, gdzie chorego na depresję podciąga się pod chorobę psychiczną, najcięższego gatunku.
Powinno się to zmieniać i powinno się o tym mówić bardzo głośno!
Reklamy

Narodowy Fundusz Zdrowia pod hasłem – „Czekaj sobie człowiecze”!

Znalezione obrazy dla zapytania szpital gif

To był ostatni dzwonek, abym po latach lekceważenia swojego zdrowia – poszła wreszcie do lekarza i się przebadała oraz zrobiła w końcu podstawowe wyniki.

Moja rodzinna – ukochana zresztą, trzy razy w ciągu dwóch lat prosiła mnie, abym w końcu zrobiła wyniki i nawet nasłała na mnie pielęgniarkę środowiskową.

Niestety, ale odezwało się serce i zrobiłam dziś ekg, a kiedy rodzinna na nie spojrzała, to natychmiast skierowała mnie do szpitala.

Moje życie tak upływało, że nigdy nie byłam w szpitalu ze względu na swoje zdrowie, bo los był dla mnie łaskawy.

Prócz porodówek mnie szpitale omijały szerokim łukiem i myślałam, że tak będzie zawsze.

Niestety, ale dziś dostałam pierwsze w moim życiu skierowanie do szpitala i byłam naprawdę przerażona.

Jednak innego wyjścia nie widziałam, jak przyjść z przychodni i zacząć się pakować.

Usiadłam przy Izbie Przyjęć z artytmią serca i trzeba było długo czekać – najpierw na pielęgniarkę, a potem następne pół godziny na lekarza!

Lekarka była cholernie nieprzyjemna i na mnie krzyczała!

Zadała mi pytanie jak ja się czuję z tą arytmią, bo może mdleję, słaniam się i to wszystko z podniesionym głosem.

Spytałam ją grzecznie dlaczego na mnie tak krzyczy i domyśliłam się, że moją osobą tnie koszty szpitala zniechęcając mnie!

Spokorniała, bo myślała, że ma przed sobą starą idiotkę!

Nie od razu przyjęła mnie na oddział, a poleciła dwie kroplówki i jakąś małą tabletkę i znowu czekałam na pielęgniarkę, która mi te kroplówki podepnie!

Kiedy pacjentowi podepną kroplówkę, to znikają nagle wszystkie pielęgniarki i zostawiają pacjenta samego, czekającego na reakcję z podpięciem drugiej kroplówki.

Potem czeka się na wyniki z krwi i moczu – długo się czeka!

Na wszystko się czeka, bo służba zdrowia pracuje w żółwim tempie i zawalona jest papierkami w dobie komputerów.

Po tym jak uzyskałam komplet badań z  i moczy miałam krwipropozycję od lekarki nieprzyjemnej, że weżmie mnie jednak na obserwację – tym razem była miła!

Wzięłam wyniki i poprosiłam o wolność zniechęcona traktowaniem i wróciłam do domu, a jutro zaczynam leczenie ambulatoryjne, a nie w umieralni!

Dziś ponownie byłam w przychodni i znowu czekałam w kolejce, a potem się czeka do specjalisty i z tego wynika, że polska służba zdrowia powinna być pod hasłem – czekaj.

W korytarzu przychodzni siedziałam obok pana o kulach. Opowiedział mi jak wygląda leczenie w Niemczech.

Był trakotowany jak człowiek, że pielęgniarki nie spuszczają z oczu chorych na oddziale.

Kiedy się dowiedzieli, że jest Polakiem, to chcieli mu zafundować nawet tłumacza na język polski!

Taka to jest różnica!

 

 

Panie Ministrze Zdrowia – mam pewnego „pomysła”!

Każdy z nas ma takie chwile, albo będzie miał, że trzeba będzie codziennie mieć styczność ze służbą zdrowia  –  szpitalem.

Każdy z nas ma swoje doświadczenia w związku z tym i obserwacje.

Codziennie biegamy do chorej Mamy we dwie, którą trzeba doglądać i odwiedzać.

Wiemy, że nie możemy jej pozostawić tylko pielęgniarkom, bo One nie dają sobie rady ze wszystkim.

Nie nadążają zwłaszcza na oddziale, gdzie leżą chorzy, beznadziejnie starsi ludzie, bo obowiązków jest tak dużo, że to powoduje wiele zaniedbań.

Nie nakarmią chorego i nie poprawią pościeli. Nie zmienią pampersa i nie odłączą kroplówki, kiedy ta się skończy.

Nie czarujmy się, ale taki chory bez pomocy rodziny skazany jest na upokorzenie i wielką niemoc.

Moje obserwacje są takie, że nie wiem jak by się pielęgniarki nie starały, to nie ograną tego wszystkiego w takim stopniu, aby stary człowiek nie był pozostawiony sam sobie.

Z moich obserwacji wynika, że tego personelu na oddziałach, na których leży 30 starych ludzi jest po prostu za mało!

Te kobiety nie są w stanie ogarnąć ogromnych potrzeb ludzi odchodzących, którym należy się ludzkie odchodzenie i wiem, że szpital, to nie hospicjum, a jednak ludzie w szpitalu umierają!

Uważam, że na każdym takim oddziale powinna być zatrudniona dodatkowa pomoc na etacie, albo w formie wolontariuszki, albo dwóch.

Takie dodatkowe osoby mogłyby, co godzinę zaglądać do wszystkich sal i monitorować potrzeby ludzi beznadziejnie chorych.

Mogłyby sprawdzać puste kroplówki i je odłączać. Mogłyby poprawiać pościel i  karmić chorego, a nawet zrobić zakup butelki wody, czy prasy.

To byłoby świetne wyjście i wiele rodzin byłoby o wiele spokojniejsze, że ich Matka, czy Ojciec są w większej mierze pod opieką i empatią.

Niestety, ale tak nie ma i gdyby nie rodziny, to chorzy nawet nie są poddani higienie, co jest wielkim upokorzeniem.

Mam dobrego „pomysła”, ale wiem, że to jest wołanie na puszczy.

W ramach odstresowania się po godzinach spędzonych w szpitalu – wyszłam z aparatem, by sfotografować w mojej miejscowości obiekty szpitalne i stwierdzam, że akurat to jest na poziomie.

Obiekty szpitalne położone są na wzniesieniu z widokiem na jezioro. Wszystkie kompleksy są w jasnych barwach, co cudnie się komponuje z wszechogarniającą zielenią. Jest naprawdę przyjemnie, a do tego w moim mieście jest ośrodek rehabilitacyjny chwalony w całej Polsce.

Sumując nie mam zastrzeżeń większych i tylko dlaczego w Polsce pielęgniarki zarabiają tak nędzne pieniądze.

Nie dziwi, że uciekają nasze, wyszkolone kadry za granicę!

Za nowych rządów miało być lepiej, ale nie będzie, bo budżet jest okrojony  jeszcze bardziej niż dwa lata temu.

Przykre i będzie jeszcze gorzej! Oto dowód:

Mniej mleka, owoców i warzyw dla dzieci. Rząd po cichu tnie obiecane wsparcie dla szkół

https://oko.press/mleka-owocow-warzyw-dla-dzieci-rzad-cichu-tnie-obiecane-wsparcie-dla-szkol/

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozsypałam się na milion kawałków!

 Rozmowa z matką

Nie odchodź jeszcze wiem że
jesteś już gotowa
codzienną modlitwą obmyta 
ze wszystkiego
co wstydliwe czekająca 
na swego męża
błąkającego się w obłokach
ufna że może tam 
będziesz z nim szczęśliwa
kładziesz się co wieczór między
zmęczenie ból a niepokój 
co będzie ze mną 
potem
z miłością bezsilną by pokonać
czas i przeznaczenie
z trwogą
i nieśmiałością jak się zachowasz
gdy zobaczysz tę twarz najjaśniejszą
i usłyszysz z nieogarniętej dali
chodź tu córko droga
czas odpocząć pomyśleć wreszcie
o sobie zatrzeć 
wszystkie ziemskie wspomnienia

Kiedy mówię do ciebie
słabnącej w oczach 
anioł zstępuje z gór i gra hejnał 
wieczorny na trąbce
czy słyszysz matko tę pieśń
moje nie-
pogodzone słowa

03. 09. 2009

z tomiku: Ryszard Mierzejewski „Zraniony różą”, 2013

 

Trzymała mamę za rękę, gdy ta umierała. „Była dla mnie wszystkim. Moim sercem, przyjacielem…”

https://kobieta.wp.pl/trzymala-mame-za-reke-gdy-ta-umierala-byla-dla-mnie-wszystkim-moim-sercem-przyjacielem-6115418655225473a

– Zastanawiam się, w jaki sposób pisać. Co mogę, co mi wypada? Czy dozwolone jest używanie słów mięso, kał, odór? Czy wolno mi pisać o bólu, czopkach doodbytniczych i hektolitrach kroplówek? – pisze Małgorzata Friedel. Dwa lata temu jej mama zmarła na raka. To była okrutna walka.

To był taki mikołajkowy prezent. 6 grudnia 2010 roku rodzina Małgorzaty dowiedziała się, że jej mama Grażyna (M.) jest chora na raka. Zaczęło się od piersi, której nie można było usunąć. Guz rósł na żebrach. Byli przekonani, że walka z nowotworem potrwa miesiąc. Będzie radioterapia, chemioterapia, potem rehabilitacja i po sprawie. Tyle że rak był złośliwy.

Szybko pojawiły się kolejne przerzuty. Na kościach, na wątrobie.

Zaczęło się od bólu

Zdrowa do niedawna kobieta z każdym tygodniem traciła kontrolę nad swoim ciałem.

– Stan żeber uniemożliwiał normalne funkcjonowanie. M. nie mogła się odwrócić na bok, a nawet przeciągnąć albo unieść rąk do góry. Siedziała w fotelu taka mała i bezbronna, kiedy któreś z nas zakładało jej ubrania – pisze Małgorzata w pamiętniku „Moja mama jest aniołem”. – Potem przyszła kolej na mycie i inne czynności higieniczne. W bardzo szybkim tempie T. stał się prawdziwym znawcą tematu. Silny, zdecydowany, a jednocześnie bardzo delikatny. M. poddawała się jego ruchom. Woda, gąbka, woda, wycieranie ręcznikiem. Z każdym dniem wzrastał we mnie podziw do T. Facet, który dotąd wydawał mi się raczej słoniem w składzie porcelany, stał się doskonałym opiekunem. (…) Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy T. wykonał M. manicure – opisuje.

Rak wżynał się w kości. Dużo pisze się o różnych historiach ludzi chorujących na nowotwory. Rak piersi, rak wątroby, prostaty… Nic jednak nie jest w stanie przygotować człowieka na starcie z rakiem w rzeczywistości. Małgorzata nie miała pojęcia, że właśnie tak będzie wyglądać życie jej mamy.

Z nowotworem walczyła prawie pięć lat.

 Gdy słyszałam hasło nowotwór, właściwie wyobrażałam sobie tylko jedno – zasadniczą chorobę, która wyniszcza i powoduje ból. Nikt mi nie powiedział, że nowotwór jest jak trucizna i że nawet jeśli działa powoli, to bardzo sprawnie i systematycznie. Że krok po kroku, komórka po komórce zajmuje cały organizm, że niszczy… Niszczy tak, że człowiek zostaje już tylko samym cierpieniem – wspomina.

Osoby, które doświadczyły choroby bliskich, a może i swojej, doskonale wiedzą, co ma na myśli. – Rak to taki ogromny worek bez dna, do którego stopniowo wkłada się życiowe niedogodności i dolegliwości współwystępujące. To miejsce na cały syf i gówna tego świata. Przeklęte ciemności, do których nikt nie powinien zaglądać. Jaskinia, z której nie ma już powrotu – pisze Małgorzata.

Mówi się więc o wymiotach. – Gówno prawda. Nie było ich. M. dostawała skuteczne leki przeciwwymiotne, działały. A przecież bohaterowie w filmach puszczają pawia po chemii. Ot, taka niespodzianka – wymienia Gosia.

I dalej: a czy w mediach powiedzą ci coś o wypróżnianiu się? Pacjent nie srał od siedmiu dni? Oddawanie kału nie ma końca? Powiedzą ci to? A przecież to całkowicie normalne. Nadmiar leków i coraz trudniejsze przyswajanie pokarmów – to wszystko ma swoje konsekwencje.

Łysienie – to normalne, że po chemii wypadają włosy. Ale nikt nie uświadomił jej, że mamie wypadną też inne włoski. – Pewnego dnia M. zaczęły wypadać rzęsy i brwi, potem nie zostało z nich zupełnie nic. I co? To nieważne, racja. Nie ma brwi, nie ma rzęs i tyle. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak poważne będzie to miało konsekwencje. Każdy pyłek, kurz, okruszek stanowiły dla niej zagrożenie. Nie osadzały się na rzęsach, od razu wędrowały do gałki ocznej, powodując silne infekcje – wspomina.

Pamiętnik Małgorzaty to wyjątkowo poruszające wspomnienie tego, jak żyje się z chorobą. Niczego nie ukrywa. Otwarcie opisuje wszystko, co działo się w trakcie leczenia. Są przecież dni dobre, ale są takie, gdzie nic nie pomaga, a ból wypełnia cały dom. Przyznaje też, że w takich chwilach człowiek jest zdolny do wszystkiego, nawet do zmiany swoich osobistych przekonań. Gdy tradycyjne rozwiązania zawodzą, jesteś w stanie uwierzyć we wszystko.

– Na oddziale onkologicznym trwają wśród pacjentek nieustanne debaty na temat wszelakich możliwości leczenia. Chemia i radioterapia, to mamy. Ale co jeszcze możemy zrobić? Ile pacjentek, tyle opinii i pomysłów. Usiądź wśród nich, a zrozumiesz, jak ogromna jest wola życia, jak ważna jest walka – przekonuje Gosia.

Razem z tatą i siostrą szukały dla mamy jakiegoś alternatywnego leczenia. Z lekarzy nie zrezygnowały, ale próbowały jakoś pomóc. Napój z ostrych papryczek, proszek z pestek moreli, jagody goi – nie zaszkodziły, ale i nie pomogły. Pomógł za to znachor – uśmierzał ból, a po takich „seansach” jej mama była odprężona, miała apetyt. Znachor nigdy nie obiecywał, że wyleczy raka. Nie brał też od rodziny pieniędzy. Dawał za to nadzieję.

Pod koniec 2013 roku pojawił się guz na piersi. Na początku lekarze mówili, że to tylko narośl. A pierś z każdym dniem wyglądała coraz gorzej. Zrobiła się ogromna, czerwona, gorąca i bolesna.

– Nigdy nie zapomnę wzroku młodego lekarza, który badał mamę w szpitalu. Był przerażony, poprosił o zgodę na wykonanie zdjęcia telefonem komórkowym i przesłanie go doświadczonemu koledze. Znaliśmy go, był jednym z lepszych specjalistów i od tamtej pory nasze drogi się połączyły – wspomina Małgorzata.

Potwór

Diagnoza? Mięsak. Atakował ze zdwojoną siłą. Konieczne było usunięcie piersi. Po miesiącu guz zaczął odrastać. Jak opisuje to Małgorzata, stawał się przerażającym potworem.

– M. nazywała mięsaka wielkim skurw…nem (cenzura pochodzi od redakcji). Wydawało się, że rośnie każdego dnia. Zgodnie z przypuszczeniami lekarzy skóra na klatce piersiowej zaczęła pękać. Najpierw powoli, ale zauważalnie, a potem po prostu pojawiła się otwarta rana. Z każdą żyłką i mięsem na wierzchu. Byłam przerażona, nie wiedziałam, co teraz zrobimy. Przecież wszystko wychodziło na zewnątrz, widziałam białe niteczki, całą żywą tkankę. Nadal mam w głowie ten widok, nie potrafię się go pozbyć – pisze w pamiętniku.

Stało się dla niej jasne, że mama już z tego nie wyjdzie. Guz w najgorszym momencie przypominał rozmiarem kalafiora.

– Moim celem życiowym stało się bycie przy niej. Inaczej nie potrafiłam. Powroty do domu na weekendy, kiedy T. nie pracował, powodowały u mnie wyrzuty sumienia, kompletnie nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, nie będąc z nią. Efekt był taki, że wisiałam na telefonie, zapominając o tym, że sama już przecież założyłam rodzinę – wspomina.

Małgorzata, kiedy jej mama zachorowała, dopiero co skończyła licencjat na filologii polskiej, zaczynała studia magisterskie. Wyszła za mąż, znalazła pracę. Ale choroba zatrzymała jej życie prywatne. Poświęciła się opiece nad mamą.

Była dla mnie wszystkim. Moim sercem, przyjacielem, centrum wszechświata. Kimś, bez kogo życie po prostu nie było dla mnie możliwe. Zazwyczaj starałam się być silna, robiłam dobrą minę do złej gry. Nie pokazywałam M. jak bardzo jestem nieszczęśliwa, jak bardzo się boję – pisze.

– Role w moim życiu zmieniły się zupełnie. Nagle byłam odpowiedzialna za M., która w moich oczach poniekąd stała się dzieckiem. Bo przecież, drogie matki Polki, czy swojego dziecka się nie ubiera, nie myje, nie głaska, nie pociesza, nie zmienia mu pieluch? I kochałam M. tak, jak mogłabym kochać swoje dziecko, gdybym tylko je miała. Nie potrafiłam przynależeć już do kogoś innego, a tym bardziej do samej siebie. Nie mogłam być już żoną, przyjaciółką, siostrą. Stałam się chyba tylko córką – dodaje.

Umiera się tydzień

27 czerwca 2014 roku jej mama po raz ostatni wyszła z domu „dla przyjemności”. Były to siedemnaste urodziny starszego syna jej córki. W połowie sierpnia 2014 roku mięsak odkrył swoje najgorsze oblicze. Przerzuty były już tak rozległe, że nie można było nic zrobić.

– Odpadające kawałki ciała powodowały, że każda zmiana opatrunku była niezwykle stresująca. M. nie widziała go już od dawna. Nie chciała patrzeć w lustro, czekała tylko, aż jak najszybciej go zakryjemy. (…) Na zużytych gazach widać było coraz więcej krwi, czegoś w rodzaju białka i kawałki mięsa. Smród był okropny. Robiliśmy wszystko, co zalecał lekarz z hospicjum domowego. Srebro w teorii miało łagodzić nieprzyjemny zapach, nie było jednak sposobu, aby go zniwelować. Nieważne, że właśnie umyłam M., założyłam czysty opatrunek i ubranie. Skur…yn (cenzura redakcji) rozkładał się i sprawiał, że M. po prostu śmierdziała – opisuje Małgorzata.

Niedługo później stan jej mamy był krytyczny. Z domu, który od jakiegoś czasu przypominał hospicjum, trzeba było zabrać ją na pogotowie.

– Nawet kiedy miała na sobie podkoszulek, można było zauważyć, że jej klatka piersiowa nieco się zmniejszyła, a jednocześnie jakby rozeszła. Guz nie był już tak wysoki, ale za to szeroki. Po zdjęciu opatrunku okazało się, że sku…el po prostu się rozlał. Nagle zmiany objęły całą klatkę piersiową i przestrzeń pod pachą. Środek był całkowicie zapadnięty. Wolałabym nie pamiętać tego, co wówczas zobaczyłam. Wolałabym zamykać oczy i widzieć dzisiaj coś innego. Widzę jednak żebra, tak, kości. Widzę sku…syna, który zjadł moją M. żywcem, bez znieczulenia, bez zawahania. Widzę potworną, śmierdzącą górę mięsa, a między nią kości – wspomina.

Grażyna nie wyszła już ze szpitala. Umarła tydzień później. Z każdym dniem mięsak wyglądał coraz gorzej. Wreszcie Małgorzata razem z pielęgniarkami zdecydowała, że nie pozwoli tacie patrzeć już na ciało mamy. Nie chciała, by taką ją zapamiętał.

Jej wspomnienie pokazuje, jak bardzo rak wyniszcza człowieka. Bo jak przyznaje, nagle twoje ciało staje się pożywką dla choroby.

Tak wyglądała ostatnia noc jej mamy: Spostrzegłam, że coś pływa w moczu, jakby brązowe kawałki. Pomyślałam, że pewnie doszło do jakiegoś zakażenia, bo przecież w karcie wyraźnie napisali, że nerki są niewydolne. Poszłam więc do pielęgniarki. (…) Podeszła ze mną do łóżka, spojrzała na worek i położyła swoją rękę na moim ramieniu. Zaczęła mówić nie do końca zrozumiałe dla mnie rzeczy, że to prawdopodobnie kawałki rozkładającej się wątroby lub innych narządów. Je… skur…. Zabierasz ją, gdy jeszcze żyje, gdy jeszcze oddycha.

Wojownicy nie poddają się szybko

Tej nocy Gosia trzymała mamę cały czas za rękę. Co chwila zachodziły zmiany w wyglądzie mamy. Najpierw zaczęła się pocić, potem wszędzie czuć było zapach amoniaku. Chwilę później twarz mamy wyglądała, jakby ktoś nałożył na nią tonę kremu. Miała ataki kaszlu. Po którymś Gosia zobaczyła w maseczce do oddychania „kawałki przypominające wątróbkę drobiową”, były „brązowe i śmierdzące”.

– Kiedyś przeczytałam, że po śmierci ciała mózg żyje nawet do siedmiu minut. Że warto być jeszcze wtedy z bliskimi, że warto do nich mówić. Nie wiedziałam, czy to prawda, nie obchodziło mnie to. Potok słów płynął z moich ust. Obiecałam M., że będę żyła tak, żeby była ze mnie dumna, że spełnię swoje marzenia, że zaopiekuję się tatą. Po około 10 minutach poszłam do pielęgniarki. Powiedziałam tylko: Moja mama umarła – wspomina Małgorzata.

Pisanie miało być dla mnie formą terapii. Przelaniem na papier tego, co wydawało jej się niemożliwe do wypowiedzenia. Próbą zrozumienia, a przede wszystkim pogodzenia się z losem.

– Z perspektywy czasu uważam, że M. była prawdziwą wojowniczką i bohaterką.

Kilkadziesiąt sesji chemioterapii, kilkanaście naświetlań, skomplikowane operacje, strach o własne życie, ból, cierpienie i smród. Podziwiam każdego, kto zmierzył się z tą okropną chorobą, bez względu na to, czy ją wygrał, czy nie. To prawdziwi bohaterowie swojego życia, rycerze w zbroi z własnego ciała, idący na krucjatę z nieznanym wrogiem – pisze.

O kobiecie, której zdrada wyszła na dobre!

Kiedy Karol wrócił z tygodniowej delegacji nie za bardzo ucieszył się z widoku żony i trójki dzieci. Po obiedzie położył się spać, gdyż twierdził, że jest kompletnie wykończony i musi odpocząć. Krysia, bo tak na imię miała jego żona trochę się zdziwiła, że tak się zachował, jakby do tego domu  wcale nie zatęsknił, ale zabrała się za swoje babskie czynności i czekała, aż mąż się obudzi i z nią porozmawia czulej.

Obudził się, wziął prysznic i po tym wyjął walizki z pawlacza i zaczął się pakować. Wrzucił do walizek kilka czystych koszul, spodnie i zebrał z łazienki swoje przybory toaletowe i kiedy Krystyna zorientowała się co się dzieje, usłyszała tylko jego jedno słowo – odchodzę!

Jak to odchodzisz, dokąd odchodzisz – spytała zdziwiona uważając postępek męża za kiepskiej jakości żart. Kiedy się zorientowała, że on nie żartuje już nie było go w domu.

Zbiegła za nim po schodach i chwyciła za kurtkę żądając wyjaśnień. Szarpnął ją z impetem i wycedził, że już nie kocha jej, a na dzieci będzie płacił alimenty. Ma mu pozwolić odejść, ale się zakochał w innej kobiecie i chce się z nią zestarzeć. Ma dosyć kręcącej się po domu żony wiecznie zapracowanej  w wyciągniętych dresach i krzyknął, że to koniec ich związku i od czasu do czasu będzie przychodził, by odwiedzić dzieci, bo dzieci kocha, a jej już nie!

Nie wierzyła w to usłyszała i nie mogła się pogodzić z tym, że tak raptem przekreślił ich dziesięcioletni związek. Nie zamierzała mu tak odpuścić i musiała dowiedzieć się, co to za baba była tak lepsza od niej. Milion myśli przewaliło się jej przez głowę, kiedy zrozpaczona wróciła do domu. Dzieci pytały o ojca, a ona nie potrafiła nic sensownego im powiedzieć. Płakała, a raczej wpadła w dziką rozpacz i nie wyobrażała sobie dalszego życia bez niego.

Mijały dni, a ona nie potrafiła podnieść się z łóżka. Nie obchodziły ją dzieci i czy są czyste, czy nie są głodne. Nie potrafiła zebrać myśli, a w głowie kołatały się jej setki pytań, na które nie znajdowała odpowiedzi. Telefon od matki ją nieco postawił na nogi, ale poprosiła, by zajęła się dziećmi, bo ona nie jest w stanie i tylko szlochała do słuchawki i matka przyjechała by zająć się zdezorientowanymi dziećmi, które czuły, że stało się coś strasznego.

Krystyna zawsze wiedziała, że jest słaba psychicznie i zawsze przeżywała wszystko bardziej niż inne kobiety. Nie wstawała z łóżka i nic nie jadała, aż matka jej kazała się zebrać do kupy i wysłała ją do psychiatry, bo już nie miała sił tak patrzeć jak cierpi jej córka.

Resztkami sił zwlokła się z łóżka i kiedy pokonywała drogę do lekarza z jednej bramy wychodził jej mąż i się wszystko wyjaśniło w jej skołowanej głowie. W tym domu mieszkała jej koleżanka, która była od niej osiem lat starsza. Starsza, ale ładniejsza, a do tego bez męża, taka typowa singielka. Zawsze zadbana i mocno stąpająca po ziemi, czyli taki mocny charakter, który nie raz stawiał Krystynę na nogi, kiedy się spotkały. Krystyna opowiadała, że trójka dzieci to nie lada wyzwanie, a ta zawsze utwierdzała ją w przekonaniu, że da radę i niechaj się nie żali, bo dzieci to wielki skarb.

Lekarza przepisał jej leki na uspokojenie i skierował do psychologa, ale Krystyna nie brała leków, bo bała się otumanienia i całkowitego oderwania od świata. Chodziła do lekarza i każdą receptę wykupowała, ale leki zbierała by mieć je na zapas, bo po głowie chodziło jej samobójstwo. Tak, chciała umrzeć, bo wciąż kochała Karola tak bardzo, że nie wyobrażała sobie bez niego życia. Umierała z miłości i jednocześnie z upodlenia jakie jej zafundował.

Na to wszystko nie mogła już patrzeć matka Krystyny. Widziała jak cierpi i to, że schudła dwadzieścia kilo i leciała psychicznie w przepaść. Poszła osobiście do psychiatry i powiedziała, że już nie ma siły, bo mimo leków córka wciąż się nie może pozbierać i tu psychiatra wypisała skierowanie na psychoterapię i namawiała do szybkiego zgłoszenia się do szpitala, gdzie co najmniej przez pół roku Krystyna musi poddać się leczeniu.

Nie chciała jechać za żadne skarby. Płakała, bo co z dziećmi, a matka jej wykrzyczała, że i tak jej nie ma dla dzieci, a ona się nimi zajmie, ale do cholery niech coś zacznie ze sobą robić, bo ona wiecznie nie będzie przecież żyła.

Krystyna wsiadła w autobus i pojechała do szpitala oddalonego o sto  kilometrów. Po drodze była kompletnie nieprzytomna, ale poradziła sobie na izbie przyjęć i zakwaterowano ją w pokoju z czterema innymi kobietami, które już tam od jakiegoś czasu były i wprowadziły ją we wszystko, a najważniejsze otoczyły opieką i troską.

Nie wiedziała, co się stanie jutro, ale pierwszą noc przespała spokojnie, a rano zaprosił ją na rozmowę psycholog i rozpisał grafik jej codziennych zajęć. Poczuła się bardziej spokojna, że komuś zależy by wyszła na prostą.

Mijały dni, a ona czuła się w tym gronie ludzi z problemami coraz lepiej. Nagle zauważyła, że nie jest jedyna na tym świecie, którą mąż porzucił i zdradził. Nagle poczuła, że ktoś chce jej coś wytłumaczyć, że na tym byle jakim związku nie kończy się świat i warto żyć mimo wszystko.

Minął miesiąc psychoterapii i zauważyła, że kręci się wokół niej mężczyzna o imieniu Adam, którego zdradziła żona. On  też nie mógł się z tym pogodzić, bo zdradzała go od trzech lat, a on o niczym nie wiedział. Kiedy się dowiedział, to także nie mógł się pozbierać, bo kochał ją nad życie. Próba samobójcza i znalazł się w szpitalu by się na nowo odnaleźć. Krystyna i Adam zaczęli bywać ze sobą coraz częściej. Zapraszał ją na wspólne spacery i opowiadali sobie o swoim bólu, aż pewnego razu objął ją i pocałował.

Nie od razu do niego coś poczuła, ale on był uparty i zabiegał o jej względy. Dobrze im się rozmawiało, a on opowiadał, że jego żona nie mogła mieć dzieci, a on tak bardzo jest za dziećmi i  zawsze chciał mieć ich dużo.

Kiedy Krystyna wróciła do domu, mocno postawiona na nogi, to Adam ją od czasu do czasu odwiedzał. Widziała, że ma świetny kontakt z jej dziećmi, co jej bardzo zaimponowało, a z czasem lubiła go coraz bardziej. Dbał o nią i kiedy tylko się zjawiał zawsze miał dla niej kwiaty, a dla dzieci prezenty, co bardzo podobało się Krystynie, która chyba na nowo zaczęła kochać mężczyznę.

Minął rok ich znajomości i zamieszkali razem, choć Krystyna nie miała jeszcze rozwodu, ale postanowiła zaufać Adamowi. Coraz bardziej jej na nim zależało. Dzieciaki zakochały się też w Adamie, który miał wyjątkowy stosunek do dzieci i je autentycznie pokochał.

Była niedziela i Adam zabrał dzieci na spacer, a Krystyna została w domu, by ugotować niedzielny obiad i raptem usłyszała, że  ktoś zapukał do drzwi.

Zdjęła kuchenny fartuszek i poszła otworzyć zdziwiona, że któż to może być. Otworzyła drzwi a w nich stał Karol zarośnięty i zaniedbany, woniejący alkoholem i wydukał, że przeprasza i chce do niej i do dzieci wrócić. Nie zastanawiała się długo i go przeprosiła, że nie wpuści go do domu, bo już ułożyła sobie życie na nowo i trzasnęła mu drzwiami przed nosem.

Choroba, przeżycia i wielka przyjaźń

Wszystko było przygotowane do ceremonii ślubnej. Rozesłane zaproszenia, kupiona suknia ślubna i garnitur dla pana młodego, zamówiona sala i omówione menu, bo oto Magda lat 31 i Romek, lat 32 w pewną sobotę mieli powiedzieć sobie sakramentalne TAK!

Goście zjawili się przed kościołem pięknie ubrani z naręczami kwiatów i oto podjechała limuzyna, a z niej wysiadła para młoda i świadkowie, ale nikt się nie spodziewał dalszego ciągu.

Kiedy ksiądz zapytał Magdę, czy oto Magdo bierzesz sobie tego Romana za męża, ta po długim namyśle i ze łzami w oczach, szlochaja odpowiedziała, że NIE i wybiegła czym prędzej z kościoła zostawiają osłupionego pana młodego, rodziców i gości.

Biegła ulicami miasta wzbudzając ogromne zainteresowanie przechodniów, potykając się, ale miała jeden cel – schować się gdzieś, aby nikt nie zadawał jej zbędnych pytań. Nie miała siły nikomu nic tłumaczyć, bo chciała być zupełnie sama.

Resztkami sił dobiegła do działek, gdzie jej matka uprawiała warzywa i kwiaty, a tam wiedziała gdzie znajduje się klucz od altany i tam w końcu znalazła dla siebie schronienie. Nie szukano jej długo, ponieważ matka jej wiedziała, że nie miała dokąd uciec i to było jedyne miejsce, gdzie można było ją znaleźć.

Nie minął miesiąc od tego fatalnego zdarzenia, a matka wysoko postawiona w mieście umieściła Magdę, swoją córkę w szpitalu psychiatrycznym i tak pozbyła się jej na długie miesiące, a dlaczego?

Magda w szpitalu nie odzywała się do nikogo tygodniami, ale w końcu trafiła do jej serca Ola, trochę od niej młodsza, która leżała w szpitalu z powodu nawracającej anoreksji. Wpadły sobie w oko te dwie kobiety i tak z dnia na dzień stały się przyjaciółkami. Magda się przed Olą otworzyła, ale nie do końca. Była nieufna i wiele w sobie tłumiła, ale pewnego dnia odwiedziła ją matka, wysoko postawiona, a po wizycie Ola stwierdziła, że ma bardzo opiekuńczą mamę i taką bardzo zadbaną, ładną i troskliwą.

Magda zamilkła po tych słowach koleżanki, ale nagle z płaczem wybuchła i Ola usłyszała, że jej Matka chciała pozbyć się Magdy z domu, ponieważ Magda choruje na rzadką chorobę kości, zwaną toczeniem i lekarzom opadają ręce w ratowaniu jej zdrowia, a więc kiedy chciała ją wydać za mąż, to miała nadzieję, że raz na zawsze pozbędzie się córki z domu i pozbędzie się kłopotu w postaci jej choroby.

Kiedy nie udało się jej wydać za mąż, to umieściła ją z premedytacją w psychiatryku i tylko stwarzała pozory, że się o nią troszczy, bo robiła to wszystko dla ludzi, a ogólnie nienawidziła Magdy i jej choroby. Lekarzom opowiedziała, że Magda nadużywa leków przeciwbólowych i w związku z tym musi leżeć w szpitalu dla psychicznie chorych.

Ola widziała często, że Magda cierpi, ale zawsze otrzymała pomoc ze strony lekarzy i pielęgniarek i Ola nie zauważyła, aby Magda nadużywała leków. Siedziała często skulona na łóżku cierpiąca, ale nie wymuszała nigdy więcej leków, niż to było niezbędne i tym bardziej Ola nie rozumiała matki Magdy, która ją skazała na widok ludzi naprawdę psychicznie chorych, wyjących chorych, ale z bólu duszy, a nie ciała.

Minęło parę miesięcy i lekarze Olę skierowali do zupełnie innego szpitala na psychoterapię, aby tam jeszcze się wzmocniła psychicznie i zaczęła panować nad anoreksją. Kiedy się rozstały, to obiecały sobie, że ich kontakt dalej będzie trwał kiedy tylko opuszczą mury szpitali i Ola odjechała.

Utrzymywały ze sobą kontakt telefoniczny i semesowy i jakież było zdziwienie Oli kiedy przeczytała, że Magda będzie na tej samej psychoterapii. Okazało się, że Magda ponownie szukała schronienia, bo matka jej nie mogła zdzierżyć, że znów ma się nią opiekować i patrzyć na jej chorobę. Uciekła znów od matki, aby nie wchodzić jej w oczy i zejść jej z drogi znów na kilka miesięcy.

Znów były razem, a więc dużo ze sobą rozmawiały i spacerowały, a Magda wtulała się w Olę coraz bardziej. Potrzebowała bratniej duszy i ciepła, którego matka jej nigdy nie dała. Zaprzyjaźniły się ze sobą bardzo, ale przyszedł moment rozstania i znowu Ola wyjechała pierwsza.

Wciąż ze sobą pisały i utrzymywały kontakt, aż pewnego dnia Ola zauważyła, że Magda zamilkła, a jej profil na portalu społecznościowym znikł, a więc się poważnie zaniepokoiła. Pomyślała, że coś się musiało złego stać, a więc wsiadła w pociąg i pojechała do miasta, gdzie mieszkała Magda z matką.

Odnalazła ulicę i trafiła pod drzwi z nazwiskiem Magdy. Otworzył jej starszy mężczyzna, szalenie przystojny i zaprosił ją do mieszkania. Powiedział, że jest drugim mężem matki Magdy i zawsze nie mógł pojąć dlaczego jego żona tak źle traktowała swoją córkę. Opowiedział, że ojciec Madzi źle traktował jej matkę, bo ją bił, a więc w domu była przemoc, a z tej przemocy zrodziła się niechęć do córki, a teraz jest już za późno, aby to wszystko naprawić.  Madzia umarła, gdyż pokonała ją choroba i lekarze już nic nie byli w stanie zrobić.

Ola poszła na cmentarz i pomyślała sobie, że Madzia już nie cierpi, a matka ma kłopot z głowy. Położyła kwiaty na grobie, zapaliła znicz i obiecała Madzi, że każdego roku ją odwiedzi, choćby nie wiadomo co by się stało w jej życiu ponieważ anoreksja znów się odezwała, a ona nigdy nie skrzywdzi żadnego faceta swoją chorobą, podobnie jak to uczyniła Magda uciekając ze swojego ślubu!

Jak pewna kobieta oszukała ZUS?

Bożena to kobieta w wieku po czterdziestce, zbliżająca się do pięćdziesiątki, skierowana do kliniki z psychoterapią przez swojego lekarza. Chodziła do niego regularnie skarżąc się na lęki spowodowane tym, że mąż ją zdradzał regularnie, a ona tylko dzięki niemu jakoś żyła z trzema córkami. Sama nie miała pracy i odpowiedniego wykształcenia.  Płakała u lekarza, że nie może męża zostawić, gdyż ma mało lat pracy, a dzieci chcą jeść, ale ona nie może się pogodzić, że ten facet ją zdradza notorycznie i dlatego boli ją jej dusza.

Przyjechała na oddział i od razu rzuciła się w oczy. Była niezbyt wysoka, ale miała piękne i przekonywujące, brązowe oczy. Położyli ją na sali, gdzie była jako szósta z łóżkiem tuż przed drzwiami, którego żadna z kobiet nie chciała, ale Bożenie pasowało.

Szybko się rozpakowała, a miała bardzo dużo rzeczy w walzkach. Różne bluzeczki, kilka par spodni, eleganckie swetry i góra kosmetyków. Nie kryła tego, że lubi o siebie dbać i każdego wieczora po kąpieli wklepywała w twarz dwa kremy i koniecznie zawijała wałki na włosy, by o poranku mieć elegancką fryzurę. Siadała na łóżku i ćwiczyła mięśnie Kegla, bo bała się w przyszłości nietrzymania moczu, a więc jakby zarażała inne do tych ćwiczeń. Masowała każdą z wieczora, rozluźniając im spięte mięśnie, a więc była jednym, wielkim skarbem na sali, ale działo się z nią coś dziwnego kiedy:

Sala i fotele ustawione w kółeczko, a więc obowiązkowa psychoterapia i kiedy psycholog przychodził na trzy godzinne zajęcia, to Bożena zamieniała się w jedną wielką płaczkę, która łkała i opowiadała jak zły jest jej mąż i jak ciężko jest jej w życiu, a bez męża by klepała biedę, a pracy nie ma i ta sytuacja ją bardzo męczy i od tego ma wieczne lęki i depresję. Wprawiała wszystkich w osłupienie, bo kiedy kończyły się zajęcia, to Bożena pokazywała zupełnie inną twarz i zamieniała się w kobietę swobodną i wolną od jakichkolwiek psychoz i lęków. Potrafiła tańczyć i śpiewać i była duszą towarzystwa dla kobiet zranionych i często bardzo chorych i tak  trwało to sześć miesięcy. Kiedy trzeba było opuścić szpital, Bożena otrzymała opinię lekarską, że kategorycznie nie nadaje się do pracy i nigdy się to nie zmieni, bo Bożenka nigdy nie wyzdrowieje. Ta opinia spowodowała, że Bożence ZUS zasądził rentę i choć nie zbyt wielką, ale o to jej wszak chodziło, aby tylko ją dostać. 

Polska jest mała i wydało się, że Bożenka żyje wciąż z tym samym mężem, co to ją bezczelnie zdradzał, a do tego ma hodowlę chodliwych piesków typu york i bigle czy jakoś tam, a obok domu ma szklarnię, gdzie pod jej opieką rosną róże i frezje i każdego miesiąca wpływa na jej konto dodatkowa, wypłakana kasa i szafa gra, choć chodzą też słuchy, że swoją rentę kupiła białą kopertą pod stołem w gabinecie lekarskim, ale tylko ona wie jak to było naprawdę!

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki!

Mariola była wysoką kobietą w wieku blisko czterdziestki, a w wieku dwudziestu lat zakochała się w przystojnym panu, ale starszym od niej o całe 20 lat. Zakochała się w nim bez pamięci i nie przeszkadzała jej zupełnie ta różnica wieku. Pasowali do siebie, bo ona postawna kobieta, której niczego w urodzie nie brakowało, a on szpakowaty, postawny i wysportowany pan.

Na samym początku małżeństwa mieli duży dom, bo on go odziedziczył po swoich rodzicach. Dom z wielkim i zadbanym ogrodem na obrzeżach miasta, a więc ostoja spokoju, w której Mariola od razu poczuła się jak u siebie.

Mąż Marioli dobrze zarabiał, gdyż miał swoją szkołę tenisa ziemnego i szkolił w niej młodzież marzącą o sukcesach sportowych, a więc przez wiele godzin nie było go w domu, ale pieniądze z tego były bardzo dobre, a z upływem czasu coraz lepsze, że w zasadzie Mariola nie musiała pracować.

Urodziła syna pięknego, dużego i zdrowego, a za rok powiła drugiego synka i tak im się rodzina powiększyła. On szalał z radości, że dała mu takich chłopaków i już widział ich na korcie jako zdolnych chłopców, którzy kiedyś pociągną jego biznes.

Mijały lata i synowie rośli na zdrowych i przystojnych mężczyzn. Urodę odziedziczyli po wysokich rodzicach i to Mariola ich w zasadzie wychowywała, bo mąż był wiecznie zapracowany, ale kiedy wracał zawsze miała dla niego w kuchni coś smacznego, bo Mariola była świetną gospodynią i w kuchni czarowała cuda, a kuchnię miała wyposażoną we wszystko, bo to było jej królestwo. Dogadzała rodzinie robiąc wspaniałe przetwory na zimę i potrafiła ugotować niemal wszystko. Miała taki w sobie dar kulinarny i cieszyła się kiedy może dogadzać swoim mężczyznom życia.

Nie pracowała, ale wychowywała chłopców i doglądała ogrodu, który był niesłychanie zadbany i wiele sąsiadek jej zazdrościło, że ma taki estetyczny zmysł, bo Mariola miała duszę artystyczną i wielkie wyczucie smaku, a więc wszystko co robiła, to robiła z wielkim sercem i zaangażowaniem, bo taka była Mariola.

Mąż pewnego dnia jej zakomunikował, że źle się czuje, a lekarz zaproponował mu sanatorium dla podratowania zdrowia, gdyż ma stresującą pracę i dobrze by było, aby się odciął od pracy i zażył kilku zabiegów dziennie, co miało mu wrócić siły witalne.

Mariola z radością go spakowała, a więc odprasowała i ułożyła wszystko w walizce i odwiozła na dworzec, aby mąż miał te trzy tygodnie na podratowanie swojego zdrowia, bo wiek swój miał, a więc jako wyrozumiała żona nie stawiała żadnych sprzeciwów.

I tak przez osiem lat, każdego roku mąż Marioli jeździł do wód, a ona z utęsknieniem na niego zawsze czekała, aż pewnego dnia zabrała się za gruntowne porządki w domu, kiedy chłopcy byli w szkole. Musiała się czymś zająć, więc postanowiła, że zrobi porządki w komodach i wszystko ogarnie, tak, by miało to ręce i nogi.

Przekładała, wyrzucała, układała, aż nagle wpadł jej w ręce notatnik męża, który był schowany w szufladzie rzadko otwieranej.

Zaczęła przeglądać ten notatnik i w jej oczach objawił się nie jej mąż, a jakiś inny mężczyzna. Znalazła podwójne bilety do teatru, rachunki z restauracji na dwie osoby i jakieś inne paragony na zakup perfum i bielizny osobistej.

Zaczęła szukać w pamięci kiedy to mąż kupił jej perfumy Chanel nr 5, których nie znosiła i kiedy to ją obdarował bielizną, którą zawsze kupowała sobie sama, albo zaprosił ją do teatru i sobie nic takiego nie przypomniała, a więc szybko wzięła kąpiel, ułożyła włosy i zrobiła makijaż i drżącymi rękoma otworzyła garaż i wyruszyła w podróż do tego sanatorium, gdzie wypoczywał jej mąż.

Jechała osiem godzin bez przerwy, mając przed oczyma te wszystkie znalezione papierki i kiedy była na miejscu, od razu na recepcji poprosiła o nr pokoju swojego męża legitymując się oczywiście, że jest żoną i kiedy zapukała do pokoju myślała, że to wszystko, to tylko sen.

Otworzyła jej nieznana jej kobieta jakby w jej wieku, tylko o wiele niższa, z pięknym biustem, korpulentna i zadbana w zwiewnej haleczce, a kiedy Mariola wtargnęła siłą do pokoju zobaczyła swojego męża na łóżku przykrytego niedbale prześcieradłem i już Mariola wszystko wiedziała.

Dostała szału i zaczęła mocno krzyczeć i zrobiła karczemną awanturę, aż wezwano karetkę, bo Mariola zemdlała i konieczna była pomoc lekarza.

Zawieziono ją do szpitala, gdzie otrzymała leki na uspokojenie i kilka zastrzyków na wyciszenie. Mąż ją w tym szpitalu odwiedził z kwiatami i kalał się i postanowił powiedzieć jej całą prawdę, że zdradzał ją z tą kobietą od ośmiu lat i razem spędzali chwile w sanatorium, a także spotykali się kiedy tylko mogli. Prosił ją o wybaczenie i płakał nad jej łóżkiem, bo niby wciąż ją kocha nad życie, a tamta kobieta to tylko taka odskocznia od wszystkiego.

Mariola po tym wyznaniu straciła zmysły i kompletnie zamilkła. Psycholog nie potrafił do niej dotrzeć, ani dzieci, ani nikt. Zasklepiła się w swojej rozpaczy i nie odzywała się do nikogo, aż padła decyzja, że Mariola wylądowała w szpitalu psychiatrycznym w celu zdiagnozowania jej stanu, a także próby doprowadzenia jej do w miarę normalnego funkcjonowania.

Mąż odwiedzał ją w tym szpitalu, gdzie leżała po lekach zbolała i zwinięta w kłębek przez całe dnie i noce. Przywoził jej owoce, kwiaty i najlepsze jedzenie i kajał się, by tylko mu wybaczyła, ale nie wierzyła w ani jedno jego słowo.

Kiedy poczuła się lepiej, trafiła na psychoterapię, gdzie wyrzuciła swój cały ból. Otrzymała wsparcie innych, zranionych kobiet, które utwierdzały ją w przekonaniu, że warto jeszcze raz zaufać, bo widzą, że mąż się stara. Płakała przez cały czas, a psycholog  radził jej, aby faktycznie zaufała, bo wciąż mówiła, że kocha męża nad życie i nie wyobraża sobie bez niego istnienia.

Mijały miesiące psychoterapii i Mariola czuła się coraz mocniejsza i kiedy przyjechał, by ją po wielu miesiącach terapii zabrać do domu, wsiadała do samochodu uśmiechnięta i czule wszystkim dziękowała za pomoc i wsparcie. Widziano ją, że była szczęśliwa, że teraz wszystko już będzie tylko dobrze. Machała z samochodu tym, którzy ją wspierali i uśmiechała się.

Minął rok kiedy Mariola wróciła do domu i do swoich dzieci, które bardzo matkę wspierały, ale po cichu nienawidziły ojca za to, co zrobił ich matce. Chłopcy odsunęli się od ojca i mieli do niego żal nie do zmazania, ale Mariola jak dawniej próbowała na nowo scalić rodzinę, aby było tak jak dawniej.

Pewnego dnia mąż Marioli oznajmił, że musi jechać na szkolenie sportowców do miejscowości oddalonej o 800 kim. Ponownie go spakowała, ale za kilka godzin pojechała za nim. Okazało się, że ponownie spotkał się w hotelu z czarującą czarnulką i tego było już dla niej za wiele.

Wracając roztrzęsiona i zamroczona uderzyła w barierkę w moście i spadła z impetem to rzeki. Śmierć nastąpiła w wyniku uderzenia i utonięcia.

Kiedy mąż Marioli dowiedział się o wypadku, był prawie natychmiast. Po pogrzebie zostawił synom list, że osobiście odpowiada za śmierć ich matki i powiesił się w pobliskim lesie.

Minęło trochę czasu, a synowie przejęli dochodowy biznes ojca, ale nigdy nie zanieśli kwiatów na jego grób, ani nie zapalili jednego znicza!

Nie wolno lekceważyć pierwszych symptomów depresji!

Jadwiga siedziała w fotelu i ukryła w trzęsących się dłoniach swoją zapłakaną twarz. Nie mogła już tego wszystkiego znieść, a wydawało się jej, że zrobiła już wszystko dla swojej jedynej córki, którą kochała nad życie. Ratuje ją wraz z lekarzami od roku i nie ma żadnych efektów.

Monika leżała od roku  w łóżku z przerwami na toaletę i wymuszone posiłki, bo na nic więcej nie miała siły. Opuściła ją życiowa energia z dnia na dzień i niczego takiego się nie spodziewała. Zawsze energiczna i pełna pomysłów na życie, usiadła po pracy pewnego dnia i wyleciało z niej powietrze. Nagle wydało się jej, że to co robi i jak żyje jest bez sensu.

Monika była zawsze ambitna. W szkole podstawowej dostawała świadectwa z czerwonym paskiem, a potem w szkole średniej nie miała sobie równych w wygrywaniu wszystkich olimpiad. Była dumą dla nauczycieli, jako wyjątkowo zdolna uczennica. Zdobyła wiele nagród i dyplomów i została przyjęta bez egzaminu na studia, które ukończyła z wyróżnieniem. Była panią architekt i ze znalezieniem pracy nie miała żadnego problemu. Od razu przyjęto ją do korporacji, w której dostała stanowisko w obrocie nieruchomościami i przystosowaniem ich do sprzedaży. Remontowała te mieszkania i urządzała, aby potem je sprzedać po intratnej cenie. Była bardzo dobra w tym, co robi i zbierała wiele pochwał od szefa, który był bardzo wymagający, ale wciąż stawiał przed nią coraz wyższą poprzeczkę, a ona starała się robić tak, aby swojego szefa zadowolić. Pracowała po dwanaście godzin dziennie, bez wytchnienia z wyrywanymi chwilami na szybką kawę i złapanie oddechu. Źle się odżywiała przez kilka lat, bo jadła w biegu i mało odpoczywała. Kiedy miała chwilę na odpoczynek, to i tak wciąż myślała o pracy i wpadła w taki stan, że przestała umieć w końcu odpoczywać.

Kilka razy miała okazję na miłość, ponieważ podobała się płci przeciwnej, ale odkładała takie uczucia na później. Może kiedyś będzie miała czas na to  – nie teraz! Musi się wyrobić i nadrobić, bo tego oczekuje od niej kierownictwo zakładu, a ona miała we krwi, aby nie zawodzić i być zawsze najlepszą.

Nadszedł ten dzień, że się nie poznawała. Doznała ogromnego uczucia pustki i osamotnienia. Nagle wchłonęła ją czarna dziura, w której zobaczyła ciemny i nieskończony tunel nie widząc w nim promienia światła. Ze strachu nie widziała jak się z tego wydostać.

Poszła na drugi dzień do pracy, do której z ledwością się przyszykowała. Nie miała siły na poranny prysznic i makijaż. Zrobiła to jakby w jej ciele była zupełnie inna istota. Jakby ktoś inny namydlał jej ciało i wkładał na nie ubrania. Była poza tymi czynnościami, wykonywanymi nie jej rękoma i nie jej świadomością swoich ruchów i czynności.

W pracy poczuła, że ręce jej drżą, serce chce wylecieć z piersi, a ludzie ją otaczający są jacyś obcy i jej nie znani. Poczuła się jak w obcym miejscu, bo to nie był jej komputer i jej pokój pracy. Przestały docierać do niej wszelkie bodźce i nie widziała kiedy zemdlała.

Znalazła się na pogotowiu i pierwsza diagnoza brzmiała – przemęczenie i stres. Dostała leki wzmacniające i jakieś proszki na uspokojenie. Lekarz kazał jej odpocząć  dwa tygodnie na nic nie robieniu. Miała odpoczywać, dużo spacerować i dobrze się odżywiać. Mówił, że powinna wyjechać gdzieś, najlepiej nad morze by złapać dobrą energię z szumiącego morza i wdychania największej dawki jodu.

Na zwolnieniu lekarskim brała lekarstwa, a proszki na uspokojenie ją tylko usypiały, a więc spała dzień i noc, pozostawiwszy całe tętniące życie za oknem, które było szczelnie zasłonięte. Nie miała ochoty wychylać nosa do dawnego świata. Bała się przebudzeń, ku zmartwieniu swojej mamy, która otaczała ją troską, ale Monika nie chciała żadnej pomocy. Odrzucała matkę i zamykała przed nią drzwi. Chciała być sama ze swoim strachem, który zawładnął ją w całości. Całe ciało było zdrętwiałe i czuła ból każdej swojej kosteczki. Przejmujący ból duszy mówił jej, że wszystko, co robiła do tej pory było bez sensu i kompletnie przestało ją interesować.

Gdzie i kim ja jestem – myślała w oszalałych myślach i miała wrażenie, że chyba zwariowała, nie mogąc poskładać myśli i ich poskromić. Miała tysiąc myśli na minutę i były tak poplątane, że już nie rozróżniała, które są racjonalne, a które ją obezwładniają. Czuła się tak źle, że nie chciała aby ktokolwiek ją odwiedzał, kiedy jej twarz skręcała się z bólu duszy, a ciało było niewładne i nie słuchało żadnych przebłysków, że tak nie można żyć!

Jadwiga szukała dla córki najlepszych lekarzy, a więc każda kolejna wizyta u psychiatry i kolejne leki, coraz nowszej generacji w nadziei, że Monika w końcu stanie na nogi. Koleje terapie i kolejne spotkania z psychologiem nie dawały pożądanych oczekiwań, a lekarze rozkładali ręce i kazali czekać, aż leki zadziałają i uwolnią Monikę od wyjątkowo paskudnej depresji.

Przyszła piękna jesień ze wszystkimi swoimi kolorami i Monika rzuciła okiem na te barwne drzewa za jej oknem. Dawno się tak nie zachwyciła. Chciała być bliżej tego widoku i zapragnęła wyjść do parku i nasycić oczy tymi barwami. Jeśli pojawił się taki impuls, jedyny od wielu miesięcy, postawiła go wykorzystać. Założyła ciemne okulary i wyszła z domu w kierunku dużego parku w środku miasta. Po drodze postanowiła w akcie odwagi kupić nową partię leków, aby odciążyć matkę.  Potem chciała jak najszybciej dotrzeć do parku. Chciała, aby nie widzieli jej ludzie, aby było ich jak najmniej na jej drodze, a więc w wielkim strachu i popłochu mijała ich i zauważyła, że się ich boi. Boi się ludzi i ją denerwują, bo z pewnością widzą, że jest chora psychicznie i się z niej śmieją. Miała wrażenie, że pukają się w głowę i kiwają głowami z politowaniem na jej widok.

W parku wzięła wszystkie lekarstwa jakie wykupiła w aptece. Nie miała siły i nie chciała już tak żyć. Usiadła na ustronnej ławce, tak aby nikt jej nie zauważył i zasnęła spokojnym snem bez bólu i cierpienia.

Ktoś wezwał karetkę, ale było już na późno!

 

Kiedy mężczyzna skopie życie kobiety!

Już była wolna. Sprawa rozwodowa kosztowała ją wiele nerwów, ponieważ wytoczył przeciw niej najcięższe działa. Mówił na kolejnych sprawach, że była niegospodarna i źle wychowywała ich dzieci. Mówił, że w łóżku była do niczego, co spowodowało, że ich pożycie seksualne można włożyć między bajki. Sypał zmyślonymi przykładami, oczerniając ją w obliczu sądu, a wszystko miał to spisane na kartkach, aby czegoś nie pominąć.

Została w sądzie zbrukana i  na każdej sprawie nie potrafiła powstrzymać łez, bo przecież byli ze sobą 25 lat, a kiedy dowiedziała się, że ją zdradza z młodszym modelem, to ona założyła mu sprawę rozwodową, wiedząc, że nigdy mu tej zdrady nie wybaczy. A teraz, wszystko obróciło się przeciwko niej, bo człowiek, z którym żyła okazał się draniem bez klasy i był gotów zmieszać ją z błotem i wykręcić jak brudną ścierkę. Tyle były warte te wszystkie zmarnowane lata, że walczył jak lew, by po rozwodzie zostawić ją ze świadomością całkowitej winy za rozpad ich małżeństwa.

Była wolna, ale nie mogła się pozbierać po tym cyrku, jaki jej zafundował. Wyprowadził się do tamtej, zabierając najwartościowsze rzeczy z ich mieszkania. Zostawił szafę, łóżko do spania i stół z krzesłami. Zabrał telewizor, pralkę, lodówkę, uważając, że robi jej niedźwiedzią przysługę, bo spać będzie miała na czym. Nie miała siły protestować!

Dzieci rozesłane po szkołach, bardzo się o nią martwiły. Dzwoniły i wspierały duchowo, ale jej było źle w tych czterech ścianach i nie miała siły, aby zacząć żyć na nowo i się pozbierać. Leżała całe dnie z wbitym wzrokiem w sufit. Leżała i nie mogła swoim umysłem ogarnąć swojego, zmarnowanego życia. Opuściły ją siły i mimo rocznego urlopu zdrowotnego nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji bez wyjścia, bo mężczyzna, któremu niegdyś ufała, wycisną z niej sok jak z cytryny. Było jej ciężko i wpadła w depresję, przestając całkowicie interesować się światem. Zastygła w tym bólu i nie odbierała żadnych telefonów – od dzieci też.

Pewnego dnia przyjechała jej córka i siłą zaprowadziła do psychiatry. Nie mogła dłużej patrzyć, jak jej matka pogrąża się w bólu i tonie emocjonalnie w swojej rozpaczy.

Lekarz zapisał leki, które miały ją uwolnić od bólu, a także w rozmowie z córką, zasugerował, że konieczna będzie psychoterapia, przynajmniej pół roczna. Napisał zlecenie o przyjęcie swojej pacjentki do ośrodka leczenia depresji i zaburzeń nerwicowych.

Brała leki i spała. Wstawała tylko, by się umyć i coś od niechcenia zjeść i tak wyglądały jej kolejne dni. Wciąż oderwana od świata, nie miała bladego pojęcia, co się na tym świecie dzieje. Nie odbierała telefonów od koleżanek z pracy, które się o nią szczerze martwiły, bo zniknęła w swojej nicości, a więc wciąż było z nią źle. Leki tylko ją otumaniały i przesypiała całe dnie, a nocą miała koszmary z przeszłego życia. Wciąż nie mogła się pogodzić z tym, jak skończyło się jej małżeństwo – co za wstyd i niesława – myślała.

Ale obudziła się pewnego poranka i powiedziała sobie, że ma dość takiego życia. Musi się podnieść i odnaleźć. Spakowała walizkę i wsiadła do autobusu, który zawiózł ją do szpitala.

Po rozmowie z lekarzem i niezbędnym wywiadzie, otrzymała pokój jednoosobowy i grafik z codziennymi zajęciami. Weszła do przyjemnego pokoju i rozpakowała rzeczy, a także zmieniła ubranie na wygodny dres. Nie wiedziała, co ją tutaj będzie czekało i była pełna obaw na nowych ludzi, których minęła na korytarzu. Siedzieli też w salonie, oglądając telewizję, a gdzieś w kącie, ktoś układał samotnie puzzle, Było cicho i spokojnie.

Na drugi dzień zaprowadzono ją na psychoterapię, która miała za zadanie wyspowiadanie się z tego, co boli. Grupa była mieszana i dość liczna. Siedzące w okręgu osoby były w jej wieku, co trochę ją uspokoiło i ciekawa była tego, dlaczego oni tu są i co ich tu przywiodło. Jakie mieli problemy –  ci ludzie w wieku 50+?

Została poproszona o złożenie przysięgi, że wszystko, co usłyszy w tym gronie, powinna zachować tylko dla siebie,a więc złożyła taką klauzulę lojalności wobec grupy i zostawiono ją w spokoju, bo na tym spotkaniu opowiadał o sobie Ryszard. 

Ryszard długo opowiadał o tym, że po śmierci swojej żony, która zmarła na raka, nie potrafi się podnieść i pogodzić z jej odejściem. Opowiadał o pustym domu i strachu przed samotnością, a więc grupa go wspierała i wywiązała się dyskusja, która ją odciągnęła myślami od swoich spraw. Poczuła się pewniej i już wiedziała na czym owa psychoterapia będzie polegała.

Jej leczenie było przewidziane na pół roku, ale czas szybko mijał, gdyż do południa odbywały się liczne zajęcia i spotkania ze specjalistami, a popołudnia spędzała przeważnie w swoim pokoju. Nie miała śmiałości wejść w jakąś grupę ludzi się znających, bo zawsze cechowała ją nieśmiałość. Jeśli wychodziła, to spacerowała sama po przyszpitalnym parku i rozmyślała o tym, co to leczenie jej da.

Przyszedł dzień, że poproszono ją na terapii, aby opowiedziała o sobie, a więc nie miała wyjścia i ze łzami w oczach opowiedziała jak posypało się jej małżeństwo. Opowiadała niechętnie, ale taki jest wymóg tego leczenia i musiała się zastosować. Nie chciała stroić fochów, że nie będzie się obcym zwierzała.

Poświęcono jej w grupie bardzo dużo czasu, a dyskusje były bardzo żarliwe, bo zahaczające o temat zdrady i klasy przy rozstaniach. Grupa dała jej dużą dawkę wsparcia i z dnia na dzień czuła się silniejsza i bardziej rozumiała siebie. Dowiedziała się, że miała prawo się załamać, ale musi się teraz otrząsnąć i żyć dalej.

Nie żałowała, że zdecydowała się na przyjazd do szpitala, choć na początku miała wrażenie, że to będzie zmarnowany czas. Terapia była jej potrzebna, bo powoli uwalniała się od złych emocji i pogodziła się z tym, że żyła tyle lat z obcym sobie człowiekiem. 

Terapia sprawiła, że otworzyła się na ludzi i kiedy jej grupa spotykała się po zajęciach, chętnie do nich dołączyła, bo czuła się z nimi dobrze i bezpiecznie. Ta grupa bardzo ją wzmocniła i uwolniła z poczucia winy.

Ryszard często siadał obok niej i chętnie razem pili poranną kawę. Jeszcze przed zajęciami, w szlafrokach wszyscy szli na stołówkę rozbić sobie poranną kawę, rozczochrani po nocy, w kapciach i nikomu to nie przeszkadzało. Oddział stał się ich drugim domem i często było gwarnie i wesoło. Dużo rozmawiali, albo ktoś siadał do pianina, a pozostali śpiewali, albo tańczyli. Grupa rosła w siłę i z dnia na dzień się scalała i wzmacniała – wolna od plotek i niesnasek.

Czuła, że powzięła bardzo dobrą decyzję, decydując się na to leczenie. Ryszard zabierał ją na spacery, które bardzo ją cieszyły, bo właśnie budziła się wiosna, a ona nie czuła się taka sama. Delikatnie szukał je dłoni, kiedy siedzieli na ławce przy rzece. Miał taki delikatny i czuły głos i bardzo lubiła go słuchać. Czuła się w jego towarzystwie bardzo bezpiecznie i jego towarzystwo sprawiało jej przyjemność.

Nastała pewna noc i kiedy oddział całkowicie zasnął, usłyszała, że ktoś wszedł do jej pokoju i delikatnie wsunął się pod jej kołdrę. Tylko pragnę cię przytulić – usłyszała szept Ryszarda. Zgodziła się i sama wtopiła się w jego oddech. Było jej tak dobrze.

Na drugi dzień została wezwana do ordynatora, który kazał jej się spakować i opuścić szpital, gdyż złamała obowiązujący regulamin, bo przyjęła mężczyznę do swojego pokoju, co jest kategorycznie zabronione. Ryszard nie otrzymał żadnego upomnienia i mógł kontynuować leczenie, ale już be z niej. 

Było jej tak przykro, bo do ordynatora nie trafiły żadne tłumaczenia, że to tylko była niewinna chęć pobycia z drugim człowiekiem i do niczego nie doszło, ale ordynator słuchać jej nie chciał.

Wróciła do domu, ale na tyle silniejsza, że ta sytuacja jej nie złamała. Nauczono ją, że musi o siebie dbać i walczyć, a tym bardziej, że znów ją posądzono za niewinność. Mąż były ją oczernił, a także szpital, a więc drugi raz jej nikt nie złamie, co to, to nie!

Nie zdążyła się jeszcze rozpakować, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Otworzyła zdziwiona, a w drzwiach stał Ryszard z bagażem i spytał, czy może dokończyć to przerwane przytulanie?

Wyjechała z Ryszardem do jego miejscowości, zostawiając za sobą złą przeszłość, z dala o złego męża i przykrych wspomnień i są już razem – bardzo szczęśliwi. 🙂