Archiwa miesięczne: Czerwiec 2017

Nad Polską, to tylko zapłakać!

Oto nadeszły czasy, że za wyrażenie politycznych poglądów przez szarego Obywatela w tym kraju zabierane są komputery, w których szuka się przestępczej, politycznej działalności. (Prawdziwa wiadomość z FB).
Komputery są badane przez biegłych i czasami przetrzymywane przez wiele miesięcy.
Nawet jeśli nic nie znajdą w komputerze, to zwykły Obywatel nie ma prawa się odwołać, bo Sądy odrzucają zażalenia.
Oto nadeszły czasy i jak czytam od rana w prasie, to strach oddychać w tym kraju, bo wszystko jest upolitycznione i paragraf znajdzie się na każdego!
Dlatego mimo, że nie podoba mi się Polska za rządów tego rządu (mała litera celowo), muszę posługiwać się artykułami pisanymi przez innych, odważnych ludzi, którzy piszą mimo, że grozi im więzienie za polityczną propagandę i krytykę.
Ja starsza Pani wiem, że nikt nie może się czuć bezpieczny w tym kraju, w którym lawinowo postępuje demolka i wszystko prowadzi do dyktatury.
Zwolennicy PiS, a jest ich dużo nie przyjmują do wiadomości, że w Brukseli padł wynik 27:1, bo oni czytają go jako 1:27 i nic im nie zrobisz!
A więc czytamy, co piszą odważni jeszcze dziennikarze i ludzie o zdrowych głowach, którzy widzą „Jak jest”:
Trzeba być ostrożnym w tym, co pisze się na portalach społecznościowych i na forach dyskusyjnych, bo wszędzie jesteśmy śledzeni!
Ustawa o sądach powszechnych umożliwi Zbigniewowi Ziobrze wymianę wszystkich prezesów sądów bez powodu, a prezesom naciskanie na poszczególnych sędziów. W opinii Rzecznika Praw Obywatelskich te zmiany odbiorą obywatelom prawo do rzetelnego procesu m.in. w sprawach dotyczących polityków, odszkodowań od Skarbu Państwa czy nawet zwykłych sprawach skarbowych.

Advertisement                                                           ******

Premier będzie mogła pozbawić stanowiska każdego prezydenta miasta, burmistrza i wójta, a w to miejsce wstawić swojego komisarza. Pretekstem może być najmniejsza finansowa wątpliwość. Prezydenci miast ostrzegają: to działanie antydemokratyczne, koniec niezależnych samorządów w Polsce. I apelują do Andrzeja Dudy, by ustawy nie podpisywał.

Stanisław Brejdygant*

Panie Prezydencie! Gdzie jest granica pańskiego upadku?…

22 czerwca 2017 | 14:29
Andrzej Duda

 

Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Czyż nie jest dowodem pańskiego moralnego upadku, że dla Pana, wychowanka wspaniałej jagiellońskiej Alma Mater, autorytetami nie są jej wybitni profesorowie, nie są postaci o nazwiskach takich jak: Strzembosz, Zoll, Safian, i nie są najwyższe autorytety prawnicze w Europie, sędziowie Komisji Weneckiej, lecz oto autorytetem stał się osobnik „do wynajęcia” w każdym reżimie, przez każdą władzę, jak prokurator Piotrowicz?
 

List otwarty obywatela do prezydenta RP Andrzeja Dudy

Szanowny Panie Prezydencie,postanowiłem przedstawić Panu kilka myśli nurtujących, jak sądzę, nie tylko mnie, ale także z pewnością co najmniej kilka milionów Polek i Polaków.Zacznę od pytania, na które pewnie nie dostanę odpowiedzi. Dlaczego oto zły los sprawił, że zostaliśmy najboleśniej upokorzeni faktem, iż Pierwszy Obywatel, Głowa Państwa Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, tak bardzo nie dorósł do stanowiska, jakim historia go obdarzyła? Dlaczego okazał się tym, kim się okazał, zaprzeczeniem tego, kim być powinien?A kim być powinien, to przecież wie chyba nawet obywatel z podstawowym wykształceniem. Otóż winien być autorytetem moralnym, spoiwem wszystkich obywateli, także tych posiadających skrajnie odmienne poglądy. No i przede wszystkim, nade wszystko, winien być strażnikiem Konstytucji, winien za żadne skarby i pod żadnym pozorem nie dopuścić do jej zignorowania czy złamania, winien jej strzec jak źrenicy oka.

Tymczasem Pan, choć przysięgę składał Pan na Konstytucję, w ciągu kilkudziesięciu miesięcy swego urzędowania sprzeniewierzył się tej Konstytucji wielokrotnie. A jak Pan spełnia się w roli autorytetu moralnego? Co Pan czyni, by łagodzić konflikty i budować harmonię? Jak Pan te konflikty łagodzi i jak dba Pan o zgodę w narodzie? Owszem, raz zdobył się Pan na jedno zdanie brzmiące koncyliacyjnie. Powtórzę: jedyny raz. Ale wystarczyło „niechętnie” spojrzenie Prezesa, by to się już nigdy nie powtórzyło.

Czy Pan sobie wyobraża, jak boleśnie upokarzająca dla obywateli jest świadomość, że na czele narodu stoi człowiek nieposiadający nawet cienia charakteru, człowiek w ramach „wykonywania zadania” gotów w najobrzydliwszy sposób obrażać swoich rodaków.

Służę cytatami: „Ojczyznę dojną racz nam wrócić, Panie” – zaiste ani ja, ani miliony mnie podobnych z tej ojczyzny nic nie wydoiliśmy – „żaden jazgot N A S nie powstrzyma”. Nas, zatem kogo? Stoi Pan na czele narodu czy jakiejś jego części, której „jazgot” tej drugiej części nie powstrzyma przed żadną destrukcją państwa?

Niestety, nie pozwala Pan choćby na cień nadziei, że stoi Pan po stronie narodu, którego, c a ł e g o, został Pan wybrany Prezydentem. Zachowuje się Pan jak zdyscyplinowany funkcjonariusz określonej grupy, nazwijmy ją „narodem pisowskim”. Czy mam dalej cytować pańskie zawstydzające wypowiedzi?

Zaraz po objęciu swego urzędu, a i potem kilkakrotnie, w swoich wystąpieniach nazwał Pan siebie „człowiekiem niezłomnym”. Już pominę fakt, że nie wyobrażam sobie, by człowiekowi naprawdę niezłomnemu przyszło do głowy publicznie takim siebie ogłaszać, ale dlaczego sam Pan dał taki asumpt do szyderstw?

No bo jak człowiek, powtórzę, bez cienia choćby charakteru może być niezłomnym? Okazuje się, że może. W niezachwianej gotowości i skwapliwości do podpisywania wszystkiego, co WŁADZA (ta prawdziwa, która – i Pan to akceptuje – jest n a d Panem) Panu poleci.

A kto to jest tą władzą?

Cóż, wszyscy w kraju wiedzą, że to tak zwany suweren, czyli Prezes, ale Pan, widać, na wszelki wypadek, nie ośmiela się przeciwstawić nie tylko jemu, ale też innemu człowiekowi o cechach szaleńca, który jest takim jakby podsuwerenem, ministrowi obrony narodowej, demolującemu armię polską, zupełnie wymazując ze świadomości, że, zgodnie z Konstytucją, to Pan jest Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych.

No, a o tym, jak się zachowuje dobrze wykształcony prawnik, Andrzej Duda w roli prezydenta, gdy bez żadnych skrupułów rujnowana jest niezależna (zgodnie z Konstytucją) władza sądownicza, gdy deptany jest na oczach całego świata demokratyczny ład ustrojowy i likwidowany jest jeden z fundamentów ustroju państwa prawa, Trybunał Konstytucyjny, lepiej nie mówić, To wszyscy widzieliśmy.

Bo czyż nie jest dowodem pańskiego moralnego upadku, że dla Pana, wychowanka wspaniałej jagiellońskiej Alma Mater, autorytetami nie są Jej wybitni profesorowie, nie są postaci o nazwiskach takich jak Strzembosz, Zoll, Safian i nie są najwyższe autorytety prawnicze w Europie, sędziowie zasiadający w Komisji Weneckiej, lecz oto autorytetem stał się „ktoś taki” (osobnik „do wynajęcia” w każdym reżimie, przez każdą władzę) jak prokurator Piotrowicz…

Panie Prezydencie! Gdzie jest granica pańskiego upadku?…

Niestety, ma Pan już zapewnione miejsce w historii. Chyba zdaje Pan sobie sprawę, jak bardzo ponure to miejsce. Jest Pan piątym prezydentem RP.

Pierwszy, Wałęsa, nie był „moim” prezydentem. Choć oczywiście był i pozostał moim bohaterem, wielką postacią, i jego zasługom dla kraju i świata mogą zaprzeczać tylko ludzie mali, skarlali. Kwaśniewski też nie był „moim”. Nie głosowałem na niego. Ale, jak się miało okazać, swój urząd pełnił godnie, nawet bardzo godnie.

Lecha Kaczyńskiego zawsze uważałem za człowieka prawego (miał też wielkie szczęście, że los go obdarzył tak wspaniałą osobą jak jego małżonka, nazwana przez sprytnego biznesmena z Torunia, kamuflującego się jako duchowny i chytrze grającego tym kamuflażem, czarownicą). Niestety, w moim przekonaniu, urząd prezydenta go przerastał. Ale pełnił go z godnością i na pewno zasłużył na szacunek.

Bronisław Komorowski miał swoje niewielkie wady i słabości, nie był materiałem na wielkiego prezydenta, ale jako człowiek prawy i szlachetny z prawością i szlachetnością swój urząd pełnił. No i On na pewno był, zgodnie z Konstytucją, Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych.

A kim Pan jest? I jak Pan się zapisze w historii? Cóż, nie zazdroszczę Panu bezsennych nocy. Choć, jak się nie ma charakteru, to bodaj „on nie boli”, i być może sypia Pan dobrze. No bo przecież nie ma wątpliwości co do tego jak Historia Pana oceni.

Oczywiście nie ta, dziś pisana naprędce, która, przykryta nazwą „polityki historycznej”, jest tandetną propagandą, będącą karykaturą tego, co wyczyniał pewien minister z tytułem doktora w Niemczech w latach 30. Nie zazdroszczę Panu hasła „Andrzej Duda, prezydent RP” w przyszłych podręcznikach.

O bliskich nie pytam, jak Pana odbierają. Wiem, byłoby nie fair. Zatem kończę. Nie życzę Panu nagłej iluminacji, „moralnego odrodzenia” czy czegoś takiego. Bo chyba już wszyscy wiemy, że na to, niestety, nie ma szans.

*Stanisław Brejdygant, ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

***

Reklamy

Moje kino – „Testament młodości”

Vera Brittain, to brytyjska pisarka, feministka i pacyfistka, która napisała pamiętnik najbardziej znany na świecie i do dziś przekładany pt. ” Testament młodości”.

Dzisiaj trafiłam na film o tej jakże ciekawej postaci, która opisała w swoim pamiętniku przeżyte losy podczas swojego dorastania, młodości i potem podczas I Wojny Światowej.

Zakochałam się w tej historii i filmie, gdyż książki nie czytałam.

Przeważnie książka jest lepsza od filmu, ale w tym wypadku niczego filmowi nie można ująć, gdyż  jest przecudnej urody z dbałością o szczegóły i naprawdę syci zmysły.

Jakże bym chciała aby współczesne kobiety ubierały się tak jak filmowa Vera – no cudo moda.

I plenery i dialogi i historia miłości Very do trzech najważniejszych dla niej mężczyzn, a także poświęcenie dla dobra sprawy.

Vera zrezygnowała ze swojego marzenia, aby studiować na Oksfordzie i poszła inną drogą.

Była pielęgniarką na tej wściekłej wojnie i tam poświęciła swoje młode lata opatrując rannych żołnierzy.

Naprawdę cudowne kino ze wspaniała rolą Alicia Vikander.

Znalezione obrazy dla zapytania testament miłości

Znalezione obrazy dla zapytania vera brittain

Znalezione obrazy dla zapytania vera brittain

Znalezione obrazy dla zapytania testament młodości

A kiedy rodzice się starzeją!

Zawsze wiedziałam, że przyjdzie taki moment, iż trzeba będzie opiekować się starzejącymi się Rodzicami.

Bałam się tego, że jeśli zachorują nieuleczalnie, to trzeba będzie temu podołać jakoś.

Pisałam, że mam chorą Mamę i w związku z tym mój dzień teraz wygląda zupełnie inaczej.

Budzę się z myślą o Mamie i myślę automatycznie jak minęła Jej noc?

Dzwonię, choć jeszcze sama się nie obudziłam, a kiedy słyszę Jej głos, to kamień spada mi z serca – na chwilę!

Od razu myślę, co ugotować Jej na obiad, aby jadła gorące, świeże posiłki.

Pakuję w pojemnik i tak po godzinie 12 lecę do Niej i pilnuję, aby zjadła. Mama ma różny apetyt, ale zdarza się, że zje wszystko ze smakiem. Cieszę się wtedy jak małe dziecko.

Na szczęście opieka nad Mamą rozłożona jest na nas dwie i tu dziękuję Siostrze, że mimo pracy zawodowej znajduje siły by Mamą się opiekować po południu.

Ale to nie wszystko, bo mój Mąż opiekuje się też swoją schorowaną Matką i z racji schorzeń leczona jest w Szczecinie.

Bardzo często wozi Ją do lekarzy i czasami bywa, że dwa razy w tygodniu.

Przyszedł więc czas, że w minimalnym stopniu trzeba oddać to, co od Rodziców otrzymaliśmy i, że dali nam życie.

Dziś Mąż też był ze swoją Mamą u lekarza i zrobił mi kilka zdjęć z tego, jakże pięknego miasta, w którym mieszka moje młodsze Dziecko z rodziną.

Ale nie wszyscy są dumni ze swojego dzieciństwa i rodziców!

„Ojciec pił, bił i odszedł. Ja mam go utrzymywać na starość?”— szykują się zmiany w przepisach.

Zaniedbujesz dzieci? – uważaj. Rzecznik Praw Dziecka szykuje zmiany w prawie i zostaniesz na starość sam.

 

„Starość Bogu się nie udała”
Starość to trudny i niewdzięczny temat. Niewiele osób wykazuje współczucie dla schorowanych ludzi, niewielu przejmuje się ich losem. Na stare lata mogą liczyć jedynie na pomoc bliskich, którzy zaopiekują się nimi, zapewniając opiekę w domu, czasem całodobową, albo wykupując miejsce w domu pomocy społecznej, czy ekskluzywnym domu starości.

Jaka jednak jest sytuacja tych dzieci, które w dzieciństwie cierpiały z powodu alkoholizmurodziców, przemocy fizycznej i psychicznej? Nie do pozazdroszczenia, bo najpierw z ogromną traumą i poczuciem krzywdy wchodzą w dorosłe życie, a potem, kiedy wydaje im się, że jakoś poukładali sobie życie, wyszli na prostą, okazuje się, że muszą łożyć na utrzymanie swojego oprawcy z dawnych lat. Bo nadal są jego najbliższą rodziną.


 


Takich historii jest wiele

LIST OD CZYTELNIKA

Prawie nie znałem ojca, a teraz każą mi płacić za jego pobyt w domu pomocy społecznej. Moje wspomnienia z nim związane to 3 słowa: pił, bił, potem odszedł. Teraz mam go utrzymywać na starość? Dlaczego?

Byłem małym dzieciakiem, kiedy ojciec poszedł w tango i nie wrócił. Tym razem, bo to nie był pierwszy raz. Wcześniej w moich wspomnieniach był tylko strach, w jakim ojciec wróci humorze i czy będzie „zrobiony”. Matka harowała na 2 etatach, nie dała mi zbyt wiele miłości, sama przygnieciona problemami, ale na chleb zawsze starczało. Ojca nigdy nie interesowało czy rachunki zapłacone, a w garnku znajdzie się kawałek mięsa. Miało być i koniec.

Lubił mnie denerwować, często mówił, że jestem jak baba: chudy i płaczliwy. A jakie ja miałem powody do radości, jak za każdą głupotę obrywałem? Gdy odszedł, było lepiej. Spokój, cisza, choć i lęk, że jednak wróci i znowu zrobi nam chlew. Nie wrócił. Minęło prawie 30 lat, odkąd go nie widziałem, nie wiem nawet, czy bym go poznał po latach. I nagle tatuś się odzywa, a raczej dyrekcja Domu Pomocy Społecznej, że jest u nich mój ojciec i nie ma pieniędzy, by zapłacić za pobyt, emerytura za mała.

W pierwszej kolejności powinna zapłacić żona, ale matka zmarła wiele lat temu. Jestem więc jego jedyną najbliższą rodziną. Sam ledwie wiążę koniec z końcem, mam żonę i dwoje dzieci, kredyt do spłacenia. Mam teraz ciężko zarobionymi pieniędzmi płacić za utrzymanie faceta, z którym mnie nic nie łączy oprócz złych wspomnień. Przecież to absurd!

Takich historii jest wiele, więc Rzecznik Praw Dziecka postanowił zająć się tą sprawą. W swoim piśmie do Elżbiety Rafalskiej, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Marek Michalak prosi o: „wprowadzenie obligatoryjnego zwolnienia z ponoszenia opłat za pobyt w domu pomocy społecznej, gdy […] rodzic zachowywał się niezgodnie z zasadami współżycia społecznego, tj. w sposób niegodny dla roli społecznej rodzica”.

 

Gmina może starać się odzyskać pieniądze
Do tej pory tylko wyrok o pozbawieniu władzy rodzicielskiej zwalniał dziecko z obowiązku alimentacyjnego. Pozostali muszą płacić. Pomimo tego, że osoba zobowiązana może ze względu na swoją sytuację materialną starać się o jak najniższą kwotę do zapłacenia, to jednak obowiązek nadal na niej ciąży. Teoretycznie nie można nikogo zmusić do zapłacenia rachunku i powinna przejąć sprawę gmina, z której osoba przebywająca w DPS została skierowana. Gmina może jednak dochodzić o oddanie pieniędzy, jeżeli sytuacja finansowa rodziny uchylającej się od opłat jest dobra.

RZECZNIK PRAW DZIECKA, MAREK MICHALAK
pismo do Elżbiety Rafalskiej, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

Mając na uwadze powyższe, nie można się zgodzić, z poglądem, że niepodpisanie umowy, o której mowa w art. 103 ust. 2 u.p.s. uchroni osobę zobowiązaną do poniesienia kosztów za pobyt krewnego w domu pomocy społecznej, przed egzekucją należności. Należy również podkreślić, że nawet w przypadku ustalenia obowiązku alimentacyjnego przez sąd, alimenty staną się dochodem osoby skierowanej do domu pomocy społecznej, z których może być potrącana opłata za pobyt w domu pomocy społecznej (do wysokości 70% dochodu), jednak w dalszym ciągu organ administracji będzie miał prawo domagania się od osób wymienionych w art. 61 ust. u.p.s. pozostałej części opłaty.


 


Nie ma precyzyjnych rozwiązań
W związku z brakiem precyzyjnych rozwiązań, które pozwalałyby nie obciążać finansowo tych osób, które nie otrzymały należytej pomocy i opieki ze strony rodziców w czasie dzieciństwa, Rzecznik Praw Dziecka zwraca się o pomoc do Elżbiety Rafalskiej.

RZECZNIK PRAW DZIECKA, MAREK MICHALAK

pismo do pani Elżbiety Rafalskiej

Rzecznik Praw Dziecka stoi na stanowisku, że konieczne jest wprowadzenie takiej zmiany w prawie, która umożliwi obligatoryjne zwolnienie przez organ administracji osób wymienionych w art. 6 ust. 1 u.p.s. z opłat za pobyt rodzica bądź innego krewnego w domu pomocy społecznej, w przypadku, gdy uprawniony zachowywał się sprzecznie z zasadami współżycia społecznego (np. za zwolnieniem z opłat może przemawiać to, że rodzic porzucił dziecko, nie interesował się jego losem, stosował przemoc, czy nie przyczyniał się do jego utrzymywania i wychowywania).

Jakie jest wasze zdanie? Czy takie przepisy powinny wejść w życie?

http://mamadu.pl/131223,ojciec-pil-bil-i-odszedl-mam-go-utrzymywac-na-starosc-szykuja-sie-zmiany-w-przepisach

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasami z kwiatami to jak z dzieckiem!

 Lubię mieć kwiaty na balkonie i zawsze je miałam i dopóki starczy mi sił, to będę je sadziła.

Zawsze to przyjemnie usiąść na balkonie z kawą poranną i pogapić się na kolorowe kwiaty.

Jednak w tym roku miałam z nimi nie lada problem, a było to tak:

Już w marcu, tuż przed Świętami Wielkanocnymi posadziłam szczepki do skrzynek, ale były bardzo malutkie.

Skrzynki stały w domu, ale wzrost szczepek był bardzo powolny. Brakowało im naturalnego światła.

Kiedy się ociepliło, to ochoczo wystawiłam je na balkon, ale noce były u mnie zimne i dni pochmurne, a więc wciąż byłam niezadowolona ze swoich kwiatów.

Listki begonii jakby przymarzły, a główki pelargonii nie chciały się rozwijać – byłam wściekła, bo u innych na balkonach było już kolorowo.

Nagle zauważyłam, że moje kwiaty są porażone tajemniczą chorobą i dlatego tak się gramoliły,

Kupiłam preparat na mszyce, tarczniki, mączliki itp. i w odpowiedniej proporcji rozcieńczony z wodą traktowałam swoje kwiaty.

Odżyły dość szybko i już mogę się cieszyć cudnymi, dużymi pelargoniami i obficie kwitnącą begonią – uf.

Raz na tydzień zasilam je „Plantonem” – nawozem do kwiatów kwitnących i tak moja praca nie poszła na marne.

Mąż kupił mi wiszącą surfinię i też z nią walczyłam. Pani sprzedająca powiedziała, że trzeba codziennie ją podlewać, a więc podlewałam, ale zaczęła mi więdnąć i znowu byłam załamana. 

Okazało się, że surfinia to „pijaczka”, bo codziennie trzeba w nią wlać 1.5 litra wody – codziennie!

Raz w tygodniu trzeba ją też zasilać i tak po nitce do kłębka mogę cieszyć swoje oczy kwiatami.

 

 

 

Nie musisz być w KOD, aby dostać w pysk!

We Włoszech młodzież ubrana na czarno też bije, ale robi to inaczej!

 

https://www.youtube.com/watch?v=0Pq8vOVbvzs

A w Polsce pluje się na muzułmańskie dzieci, które mieszkają na stałe w Berlinie.

Nie wpuszcza się dziecka do kościoła z powodu innej karnacji!

Bojówki z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna” grasują po ulicach i jak się nie spodobasz możesz być za chwilę martwy!

Dokąd zmierzasz Polsko, skoro jest przyzwolenie na bandytyzm i agresję!

 


                                                                                    Ręce Liu Shi-Kana

 

To nie było tu, to było w Chinach…
J. Rainis*

Opowieść jest krótka.
Złamano ręce
Pianiście.

Złamano
w imię Światowej Rewolucji
i Świetlnej Przyszłości.

Mówiono,
jeśli bogom chce się jeść,
potrzebne są ofiary.

I złamane ręce
pianisty
są dowodem lojalności,
jeśli w ogóle człowiek może okazać lojalność
wobec głodnego bożka.

Mimo iż nie jestem
ani Chińczykiem,
ani pianistą
Liu Shi-Kanie,
co nieco wiem
o idolach
i bałwochwalstwie.

tłum. Justyna Spychalska

z tomu „Innego mostu nie będzie”,
Wydawnictwo Anagram, 2009

 

 

 

 

Mój muzyczny gust od lat się nie zmienia! Potrzebowałam resetu!

Lina Kostenko*

* * *

Boję się ckliwych koleżanek 
ględzących samotników,
lektorów, którym czoła
od tłustych fałd się marszczą,
i mędrców oryginalnych
jak dwumian odkryty na nowo.
Na Boga!
Zbędnymi słowami 
sypią mi w oczy jak kaszą.

Kasza się lepi we włosach, 
dostaje za kołnierz,
załazi w szpary ubrania,
wciska się nawet do butów
i nieznośnie uwiera w stopy.

Zlatują się wróble-minuty.
Dziobią mnie w ciemię, w serce, 
skaczą z ramienia na ramię.
Wtulam głowę w sukienkę, zasłaniam się dłońmi.
Lecz one wpychają dzioby pomiędzy palce, 
kłują mnie w ciemię, w mózg, w potylicę.
Drepczą po plecach. Rozcapierzywszy skrzydła 
naskakują na siebie wzajem i ostro się skubią.
I wreszcie ociężałe, słowami nasyciwszy,
odfruwają.
Powoli się prostuję.
Ale nade mną długo jeszcze 
w kurzawie kaszy polatuje wróbli puch.
A w nocy śnią mi się koszmary.
Przechodzę niby to między dwoma rzędami pękatych worków
i ledwo musnę palcem którykolwiek worek,
z dziur bryzga kasza,
kasza, 
kasza!
I już jest po kostki, po kolana, po ramiona.
Już nie ma czym oddychać.

A w górze na gałęzi
tkwi nieśmiertelny Feniks czasu
i w sypki piasek kaszy roni łzy.
Z tej kaszy można zrobić krupnik 
i ugotować ją do mięsa.
Ale nie można jej zasiać do ziemi, 
bo nie zamachnie się tam na ciemnotę 
zieloną szablą wzrostu.

tłum. z ukraińskiego Józef Waczków

I dlatego trzeba się zresetować!

Małe miasteczka czasami tętnią życiem!

 Staramy się z Mężem dokumentować to, co dzieje się w naszym miasteczku i albo razem robimy zdjęcia, albo jedno z nas.

Dzisiaj z racji brzydkiej pogody poprosiłam Męża, aby zrobił mi zdjęcia na moją stronę na FB i na bloga.

Działo się u nas dzisiaj dużo, bo swoje święto miała 12 Dywizja Artylerii, a potem odbyła się choszczeńska Sobótka.

Miasto zatętniło życiem 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

Chyba ugotowałam zupę królewską!

 

Wczoraj ugotowałam zupę królewską hi hi – z kurkami!

Już jest sezon na te smakowite grzybki i kiedy Mąż mi je dostarczył do domu, to zastanawiałam się, czy zrobić z nich sos, czy też ugotować zupę.

Kurek miałam jakieś 0,5 kg.

W lodówce znalazłam młode marchewki, korzeń pietruszki, spory kawałek selera i pora, oraz dwie kalarepki.

Kurki podsmażyłam na maśle, aż puściły swój, naturalny sok.

Potem podsmażyłam na szkliście dużą cebulę i dołączyłam do kurek.

Ziemniaki i pozostałe składniki pokroiłam w drobną kostkę i też podsmażyłam na patelni, aż na spodzie lekko się przypaliły – dla koloru.

Wszystko to dodałam do wcześniej ugotowanego rosołu, w którym znajdowały się drobniutkie kęski mięsa.

Zaciągnęłam leciutko mąką i dodałam dwie łyżki przecieru pomidorowego,a na koniec garść zielonego koperku.

Na sam koniec dodałam dwie łyżki gęstej śmietany,

Wyszło mi pysznie.

Dzień Ojca!

Dziś jak zwykle włączyłam telewizor i spotkała mnie miła niespodzianka.

Zaproszeni goście do TVN24 przynieśli ze sobą fotografie swoich Ojców.

Jakże się ucieszyłam, że to święto nabiera mocy prawie tak samo jak Dzień Matki.

Od razu włączyła mi się myśl, czy moje Córki w tym swoim zabieganym życiu będą pamiętały o swoim Ojcu.

Tak siedziałam i gadałam do siebie, czy zapomną, czy nie zapomną?

Nie zapomniały i była wizyta z kwiatkiem dla Taty i coś słodkiego.

Miłe to, że mimo tysięcy zajęć mieliśmy przemiłą wizytę Jednej, a Druga zadzwoniła z życzeniami, bo dzieli nas trochę kilometrów.

To był bardzo przyjemny dzień.

Ale nie wszystkie Dzieci mogły złożyć swoim Ojcom życzenia, bo po prostu już ich nie mają:

 

„A kiedy już zabraknie czasu…” Po raz kolejny zadzwonię do mojego Taty i nic nie powiem.

 

Fot. Flickr / Rolands Lakis / CC BY

Dzień Ojca, a ja nie przybiegnę ze świadectwem w ręce pokazując Tobie czerwony pasek podczas, gdy Ty zrywasz czereśnie z drzewa. Nie dlatego, że już od dawna nie chodzę do szkoły, a Dzień Taty w tym roku nie wypada na zakończenie roku szkolnego, tylko dlatego, że Ciebie już nie ma.

Nie upiekę Ci tortu z okazji tego święta.

Nie zadzwonię, z życzeniami.
 Osiem lat temu życzyłam Ci, byś był tak samo fantastycznym dziadkiem podwójnym, jakim byłeś dotychczas dla jednego wnuka.

Nie poproszę: Przyjedź, potrzebuję pomocy. Jak wtedy, kiedy nie miałam co zrobić ze Starszym Dzikiem, a Ty przez sześć dni opiekowałeś się nim cudownie.

Nie pojadę z Tobą w Bieszczady,
 które tak bardzo chciałam, żebyś je zobaczył. Moje miejsce na Ziemi. A było tak blisko, miesiąc przed tym, nim odszedłeś, taki wyjazd dostałeś w prezencie. Miałeś jechać latem.

Nie zrobię dla Ciebie już tatara z łososia, który tak lubiłeś.

Nie poczuję szorstkiego policzka na swoim
, bo nie przytulisz mnie, kiedy złożę Ci życzenia. I nie zobaczę mokrych od łez oczu i uśmiechu, który próbował ukryć wzruszenie.

Oczywiście, że nie byłeś Tatą idealnym. Ale byłeś tym, który dawał mi największe wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Dzięki Tobie miałam odwagę spróbować miliona rzeczy, bo zawsze wiedziałam, że mogę wrócić, że jesteś, by mnie przytulić bez zadawania pytań. Nie oceniałeś, nie moralizowałeś. Kiedy rzucał mnie chłopak, mówiłeś jedynie: „Pamiętaj, że to oni mają biegać z a Tobą, a nie Ty za nimi. Szanuj się„. Kiedy wybierałam studia, rzucałam pracę: „To twój wybór. Pamiętaj, że jestem. Zawsze możesz wrócić.”

 

Oczywiście, że nie byłeś Tatą idealnym. Ale byłeś tym, który dawał mi największe wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Dzięki Tobie miałam odwagę spróbować miliona rzeczy, bo zawsze wiedziałam, że mogę wrócić, że jesteś, by mnie przytulić bez zadawania pytań. Nie oceniałeś, nie moralizowałeś. Kiedy rzucał mnie chłopak, mówiłeś jedynie: „Pamiętaj, że to oni mają biegać z a Tobą, a nie Ty za nimi. Szanuj się„. Kiedy wybierałam studia, rzucałam pracę: „To twój wybór. Pamiętaj, że jestem. Zawsze możesz wrócić.”

Fot. Flickr/[url=http://bit.ly/1RpFZL5]edward musiak[/url] / [url= https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/]CC BY[/url]
Fot. Flickr/edward musiak / CC BY

Pamiętam, kiedy zapaliłam przy Tobie pierwszego papierosa. Dzień przed pisemną maturą. Nic nie powiedziałeś, ale kiedy kręciłam się po domu po północy, a Ty akurat nie spałeś, poczęstowałeś mnie bez słowa. Wiedziałeś doskonale, że palę od kilku lat. Drugiego i ostatniego przy Tobie zapaliłam przed egzaminami na studia.

Pamiętam, jak spóźniłam się do szkoły, bo (nie wiem jakim cudem) oglądaliśmy rano „Nagą broń” i zaśmiewaliśmy się nie patrząc na zegarek.

Pamiętam, jak uczyłeś się pleść warkocze
 na frędzlach od jakiejś narzuty. I gdy zrobiłeś mi do przedszkola dwie kitki – jedna pod drugą, wszystkie koleżanki zazdrościł mi „awangardowej” fryzury, każda chciała taką mieć. A ja kilka lat później ogoliłam się na łyso.

Pamiętam, jak na szkolnym biwaku, jako opiekun, odsmażałeś nam pierogi o drugiej w nocy i godziłeś żeńską i męską część klasy.

Pamiętam kurczaka,
 którego piekłeś w nocy, kiedy nie było wiadomo, czy mama na drugi dzień wróci z modnych wtedy wycieczek na Wschód.I twój głos w telefonie, gdy powiedziałam, że jestem na porodówce i że nie mogę rozmawiać, bo mam skurcz. I wzruszenie, które odebrało głos Najstarszemu Dzikowi, właśnie wtedy, gdy Tobie mówił, że został tatą. Nie zdążyłam Ci powiedzieć ,że byłeś fantastycznym dziadkiem, który słuchał moich wskazówek i kochał, i był dumny spacerując z wózkiem.
Starszy Dzik dziś mówi: „Pamiętam, jak Dziadek zmarł, tak bardzo wtedy płakałaś.”
I dziś też płaczę. I sprawdzam w głowie, czy nadal pamiętam do Ciebie numer telefonu i pewnie go wykręcę słysząc, że takiego już nie ma. Robię to zawsze. Od pięciu lat. Ten jeden raz w roku. W Dniu Ojca. I choć to irracjonalne, to zawsze mam nadzieję, że się odezwiesz, że jeszcze zdążę Ci podziękować za to, że ZAWSZE byłeś.

Za to, że nauczyłeś mnie ufać ludziom
, choć powtarzałeś, że nie mogę być taka naiwna jak Ty.Za to, że nigdy nie ryzykując, pokazałeś mi, że jednak zmiany są dobre i że trzeba walczyć o swoje marzenia.
Za to, że dbałeś o ludzi, choć oni tak rzadko dbali o Ciebie, dzisiaj nie umiem inaczej.

Za słowa
, kiedy byłam stukniętą nastolatką: – Dopóki w szkole będzie dobrze, możesz robić, co chcesz. Teraz masz moje zaufanie, ale pamiętaj, że bardzo łatwo je stracić.


I za miłość bezwarunkową
. Bo ona taka właśnie była. Bez stawiania warunków. Kochanie za wszystko i za nic. Czy ktoś umie tak teraz kochać?Tak nagle Ciebie zabrakło, nie zdążyłam się na to przygotować. Nie zdążyłam sobie wyobrazić świata bez Ciebie. I przeprosić za to, że kiedyś nie wróciłam na noc do domu, a Ty pewnie odchodziłeś od zmysłów. A kiedy mnie zobaczyłeś, przytuliłeś i powiedziałeś, żebym już nigdy tego nie robiła.
Przepraszam Tato, że nie oddzwaniałam, choć obiecywałam, że oddzwonię.Zadzwonię w Dniu Taty pod numer, pod którym nikt się nie odezwie…

PS.

Może na waciki jej starczy!

Ile zarabiacie,  albo macie emerytury lub renty?? 

Takie retoryczne pytanie.

Pani Małgorzata Sadurska, która była jeszcze chwilę temu szefową Kancelarii Prezydenta właśnie przejęła PZU i PZU „Życie”.

Za te obie fuchy dostanie 180 tysięcy miesięcznie.

Starczy jej jeno na waciki!

Tak się legalnie rozdaje Polaków MILIONY  przy pomocy PiS-u.

Jedyną kwalifikacją  Pani Sadurskiej w ubezpieczeniach jest znajomość programu PiS-u.

Dostanie milionową odprawę w razie jakby ją chciano zwolnić.

Co będzie robiła – nie wiadomo – może kawusię.

To jest tak niemoralne, że aż obrzydliwe!

Obrazek

Polacy masowo zapowiadają zmianę ubezpieczyciela i porzucenie PZU