Archiwa tagu: las

Już nabili strzelby, aby zabić 23 tysiące dzików!

9 lat temu te dranie zorganizowali wyprawę samolotem do Katynia, bo zbliżały się wybory.
Wyprawę zorganizowali tak niechlujnie, że samolot spadł w Smoleńsku we mgle  i zginęło 96 osób na czele z Prezydentem i jego żoną.
Potem na tej katastrofie doszli do władzy w 2015 roku i tak już rządzą 3 lata zamieniając Polskę w ruinę!
Kiedy dorwali się do władzy, to zaczęli wycinać nasze dobro narodowe, czyli Puszczę Białowieską.
Wycinali nie tylko chore drzewa, ale i stuletnie dęby i cała, normalna Polska opłakiwała te drzewa.
Potem dorwali się do Stadniny Koni w Janowie i doprowadzili ją do stanu tak mrocznego, że znowu cała, normalna Polska płakała, bo tylko koni żal.
Następnie ustalili, że w grobach smoleńskich będą szukali trotylu i zaczęli niepokoić zmarłych, ale także ich rodziny, które nie godziły się na ekshumacje! Rodziny przegrały i przeżywały następną żałobę!
Jest to banda, która lubi taplać się we krwi i kocha grzebać w grobach, a wszystko dla swoich nędznych celów, aby tylko utrzymać władzę, która po trzech latach wymyka się im z rąk.
Już nie chce mi się pisać o zniszczeniu Trybunału Konstytucyjnego, łamaniu Konstytucji, Sądu Najwyższego i upolitycznieniu Policji, Wojska Straży Pożarnej.
Mało jest im krwi i zarządzili w całej Polsce odstrzał zwierzyny, a więc dzików, żubrów, bo nie znają się na niczym i lubią wciąż maczać swoje łapy we krwi.
Od soboty będą strzelać do ciężarnych loch i do małych dziczków, bo dla nich nie ma żadnej świętości i kompletnie się nie znają na profilaktyce i mądrych odstrzałach, a więc zabiją 23 tysiące sztuk tego pożytecznego dla lasów zwierzęcia.
Jeśli zabiją żubry i dziki, to wezmą się za sarny, jelenie i wilki i nie zostanie w polskich lasach kamień na kamieniu, a oni będą zlizywać z uwielbieniem krew ze swoich łap morderców i dobrze na tym zarobią!
Nie jestem przyrodnikiem, ani biologiem, ale wiem, że w przyrodzie wszystko jest potrzebne, bo się uzupełnia i jeśli zabraknie jakiegoś gatunku, to przyroda wariuje i dzieją się rzeczy niepożądane, a więc powstaje chaos.
O tym pisze Adam Mazguła, a potem jest artykuł o tym jak Chińczycy wytrzebili wróble, a potem zalała ich szarańcza, która zżarła im uprawy!
W przyrodzie wszystko jest potrzebne i jeśli człowiek w nią ingeruje, to najczęściej przegrywa!
Powstaje pytanie o co w tym chodzi, bo jeśli nie wiadomo o co, to chodzi o kasę,a więc kto na tym zarobi, bo chyba za każdą zabitą sztukę myśliwy zgarnie 600 złotych!
Masakra, eksterminacja, holokaust!

Adam Mazguła

PiS marzy o zapisaniu się w historii Polski i tworzy nowy rozdział również w dziejach ziemi.

Najpierw PiS wybije dziki, potem drapieżniki, które nie będą się miały czym żywić i zaatakują zwierzęta domowe. Następnie wytną lasy, bo larwy owadów, które były pożywieniem dzików opanują lasy. Potem wybiją te zwierzęta, które nie będą mogły schować się do lasu, bo ich nie będzie i wyjdą na drogi, do miast roznosząc zagrożenie dla ruchu i zdrowia ludzi…

Tak wygląda „czynienie sobie ziemi poddanej”, które to stwierdzenie jest głównym motorem działania ludzi demolki, zniszczenia i otępienia, których ojcem chrzestnym jest były minister Szyszko i jego rydzykowi wyznawcy.
Tak tworzymy historię naszej planety, na której niedługo nie da się żyć, bo ludzie zniszczą jej faunę i florę.

PiS marzy o zapisaniu się w historii Polski i tworzy nowy rozdział również w dziejach ziemi.

Adam Mazguła

60 lat temu Chińczycy wypowiedzieli wojnę wróblom. Zapłacili za to bardzo wysoką cenę…

Natury tak łatwo ujarzmić się nie da i człowiek od zarania dziejów musi borykać się z paskudztwami niszczącymi nasze uprawy, lasy czy przydomowe ogródki. 


W latach 50. wielki przywódca chińskiego ludu – Mao Zedong zapragnął udowodnić światu, że owszem – można odnieść zwycięstwo w walce ze szkodnikami, ale potrzebna do tego jest solidarność narodu. Głowa Chińskiej Republiki Ludowej zakasała więc rękawy i poszła na wojnę z… wróblami.

Wielki Skok Naprzód – taką nazwą ochrzczony został cykl gospodarczych reform, które przeprowadzono w latach 1958 -1962. Według planów Mao w tak krótkim czasie Chiny miały przejść drogę od prymitywnego kraju rolniczego do przemysłowej potęgi, z którą liczyć się winny wszystkie światowe imperia.

Jednym z pierwszych kroków w ramach tego projektu była tzw. „Kampania przeciwko Czterem Szkodnikom”. Pierwszym z wrogów, którego należało wyeliminować był komar – bestia odpowiedzialna za roznoszenie malarii. Równocześnie na innych frontach miała się odbyć walka ze szczurami i muchami. Ostatnim z wrogów chińskiego narodu był wróbel.
Autor tego planu – Mao, który absolutnie nie znał się na mechanizmach zachodzących w przyrodzie, polegał na rachunkach chińskich uczonych. A ci wykalkulowali sobie, że każdy wróbel pałaszuje 4,5 kilograma nasion rocznie, a każdy milion tych ptaków pozbawia jedzenia ok. 60 tysięcy osób!

Takie rachunki zrobiły na przywódcy ogromne wrażenie i utwierdziły go w przekonaniu, że mały ptaszek jest wrogiem ludu i należy się go jak najszybciej pozbyć. Ponadto sama idea poskramiania natury bardzo dobrze wpasowywała się w komunistyczną ideologię. Sam Marks przecież głosił, że środowisko naturalne powinno być w pełni wykorzystywane i zmieniane dla ludzkich potrzeb.

Pierwszym krokiem walki była machina propagandowa. Należało przecież wytłumaczyć Chińczykom z jaką to straszliwą bestią mają do czynienia. Każdy obywatel miał misję bezwzględnego tępienia wróbli. Do ptaków strzelano, truto je i niszczono ich gniazda. Oprócz tego szkodniki trzeba też było płoszyć i nie dopuszczać, aby te zaznały choć chwili wytchnienia. W ruch poszły bębny, a każda chińska pani domu miała pod ręka garnek i chochlę, aby w razie pojawienia się wróbla móc przestraszyć go donośnym hałasem. Wiele ptaków padło z wyczerpania. Dziś szacuje się, że w wyniku kampanii Mao uśmiercono setki milionów zwierząt, które zgodnie z tym co mówiły media – wyżerały nasiona z pól uprawnych i dopuszczały się rabunków jedzenia ze spichlerzy.

Na obrzeżach miast postawiono setki tysięcy strachów na wróble, powołano też specjalne bojówki odpowiedzialne za tropienie i zabijanie ptaków. Miejskie parki, skwerki i cmentarze stały się miejscami tzw. „wolnego ognia”, gdzie dokonywano prawdziwych jatek przeprowadzanych na szukających schronienia wróblach.

W tej historii pojawia się też polski wątek. Dochodziło do tego, że zaszczute przez mieszkańców Pekinu ptaki szukały schronienia na parapetach i dachach budynków należących do zagranicznych misji dyplomatycznych. Urzędnicy ambasady Polski w Pekinie nie zgodzili się wpuścić na jej teren tłumu obywateli, którzy przez płot zobaczyli watahę kryjących się na terenie placówki wróbli. Rozwścieczeni Chińczycy otoczyli więc budynek i zaczęli tłuc w bębny, talerze i garnki.

Po dwóch dniach nieustannego hałasowania ciągle płoszone ptaki padły z wycieńczenia. Do akcji musieli wejść polscy pracownicy ambasady, którzy łopatami pozbywali się tysięcy zdechłych zwierząt walających się na całym, należącym do placówki, terenie.

Niech nikt nie waży się twierdzić, że z naturą nie da się wygrać! – te słowa mógłby powiedzieć Mao, kiedy to w krótkim czasie, dzięki narodowemu ruszeniu, wróbla można było już uznać za gatunek w Chinach wymarły.

Radość ze zwycięstwa nie trwała jednak zbyt długo. W kwietniu 1960 roku, na początku sezonu wysiewów, chińscy przywódcy zorientowali się, że do diety wytłuczonych w pień ptaków nie zaliczały się jedynie ziarna, ale także i insekty. W szczególności zaś – szarańcza. Kilka pestek wydziobywanych z pól przez ptasiego „wroga narodu” było doprawdy niską ceną w porównaniu z ilością owadów, które zwierzę to zjadało.
Dopiero teraz zdecydowano się dokonać sekcji zwłok jednego z uśmierconych wróbli. Okazało się, że 75% zawartości jego żołądka to insekty! Ups…

Kiedy Chińczycy pozbyli się naturalnego wroga szarańczy, w ciągu kilku tygodni wiosny populacja tych szkodników była przeogromna.
Dopiero teraz Mao zorientował się, jakim strzałem w stopę było wprowadzenie w życie rozporządzenia o tępieniu wróbli. Natychmiast kazał zaprzestać ich zabijania i skupić się na akcjach wymierzonych przeciwko pluskwom.
Za późno już było na jakikolwiek ratunek – plagi owadów zaatakowały pola. W szczególności zaś upodobały sobie uprawy ryżu.

Pozbawione naturalnego wroga owady mnożyły się na potęgę. Stojąc w obliczu naturalnej klęski, rząd Chin podjął desperackie próby ratowania sytuacji. Zaczęto sprowadzać wróble ze Związku Radzieckiego licząc na to, że importowane ptaszątka szybko uporają się z problemem. Nic z tego – uprawy zostały już przetrzebione. Pewne było już tylko jedno – w najbliższym czasie Chińczycy nie będą mieli co włożyć do garnków (tych samych, które jeszcze niedawno służyły za „bęben” przydatny do płoszenia wróblowej zarazy).

Dziesiątki milionów ludzi skazanych zostało na głód – nie mając dostępu do pożywienia Chińczycy jedli trawę, trujące grzyby i korę z drzew. Według oficjalnych, chińskich raportów z powodu niedożywienia zmarło 15 milionów osób. Wiadomo jednak, że dane te były znacznie zaniżone. Dziś szacuje się, że ilość zgonów będących następstwem fatalnej decyzji komunistycznych władz, wahała się pomiędzy 45 a nawet 78 milionami!

Przez ponad 50 lat temat ten w Chinach uchodził za tabu. Tym bardziej, że jednym z przykrych efektów głodu były dość częste przypadki kanibalizmu wśród najuboższych rodzin. Tysiące ludzi zostało zabitych i zjedzonych.
Ostateczne zwycięstwo w tej wojnie natury z ludzką ignorancją odniósł więc zdziesiątkowany, umęczony i sfatygowany wróbel.

 

Reklamy

Grzybobranie – wspomnienia!

 

Obraz może zawierać: jedzenie

Kiedy jest się już w starszym wieku, to chciał, czy nie chciał włączają się wspomnienia z młodości.

Dziś Mąż pojechał na grzyby i myślałam, że nic nie przywiezie, bo w zachodniej Polsce jest od pół roku susza i deszczu prawie nie było.

Jednak ku mojemu zdziwieniu przytachał cały koszyk grzybów jędrnych i całkiem przyzwoitych, a trafiły się tylko trzy robaczywe.

Włączają się więc wspomnienia, bo doskonale pamiętem nasze rodzinne wypady do lasów, których na mojej ziemi nie brakuje.

Każdy zresztą chwali swoje ziemie i swoje lasy, a ja dumna jestem z tego, że naprawdę mamy gdzie zbierać grzyby.

Kiedy byliśmy młodzi i piękni jeździliśmy całą rodziną na grzybobranie Gazem-69, który Mąż zakupił za małe pieniądze i go wyremontował.

Wstawaliśmy bardzo wcześnie i cała rodzina pakowała się do samochodu i jechaliśmy zbierać grzyby, a w lesie byliśmy już o 7 rano, kiedy słońce przebijało się przez gałęzie.

Zawsze w mojej kuchni miałam suszone grzyby i bywało tak, że nadmiar sprzedawałam świeże w skupie, bo nie dawało się tego przerobić.

Uwielbiam zbierać grzyby, bo to jest dla mnie ogromny relaks i na grzybach się znam.

Czasy kiedy rodzinnie jechaliśmy na grzyby się skończyły, bo nasze Mamy są już wiekowe, a moja pomału odchodzi, a mój Teść – wielki zbieracz i znawca już nie żyje, a Dzieci mają swoje rodziny.

To były piękne, rodzinne czasy, w których byliśmy razem i czas grzybobrania nas niesamowicie łączył.

Uwielbiam gotować zupę grzybową i nie tylko na Wigilię, ale i w ciągu roku, a także kilka razy w roku piekę racuchy drożdżowe polane sosem grzybowym, a robię go tak:

  • Namaczam w zimnej wodzie kilka garści suszonych grzybów,
  • W garnuszku na oleju smażę pokrojoną w kostkę cebulę,
  • Namoczone grzyby przekręcam przez maszynkę do mięsa.
  • Łączę cebulę i zmielone grzyby i podlewam rosołem,
  • Dodaję wody, pieprzę i solę, a kiedy są miekkie dodaję odrobinę śmietany – pycha!

Mam dla Was jeszcze jedną poradę kulinarną, że jeśli znajdziecie dorodne borowiki, to ich nie suszcie na sicie, a zróbcie tak jak mnie nauczyła pewna Ukrainka.

  • Natnijcie kapelusz borowika w kratkę i obtoczcie w panierce, tak jak kotlety schabowe i usmażcie na maśle – niebo w gębie.

Dziś u mnie w domu pachnie pięknie i taki zapach daje kopa do życia!

 

Podobny obraz

Seniorka, która nie jest już kozicą!

W Ameryce rozgrywa się armagedon i kiedy w telewizji pokazują migawki z tego, co się tam dzieje, to moje oczy robią się wilgotne.

Nikt na tej naszej, kochanej Ziemi nie zasługuje na takie traktowanie przez naturę.

Niestety, ale zdaje się, że nasz klimat radykalnie się zmienia i być może globalne ocieplenie działa tak, że ludzie pozbawiani są całego, swego dobytku, a także często życia.

Wystarczy wrócić pamięcią jak nawałnica w Pomorskim potraktowała hektary lasu i dobytek ludzi.

Z żywiołem nie da się wygrać niestety.

Tegoroczne lato też nie należało do udanych, gdyż po trzydniowym upale – natychmiast pojawiły się burze i silne, niszczycielskie wiatry.

Dziś z Mężem pojechaliśmy na grzyby.

Weszłam do cudnego lasu, w którym żaden świr Szyszko nie wycina drzew i poczułam się szczęśliwa.

Nie ważne ile grzybów nazbieraliśmy, bo nie wiele, ale kontakt z lasem dał mi wielkie  wyciszenie i spokój!

Gapiłam się na jesienne wrzosy, wysokie drzewa i zielony mech. Gapiłam się na samosiejki i gdzieniegdzie powalone drzewa przez wiatr, których nikt nie usuwa.

Zdałam sobie sprawę z tego, że nigdzie nie muszę uciekać przed wielką wodą, ogromnymi falami i tsunami.

Poczułam wolność, bo w lesie nie było praktycznie żadnych ludzi, a tylko śpiewające ptaki, a w mchu ukryte malownicze muchomory.

To był cudny dzień, co uwieczniłam na zdjęciach.

Pamiętam, że kiedy byłam młodsza, to żaden grzybek mi nie umknął. Przemierzałam las jak kozica i nawet potrafiłam w zagajniku czołgać się, aby tylko zdobyć kolejne trofeum do koszyka.

A teraz już bardziej dostojnie się poruszam po lecie, bo w końcu czas zrobił swoje! 😀

 

 

 

 

 

 

Boli mnie Puszcza Białowieska!

Kiedy dziecko płacze –

płacze cały świat.

Kiedy drzewo umiera –

umiera cały świat.

Kiedyś oglądałam wstrząsający dokument o tym jak wycina się lasy deszczowe dla pieniędzy.

Bardzo agresywna wycinka dla pieniędzy pozostawia w tych lasach place nie do zapełnienia i odrodzenia się tego środowiska!

Niezwykłe gatunki ptaków, owadów, krzewów, storczyków, a także orangutanów, goryli itd. pozbawione są swojego, naturalnego domu!

Niewyobrażalna skala wycinki lasów w Amazonii

Zdjęcia satelitarne od Google ujawniają szokującą skalę wycinki całych połaci lasów tropikalnych w słynnej Amazonii. Jeden z największych kompleksów leśnych na naszej planecie może przestać istnieć bezpowrotnie jeszcze przed końcem tego stulecia.

Wycinka drzew w Amazonii z lotu ptaka. Fot. AP.

Nigdy nie myślałam, że przyjdzie taki czas, że przyjdzie taki rząd, który wkurzy mnie maksymalnie!

Niech sobie dewastują Konstytucję, Trybunał Konstytucyjny, system sądownictwa, szkolnictwo, służbę zdrowia, bo to wszystko kiedyś odzyskamy i jestem tego pewna, choć może nie dożyję!

Nie zgadzam się jednak na to, że wyrzynają Puszczę Białowieską w tak chamski sposób. Tego nie da się odzyskać już nigdy!

Kiedy człowiekowi umiera bliska osoba, to tym bardziej się jest uwrażliwionym na wszystko, co umiera  –

 bezpowrotnie!

Nie godzę się na to i cieszę się, że coraz więcej ludzi budzi się i sprzeciwia temu niecnemu procederowi.

Jest światełko w tunelu, bo potentat „Ikea” nie kupi drzewa z naszej Puszczy!

Jest światełko w tunelu, że nawet Marta Kaczyńska uważa to za skandaliczne!

Zyskała w moich oczach broniąc naszego Dziedzictwa Narodowego i budzi z letargu „Ministra Psuja” od środowiska!

 Tu nie chodzi o kornika drukarza, bo on nadal żyje w korze zdartej z drzew i się przemieszcza od wieków.

Tu chodzi o kasę i o nic więcej!

https://www.youtube.com/watch?v=fcqM3oGFsxY

https://www.youtube.com/watch?v=uGJsFKhrd_0

Marta Kaczyńska postanowiła zabrać głos w sprawie Puszczy Białowieskiej. Po lekturze felietonu córki tragicznie zmarłych Lecha i Marii Kaczyńskich, Jan Szyszko z pewnością zadowolony nie będzie. Kaczyńska kulturalnie, acz stanowczo wypowiedziała się na temat wycinki w prastarym lesie. „Konflikt zatacza coraz szersze kręgi, szkodząc nie tylko (…) lokalnej społeczności, lecz także opinii na temat naszego kraju za granicą” – czytamy na łamach tygodnika „Sieci”.

Chociaż w tekście pióra Marty Kaczyńskiej ani razu nie pada nazwisko Jana Szyszki, to doskonale wiadomo, do kogo zwraca się autorka felietonu o wymownym tytule „Jak chronić puszczę”. Bratanica prezesa PiS podkreśla, że wyżynanie drzew w Puszczy Białowieskiej „budzi niesłabnące kontrowersje” nie tylko wśród ekologów, okolicznych mieszkańców i naukowców, ale także… „między osobami związanymi z Państwowym Gospodarstwem Lasy Państwowe i pracownikami Białowieskiego Parku Narodowego”.

Kaczyńska powołuje się na autorytet swojego taty, który chciał, by „wielkie dobro, jakim jest dla nas puszcza, zostało w pełni zachowane”. Pisze także o interdyscyplinarnym zespole do opracowania projektu ustawy regulującej status dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego Puszczy Białowieskiej – również pomyśle tragicznie zmarłego prezydenta. Eksperci uznali, że najlepszą formą ochrony lasu będzie stworzenie parku narodowego, obejmującego „cały obszar polskiej części tego pierwotnego lasu”.

Felietonistka zaznacza też, podobnie jak obecnie obowiązujące przepisy, prezydencki projekt ustawy przewidywał możliwość wycinki – „w związku z koniecznością likwidacji nagłych zagrożeń, prowadzenia akcji przeciwpożarowych i związanych z bezpieczeństwem publicznym”.

Nie tylko Kaczyńska pozwoliła sobie na łamach prawicowego tygodnika na przytyk w stronę ministra środowiska. W satyrycznej rubryce „Przegląd tygodnia”, Robert Mazurek i Igor Zalewski napisali bez ogródek, że Jan Szyszko ma „w nosie wszystkie trybunały”. Podzielili się też z czytelnikami „Sieci” żartem, który rzekomo usłyszeli od polityków PiS: „Co trzeba zrobić, żeby uratować polskie lasy? Posadzić Szyszkę!”.

http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/marta-kaczynska-o-puszczy-bialowieskiej-i-ministrze-srodowisko/mzd7bd5

 

 

Bo kiedy wiosna buchnie majem :)

Dobry wieczór. 🙂

Ostatnie dni kwietnia były w zachodniej części Polski bardzo nieprzyjemne, bo 26 kwietnia u nas spadł nawet śnieg.

Nasza wyprawa w teren wisiała więc na włosku, a ja zaklinałam pogodę, by udało się z Wnukami wyjechać na parę godzin do lasu i nad jezioro. 

Marzyło nam się, by rozpalić wielkie ognisko w dozwolonym oczywiście miejscu i pobyć wśród przyrody. Pokazać dzieciom jak to jest zjeść kiełbaskę z ogniska i ugotować w kociołku pyszne danie. Marzyło się i patrzyliśmy z niepokojem na prognozy pogody, czy w końcu się ustabilizuje i będziemy mogli spędzić majówkę w innej od codzienności scenerii.

I udało się, gdyż dziś wiosna buchnęła w końcu majem i  j e d z i e m y!

Wszystkim życzę cudownej pogody i udanych majówek 🙂

 

Powodów zawsze mamy dosyć
Tak jak długi rok, jak długi rok
Czy sierpnia skwar, czy styczeń ostry
Powód jest o krok, tak jest o krok
Jest o krok, tak jest o krok

Lecz gdy wiosna buchnie w pełni
Te powody najzupełniej,
Najzupełniej zbędne stają się
To majowe słońce sprawia,
Że nie trzeba nas namawiać
Że naprawdę w maju to już nie
(to już nie, to już nie, naprawdę już nie)

Cokolwiek by się przydarzyło
Tak jak długi, jak szeroki kraj
To jeszcze nigdy tak nie było
By nas zawiódł maj, by zawiódł maj
Właśnie maj, tak właśnie maj

Bo gdy wiosna buchnie majem
Cały świat się majem staje
To wiosenne słońce sprawia że
Że dziewczyny piegi mają
Że się chłopcy w nich kochają
Że we dwoje wtedy nie jest źle
(nie jest źle, nie jest źle, nie, nie jest źle)

Bo gdy wiosna buchnie majem… x2

 

 

 

 

To tylko łoś, tak mówisz – Tylko łoś. A ja Ci powiem, że łoś to czasem więcej jest niż człowiek

Wszyscy krzyczą z plakatów i bilbordów wyborczych – „Wybierz mnie, to ja sprawię, że będzie się wam lepiej żyło, bo mam program wyborczy doskonały. Wybierz mnie i koniecznie postaw krzyżyk przy moim nazwisku, bo jak czarodziejską różczką sprawię, że Polska, albo powiat, czy też gmina zamieni się w krainę mlekiem i miodem płynącą”.

Aż tu nagle samochód potrąca łosia, a sprawca ucieka i nie powiadamia nikogo o wypadku. Zbiega z miejsca i udaje, że nic się nie stało i całkiem spokojnie sobie śpi. Ten człowiek nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności i zostawia ranne zwierzę na poboczu.

Łoś resztkami sił doczłapał się do lasu, ale ten las to teren prywatny i tam pada, zaklinowując się między drzewami przez 4 dni i tu zaczyna się polska „spychologia”, bo nagle nikt nie poczuwa się, aby zwierzęciu pomóc i zaczyna się odbijanie piłeczki od starosty do burmistrza. Nagle obserwujemy niemoc urzędniczą, bo tu chodzi o kasę, której nie mają, aby zwierzaka przetransportować w celu ratowania mu życia.

Nie ma pieniędzy, a chodziło o kwotę 2 tys. Nie ma pieniędzy, bo muszą być w urzędach na najlepszą kawę i ciasteczka dla urzędasów podczas sesji i innych posiedzeń. Muszą być pieniądze na wielkie wiązanki kwiatów z okazji imienin i urodzin, a może i nawet dla miejscowego księdza, który zjawia się, by poświęcić nową inwestycję. Musi być kasa na nowe mebelki i najlepsze komputery, aby urzędnikowi w biurze było ciepło i przyjemnie.

Tak to wygląda drodzy Państwo – niestety i dopiero kiedy wkracza zwykły, szary Obywatel, który nie ma serca w de…, to jest ratunek, że ranny łoś z tego wyjdzie i stanie na nogi.

Pan Franciszek, który zaopiekował się rannym zwierzakiem stał się dla mnie „miernikiem” polskiej bezduszności urzędniczej i z tego wynika, że sloganami wyborczymi możemy podetrzeć sobie de…

Jakie to smutne!

 

Moje zapachy, to zapach pieczonego chleba i suszonych grzybów :)

Borys Pasternak

Na grzyby

Kosze plecione na grzyby.
Szosy. Lasy. Rowy.
Drogowe słupy.
Z obu stron lewy i prawy.

Po szerokiej szosie
W leśną ciemność wchodzimy.
Brodząc po kostki w rosie,
Rozproszeni błądzimy.

A słońce pod krzakami
Na bielaki i mleczaje,
Przebite ciemnymi matecznikami,
Rzuca światło pod lasu skrajem.

Grzyb chowa się za drzewa pniem,
A na pniu siedzi ptak.
Znaczymy drogę naszym cieniem,
Aby nie zgubić nasz trakt.

Ale godziny września
Tak kuso są wymierzone,
Że ledwie nam rano zaświta,
Przez zmrok już są ciągnione. 

Wypchane kobiałki,
Kosze napełnione.
Niektóre borowiki
W połowie zaliczone.

Wracamy. Za plecami –
Ściany lasu zamarłe,
Gdzie dzień ziemskimi urokami
Zapłonął nagle.

1956

z tomu: Борис Пастернак „Сочинения в двух томах”, 1993

tłum. z rosyjskiego Ryszard Mierzejewski

Pada komenda – jedziemy na grzyby!

No i nastał sezon grzybowy, a więc pada komenda i jedziemy na grzyby? Odpowiedź – jedziemy! Wskakujemy w ciuchy do lasu, szykujemy koszyki i małe nożyki i wyruszamy w trasę dobrze nam znaną od lat. 

Jesteśmy szczęściarzami, bo mieszkamy w okolicy, że lasów nie brakuje, a więc za pół godziny jesteśmy w naszym lesie, który pamięta nasze wszystkie eskapady, jeszcze, kiedy nasze dzieci były małe, co uwiecznione jest na zdjęciach.

Jedziemy i wspominamy jak nasze wyprawy wyglądały, a więc koniecznie szykowaliśmy danie jednogarnkowe w szybkowarze, butlę gazową i jakiś materac, aby po grzybobraniu zrobić sobie rodzinną biesiadę.

Mieliśmy Gaza – 69, a więc jechaliśmy godzinę do lasu, kiedy dziś jechaliśmy około pół godzinki i byliśmy na miejscu, ale już bez dzieci i bez teścia, który uwielbiał zbierać grzyby, ale już nie ma go z nami.

Włącza nam się nuta wspominkowa i jednogłośnie stwierdzamy, że kiedy minęły te wszystkie, nasze szalone lata – no kiedy? Jedziemy i przypominamy sobie jak to bywało i poznajemy stare miejsca. Nic się nie zmieniło, bo las rośnie w tym samym miejscu, a tylko my się zmieniliśmy i komu to przeszkadzało?

Niestety, ale grzybów jak na lekarstwo, ale za tydzień będzie wysyp, to jest pewne, bo ściółka jest dość mokra, a noce ciepłe, a więc według naszych przewidywań będziemy jechali z wielkimi koszami po niedzieli. Wycieczka była przednia i rozpoznanie terenu też. 🙂