Archiwa tagu: ślub

Ślub brany w PRL-u!

24 stycznia 1976 roku poszliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego.

Była piękna zima, mroźna, taka zdrowa, słoneczna i rześka.

Pamiętam, że bardzo wcześnie pobiegłam do fryzjera oddalonego o 3 kilometry od miejsca zamieszkania.

W rodzinie nie było samochodu, a więc po uczesaniu mnie przez fryzjerkę znowu biegiem wracałam, bo ślub był w samo południe.

Włosy miałam długie i naprawdę trzeba było je ogarnąć w koka, bo taka moda była.

We włosy wpięto mi białe kwiatki i nawet to wyglądało.

W 1976 roku, to był taki czas, że już zaczęło wszystkiego brakować, a więc był problem z sukienką.

Pamiętam, że więcej wyboru było w policyjnych konsumach i tam mama dostała materiał – żorżetę w kolorze lekkiej niebieskości.

Krawcowa mi ją tak uszyła, że nie pokazałam w niej ani kawałeczka ciała, bo wszystko było zasłonięte, a więc żadnego dekoltu, pleców – nic i wyglądałam w białych butach na koturnie jak jakaś gejsza – dosłownie.

Nie było też żadnej sali wolnej – weselnej, a więc mama musiała kombinować i tu Jej dziękuję.

W naszym bloku było wolne mieszkanie składające się z niewielkiego pokoju z wnęką i kuchnią.

Mama pracowała w jednostce wojskowej, a więc wypożyczyła stoły i krzesła, które były ustawione w literę „L”

Nie mieliśmy też orkiestry muzycznej, ale wypożyczono mamie wojskową kapelę pod warunkiem, że my nie weźmiemy ślubu kościelnego.

Tak było – takie to były czasy w PRL-u.

Goście weselni byli ograniczeni, bo tylko najbliższa rodzina. gdyż ograniczone były miejsca.

Salą taneczną było mieszkanie mojej teściowej obok wynajętego i tam po wyniesieniu mebli zmieściła się orkiestra i tańczący goście – masakra wprost.

Byłam tak bardzo spięta, że kompletnie nie pamiętam kto szykował menu, choć chyba bigos gotowała moja mama i teściowa.

Nie pamiętam jaki alkohol i skąd wziął się na stole, ale pamiętam, że goście bawili się dobrze i było swojsko i wesoło.

Tamte czasy były pełne kombinacji, ale zawsze twierdzę, że kiedyś było jakoś fajniej.

Minęło 46 lat wspólnie i naprawdę było różnie, ale dalej ciągniemy ten wózek i chyba teraz – na stare lata jest najlepiej i niech trwa.

Była sukienka, były buty i garnitur ślubny, ale gdzie się to podziało – nie pamiętam.

Znalazłam takie oto wspomnienia z tamtych lat – jak to za PRL-u bywało!

Jak wyglądały wesela w PRL-u? „Bimber płynął strumieniami, wódkę pili nieliczni”

– Jak braliśmy ślub w 1981, były kartki na alkohol, a na śluby dawali przydział tylko na 30 butelek. (…) To było wyzwanie zrobić wesele z produktami na kartki. Daliśmy radę z rodzicami. Teraz to są luksusy – wspominają swoje śluby w PRL-u nasze czytelniczki oraz nasi czytelnicy.

ub to wyjątkowe wydarzenie dla każdej pary, jednak nie da się ukryć, że sposób świętowania czy samej organizacji znacznie zmienia się na przestrzeni lat. Nie ma bowiem wątpliwości, że zupełnie inaczej wyglądają wesela dziś, niż te organizowane np. w PRL-u.

Pamiętam wesela na wsi. Bimber płynął strumieniami, wódkę pili nieliczni. Wcześniej zabijano świniaka, były swojskie wyroby, drób, często baranina. Kobiety sobie pomagały, jedne piekły ciasta, drugie gotowały bigos. Później prawie całą wieś się bawiła. Przynajmniej tak było w moich rodzinnych stronach.

Braliśmy ślub w 1975 r do urzędu stanu cywilnego jechaliśmy taxi ale wracaliśmy już tramwajem. Do kościoła samochodem znajomego nasi rodzice dostali przydział z okazji naszego ślubu i niczego na nim nie brakowało chociaż było ciężko. A prezenty ślubne (niektóre) służą nam do dnia dzisiejszego.

Jak braliśmy ślub w 1981,były kartki na alkohol, a na śluby dawali przydział tylko na 30 butelek, a tu trzeba było dla Pani młodej bo rodzice musieli zapewnić wszystkim gościom od jedzenia po alkohol, pan młody robił u siebie przed weselem drużbiny dla swoich gości. Dopiero wszyscy się spotykali u pani młodej na uczcie weselnej. To było wyzwanie zrobić wesele z produktami na kartki. Daliśmy radę z rodzicami. Teraz to są luksusy.

Za to to były wesela bez fajerwerków, telefonów, bez animatorów, jedzenia wege. Ludzie bawili się do rana, dzieci bez opiekunki wracały do domu. Super czasy. Teraz wszystko na pokaz.
Tak wyglądało nasze wesele. Wódka „Żytnia” z Pewexu, butelka 1litr kosztowała 1 dolar amerykański. Świniak na wsi zamówiony ,świeże mięso i wyroby zrobione. Pychotka. Tort weselny i ciasta pieczone przez kucharkę. Wszystko pyszne i swojskie, a bez dekoratorów i fajerwerków!!! I orkiestra super, wszyscy się świetnie bawili i po 35 latach nadal wspominają.
Moje wesele było w czasach kartek żywnościowych. Było skromne, ale odbyło się i było wesoło jak na takie zwariowane czasy.
Reklama

Przeżyliśmy ze sobą tyle lat!

Obraz może zawierać: 2 osoby, dziecko i zbliżenie

Jak ten czas leci szybko, że się nie obejrzałam, a z chwilę będziemy z Mężem obchodzili 45 lat pożycia małżeńskiego!

Pobraliśmy się 24 stycznia 1976 roku w piękny, mroźny, słoneczny dzień.

Pamiętam jak dziś jak wyglądały przygotowania do ślubu i sam ślub, choć byłam bardzo zdenerwowana i przejęta, jak to chyba każda panna młoda w takim momencie.

Sukienkę szyła krawcowa, bo już wówczas w sklepach prawie niczego nie było, a białe buty na koturnie kupowanie po znajomości!

W dzień ślubu biegłam do fryzjerki 3 kilometry, bo tylko jedna fryzjerka miała wolny termin, a makijaż robiłam sobie sama, gdyż nikt takich usług nie robił!

Bukiet kwiatów oczywiście z goździków, bo i w tej materii wyboru nie było!

Dość często z Mężem wspominamy ten dzień i mamy dla siebie piosenki, które tak jakby, opowiadają o naszym, wspólnym życiu!

Wychowaliśmy dwie, wspaniałe Córki, które ponad 10 lat temu odeszły z domu, a w międzyczasie robiliśmy domowe remonty i mieszkanie, co jakiś czas się zmieniało, co widać na zdjęciach! w albumach!

Dużo by pisać, ale nie chcę się powtarzać, bo na blogu znajduje się sporo wspomnień!

Wspomnę tylko, że raz była w sądzie sprawa rozwodowa, ale do tego nie doszło, a po tylu latach oboje wiemy, że nawet gdybyśmy ten rozwód dostali, to i tak po jakimś czasie byśmy do siebie wrócili, bo nie umiemy bez siebie żyć!

A oto nasz repertuar ha ha:

Krystyna Giżowska

Przeżyłam z Tobą tyle lat

Przeżyłam z tobą tyle lat
Choć w oczy wiał mi nieraz wiatr
Przy tobie się nauczyłam żyć
Przy tobie śniłam swoje sny
Przeżyłam z tobą tyle lat
Oddałam ci swój cały świat
I chociaż wiem jak smakują łzy
Dziś nie żal mi przeżytych dni
Dziś tamten dzień
Gdzieś rozpłynął się jak dym
Spójrz dzieci nam już wyrosły tak
I tylko my
Nie zmieniliśmy się nic
I ciągle nam siebie brak
Przeżyłam z Tobą tyle lat
Choć w oczy wiał mi nieraz wiatr
Przy tobie się nauczyłam żyć
Przy tobie śniłam swoje sny
Przeżyłam z tobą tyle lat
Oddałam ci swój cały świat
I chociaż wiem jak smakują łzy
Dziś nie żal mi przeżytych dni
Nadziei łud na pociechę dał nam los…
Żono moja
Gdy nad nami niebo płacze, mokną Twoje złote włosy
Piękny list spotkanie nasze, jak listonosz gdzieś unosi
Nad górami słońce świeci, srebrny księżyc za górami
Jedno z drugim się przegania, a my się kochamy
Żono moja, serce moje
Nie ma takich jak my dwoje
Bo ja kocham oczy Twoje
Do szaleństwa, do wieczora, je je
Żono moja, serce moje
Nie ma takich jak my dwoje
Bo ja kocham oczy Twoje
Do szaleństwa, do wieczora, je je, żono moja…
Nie ma takich jak my dwoje, nasza miłość się nie chwali
Nawet niebo sie nie boi, nic nas przecież nie oddali
Nad górami słonce świeci, srebrny księżyc za górami
I jedno z drugim sie przegania, a my się kochamy
Żono moja, serce moje
Nie ma takich jak my dwoje
Bo ja kocham oczy Twoje
Do szaleństwa, do wieczora, je je
Żono moja, serce moje
Nie ma takich jak my dwoje
Bo ja kocham oczy Twoje
Do szaleństwa, do wieczora, je je, żono moja…
Żono moja, serce moje
Nie ma takich jak my dwoje
Bo ja kocham oczy Twoje
Do szaleństwa, do wieczora, je je
Żono moja, serce moje
Nie ma takich jak my dwoje
Bo ja kocham oczy Twoje
Do szaleństwa, do wieczora, je je
Żono moja, serce moje
Nie ma takich jak my dwoje
Źródło: Musixmatch

Rocznice!

 

Obraz może zawierać: tekst „Z okazji Rocznicy Slubu Niechaj przed laty podjęta DECYZJA ο wspólnym życiu owocuje DZIŚ, JUTRO po wsze czasy. Niechaj daje WAM RADOŚĆ i spełnienie.”

Dziś kumulacja rocznic, ale zacznę od tego, że na poniższym zdjęciu, to ja z moim, przyszłym mężem.

To był chyba rok 1974, kiedy ze sobą  chodziliśmy, a zdjęcie nam zrobiła nasza koleżanka, kiedy 1 maja wracaliśmy z pochodu.

Jeszcze nie wiedzieliśmy, że się pobierzemy, ale w końcu wzięliśmy ślub w 1976 roku!

Jeszcze nie wiedzieliśmy ile dzieci z tego małżeństwa się urodzi, a urodziły się dwie Córki w odstępie 3 lat.

Córki mieszkały z nami 30 lat i w końcu młodsza wzięła ślub 14 lat temu – 26 sierpnia, a starsza 13 lat temu – 25 sierpnia – rok później!

Dlatego piszę, że jest kumulacja rocznic,  a dla nas rodziców, to  także święto, bo przecież , to są wciąż nasze dzieci.

Kiedy każda z nich oznajmiała nam, że wychodzi za mąż, to z naszej strony, czyli rodziców, nie było czegoś takiego, że może poczekaj, może on nie jest dla ciebie itd.

Były dorosłe i same decydowały o swoim, dalszym losie i utworzyły swoje, własne życie, do którego ja z Mężem kompletnie się nie wtrącamy, a tylko wspieramy w trudniejszych chwilach!

Kiedy odchodziły z domu, to ja zachorowałam na tęsknotę, bo oto dom zrobił się taki pusty i cierpiałam z powody „pustego gniazda”.

Mąż radził sobie lepiej, bo on jest w ciągłym biegu i nie ma specjalnie czasu na melancholię!

Pamiętam, że kiedyś wyszłam z domu, by zrobić jakieś sprawunki,  a  kiedy wróciłam do pustego domu, to się rozryczałam i długo nie mogłam się pozbierać ze smutku.

Musieliśmy się z Mężem nauczyć od nowa żyć, bo w domu pełnym ferworu jakoś, to wszystko się układało, a potem nastała cisza.

Trochę nam zajęło, aby dawać sobie przestrzeń i mówić do siebie już w całkiem innych sprawach, ale się udało.

Teraz już tylko obserwujemy z dystansu jak toczy się życie naszych Córek i ich rodzin.

Póki co wygląda to bardzo dobrze i życzę im dalszych lat w zgodzie, zdrowiu, miłości, szacunku do siebie, bo rodzina w życiu każdego człowieka  jest najważniejsza.

24 stycznia 2021 roku – my seniorzy będziemy obchodzili 45 rocznicę, a nasze Córki dopiero 13 i 14, a więc mają przed sobą całe życie i niech się też razem zestarzeją – tego im życzę z całego serca, aby na te starsze lata się wspierali.

A teraz napiszę jak bardzo jest mi szkoda moich wnuków i innych dzieci w dobie pandemii!

Ja pamiętam, kiedy byłam dzieckiem, to swoje wakacje i ferie, a także rok szkolny spędzałam na boisku z przyjaciółmi grając w piłkę, gumę, kapsle i dnia było mało!

Dzisiejsze dzieci są strasznie samotne z powodu koronawirusa, bo przyszło im spędzać czas przed komputerem.

Końca tego horroru nie widać, bo podejrzewam, że kiedy wrócą biedne dzieci do szkoły w tych cholernych maseczkach i z zachowaniem dystansu, to nie jedno dziecko wpadnie w depresję, bo ileż można!

Nienawidzę cię koronawirusie – zniknij – przepadnij i oddaj dzieciom dzieciństwo!

Obraz może zawierać: 2 osoby

Kościół i moralność!

Napiszcie i wytłumaczcie jak to jest możliwe?
Podobno ślub kościelny dany jest raz w życiu i na całe życie.
Czytam  w sieci, że córka śp. pary prezydenckiej – Marii i Lecha Kaczyńskiego znowu jest w ciąży i jeszcze przed porodem pragnie zawrzeć z ukochanym nr 3 ponownie ślub kościelny.
Puk, pukam się w głowę i nic nie pojmuję, bo inna para, której nie wyjdzie ma problem z uzyskaniem rozwodu kościelnego i czasami, to trwa bardzo długo.
Czy coś się zmieniło w temacie, że można wziąć więcej niż jeden ślub kościelny?
Wydaje mi się, że nie, ale w każdej regule podobno są wyjątki i kościół przymknie oko na taki drobiazg jak przysięga małżenska składana przed Bogiem i może Pan Bóg zrobił się mniej drobiazgowy.
Zachodzę w głowę, bo brałam ślub jeno w USC, gdyż bałam się, że w razie klapy w małżeństwie będę miała problemy z rozwodem i nie chciałam Boga oszukiwać!
Przyjmuję więc tezę, że za PiS-u można cudzołożyć, zdradzać, kłamać, a i tak kościół przygarnie taką owieczkę i ją uszczęśliwi!
Jedym słowem – sumując, to Marta Kaczyńska, co sobie pożyła i co sobie pożyła, to jej! 😀
Interesujące jest też to, że wciąż nosi nazwisko po ojcu, mimo, że już miała dwóch mężów. Powstaje pytanie, czy z trzecim mężem także zachowa słynne nazwisko po ojcu Prezydencie, bo to jest taki profit w razie wypłaty kolejnych transzy za zamach!
Niech Marta Kaczyńska żyje sobie jak „kce”, ale jak w tym wszystkim wygląda doktryna kościelna! 😀

Jeśli bóg istnieje, czekam na pierdolnięcie w czasie ślubu w wieżę kościelną.
Krzywoprzysięstwo stało się w PiSie normą.
Trzeci ślub. Drugi kościelny. Dwa rozwody. Jeden kościelny (dostaje sie go z powodu choroby psychicznej, nieskonsumowania małżeństwa czy „przymusu lub ciężkiej bojaźni”). Trzecie dziecko z innym. Zdrada w trakcie pierwszego małżenstwa i zajście w ciążę, co oznacza, że w trakcie małżeństwa miała romans. Wzięła ogromne odszkodowanie za śmierć rodziców w wypadku lotniczym, a nie zamachu na życie, jak chce PIS.
To ktoś, kto kreuje się na autorytet moralny i poucza innych, jak mają sie zachowywać i ubierać -felietony w „Sieci”, gdzie ostrzega przed masturbacją, pisze o seksie i o edukowaniu dzieci a także o nieodpowiednim stroju i nadmiernym korzystaniu z solarium.
Mnie nie obchodzi czyjeś życie. Ale dlaczego w czyimś oku widzi źdźbło a w swoim belki nie widzi? I jeszcze mnie poucza?
Bezczelna lewaczka
http://natemat.pl/244687,trzeci-slub-marty-kaczynskiej-ma-s…

Zdjęcie użytkownika Bezczelna lewaczka.

Nie dogadali się przed ślubem

Każda mama i każdy tata pragnie, by ich dziecko, albo dzieci były w dalszym życiu szczęśliwe, bo dobrzy i odpowiedzialni rodzice wychowują swoje dzieci po to, aby były ich przedłużeniem. Mają pragnienie, aby nie tylko zachowały ciągłość rodu, ale i aby się rozmnażały w szczęśliwych związkach. Każdy odpowiedzialny rodzic kiedyś tam pragnie zostać szczęśliwą babcią, albo dziadkiem, bo ten świat tak jest ułożony, że dzieci chowamy nie dla siebie.

Kiedy przychodzi nasze dziecko do domu i oświadcza, że się zakochało i pragnie małżeństwa, to następuje moment konsternacji, czy aby jest to dobry wybór. Czy ta druga osoba da szczęście i miłość naszemu dziecku i czy ono się sprawdzi w małżeństwie. Martwimy się, czy to jest dobry wybór i czy na całe życie. Taka troska jest naturalna, ale najczęściej staramy się akceptować wybór naszego dziecka, które uważamy za odpowiedzialne, mądre, empatyczne, bo tak je uczyliśmy przez całe swoje życie.

Planujemy więc ślub. Orkiestra, menu, sala i zapraszamy gości na ten najważniejszy dzień dla naszego dziecka i ten dzień ma być uroczysty, piękny i uwieczniony na filmach z wesela i zdjęciach i tu opowiem jedną z wielu historii i zacznijmy od ich chodzenia najpierw.

Marek i Paula spotkali się na jakieś dyskotece i od razu wpadli sobie w oko. Paula, śliczna dziewczyna z długimi, falującymi się włosami i pięknym, niebieskim spojrzeniu o skośnych oczach, a może to makijaż tak sprawiał. Marek wysoki, wyprostowany chłopiec, bardzo, bardzo przystojny, że dziewczyny za nim szalały, ale to Paula wpadła mu w oko i tak zaczęli ze sobą flirtować.

Owszem, potem trochę się kłócili, a kiedy Marek miał wątpliwości, co do tego związku, to Paula robiła wszystko, aby go przeprosić i chodziła za nim dotąd, aż jej przebaczył, bo to ona miała częstego focha.

Postanowili się pobrać i oznajmili to rodzicom, a więc zaczęły się przygotowania do ślubu, a ten ślub odbył się w kościele, a potem zaproszeni goście szaleli na weselu i było dużo tego gorzko, gorzko i wszyscy bawili się wspaniale.

Po uroczystościach młodzi się spakowali i wyjechali do Szwecji, bo Paula miała tam rodzinę, która miała możliwość wielką, aby się w Szwecji ustawili. Marek od razu miał pracę, jako dostawca towaru do dużych sklepów, ale Paula  przystąpiła do nauki, aby dostać się w Szwecji na studia  i to się jej udało.

Marek był trochę zawiedziony, bo nigdy Paula mu nie mówiła przed ślubem, że chce się dalej kształcić, ale kochał ją bezgranicznie i się na to zgodził. Ona studiowała, a on pracował. Wstawał codziennie o piątej rano, a kiedy wracał do domu, to nie zastawał w nim żony.

Nie gotowała mu i nie prała i jeśli chciał chodzić czysty i najedzony, to musiał robić to wszystko sam. Kiedy napomknął, że pragnie z nią dziecka, to ona autorytatywnie mu oświadczyła, że nie chce nigdy mieć dzieci i niech przestanie marudzić, a jak mu się nie podoba, to niech bierze rozwód, ale ona poda go o alimenty, bo będzie musiała finansować swoje studia. Oświadczyła dumnie, że  jak mu się nie podoba, to niech spływa do mamusi i tatusia.

Pojechał do mamusi i tatusia, ale się nie skarżył, choć rodzice widzieli, że schudł i jest przygnębiony, ale kazali mu jeszcze walczyć o związek, choć matka Marka wpadła w depresję z powodu nieszczęśliwego syna. Stwierdziła, że jedynym rozwiązaniem tego chorego związku będzie unieważnienie małżeństwa, gdyż Paula przed ślubem nie przyznała się, że nie będzie chciała zostać nigdy matką i żoną!

Kompletny misz masz dzisiaj – jestem nerwowa

Dzień dobry. 🙂

Tematów na bloga chyba nigdy nie zabraknie, bo wciąż coś się dzieje i wpadają do głowy różne myśli i przemyślenia, a także dlatego, że adrenalina wzrasta i aż chce się o tym klepnąć ze złością na blogu.

Od wczoraj borykam się z moim, ukochanym laptopem, który się na mnie wnerwił i nie wybija mi polskich literek z ogonkami, to znaczy ł,ą,ę,ś,ć i tak dalej, dlatego jestem wściekła, bo bardzo nie lubię, kiedy mi coś nawala.

Wpadłam w Google, ale wszystkie porady mi nie pomogły, to znaczy kombinacja klawiszy i takie tam. Wniosek z tego taki, że trzeba oddać sprzęt do naprawy, bo nie może tak być, że pisząc bloga trzeba kombinować jak koń pod górę.

Siedzę przy stacjonarnym komputerze i klepię, ale już się odzwyczaiłam od tej klawiatury i ciężko mi się pisze, ale przynajmniej mam niezbędne ogonki, bez kombinacji akrobatycznych i alpejskich.

Miałam się wiele razy pozbyć staruszka, ale coś mi podpowiadało, że może się przydać, bo te delikatne laptopy, choć wygodne tak kruche są. Często sama sobie radzę z usuwaniem problemów, ale tym razem mnie to przerosło i mam nerwa i niech idzie do lekarza!

Okej, naskarżyłam się tytułem wstępu, a teraz zmierzam do meritum.

Moje młodsze dziecko z mężem ma zaproszenie na wesela do brata męża. Wszyscy się cieszą, bo para młoda już nie jest taka młoda i sporo czasu zwlekali z tym uroczystym momentem, ale stało się i w sobotę powiedzą sobie sakramentalne „tak”.

Tylko wiecie ile kosztuje teraz to wszystko i nie tylko młodą parę, ale i gości, bo na przykład rodzina mojej córki już poniosła dość wysokie koszty, bo przecież trzeba kupić kieckę na okoliczność i nowy garnitur dla mężusia, bo ze swojego ślubnego wyrósł. Trzeba ubrać odświętnie też dzieciaki, które rosną jak na drożdżach. Oczywiście trzeba coś włożyć w kopertę, a więc koszty to są nie małe i jak średnio policzyłam, to na taką imprezę lekko już im poszło około 3 tysięcy złotych i nie ma to, czy tamto. Jakby nie oszczędzał, to w takiej sumie kalkuluje się i nie piszę tego z jakimś żalem, czy wyrzutem, a tylko dlatego, że takie mamy realia.

Wiem, że Córka za kieckę zapłaciła około 400 złotych, a i tak się za nią nachodziła, a mój zięć sprawił sobie garnitur taki, aby mu służył w przyszłości, a kosztował  około 1 tysiąca złotych. Ubranka dla dzieci i tak dalej, a więc chyba dobrze im te koszty policzyłam, ale co tam – żyje się raz, a młodej parze, którą znam, życzę szczęśliwego, miłego życia, bo jest tyle gór do zdobycia, a my rodzice z obu stron doszliśmy do wniosku, że młodych trzeba finansowo wspomóc, bo jeśli nie my, to kto? 😀

 

Myślał, że ożenił się z aniołem!

Andrzej zawsze po pracy biegł do domu jak szalony, aby przytulić swoją piękną żonę. Ada zawsze była pierwsza w domu i szykowała dla nich obiad, bo nie chcieli  się stołować  w mieście. Ada dbała o dietę, a więc też dietetycznie dla nich gotowała oraz strzegła, by ich wspólny posiłek był każdego dnia chwilą wyjątkową, tak jakby rytuał i za to Andrzej ją kochał z całych sił.

Ada była piękną brunetką, zawsze gustownie ubraną i umalowaną, a dbała o siebie dla niego, bo też widziała w nim mężczyznę przystojnego, schludnego, dla którego warto było się starać. Stanowili niezwykle udaną parę i kiedy wychodzili na spacer wzbudzali w przypadkowych przechodniach wiele sympatii i zainteresowania, bo tak wspaniale się dobrali i byli  niezłączną całością.

Nie mieli dzieci, choć wciąż się starali, ale jakoś im nie wychodziło. Andrzej po każdym teście uspokajał żonę i twierdził, że gdyby nie dane im będzie mieć dzieci, to jego uczucie będzie nie zmienne i dozgonne. Ada w takich chwilach przytulała się do niego i była bardzo milcząca.

Oboje mieli rodziców, których kochali, ale Ada częściej wyjeżdżała do swojej chorej matki, która wymagała jej opieki ze względu na fakt, że poruszała się o kulach. Ada od czasu do czasu sprzątała gruntownie jej mieszkanie i robiła większe zakupy. Mama Ady nie chciała, aby się tak dla niej poświęcała, bo miała pomoc społeczną, ale Ada nie mogła sobie odmówić, by z matką być nadal blisko, gdyż bardzo ją kochała. Po odejściu ojca do drugiej kobiety, matka wychowała ją sama i była jej za to wdzięczna.

Mijały lata, a dziecka jak nie było tak nie było i Andrzej pogodził się już z tym, a Ada mówiła, że wciąż się leczy i lekarz wciąż każe im próbować. Dobiegali oboje już do czterdziestki, ale wciąż się mocno kochali wspierając we wszystkim. Andrzej uważał, że znają się od zawsze jak łyse konie i mogą sobie w każdej kwestii ufać. Ada opowiedziała mu o swojej pierwszej miłości, którą był Robert, ale ten po dwóch latach znajomości ją zdradził i wybrał jej koleżankę jako partnerkę do życia. Andrzej miał dwie miłości, ale żadna nie przetrwała próby czasu i dlatego tak bardzo celebrował  miłość swoją do Ady.

Wyjechali na wakacje do Hiszpanii, bo zawsze tak robili, kiedy mieli urlop. Ada kochała słońce i godzinami potrafiła czytać na pięknej plaży, opalając się jednocześnie.  Andrzej biegał brzegiem morza i robił dużo wspólnych zdjęć. Odpoczywali i kochali się namiętnie, aż pewnego razu zadzwonił telefon i usłyszeli mrożącą w żyłach krew wiadomość, że matka Ady umarła w szpitalu z powodu zapalenia płuc.

Spakowali się i czym prędzej pojechali organizować pogrzeb, na który zjawiła się ich niewielka rodzina, a potem szykowali mieszkanie mamy do sprzedaży, gdyż nie mieli zamiaru go zatrzymać dla siebie. Mieli swój apartament, a więc sprawa była pilna. Postanowili sprzedać mieszkanie z meblami, a co nie potrzebne chcieli  uprzątnąć. Ada zajęła się dwoma, dużymi pokojami, a Andrzej zobowiązał się do uprzątnięcia piwnicy, a tam znalazł kilka, dużych kartonów, gdzie złożone były niepotrzebne książki i biuletyny.

Zaczął to wszystko przeglądać, aż natchnął się na pewien stary pamiętnik, zapisany charakterem pisma  jego żony. Im bardziej wgłębiał się w zapisane treści, tym bardziej kulił się ze zdumienia i czytał:

– Dawid to mój pierwszy kochanek. Straciłam z nim cnotę na wycieczce szkolnej. Było tak sobie.

– Kamil był moim kochankiem i kochaliśmy się na sianie. Nie wspominam tego dobrze, bo byliśmy kompletnie pijani.

– Z Jerzym zaszłam w ciążę, ale on nie chciał tego dziecka – (usunęłam i lekarza powiedział, że już nigdy nie zajdę w ciążę)

Andrzej zdębiał, bo czytając policzył, że jego żona przed ślubem przespała się z pięćdziesięcioma chłopcami, spotkanymi w różnych sytuacjach. Nie znał jej z tej strony, bo wiedział z opowiadań tylko o jednej nieudanej miłości i myślał, że jego żona jest kobietą aniołem.

Minęło kilka tygodni, a Andrzej nie mógł się pogodzić z tym czego się dowiedział o swojej, jak dotąd nieskazitelnej żonie, a kiedy go dotykała, kulił się z wstrętem i nie mógł się przełamać. Pewnego dnia, o poranku położył na stole, tuż przy porannej kawie zrobionej dla Ady, znaleziony pamiętnik i wyprowadził się z domu na zawsze!

Nasze 39 lat :)

 24 stycznia 1976 r. w mroźną zimę, bo nie taką jak tego roku, poszliśmy sobie ślubować i tak oto minęło nam 39 lat razem. Tak, tak to było, że szczeniakom zachciało się pobawić w małżeństwo, a dlaczego szczeniakom, ponieważ mieliśmy zaledwie po 20 lat. 

Było różnie, bo prosto i podłużnie, ale dziś daliśmy sobie całusa wdzięczności obopólnej, że wciąż razem trwamy i ciągniemy ten wózek jakoś, a czego sobie życzyliśmy? Tego, że jeśli uda się nam dotrwać do 40 rocznicy naszego ślubu, to zrobimy ogólne tańce i hulanki dla całej rodziny, a więc koniecznie to uczcimy. 

Dzień niby jak co dzień, a jednak inny, ponieważ włącza się proces wspomnień automatycznie i albumy poszły w ruch, a w nich jakże wiele uchwyconych chwil na pamiątkę dla potomnych. 

Chcę wesoło spędzić ten dzień, a więc na blogu też będzie wesoło i wkleiłam bardzo adekwatny clip do kabaretu, abyście i Wy uśmiechnęli się w dzień naszej radości.

To tyle i aż tyle 🙂

 

Józef Baran

Bajka o małżeństwie

tak długo płyną już tą łodzią
a wokół
wciąż ten sam krajobraz morski
i słowa jak mewy
przysiadają na rufie łodzi
na włosach rękach ramionach

budzą się o świcie
on zajmuje
miejsce z przodu
ona tuż za nim
siedzą tak blisko siebie że
co chwilę zapominają o swym istnieniu

wyrwani jak ze snu
znów siebie widzą słyszą
by po chwili zgubić z oczu
tak mija im dziesięć… dwadzieścia
trzydzieści lat

słychać tylko rytmiczny plusk wioseł
poruszanych ich rękami

Nigdy, ale to nigdy nie wiemy, komu przysięgamy, aż do śmierci

Mirek miał żonę i dwoje, bardzo udanych dzieci w wieku 6 i 4 lat. Tworzyli udaną rodzinę i wszystko się im dobrze układało. Żona Mirka pracowała i robiła to co lubi. Zawsze chciała być nauczycielką i uczyła młodsze dzieciaki w podstawówce. Mirek pracował na budowie i nieźle też zarabiał. Wiodło im się dość dobrze, a dzieci rosły zdrowo, a więc żyć i nie umierać. Tworzyli szczęśliwe małżeństwo, ale żona Mirka miała jeden kompleks.

Oglądała  siebie w lustrze i zawsze twierdziła, że ma tu i ówdzie za dużo. Obfite piersi i oponki bardzo ją denerwowały. Uważała, że pupa też jest zbyt duża, co eliminowało wszelkie sukienki, jakie miała w szafie. Ubierała się w zbyt duże rzeczy, aby zakryć te wszystkie niedoskonałości. Ubolewała i zazdrościła szczupłym kobietom, mogących sobie pozwolić na swobodny i kobiecy styl.

Wpadła na pomysł, że skoro urodziła już dwoje dzieci i po ciążach zostało jej za dużo, ma okazję, aby coś w swoim wyglądzie zmienić. Zaczęła się inaczej odżywiać i jeść mniej tłusto, a mieć w diecie  warzyw. Zapisała się na fitness i pilnie uczęszczała na zajęcia i dodała jeszcze zajęcia na basenie, raz w tygodniu. Po miesiącu zauważyła, że chudnie i zgubiła szybko pięć kilogramów. Była przeszczęśliwa, że swoją determinacją mogła na nowa wbić się w swoje, dawno nie noszone sukienki, a najbardziej cieszyło ją, że jej mała czarna już tak nie opinała jej ciała i wszystko wyglądało całkiem nieźle. Była szczęśliwa, choć trochę ją martwiło, że mąż milczał na temat jej odmiany i jej nie wspierał.

Postanowiła zrobić mu cudowny wieczór i pewnej spokojnej niedzieli, ubrała się w seksowną bieliznę i otworzyła ich ulubione wino i przy zapalonych świecach zaciągnęła męża do łóżka. Chciała mu pokazać, że zgubiła swoje kilogramy dla niego i uważała, że taka szczuplejsza będzie dla niego atrakcyjna i bardziej zwinna i gibka w małżeńskim łożu. Czuła, że żadna pozycja nie będzie dla niej już trudna i w pełni zadowoli swojego kochanka.

Po wszystkim jej mąż orzekł, że nie jest zadowolony, że schudła, bo wolał ją bardziej krągłą i kochał ją taką jaką była przed odchudzaniem i nie powinna więcej się odchudzać, bo go zawiedzie.

Po tych słowach w jej oczach pojawiły się łzy i wybiegła z pokoju łkając, że nie docenił jej wysiłku, a przecież ona się odchudziła nie tylko na siebie, ale i dla niego. Chciała być dla niego ponętną i zmysłową, a on ją skrytykował. Bolało ją to jak diabli, ale życie toczyło się dalej i nie chciała z tego powodu psuć ich małżeńskich relacji, a więc milczała. Odchudzała się dalej, ale już tylko dla siebie, bo tak lepiej się czuła – w tej swojej nowej skórze, a koleżanki z pracy też zauważyły, że tak bardzo się zmieniła – na korzyść.

Mirek dostał propozycję pracy za granicą. Miał budować ogromną tamę w Kanadzie i długo dyskutowali, czy powinien przyjąć ten kontrakt. Rozłąka żonie Mirka się nie podobała, ale ją przekonał, że dobre pieniądze pozwolą im na nowe życie. Miał w planie budowę nowego domu dla rodziny i chciał mieć pieniądze na kształcenie ich dzieci. Marzyły mu się zagraniczne wakacje i podróże w przyszłości, aby nie zgnuśnieć w szarym bloku i bez żadnych perspektyw.

Zgodziła się pełna niepokoju, bo wychowanie dzieci i cała codzienność spadłaby tylko na nią, ale czego się nie robi dla tego, aby kiedyś odbić sobie i żyć na bogato i bez problemów finansowych. Najbardziej podobał jej się pomysł własnego domu z ogrodem i odcięcie się od miejskiego chaosu. Może mąż ma rację – myślała, że warto poświęcić kilka lat wspólnego życia na rozłąkę. Cieszyło ją, że Mirek myśli o ich przyszłości i tak bardzo się stara.

Zaufała mu i Mirek pojechał, ale co dwa miesiące zjawiał się w domu i wpłacał duże pieniądze na konto, aby niedługo realizować ich marzenia o dobrym życiu we własnym, dużym domu.

Po trzech latach rozłąki nalegała, aby już zjechał na stałe do domu, bo pieniędzy jest dość, aby spełnić swoje marzenia. Tęskniła za stabilizacją, tym bardziej, że była zmęczona samotnością i pustym łóżku, gdzie zasypiała samotnie już tak długo.

Mirek się wymigiwał i prosił o jeszcze jeden rok, bo szkoda stracić tak dobrego kontraktu i takich wielkich pieniędzy. Ulegała mu i wciąż kochała, choć ubolewała, że nie jest obecny w jej życiu i dorastaniu ich dzieci.

Pewnego razu weszła na swoje konto na Facebooku i odebrała wiadomość od osoby zupełnie jej nie znanej. Ten ktoś nic jej nie mówił, ale ta wiadomość ścięła ją z nóg, a najbardziej zdjęcie kobiety, jakie jej przesłał:

Dalej z drżącym sercem przeczytała, że jej mąż jest feedersem i odczuwa satysfakcję seksualną w dokarmianiu kobiety sobie wybranej, aby wciąż ją tuczyć, by była coraz bardziej grubsza i podnieca go każda nowa fałda i cellulit. Jest to jego fetysz, z którego czerpie ogromne zadowolenie, namawiając kobietę do spożywania coraz więcej jedzenia.

Ten ktoś przepraszał, że zburzył jej poukładany świat, ale nie może znieść, że jest tak okłamywana i nagle ona zrozumiała, dlaczego jej mąż nie był zadowolony z jej odchudzania i boczył się, kiedy gubiła kolejne kilogramy.

Nie miała nic do stracenia, tylko spakowała wszystkie rzeczy i zabrała dzieci do zupełnie innego miasta, mówiąc im, że ojciec znalazł sobie inną kobietę. Było jej trudno, ale nie chciała już więcej mieć do czynienia z mężczyzną, który żył w innym wymiarze i ją permanentnie okłamywał.

Rozwód i alimenty otrzymała szybko, a mąż jej przyznał, że ma defekt i mimo wielkich starań nie może uwolnić się od tego fetyszu i nie doszłoby do tego, gdyby jego żona się chorobliwie nie odchudzała.

Udawana depresja?

Zbyszek nie pił wcale alkoholu. Nie palił papierosów i nie spotykał się z kumplami na żadne mecze w pubie i nie gadał z nimi o kobietach. Nie bywał i nie łowił ryb, ani nie pasjonował się motoryzacją, bo Zbyszek chodził tylko do pracy i był dobrym księgowym. Kochał swoją robotę i wolał, aby nikt mu w niej nie przeszkadzał.

Kiedy poznał kobietę swego życia Elę, wiedział, że to jest ta jedyna i żadna inna. Prężył się jak prawdziwy facet, aby tylko zaprowadzić ją do ołtarza. Nie chciał marnować swojego czasu na poszukiwanie innej kobiety, bo Ela była dla niego idealną partnerką.

Ela też zauważyła w nim same pozytywy, bo nie pił i nie palił, a kumple dla niego nie istnieli. Spodobało się jej w nim, że jest skromnym człowiekiem, pragnącym rodziny, a więc żony i dzieci.

Ślub był po roku od poznania, bardzo skromny, na który zaproszono najbliższą rodzinę i kilkoro przyjaciół. Wesele też bardzo skromne, bez pompy.

Ela nie chciała tych wszystkich zabaw po północy, tych oczepin, bo do niczego nie było jej to potrzebne. Kupiła sukienkę na ślub, bardzo praktyczną, aby mogła w niej się pokazać gdzieś jeszcze. Najważniejsza dla niej była jej miłość do męża, a także jego czułość.

Po dwóch latach od ślubu nastąpił wielki dzień, bo Ela urodziła bliźnięta – chłopca i dziewczynkę, bardzo do siebie podobnych. Skakali oboje z radości i choć ich mieszkanie nie było za wielkie, wiedzieli, że sobie poradzą i dzieci będą miały najlepszą matkę i ojca.

Dzieci rosły zdrowo, ale w pewnym momencie Ela zauważyła duże zmiany w zachowaniu swojego męża. Nagle stał się jakby nieobecny i wciąż zamyślony. Zauważyła jego oddalenie od domowych spraw i wycofanie się z domowych obowiązków.

Poszedł do lekarza, który stwierdził u niego głęboką depresję. Dostał dawkę leków, które musiał zażywać do końca życia. Tak zalecił lekarz, bo depresja nie leczona prowadzić może do bardzo destrukcyjnych zachowań.

Po latach przyznał się Eli, że zawsze miał skłonności do obniżonego nastroju, ale nie wiedział, co mu właściwie jest.

Była dla niego psychiatrą i psychoterapeutką. Wspierała go i chodziła wkoło niego na paluszkach. Robiła sama wszystko w domu i jak mogła go wspierała, podając do łóżka śniadanie. Była gotowa na więcej. Kiedy dzieci dokazywały w domu, uciszała je, aby nie denerwowały ojca.

On często wyjeżdżał do sanatorium, aby leczyć swoje skołatane nerwy. Czekała na niego, a w między czasie zajmowała się swoim ukochanym ogrodem, bo ogrodniczka z niej była przednia. Uwielbiała swój ogród, w którym zapominała o wszystkim. Dzieci poszły do szkół,  a Ela, aby zapomnieć o pustym gnieździe uciekała w sadzenie i przesadzanie, kiedy jej mąż odpoczywał na tarasie ją obserwując.

Bywały momenty, że się zrywał i i biegł do łazienki i wymiotował. Wymiotował, bo bał się życia i przyszłości i potem się kulił i zwijał w kłębek i leżał tak godzinami, wpatrując się w sufit. Nie docierały do niego żadne argumenty, że powinien wziąć swoje życie w garść i się nie poddawać.

Nastał czas, że poczuł się po nowych lekach bardzo dobrze i zbliżała się ich 25 rocznica ślubu. Ela wpadła na pomysł, aby to jakość fajnie uczcić. Chciała odmiany i chciała być blisko swojego męża. Pragnęła czułości i bliskości.

Znalazła w internecie bardzo interesującą propozycję, bo masaże, basen i wieczór przy świecach z muzyką na skrzypcach. Potem wymarzyła sobie namiętną noc, bez dzieci i telefonów. Spokój i namiętność z mężczyzną swojego życia. Bardzo tego pragnęła po tylu latach wspólnych zmaganiach z chorobą męża.

Kiedy mu oznajmiła, że wyjeżdżają, bo ona wszystko zapięła na ostatni guzik i pragnie z nim spędzić miłe chwile, jej mąż znalazł tysiące wymówek, aby tylko nie jechać. 

Twierdził, że boi się, bo może znów poczuje się źle, a może lepiej zostać z dziećmi, a po co wydawać tyle pieniędzy itp.

Minęły dwa tygodnie, kiedy Ela odwołała ten ośrodek z masażami. Trochę straciła finansowo, ale to  nie było ważne. Nagle spostrzegła, że jest niczym obok tego mężczyzny miłości jej życia. Nagle go znienawidziła i stwierdziła. że straciła swoje życie obok kogoś, kto nią manipulował i wykorzystywał. Poczuła się podle i źle i już go nie chciała. Obojętne było jej to, czy ta depresja była prawdziwa, czy to był raczej udawany spektakl, że jej nigdy nie kochał.

Po roku otrzymała rozwód. Dzieci sobie świetnie radzą, a Ela wciąż poszukuje smaków życia, bywając często w kinie, teatrze, bo może tam spotka prawdziwą miłość.

Chodzą słuchy, że mąż Eli też odkrywa nowe życie i poszukuje nowej, życiowej miłości, ale czy nabierze ją na swoją depresję – któż to wie.