Archiwa tagu: patologia

Roszczeniowe społeczeństwo!

Między ciszą, a ciszą – drzewa się kołyszą, a blogerzy sobie piszą!

Mam pytanie do ludzi urządzających sobie życie w PRL-u i do tych pracujących w tamtych, ciężkich czasach.

Czy mieliście wsparcie finansowe ze strony tamtejszego rządu?

Ja pamiętam, że to było tak:

W 1975 roku zaczęłam pracę zawodową, a potem ślub i dzieci.

Bywało naprawdę ciężko choć Mąż także pracował, ale dla młodego małżeństwa na dorobku, kiedy rodzice też słabo stali finansowo, to trzeba było kombinować jak koń pod górę.

Jeśli już byliśmy przyciśnięci do muru, to pisaliśmy prośbę o udzielenie nam pożyczki zakładowej, którą trzeba było spłacić i także szliśmy do banku po wsparcie finansowe i to też trzeba było spłacić z odsetkami!

Nie było żadnych bonusów dla rodziny i trzeba było żyć z tych pieniędzy jakie zapracowaliśmy!

Dodatkowo wielu z nas miało działki ogrodnicze, gdzie na własne potrzeby sialiśmy i zbieraliśmy plony, by przeżyć.

Biegałam codziennie po mleko od krowy i robiłam sama ser twarogowy, a także stałam przy stolnicy i kroiłam domowy makaron, a zbiory z działki pakowałam do słoików i zamrażarki.

Gospodarzyło się, aby było taniej, a nie wszystko wówczas w sklepach było!

Wprowadzono w Polsce Stan Wojenny i staliśmy w kolejkach za chlebem, masłem, butami, a do tego dostaliśmy kartki na żywność!

Robiłam na drutach szaliki i czapki dla dzieci oraz swetry.

Pomagała mi Teściowa, która miała pojęcie o szyciu, a także dziergała, bo w sklepach nie było nic! Ocet był!

To były trudne czasy, ale byliśmy ambitni i nagle doczekaliśmy się takich czasów, kiedy ludzie stali się roszczeniowi, bo ten rząd im daje kasę bez ograniczeń i oni  do roboty za cholerę nie pójdą!

Zdemoralizowali społeczeństwo i czytamy takie kwiatki, kiedy ludzie już się przyzwyczaili, że kasa im się należy!

Wiele razy na blogach dyskutowaliśmy, że ten sposób wsparcia rodzin powoduje patologię i tak się stało, bo czytamy:

„Nie rozumiem was. Po co mam z mężem pracować jeśli Państwo daje nam pieniądze. Mamy po 500+ na 4 dzieci. Miasto nam płaci za mieszkanie. Z caritas mamy jedzenie. Ja nie pracuje i mąż też więc mamy socjal na siebie a mąż ma jeszcze rentę bo ma problemy z alkoholem. Z mopsu też nam dają. Więc po co mi piszecie ze mam iść do pracy. Mamy prawie 7 tyś zł dla siebie bo ubrania też nam dają z Alberta. Jedynie co to za wakacje sami płacimy sobie bo dzieci z mopsu mają kolonie”.

Pracownicy socjali i ich dylematy.

Ja wiem, że tekst jest długi, ale może przeczytacie odrobinę, by mieć pojęcie o tym, co w Polsce się dzieje:

ANETA WAWRZYŃCZAK , 10 października 2019
Te pieniądze nam się po prostu należą.
Pracownicy socjalni nie mają wątpliwości – ludzie są nauczeni, że dostają pieniądze za to, że po prostu są. To jest najgorsze, co od nich słyszymy: „Bo mi się należy”.

– Wie pani, dlaczego wymyślono zawód asystenta rodziny? Żeby ktoś miał gorzej od pracowników socjalnych? – Paweł opowiada branżowy dowcip.

– Dobre! Jutro opowiem koleżankom – śmieje się Patrycja, gdy powtarzam jej ten gorzki żart. Ona, tak jak Paweł, również jest asystentką rodziny. Pracuje w średniej wielkości mieście na Opolszczyźnie. Dziewczyna szybko poważnieje: – Niestety, muszę się z tym zgodzić.

Asystentką rodziny jest od dwóch lat. Skończyła pedagogikę resocjalizacyjną, chciała pracować w zawodzie, ale w okolicy o to trudno. W Ośrodku Pomocy Społecznej akurat pojawiło się ogłoszenie o wakacie, stwierdziła: czemu nie.

– Myślałam, że ta praca będzie polegała na wspieraniu rodzin, uczeniu niezaradnych życiowo ludzi, jak coś ugotować, zaplanować budżet, opiekować się dziećmi, załatwić sprawy urzędowe…

– Współczesna praca u podstaw?

– Dokładnie. Trochę jak dobra ciocia, która uczy i pomaga. A okazało się, że muszę być bardziej jak policjant, który wszystko kontroluje.

Klient

Asystenta rodziny wprowadziła ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej z 2011 roku. Przydzielani na wniosek pracownika socjalnego albo decyzją sądu rodzinnego, na co dzień pracują bezpośrednio z rodzinami w kryzysie i problemami opiekuńczo-wychowawczymi. Pomagają znaleźć pracę, planować wydatki, uczą funkcjonowania z ogólnie przyjętymi normami.

Mają odciążyć pracowników socjalnych, którzy „pomagają osobom i rodzinom przezwyciężyć trudne sytuacje życiowe”, „wspierają klientów pomocy społecznej w procesie usamodzielnienia i integracji społecznej”, jak pisze o nich Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. To przez ich ręce przechodzi też pomoc rzeczowa i transfery socjalne: zasiłki, 500+, świadczenia dla klientów (wcześniej zwanych podopiecznymi, określenie to jednak odchodzi do lamusa jako stygmatyzujące).

Adam w Ośrodku Pomocy Społecznej w gminie wiejskiej na południu Polski zatrudnił się prawie 10 la temu.

– Idealistycznie miałem wizję, że będę potrzebny ludziom, że będą się cieszyć z moich wizyt, razem będziemy szukać rozwiązań problemów. Wyobrażałem sobie, że wyposażony w wiedzę ze studiów dam im wędkę, a nie rybę, że będę ich mentorem – opisuje Adam.

Jego wizja rozbiła się o kant rzeczywistości.

– Wszystko, czego uczyłem się na studiach, okazało się niepotrzebne, przestarzałe, archaiczne, odrealnione – wyjaśnia.

Od prawie 10 lat widzi to na co dzień: teoria nijak ma się do praktyki.

– Pracę z klientem i kontrakty socjalne można wywalić na śmietnik. Ludzie chcą pieniędzy i wolności. Najlepiej, aby im tylko dawać i o nic nie pytać. A wymagania socjalne, plan pracy, działania można zastosować u jednej na 10 rodzin. Czuję się jak bankomat, który ma dać kasę i wyjść – podkreśla Adam.

Paweł ma za sobą pracę w domu pomocy społecznej, był też pracownikiem socjalnym w OPS. Wspomnienia?

– Okropne. Kiedyś powiedziałem szefowej, że jeśli jeszcze raz zobaczę luksusowy sprzęt u klienta, to zacznę krzyczeć. Byłem u rodzin, które na bezczela chodziły po zasiłek, a w domach miały kuchnie za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Byłem też w rodzinach naprawdę biednych, w których dochód nie pozwalał na udzielenie pomocy, bo był niewiele wyższy od kryterium i serce pękało.

Z pracownika socjalnego Paweł przebranżowił się na asystenta rodziny.

– Przez pierwsze pół roku myślałem, że oszaleję. Ciągle ci sami klienci, kłopoty, żadnych zmian, płaca tragiczna. Ale teraz jest już lepiej, tylko kasa dalej zła, ale lubię tę pracę – mówi.

– Mam 6 lat doświadczenia w pracy w terenie i czasami tracę nadzieję w ludzi – przedstawia się Weronika z Zagłębia.

Gdy trafiła do OPS, najpierw przeraziła ją papierologia i natłok informacji. Do tego doszło przejęcie sprawami klientów. Szczególnie zapadł jej w pamięć mężczyzna na wózku inwalidzkim, mieszkał kątem u znajomych, utrzymywał się z zasiłku. Weronika prywatnie przekazała mu torbę ubrań od ojca.

– Był bardzo wdzięczny. Kilka lat później spotkaliśmy się przypadkiem pod sklepem, pamiętał o tych ciuchach i jeszcze raz dziękował – opowiada. – W takich chwilach czuję, że robię coś ważnego. Niestety, są rzadkie.

Wpis przemycony z grupy na Facebooku (nazwy nie podano). Administratorka Kinga stwierdza (pisownia oryginalna):

„Nie rozumiem was. Po co mam z mężem pracować jeśli Państwo daje nam pieniądze. Mamy po 500+ na 4 dzieci. Miasto nam płaci za mieszkanie. Z caritas mamy jedzenie. Ja nie pracuje i mąż też więc mamy socjal na siebie a mąż ma jeszcze rentę bo ma problemy z alkoholem. Z mopsu też nam dają. Więc po co mi piszecie ze mam iść do pracy. Mamy prawie 7 tyś zł dla siebie bo ubrania też nam dają z Alberta. Jedynie co to za wakacje sami płacimy sobie bo dzieci z mopsu mają kolonie”.

– Znam ten post – mówi Patrycja. Z doświadczenia wie też, że nie jest to przypadek odosobniony. – Czasem klienci pytają mnie, czy mi się chce, a przede wszystkim opłaca chodzić do pracy. Bo oni siedzą w domu, mają 500+, dodatek rodzinny, dorobią sobie na czarno. I po co mają coś zmieniać, skoro im się należy? – opowiada.

To właśnie oni mają najwięcej pretensji, nieraz też straszą, że pójdą do „mediów albo prezydenta”.

– Staram się im uzmysłowić, że to tak nie działa, ale sytuacja jest patowa, bo ludzie są coraz bardziej roszczeniowi. A obrywa się nam – mówi Patrycja.

Dodaje, że niektóre rodziny rzeczywiście są niezaradne.

– Ale wydaje im się, że wszystko robią dobrze, nie chcą pomocy, ciężko się przebić przez mur, który stawiają wokół siebie. Są ludzie, którzy naprawdę potrzebują pomocy, sami przychodzą o nią poprosić i naprawdę ją doceniają. I są tacy, którzy kombinują, jak się tylko da – wyjaśnia.

Wpis administratorki Kingi pokazuję Weronice.

– Kiedyś słyszałam, że rodziny żyjące z pieniędzy z ośrodka, żyją w ten sposób od pokoleń. Nie wierzyłam. Teraz podpisuję się pod tym. Starsze koleżanki niejednokrotnie prowadziły mamy swoich klientów, teraz prowadzą ich dzieci. Przychodzą matki z córkami w ciąży. I mówią: „proszę jej pomóc, bo nie ma za co kupić wyprawki”. Pokoleniowe korzystanie z pomocy staje się patologiczne.

Swój sposób na podobne sytuacja opisuje Magda z OPS w miasteczku z zachodniej Polski.

– Jak klientka przychodzi z dzieckiem, to proszę, żeby wróciła sama. Żeby dziecko nie widziało, że nie zarabia się pieniędzy w pracy, tylko przychodzi do pani w ośrodku – wyjaśnia.

To Magda mówi najwięcej o pozytywach pracy asystenta rodziny.

– Chwile, kiedy klient wychodzi z alkoholizmu, idzie do pracy, zmienia tryb życia, rekompensują cały trud drogi, którą trzeba było razem z nim przejść – zapewnia. I podaje przykład klientki, którą poznała tylko po głosie. – Rzuciła mi się na szyję z radością, w pierwszym momencie nie wiedziałam, kto to jest. Zadbała o wygląd zewnętrzny, poszła do pracy, wyszła na prostą. A sytuacja była naprawdę bardzo trudna.

Agata z małego miasta w centralnej Polsce skończyła resocjalizację i terapię pedagogiczną, jest asystentką rodziny. – Myślałam, że to wdzięczna praca, żeby ludzie z problemami mogli się wygadać i poradzić. Okazało się, że jesteśmy na pierwszym froncie. To są przypadki najcięższe, patologia w patologii. I działaj cuda, człowieku – mówi.

Te przeważnie nie wychodzą.

Agata: – Czasem jest to walka z wiatrakami. Trzeba ciężko pracować, żeby ludzie zobaczyli, że mogą zrobić coś ze swoim życiem, a nie zawsze się to udaje. Ja ich nie winię, bo nieraz wychodzą z tak strasznych domów, że wcale się nie dziwię, że nie potrafią normalnie funkcjonować.

– Powiedziała pani: czasem.

– Bo większość jest naprawdę bardzo wdzięczna. Najbardziej mnie cieszy, jak rodzina wychodzi na prostą. Na przykład: matka alkoholiczka, niemoralnie się prowadząca, przestaje pić, zaczyna interesować się dziećmi, kupować im przybory szkolne. I to jest sukces.

Angelika pracuje w OPS w małej gminie wiejskiej, prowadzi stronę dla pracowników socjalnych i asystentów rodziny na Facebooku (8 tys. obserwujących). Jest przekonana, że sukcesy są rzadkie, a praca syzyfowa.

– Frustruje mnie alkoholik, który zaczął żyć jak każdy człowiek szanujący się, był umyty, miał czyste ubranie, jadł i mieszkał w przyzwoitych warunkach. Teraz powrócił do nałogu, co chwilę widuję go poobijanego, z ranami od bójek. To podcina skrzydła i pokazuje, że większość klientów wraca do swoich starych przyzwyczajeń i przysłowiowo: „kopią sobie groby” – wyjaśnia.

I dodaje: – Można jedynie patrzeć z boku i znowu załatwiać szpital, DPS, usługi opiekuńcze, kiedy będzie trzeba. Ta praca na tym polega, nawet jak podopieczny zawiódł. Tam, gdzie inni widzą alkoholika, wyrzutka społecznego, zjawia się pracownik socjalny i wyciąga z najgorszego bagna, narażając nieraz swoje życie – mówi Angelika. – Ale wszystkich się nie da uratować, bo nie każdy chce. Nie można nikogo do niczego przymusić.

Do Pawła klienci telefonują w weekendy, późnym wieczorem, w czasie urlopu.

– Czasem odnoszę wrażenie, że uważają mnie za swoją własność. Jedna kobieta dzwoniła w środku nocy zapytać, co z dodatkowymi 150 zł, na które liczyła. Okazało się, że nie spełnia kryterium, bo na koncie ma kilkadziesiąt tysięcy złotych wyrównania za rok zasiłku wychowawczego na 10 dzieci. Liczyła, że może się uda jeszcze jakąś kasę wyciągnąć. Bo jej się „z łopieki należy”.

System

Według Adama chodzi nie tyle o biedę, ile o nieumiejętność gospodarowania oraz/lub umiejętność wykorzystywanie luk w systemie.

– Kłamią, pracują na czarno, oszukują. Bo system na to pozwala, nagradza kombinujących, niepracujących, alkoholików, którzy nie mają motywacji do uczciwej pracy – uważa Adam.

Magda ma w sobie dużo wyrozumiałości nawet dla takich klientów.

– Staram się z tym walczyć, ale rozumiem, że jak ktoś kombinuje, to widocznie coś takiego się zdarzyło, co go tego nauczyło. Moim zdaniem to nie jest wyłącznie jego wina. Dlatego nigdy nie stygmatyzuję i nie przekreślam człowieka, nawet jak widzę, w jakich chodzi ubraniach, jak ma w domu.

– To znaczy?

– Że żyje na dobrym poziomie, a wyciąga rękę do pomocy społecznej. Co wcale nie jest tak łatwe, jak nam się wydaje: trzeba przyjść, wpuścić nas na wywiad, przedłożyć dokumenty, przejść całą biurokrację. To też wymaga wysiłku.

Tych klientów jest jednak coraz mniej. Tak wynika z obserwacji Magdy.

– Zauważyłam nawet, że matki w rodzinach wielodzietnych rzadziej korzystają z pomocy. Mają 500+ i nie przychodzą po dodatkowe świadczenia.

Inni rozmówcy mają odmienne doświadczenia.

– Ludzie są nauczeni, że dostają środki za to, że po prostu są. Nauczyliśmy ich rozdawnictwa. To jest najgorsze stwierdzenie: „bo mi się należy”. Dlatego jestem za tym, by 500+ dawać rodzinom, w których chociaż jedna osoba pracuje – mówi Weronika.

Patrycja: – Ludzie wychodzą z założenia, że przyjdzie asystent, pójdą do pomocy po pieniądze, mogą coś uzyskać, nie robiąc nic w zamian. Ja od nich czegoś oczekuję, żeby podjęli pracę, zmienili coś w swoim życiu. A oni wychodzą z założenia: po co, skoro państwo im da? To największa wada pomocy społecznej.

Ale nie jedyna.

– Nieraz jesteśmy bezsilni wobec systemu. Jest za dużo papierologii. Zamiast spędzać czas z rodziną i jej pomagać, siedzi się i pisze do urzędów, sądów. Bywa, że interwencja potrzebna jest „na już”, ale a decyzję sądu czeka się dwa lata – mówi Agata.

– Pomoc społeczna w Polsce w 90 proc. to wypełnianie dokumentacji, dbanie o to, aby każdy świstek się zgadzał, bo można mieć kontrolę i zostać ukaranym finansowo – potwierdza Angelika.

Magda: – Biurokracja nas zabija. Czasami skupiamy się bardziej na tym, żeby dokumenty były, jak trzeba, niż na człowieku.

Kolejny problem to nawał pracy. Asystenci rodziny mogą mieć maksymalnie 15 rodzin pod opieką. I tyle mają. To i tak za dużo.

– Optymalnie byłoby około dziesięciu. Wtedy miałoby się czas dla każdej rodziny. Mówi się, że do tej pracy potrzebni są ludzie z powołania. Ale nawet ci z powołania się wykruszą, jak zobaczą realia – mówi Agata.

U pracowników socjalnych wcale nie jest lepiej.

Angelika: – Zamiast 50 środowisk, które gwarantować ma nam ustawa o pomocy społecznej, pracownicy socjalni mają przynajmniej drugie tyle. Za tym nie idą dodatkowe pieniądze. Ludzi potrzebujących jest dużo, a pracownik socjalny tylko jeden.

Adama szczególnie uwiera co innego: – Nie mamy żadnego prestiżu. Jesteśmy poniżani, wyśmiewani, wymaga się od nas cudów. Nie ma współpracy między instytucjami, komisja ds. rozwiązywania problemów alkoholowych, policja, służba zdrowia – wszyscy nam wrzucają wszystko w nasze kompetencje. „Bo wy możecie”. A my co mamy zrobić, jak wszędzie są procedury, oczekiwanie? Boimy się wójtów, burmistrzów i radnych, którzy potrafią przyjść i kazać pomóc tej i tej osobie.

– Dlaczego?

– Klient to potencjalny wyborca, który ma rodzinę. A wójt boi się stracić głosy, więc wysyła delikwenta do „opieki”, by mu coś przyznać. Dostaje 100-150 zł i wszyscy są szczęśliwi. Tak samo radny – może obciąć dofinansowanie budżetu, zatrzymać podwyżki wypłat itp.

Patrycja zwraca uwagę na to, że asystenci rodziny nie mają czasu pracy „od do”, tylko zadaniowy.

– Nie raz siedzimy do 20 u klientów, raz mi się zdarzyło do 22, bo była interwencja policji. A później to wszystko siedzi w głowie, nie mogę zasnąć, martwię się, czy z dziećmi wszystko okej. To jest normalne w tej pracy, ale nie mamy dostępu do psychologów i superwizji. Nie ma z kim pogadać o tym, że się odbijamy od ściany, poradzić, co robić dalej.

Paweł potwierdza: – Klient na wizycie mówi, że chce popełnić samobójstwo. Nie wiadomo, co zrobić, siedzę, rozmawiam, wzywam karetkę. Nie biorą go, bo mówi, że zmienił zdanie. A ja siedzę z nim do późnego wieczora, później dzwonię. Rano kolejna wizyta i ustalenie terminu do psychiatry. Gdy rodzice są pijani, trzeba zabezpieczyć, czyli przekazać dzieci np. dziadkom. To wielkie obciążenie.

Pieniądze

– To niezwykle ważny zawód przyszłości. Dzięki niemu kanalizują się wszelkie napięcia w patologicznych społecznościach lokalnych – mówił w 2017 roku w rozmowie z „Business Insider” prof. Julian Auleytner, ekonomista i specjalista od polityki społecznej. Miał na myśli pracowników socjalnych. Dziś można podpiąć pod to również asystentów rodziny.

– Mamy spory deficyt wśród pracowników pomocy społecznej. O tym problemie się w ogóle nie mówi. Druga sprawa to wypalenie zawodowe i biurokracja, która zniechęca do tego zawodu. Jeśli dodamy do tego wszystkiego niską renomę pracownika opieki społecznej, mamy murowaną katastrofę – dodał profesor.

Paweł nie raz myślał, żeby rzucić zawód asystenta rodziny. Sam już ledwo żyje, żeby związać koniec z końcem, ma jeszcze trzy dodatkowe zajęcia.

– Ale kocham tę robotę za drobne rzeczy, kiedy to, o co walczyłem, zaczyna grać: dziecko idzie do przedszkola, rodzice zabierają je na bilans, ktoś znajduje pracę. Bo najczęściej pracujemy z rodzinami alkoholowymi, z zaburzeniami psychicznymi, w których każda bzdura jest mega sukcesem – wyjaśnia.

Trudno mu jednak zapomnieć o tym, co go w jego własnej pracy boli: braku dodatkowego urlopu, dodatku terenowego, kasy za paliwo i pranie, odzieży ochronnej, telefonu komórkowego.

Agata dodaje: – Człowiek jest po studiach, wykształcony, pracuje uczciwie. A klientom rozdaje się dużo większe pieniądze. Do niedawna na widok stanu konta na koniec miesiąca chciało mi się płakać.

Była już Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej niedawno przyznała: wynagrodzenia pracowników socjalnych są za niskie. Z badania przeprowadzonego przez resort latem 2018 roku wynika, że średnio pracownik socjalny w Ośrodku Pomocy Społecznej zarabia 2635,35 zł brutto (niecałe 1950 zł na rękę), w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie o prawie 30 zł mniej.

Asystenci rodziny mają jeszcze gorzej – w przeciwieństwie do pracowników socjalnych nie przysługuje im dodatek za pracę w terenie (250 zł).

Rozwiązaniem ma być przyznanie pracownikom socjalnym podwyżek za wysługę lat: po 10 latach pracy o 10 proc., po 20 latach – o 20 proc.

Pytanie, ilu z nich dorobi się takiego stażu.

Bo Adam na przykład ciągle boryka się z wypaleniem zawodowym. – Chcemy pomagać, a jesteśmy wypłatomatami. W starciu z klientem pracownik jest przegrany, liczy się słowo podopiecznego, mimo że kłamie i oszukuje. Konsekwencje są takie, że spada chęć do pracy – mówi.

Także wtedy, gdy przychodzi przelew na konto.

– Zarabiam 2482 zł, z wysługą lat, plus dodatek za pracę w terenie 250 zł. Czy to aż tak dużo? Nieraz zastanawiamy się, po co pracujemy, skoro ludzie, którzy nie skalali się pracą, mają wyższe świadczenia, niż nasze wypłaty – stwierdza z wyraźną goryczą.

Weronika z koleżankami i kolegami z ośrodka nie mogą się doprosić o podwyżki.

– Dostajemy odpowiedź, że są realizowane systematycznie. To znaczy wtedy, gdy idzie najniższa krajowa w górę. Bo u mnie w OPS dużo osób pracuje za 2250 brutto. Czyli za zasiłek z tytułu zatrudnienia, jak nazywamy nasze wypłaty – śmieje się gorzko.

Sama odwiedza klientów, widzi, jak żyją. – Często mają więcej wartościowych rzeczy w domu niż ja – stwierdza. I wylicza: ona nie ma zmywarki, telewizora 50’’, nowego laptopa dla syna, nie wyjeżdża za granicę, nawet na polskie morze ją nie stać. – Wynajmuję mieszkanie, dochód rodziny nie pozwala mi na dodatek mieszkaniowy. Nie jestem objęta pomocą ośrodka, gdzie pracuję, bo przekraczam kryterium. A przychodzi mi klient i opowiada mi, że spędził wakacje w Tunezji. To naprawdę boli.

Agata też to zna, kiedyś klient zapytał ją, czy nie lepiej byłoby siedzieć w domu. Odpowiedziała: „wtedy nic bym nie miała, nie przysługują mi świadczenia”. I jeszcze: „mam dwie ręce, mogę pracować, trzeba mieć też choć trochę godności”.

– Co on na to?

– Wzruszył ramionami.

Magda: – Czuję w tym niesprawiedliwość społeczną. Moja praca wymaga wiele wysiłku, przerabiam wiele problemowych spraw, nierzadko kosztem swojego zdrowia, także psychicznego, a ktoś przyjdzie do kasy i lekką ręką weźmie pieniądze. Ale nie mam żalu do tych ludzi, tylko do systemu, głównie systemu wynagrodzeń. Każdy z nas chciałby godnie, odpowiednio do wysiłku zarabiać.

Patrycja: – Skoro sami tak mało zarabiamy, to jak mamy przekonywać ludzi, żeby szli do pracy? To jest trochę uwłaczające, że klienci nie muszą robić nic i mają wszystko. Nieraz przychodzi myśl, żeby rzucić robotę w cholerę, iść na bezrobocie, do opieki, powiedzieć: mi się należy.

  • Imiona wszystkich bohaterów zostały zmienione. Zgodzili się opowiedzieć o swojej pracy tylko pod tym warunkiem.

 

PiS ośmielił lumpów i patologię!

Dwa, albo trzy dni temu telewizja pokazała małego chłopca, który sobie spacerował na okiennym parapecie na zewnątrz wysokiego piętra.

Gdyby nie szybka reakcja kobiety, która to zdarzenie zauważyła, to by się zakończyło tragedią.

Szybko powiadomiła służby i okazało się, że dziecko było bez opieki, gdyż ojciec spał pijany jak świnia!

PiS ośmielił lumpów dając im kasę na chlanie w bardzo wielu przypadkach, bo lumpy mają teraz za co chlać, a do roboty się nie garną.

Czytając i oglądając media mam wrażenie, że patologia się szerzy właśnie wśród młodych ludzi, którzy uważają, że wszystko im się od państwa należy, bo taki system rozdawnictwa spowodował, że pukają do wszystkich drzwi, aby tylko tę kasę dostać.

Coraz częściej się słyszy, że pijani rodzice znęcają się nad swoimi dziećmi. Ojcowie przypalają je papierosami, kopią, rzucają o ścianę i się po prostu pod wpływem wyżywają, choć kasa na konto płynie.

Często matki nie są lepsze!

Jest kasa na chlanie, a nie na jakieś tam dziecko,  które jest przeszkodą, kiedy od rana trzeba zrobić klina, a nie kupić mleko dla dziecka.

Po co się w tym kraju uczyć teraz, kończyć studia, szukać roboty, skoro wystarczy narobić sobie dzieci i mieć socjal od tego rządu!

Oczywiście nie generalizują, bo są rodzice, którzy to 500+ przeznaczają faktycznie dla swoich dzieci i im tej kasy nie podbierają.

Wydają je na wakacje, na szkolne wyprawki, na ubrania i zabawki, ale to są ci ludzie, którzy są odpowiedzialni i kochają swoje dzieci.

Jeśli ktoś mnie pyta, czy moje dzieci przyjmują 500+ i ma do mnie pretensje, że ja ten program krytykuję, to odpowiadam, aby ktoś mi wskazał nazwisko posła, który zrzekł się 500+ i tak zamykam temu komuś buzię.

Moje dzieci wysłały swoje dzieci na wakacje i z nimi też się wybrali, aby pokazać im Polskę!

Jeśli ktoś mnie pyta dlaczego przyjęłam trzynastkę od PiS, to odpowiadam, aby ktoś wskazał mi nazwisko polityka, który zrzekł się potężnej premii i wrócił ją do skarbu państwa!

O ile wiem zrobił to Kaczyński, który całe życie żyje na mój koszt!

Ruszaj Polaku do pracy, bo oni czekają na 500+

 

Samorządowcy mają kłopot z patologią roszczeniową  i czytamy!

Wadim Tyszkiewicz

Wadim Tyszkiewicz – polski samorządowiec, przedsiębiorca, od 2002 prezydent Nowej Soli.

Wadim Tyszkiewicz

„Przyszła właśnie do mnie mieszkanka miasta z żądaniem remontu mieszkania komunalnego (wymiana dwóch pieców i wszystkich okien). Okazało się, że zaległości w opłatach sięgają już 5000 zł, przy ok. 200 zł czynszu miesięcznego (po odjęciu dodatku mieszkaniowego wypłacanego przez miasto) za 70 m2 mieszkania, gdzie mieszka 9 osób, w tym 4 osoby dorosłe, z których żadna nie pracuje. Pani nie pracuje i ma trójkę dzieci. Dostaje 1500 zł z programu 500+ i inne zasiłki socjalne. Na pytanie co z pozostałymi dorosłymi osobami, usłyszałem, że mama (57 lat) jest chora. To spytałem, skoro chora, to dostaje zapewne rentę? Pani wyjaśniła, że jej matka nie dostaje renty, gdyż nigdy w życiu nie pracowała, a jeśli już, to na czarno. Córka żyje jak mama.

Rodzi się pytanie, jak będą żyły dzieci tej pani, wychowane w domu, w którym nikt nie pracuje, ale jakoś wszyscy sobie radzą. Czy nie jest tak, że nieprzemyślana, źle kierowana pomoc społeczna prowadzi do dziedziczenia patologii i biedy?

I co mam zrobić, wyremontować mieszkanie tej pani za publiczne pieniądze innych ludzi, którzy na swój chleb zarabiają ciężką pracą?

Kiedy słyszę, że np. będą podwyższane podatki dla „najbogatszych”, że wyższa kwota wolna od podatku będzie dotyczyła tylko tych, którzy zarabiają maksymalnie 500 zł miesięcznie (za bardzo się nie napracują), to muszę się uszczypnąć, żeby się przekonać, że nie śnię, że nie jestem w roku 1917, kiedy dokonywał się akt sprawiedliwości rewolucyjnej, kiedy ten co miał więcej od najbiedniejszego, był kułakiem i burżujem, a ciężko pracujący na swój dobrobyt- pasożytem. Kiedy to równano w dół, zamiast w górę.

Czy rządzący zapominają o tym, że ten, który więcej zarabia (oprócz kilku procent wyjątków) całe życie się uczył i ciężko pracuje, często po kilkanaście godzin na dobę, w odróżnieniu od tych biednych, często z własnej winy? Czy należy karać ludzi za pracowitość, zaradność i ambicje, za sukces?

Już zapowiedziano równanie emerytur w dół. ZUS i nasze składki (czym ciężej pracujesz, więcej zarabiasz, więcej płacisz) już są karykaturalne, bo bez względu na wysokość wpłacanych składek, dostęp do służby zdrowia mamy taki sam.

Tyle mówiło się o tworzeniu w Polsce klasy średniej, która jest motorem napędowym rozwoju, a dziś tworzy się klasę socjalną. Dzieci tej pani z historii powyżej, jak dorosną, jak będą żyły, widząc jak żyła ich babcia, jak żyje ich mama? Żyją i będą żyć w przeświadczeniu, że im się należy, nie zastanawiając się nad tym, skąd się biorą te rozdawane w ramach socjalu pieniądze! Dziwny jest ten kraj.”

Wadim Tyszkiewicz

 

Telewizja zeszła na psy!

Niestety, ale w tym wpisie muszę przyznać rację posłance Pawłowicz.

W tym jednym temacie, kiedy piszę o draństwach tego nierządu – poddaję się, bo Krycha ma rację!

Krycha ma rację, że czas odebrać koncesję telewizjom komercyjnym, gdyż te telewizje schodzą na psy.

Kiedy tak pilotem sobie klikam, aby znaleźć dla siebie coś interesującego, to napotykam na dno i metr mułu.

Sam diabeł chyba podpowiada realizatorom różnych programów, aby były one coraz bardziej debilne.

Świat schodzi na psy i telewizje schodzą na psy, bo nie da się przełknąć i zaakceptować wielu już programów, które uczą młodzież patologii, a starsi przecierają oczy ze zdumienia.

Weźmy na tapetę poranne śniadaniówki, w których występują tacy prostacy jak Niecik, ten od disco polo, który snuje swoje mądrości i nie potrafi zdania sklecić po polsku a Kinga Rusin i Kraśko robią dobrą minę do złej gry.

Weźmy na tapetę paradokument „Szpital”, w którym to między złamaną nogą, a bólem brzucha wyjawia się zdrada i ten szpital zamienia się w ring i mordobicie.

Weźmy na tapetę „Kuchenne rewolucje”, w których to prymitywna Gessler rzuca „mięsem” i żarciem, kiedy na świecie głodują dzieci.

Weźmy na tapetę program pt. „Tak jest”, do którego Morozowski zaprasza dwie przeciwstawne osoby z opcji politycznych i odbywa się jatka, która jest nie do zniesienia.

Weźmy na tapetę nowy program o pieskach, które ponoć ratuje Joanna Krupa, Przy każdej okazji zdejmuje ubranie. Ha ha jak się ciepło promuje, bo Miszczak lubi ładne kobiety!

Można by tak mnożyć, bo wielu programów nie oglądam, gdyż nie trawię, ale wspomnę jeszcze o reklamach, w których przy śniadaniu, czy obiedzie reklamują czopki na hemoroidy, albo „Braveran”, aby korzeń zapłonął!

Reasumując, to wszystko nie wnosi w moje życie niczego – dosłownie niczego, a mam odruch wymiotny, co skutkuje, że niestrawne programy omijam jak dżumę.

Jednak dziś przeczytałam, że TVN Style będzie emitował program o podrywie kobiet i tu coś we mnie pękło!

Pomyślałam sobie, że to nie dzieje się naprawdę, bo przecież nie można zniżyć się do takiego poziomu – a jednak się dzieje!

I jeszcze mi dokopał „Wprost”. który rekomenduje kobiety znaczące w Polsce i tu mi opadły wszystkie członki.

Może czas umierać, bo nie kumam tego świata i tej rzeczywistości!

 

 

Tylko nie mów do mnie małpo!

Lubię oglądać programy przyrodnicze. Odpoczywam psychicznie na nich i odlatuję w inny, przyrodniczy świat.

Niedawno  oglądałam dokument o małpach i tak sobie pomyślałam, że nikt nie powinien do nikogo powiedzieć obraźliwie – ty małpo jedna!

Małpy są niesłychanie inteligentne i człowiek może się od tych zwierząt wiele nauczyć. Może się nauczyć nawet człowieczeństwa!

Najbardziej znamienne jest to, że małpy, a zwłaszcza orangutany, kiedy mają potomstwo, to opieka nad nim trwa nawet 8 lat.

Takie maleństwo jest kochane przez rodziców. Jest uczone życia w lesie i zdobywania jedzenia. Jest przytulane, iskane, zaopiekowane i nigdy matka nie zwali z drzewa swojego dziecka, bo jest grymaśne i niegrzeczne.

Piszę o tym, bo od rana zastanawiam się dlaczego człowiek postępuje inaczej, mimo, że cechuje się większą inteligencją od innych ssaków żyjących na tej Ziemi.

Ludzie biją swoje dzieci tak dotkliwie, że pozbawiają je życia.

Ludzie nie mają litości i walą główką dziecka o kant łóżeczka, łamią im obojczyki i żebra. Pozostawiają na dziecku siniaki jako objaw swojej niechęci i złości.

Co dzieje się z ludźmi? Dlaczego dorosły człowiek znęca się nad słabszą istotą, która nie potrafi się bronić?

Ten proceder jakby się ostatnio zwiększył. Dzieci są bite  i zabijane pod wpływem alkoholu przez tatusia, konkubenta, a często i samej rodzicielkę. Bite są też na trzeźwo, albo pod wpływem dopalaczy i narkotyków!

Czy 500+ czasem się nie przyczyniło do uaktywnienia tego procederu?

Tak się tylko zastanawiam!

Po tych smutnych rozważaniach, coś na wesoło 🙂

Turecki fotograf i podróżnik Mehmet Genc postanowił pokazać, jak myślenie o sobie wpływa na ludzi. Rozpoczął więc autorski projekt fotograficzny i zaczął jeździć po całym świecie, robiąc portrety spotkanym kobietom. Mówił im, że pięknie wyglądają, żeby uchwycić ich reakcję.

Mehmet publikuje swoje zdjęcia pod pseudonimem Rotasiz Seyyah, co oznacza „nomada na bezdrożach”. Dla swojej pasji porzucił pracę informatyka.

Odwaga głupca pomaga czasem dokonać najważniejszych decyzji w życiu – powiedział.

Zobaczcie, jak wyglądają bohaterki jego cyklu:

„Jesteś tak piękna”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Patologia zawsze będzie patologią

Bo to było tak: Urodziła się tylko po to by nieść w swoim życiu samo zło! Urodziła się w bardzo dobrym i zgodnym domu, w którym rodzice starali się, aby ich trzy córki wyrosły na dobre i mądre kobiety. Starali się z całych i sił, aby były w życiu zaradne i pokazywali im jak powinno się żyć uczciwie, aby być  potem szczęśliwym.

Dwie córki z trzech faktycznie wyrosły na odpowiedzialne kobiety. Założyły rodziny, urodziły dzieci i rodzice byli z nich dumni, ale jedna z nich była z innej gliny i spędzała rodzicom sen z powiek.

Kiedy miała 19 lat zakochała się w jakimś podejrzanym typie i z tego związku urodziła się córeczka, ale facet nie miał ochoty na zakładanie rodziny i zwiał gdzie pieprz rośnie. Płacił jakieś tam pieniądze, ale matka dziecka do roli matki nie dorosła i zaniedbywała małą córeczkę. Lubiła towarzystwo i kompletnie nie radziła sobie z dzieckiem, które często i gęsto pozostawione samo sobie, płakało w łóżeczku, bo było głodne i zaniedbane.

Widząc to rodzice tej trzeciej, poszli do sądu i sądownie odebrali wnuczkę, od złej i nieodpowiedzialnej córki i w innym mieście roztoczyli nad nią opiekę. Wyrosła na śliczną i mądrą dziewczynkę, ale to była tylko i wyłącznie zasługa dziadków.

Kiedy mała rosła u dziadków, to jej matka dalej prowadziła wesołe życie i co się stało znowu? Zakochała się po raz drugi, ale w żonatym facecie, który miał z inną kobietą dwoje, malutkich dzieci. Uwiodła go i tak po pijaku zrobili sobie dziecko.

Wszystko się wydało, a w mieście wrzało, a ona miała nadzieję, że żonaty zostawi żonę, ale żonaty też nie chciał z nią, bo wolał z żoną i tak urodziła następną córkę, ale na szczęście pojawił się następny facet, który przysposobił jej nieślubne dziecko i nadał jej swoje nazwisko.

Wydawało by się, że pani lekkich obyczajów się wreszcie uspokoi, bo miała męża i w końcu upragnioną stabilizację w życiu. Nigdy nie pracowała, bo zawsze jakieś pieniądze miała od tych wszystkich mężczyzn i jakoś jej życie leciało.

Z mężem miała jeszcze dwoje dzieci, które kiedy dorosły wcale chluby jej nie przynosiły. Córka popadła w alkoholizm, a syn stronił od szkoły i były z nim wieczne kłopoty, bo i ćpał. Ojciec musiał pracować na rodzinę i pracował bardzo dużo, aby dogodzić swojej żonie. Zależało mu by ją uszczęśliwić, bo lubiła fajne ciuchy i kosmetyki, ale jego praca wymagała wyjazdów i był nieobecny w życiu swoich dzieci, a matka kompletnie tego nie ogarniała.

Reasumując jej dzieci, to kompletnie różna bajka, bo córka wychowana przez dziadków nie odwiedza matki i się jej wstydzi. Córka z żonatym, związała się z kryminalistą i ćpunem. Trzecia córka nadużywa alkoholu i rodzi dzieci, mimo, że kompletnie nad tym nie panuje, a najmłodszy syn robi co chce, bo z nikogo nie miał żadnych wzorców, a w tym wszystkim matka, już pięćdziesięcioletnia kobieta, wdała się w romans pod nieobecność męża, który był jej potrzeby tylko do zarabiania pieniędzy.

Morał: Patologia zawsze będzie patologią z przekazywaniem złych zachowań potomstwu. Na koniec tej opowieści trzeba dodać koniecznie. Mąż kobiety zmądrzał, bo stwierdził, że przy niej nie ma nawet na gacie i odszedł do innej. Odszedł do mądrzejszej, pozostawiając za sobą lata z kobietą zgoła złą i pazerną. Miejmy nadzieję, że na stare lata będzie szczęśliwy i tylko w tym wszystkim dzieci żal, bo one na świat się nie prosiły, a były płodzone i kompletnie nie planowane. Sama pozostała przy aseksualnym dziadu, nie wiedzieć, co w nim zobaczyła i nie wyciągnęła żadnych wniosków ze swojego życia. Widocznie lubiła i lubi ekstremalnie, no cóż!

Lenistwo dziedziczone w genach!

Naukowcy jeśli chcą się dowiedzieć czegoś o człowieku, albo przetestować nowy lek, wykorzystują do tego celu szczury. Szczury, to bardzo inteligentne stworzenia i robią wszystko, aby ich gatunek przetrwał, a więc przystosowują się z wielką łatwością do ekstremalnych i zmieniających się warunków.

Naukowcy zrobili badania na szczurach pod kątem życiowej aktywności i wielce się zdziwili, bo jeśli matka potomstwa jest aktywna i kręci się i kręci na swojej zabawce, to jej potomstwo tak samo jest żywotne i aktywne. Jeśli jednak matka jest ociężała i woli lenistwo, jej dzieci zachowują się bardzo podobnie i naśladują matkę w nic nie robieniu. Obijają się tak jak ona  i mają w nosie wszelkie formy wygibasów i się nie przemęczają.

Skoro szczury tak się zachowują to pewnie i ludzie, ktoś może się zapytać, a ja odpowiem, że znam takie kobiety, które zachowują się zupełnie podobnie do szczurów leniuchów, które wychowały tak swoje potomstwo.

Jedna z nich, to wypisz wymaluj jak z tych badań naukowców. Otóż ma już ponad 50 lat, a w życiu nie przepracowała ani godziny. Zaszła w ciążę z przygodnym facetem, który miał jej zapewnić byt, a ten zwiał, jak się kapnął, że ma być dostarczycielem kasy. Wolał już płacić alimenty na dziecko, niż utrzymywać jeszcze jego matkę. Płakała po nim, ale nie długo, bo na jego miejsce zjawił się za niedługo drugi, który też spłodził jej dzieciaka i też wziął nogi za pas.  Głupia myślała, że złapie go na ciążę. Potem jednak znalazł się trzeci frajer, który się z nią ożenił i spłodził jej dwoje dzieci, ale wysłała go na tiry, aby zarabiał kasę na  całe potomstwo i oczywiście na jej potrzeby, a ich miała sporo, bo kochała się w kosmetykach i złocie. Obwiesiła się złotem wręcz, a w jej uszach wisiały codziennie nowe, złote kolczyki.

Od lat jej dzień wygląda tak, że wstaje, zapala papierosa, trochę ogarnie chatę i idzie robić makijaż, bo zaraz przyjdą koleżanki, które zdadzą jej relację o tym, co dzieje się w mieście. Nie musi wychodzić do miasta, bo dzieci zrobią zakupy, a ona i tak wie, co w mieście się dzieje. Czasami wypije jakieś piwo z psiapsiółkami, zgotuje jakiś obiad dla dzieci, a po południu glebnie się na godzinkę, bo jest zmęczona. Uważa, że jest wspaniałą matką, bo dzieci ma wychowane pod sznurek, gdyż inaczej zrobi im karczemną awanturę, że są nie wdzięczne za to, co dla nich robi.

Mijają lata, a jej dzieci wpadają w alkoholizm, albo narkomanię. Nic nie szkodzi, bo nie za bardzo o nie walczy. Nakrzyczy, nawrzeszczy i na tym sprawa się kończy. Dzieci rosną, ale nie kształcą się i nie szukają pracy. Są patologiczne i stanowią problem dla policji i nauczycieli, a ona ubolewa przed koleżankami, że nie radzi sobie, choć sobie żyły wypruwa – akurat!

Dziś wygląda to tak, że ten jej trzeci, zaiwania na tą zgraję leni na czele z matką, której zdrowie lekko zaczyna się sypać, a więc ma wymówkę, że do żadnej pracy nie pójdzie i jakoś to będzie. Wszak na jakoś to będzie spędziła całe życie, a jej dzieci, też tak je spędzą i szafa gra i tak: Najstarszą córkę wychowała babcia z dziadkiem na wartościowego człowieka. Druga córka wychowana przez leniwą matkę żyje ze złodziejstwa. Trzecia córka chla na umór i rodzi dzieci jedno za drugim,  a najmłodszy syn kombinuje kasę na narkotyki.

Co z mamusią? Ano buja się po portalach typu Nasza klasa i robi sobie foty na zdjęcie profilowe, a kiedy mąż zjedzie udaje, że jest grzeczną i przykładną żoną. Idzie jej na kark sześćdziesiątka i tak minęło jej życie, a więc bezproduktywne, bo urodzić to nie wszystko, ale o tym wiedzą tylko inteligentne kobiety!

Ps. Nie generalizuję, bo w patologii wychodzą czasami wartościowi ludzie, ale naukowcy muszą zrobić inne badanie, czy leniwe szczury rodzą też wyjątki, dążące do lepszego i wartościowego życia.

 

Patologiczny i idiotyczny TVN!

Do południa to ja nie mam czasu za bardzo, by wgapić się w telewizor, bo wiadomo, że jest od rana coś do zrobienia. Jednak dziś musiałam sobie odpuścić domowe prace, gdyż po wczorajszym skakaniu po oknach dostałam zakwasów i dlatego miałam luz blues. 

Włączyłam rano telewizor, by posłuchać wiadomości, gdyż chyba jak każdy człowiek pragnę wiedzieć, co dzieje się w kraju i zagranicą, a dzieje się bardzo dużo. U nas poszukiwania nowego Premiera i walka o stołek, a tam na wschodzie ginie coraz więcej ludzi. No cóż, tak ułożony jest ten świat i ludzkość nie znosi nudy. Musi się coś dziać.

Ok, potem włączyłam na TVN o godzinie 15, a tam jakiś nowy program nazywający się „Szkoła”. Patrzę pierwszy raz i oczom nie wierzę. Młodzież gimnazjalna i ten jej słownik i zachowanie. Jeśli tak rzeczywiście dzieje się w szkołach, to ja już boję się o moje wnuki, bo to jest proszę państwa patologia szkolna. Nie wiem, po jaką cholerę pokazuje się młodzieży różne sytuacje, od których włos na głowie się jeży. To wygląda mi na podpowiedź jak mogą się zachowywać i jak mogą kombinować, a nic im się nie stanie, bo nauczyciel w szkole to jest pan pikuś i w zasadzie to nauczyciel biega za uczniem po szkole, aby gówniarzowi nie stało się nic. A gdzie nauka? Skoro szkoły naszpikowane są takimi zachowaniami, to na naukę prawie nie starcza czasu. Gdzie się podziały moje lata szkolne, kiedy nauczyciel to był jak druga matka i ojciec, a nie policjant!

Dobra! Leci następny program „Rozmowy w toku”, a tam też patologia. Matka chodzi z córką na melanże i pozwala jej w swojej obecności chlać piwo. Pozwala sobie mówić po imieniu, bo jaka z niej mama, skoro może być kumpelą do podrywu i wspólnych imprez. Gdzie się podziały moje czasy, kiedy matka była tylko jedna, a jej słowa stanowiły nietykalną świętość!

Lecimy dalej! Program „Szpital”, a tam chory człowiek, a obok rozgrywają się dantejskie sceny, bo ktoś kogoś zdradził, ktoś inny oszukał, albo porzucił i skłamał. No kurza twarz! Bywałam w szpitalu, bywałam na izbie przyjęć, ale nigdy nie byłam światkiem takich krzyków i rozmów i załatwiania życiowych problemów, a może coś się zmieniło i może to nie dzieje się w moim kraju? Patologia pokazywana na siłę, aby mi wmówić, że jestem starej daty i nic nie rozumiem. Takie wapno na drutach!

Następny, nowy program, w którym mamusie poszukują żony dla swego maminsynka, ale drogi TVN-enie! Nie będziesz ze  mnie więcej robić idiotki i w to, to ja się z pewnością nie wkręcę i tylko spytam o co wam właściwie chodzi, promując ludzi i ich zachowania na poziomie głupoty straszliwej i serwując nam patologiczne zachowania non stop. 

Ciekawa jestem, co jeszcze zostanie objęte produkcją, bo chyba już nie pozostaje nic innego jak wyreżyserowane sceny, prosto z łóżek polskiego społeczeństwa, gdyż ta telewizja zeszła na psy, a tak dobrze się do kiedyś zapowiadało.

Jestem za normalnym dzieciństwem!

 Każdy rodzic pragnie, aby jego dziecko przejawiało jakieś talenty. Każdy rodzic  się cieszy, że jego dziecko wyróżnia się w jakiś sposób w grupie przedszkolnej, czy też później w szkolnej. Ja jako babcia, cieszę się, że moja najstarsza wnusia ładnie maluje, czyta i śpiewa i wiem, że rodzice będą się z całych sił starali, aby te talenty dalej kształtować i nie będą szczędzili grosza, aby talent się rozwijał pod okiem fachowca. Jednak nic na siłę i nic na przekór zdrowemu rozsądkowi, bo kiedy wczoraj TVN wypromował pewnego chłopca i zaprosił go wraz z rodzicami, pięść mi się zacisnęła i nie przesadzam, choć nie na chłopca, a na jego rodziców właśnie, bo:

Xavier Witkowski – Green Grenade. Jest to 9-letni raper, który szokuje tekstami swoich kawałków! Nawija między innymi o dziwkach, jeździe cadillakiem oraz narkotykach. Co na to rodzice? 

Rozmowa w studio była dla mnie szokująca, gdyż rodzice nie przejawili ani grama zaniepokojenia o to, co tworzy ich dziecko. Ojciec stwierdził, że zacznie się niepokoić dopiero, kiedy jego syn zacznie palić papierosy i wiecie co? Już chyba nic mnie na tym świecie nie zdziwi, bo samo dziecko oświadczyło, że jego sztuka musi szokować, aby zwrócić na siebie uwagę!

Dzieciak totalnie zwichrowany, który zamiast kopać z kolegami piłkę na boisku, siedzi w swoim maleńkim studio i tworzy! Pomaga mu w tym 18 letni kuzyn, czy jakoś tak i niby wszystko jest pod kontrolą, jak twierdzą rodzice 9 latka!

Odbiera się dzieci rodzicom z różnych powodów. Odbiera się, bo w domu jest bieda, choć nie ma przemocy. Odbiera się dzieci, bo matka samotna nie daje sobie rady. Odbiera się, bo czasami urzędy nie mają innego pomysłu, aby pomóc, wesprzeć, nauczyć, wskazać inną drogę, jak np. wyjść z bezrobocia. I wiecie co? Weszłam na YT i wysłuchałam w skrócie te utwory, ten rap w wykonaniu tego dziecka i bez skrupułów, gdyby to było w mojej mocy, odebrałabym tego dzieciaka rodzicom. Bez mrugnięcia okiem – odebrałabym i już, bo nie może być tak, aby rodzice za wszelką cenę wspierali dziecko w wulgaryzmach i kazali mu siedzieć w świecie patologicznych zachowań, a skoro poczuli kasę, bo ponoć twórczość ich syna można kupić już na Allegro, to tym bardziej, bezwzględnie odebrałabym im dziecko! Koniec – wkurzona Ela.