Archiwa tagu: umieranie

Nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach!

Opieka nad chorym rodzicem – bardzo chorym jest chyba najcięższym obowiązkiem jaki spoczywa na dzieciach.

Kiedy chory jest już całkowicie leżący i trzeba zrobić koło niego wszystko, to nie może robić tego tylko jedna osoba ciągle, bo by się wykończyła fizycznie, ale chyba najbardziej psychiczne.

Mam za sobą dwu i półdniowy maraton przy chorej Mamie, która jest leżąca i nie zmęczyły mnie zabiegi i to wszystko, co trzeba przy chorej zrobić.

Najbardziej mnie zmęczyły dwie bezsenne noce, kiedy to nadsłuchiwałam, czy Mama oddycha!

Każde jej stęknięcie, czy dziwne chrapnięcie było dla mnie dzwonkiem, że może przyszedł ten czas!

Kto się opiekował chorym rodzicem, dla którego nie ma ratunku, to zdaje sobie sprawę z tego – o jakim ja piszę strachu, bo nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach.

Pakując się na dyżur miałam cholernie różne wizje i wyobrażałam sobie przedziwne sytuacje i to, że Mama mi umrze.

Ten strach jest paraliżujący, ale trzeba wziąć się w garść i czynić opiekę.

Kiedy wstawał poranek, to szybko robiłam sobie kawę, aby z pomocą kofeiny stanąć na nowo na nogi, choć fryzura zwichrzona.

Za chwilę budziła się Mama i trzeba było się Nią zająć i starałam się to robić jak najlepiej umiem.

Nigdy się nie spodziewałam, że dość szybko nauczę się pewnych zachowań przy chorym, bo nigdy nie miałam w sobie genu pielęgniarki.

Jednak jest tak, że trzeba się spiąć i pomagać przeżyć choremu kolejny dzień w cywilizowanych warunkach i tu jestem z siebie dumna, że podołałam kolejny raz.

Opieka nad chorym jest zawyczaj samotna, bo kiedy wszyscy wiedzą, że chory ma opiekę, to świetnie i nawet nikt nie zadzwoni jak leci i czy dajemy sobie radę.

Mnie towarzyszył tylko Mąż, który stanął na wysokości zadania i przy mnie był w kontakcie telefonicznym i fizycznym.

Pytał, czy i jak może mi pomóc i za to Mu wielkie dzięki.

W ciągu dnia Mama podsypiała sobie i wtedy czuje się najbardziej tą samotność, bo co robić i jak zapełnić sobie czas – nie tylko przed telewizorem.

Zabrałam ze sobą komputer, który był mi przyjacielem i pozwolił na to, bym nie straciła kontaktu ze światem.

Wzięłam ze sobą też mój ukochany aparat foto i cyknęłam wierzbę z balkonu, która zaczęła budzić się do życia, a także ślicznego pieska sąsiada, który też poczuł wiosnę.

I tylko pogoda zrobiła mi piękną niespodziankę, bo na dyżur szłam prawie zimą, a po dwóch dniach wracałam wiosną – bo zaczęło się wszystko na nowo odradzać w przyrodzie i tylko człowiek nie ma takiej szansy – niestety.

Bloga piszę zawsze wieczorem, ale będąc z Mamą byłam tak zmęczona, że żadne myśli i pomysły na następną notkę się nie pojawiały, bo zmęczenie robiło swoje.

Moja kochana „A” – jakże ja Ci się odwdzięczę za wirtualne wsparcie – nie wiem!

I taki wiersz zostawię, jakże adekwatny do mojej sytuacji!

 

Kochanie

Kocham twoje siwe włosy
I każdą twoją zmarszczkę.
Twój reumatyzm i pokasływanie,
Drżenie twoich dłoni
Gdy przekręcają strony
Gazet i książek
Albo dotykają moich włosów.
Kocham je gdy podnoszą do ust
Filiżankę herbaty,
I kiedy spoczywają na kolanach,
Lub głaskają psa w nogach.
Kocham też twoje stopy
W domowych pantoflach
Złączone razem,
Kocham je kiedy wloką się jedna za drugą
Po dywanie i po liściach,
Tak jak latami wloką się we mnie.
Kocham twój drżący głos
Kiedy zwraca się do mnie wspominając,
Lub kiedy zwraca mi uwagę
Na jakiś wiersz.
Twoje zachodzące bielmem oczy też kocham
Gdy mrugają i patrzą na mnie,
I twoje okulary na czubku nosa,
I twoją sztuczną szczękę w szklance
Kocham
Już teraz
Wiele lat wprzód.
Radmila Lazić

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Reklamy

Rozsypałam się na milion kawałków!

 Rozmowa z matką

Nie odchodź jeszcze wiem że
jesteś już gotowa
codzienną modlitwą obmyta 
ze wszystkiego
co wstydliwe czekająca 
na swego męża
błąkającego się w obłokach
ufna że może tam 
będziesz z nim szczęśliwa
kładziesz się co wieczór między
zmęczenie ból a niepokój 
co będzie ze mną 
potem
z miłością bezsilną by pokonać
czas i przeznaczenie
z trwogą
i nieśmiałością jak się zachowasz
gdy zobaczysz tę twarz najjaśniejszą
i usłyszysz z nieogarniętej dali
chodź tu córko droga
czas odpocząć pomyśleć wreszcie
o sobie zatrzeć 
wszystkie ziemskie wspomnienia

Kiedy mówię do ciebie
słabnącej w oczach 
anioł zstępuje z gór i gra hejnał 
wieczorny na trąbce
czy słyszysz matko tę pieśń
moje nie-
pogodzone słowa

03. 09. 2009

z tomiku: Ryszard Mierzejewski „Zraniony różą”, 2013

 

Trzymała mamę za rękę, gdy ta umierała. „Była dla mnie wszystkim. Moim sercem, przyjacielem…”

https://kobieta.wp.pl/trzymala-mame-za-reke-gdy-ta-umierala-byla-dla-mnie-wszystkim-moim-sercem-przyjacielem-6115418655225473a

– Zastanawiam się, w jaki sposób pisać. Co mogę, co mi wypada? Czy dozwolone jest używanie słów mięso, kał, odór? Czy wolno mi pisać o bólu, czopkach doodbytniczych i hektolitrach kroplówek? – pisze Małgorzata Friedel. Dwa lata temu jej mama zmarła na raka. To była okrutna walka.

To był taki mikołajkowy prezent. 6 grudnia 2010 roku rodzina Małgorzaty dowiedziała się, że jej mama Grażyna (M.) jest chora na raka. Zaczęło się od piersi, której nie można było usunąć. Guz rósł na żebrach. Byli przekonani, że walka z nowotworem potrwa miesiąc. Będzie radioterapia, chemioterapia, potem rehabilitacja i po sprawie. Tyle że rak był złośliwy.

Szybko pojawiły się kolejne przerzuty. Na kościach, na wątrobie.

Zaczęło się od bólu

Zdrowa do niedawna kobieta z każdym tygodniem traciła kontrolę nad swoim ciałem.

– Stan żeber uniemożliwiał normalne funkcjonowanie. M. nie mogła się odwrócić na bok, a nawet przeciągnąć albo unieść rąk do góry. Siedziała w fotelu taka mała i bezbronna, kiedy któreś z nas zakładało jej ubrania – pisze Małgorzata w pamiętniku „Moja mama jest aniołem”. – Potem przyszła kolej na mycie i inne czynności higieniczne. W bardzo szybkim tempie T. stał się prawdziwym znawcą tematu. Silny, zdecydowany, a jednocześnie bardzo delikatny. M. poddawała się jego ruchom. Woda, gąbka, woda, wycieranie ręcznikiem. Z każdym dniem wzrastał we mnie podziw do T. Facet, który dotąd wydawał mi się raczej słoniem w składzie porcelany, stał się doskonałym opiekunem. (…) Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy T. wykonał M. manicure – opisuje.

Rak wżynał się w kości. Dużo pisze się o różnych historiach ludzi chorujących na nowotwory. Rak piersi, rak wątroby, prostaty… Nic jednak nie jest w stanie przygotować człowieka na starcie z rakiem w rzeczywistości. Małgorzata nie miała pojęcia, że właśnie tak będzie wyglądać życie jej mamy.

Z nowotworem walczyła prawie pięć lat.

 Gdy słyszałam hasło nowotwór, właściwie wyobrażałam sobie tylko jedno – zasadniczą chorobę, która wyniszcza i powoduje ból. Nikt mi nie powiedział, że nowotwór jest jak trucizna i że nawet jeśli działa powoli, to bardzo sprawnie i systematycznie. Że krok po kroku, komórka po komórce zajmuje cały organizm, że niszczy… Niszczy tak, że człowiek zostaje już tylko samym cierpieniem – wspomina.

Osoby, które doświadczyły choroby bliskich, a może i swojej, doskonale wiedzą, co ma na myśli. – Rak to taki ogromny worek bez dna, do którego stopniowo wkłada się życiowe niedogodności i dolegliwości współwystępujące. To miejsce na cały syf i gówna tego świata. Przeklęte ciemności, do których nikt nie powinien zaglądać. Jaskinia, z której nie ma już powrotu – pisze Małgorzata.

Mówi się więc o wymiotach. – Gówno prawda. Nie było ich. M. dostawała skuteczne leki przeciwwymiotne, działały. A przecież bohaterowie w filmach puszczają pawia po chemii. Ot, taka niespodzianka – wymienia Gosia.

I dalej: a czy w mediach powiedzą ci coś o wypróżnianiu się? Pacjent nie srał od siedmiu dni? Oddawanie kału nie ma końca? Powiedzą ci to? A przecież to całkowicie normalne. Nadmiar leków i coraz trudniejsze przyswajanie pokarmów – to wszystko ma swoje konsekwencje.

Łysienie – to normalne, że po chemii wypadają włosy. Ale nikt nie uświadomił jej, że mamie wypadną też inne włoski. – Pewnego dnia M. zaczęły wypadać rzęsy i brwi, potem nie zostało z nich zupełnie nic. I co? To nieważne, racja. Nie ma brwi, nie ma rzęs i tyle. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak poważne będzie to miało konsekwencje. Każdy pyłek, kurz, okruszek stanowiły dla niej zagrożenie. Nie osadzały się na rzęsach, od razu wędrowały do gałki ocznej, powodując silne infekcje – wspomina.

Pamiętnik Małgorzaty to wyjątkowo poruszające wspomnienie tego, jak żyje się z chorobą. Niczego nie ukrywa. Otwarcie opisuje wszystko, co działo się w trakcie leczenia. Są przecież dni dobre, ale są takie, gdzie nic nie pomaga, a ból wypełnia cały dom. Przyznaje też, że w takich chwilach człowiek jest zdolny do wszystkiego, nawet do zmiany swoich osobistych przekonań. Gdy tradycyjne rozwiązania zawodzą, jesteś w stanie uwierzyć we wszystko.

– Na oddziale onkologicznym trwają wśród pacjentek nieustanne debaty na temat wszelakich możliwości leczenia. Chemia i radioterapia, to mamy. Ale co jeszcze możemy zrobić? Ile pacjentek, tyle opinii i pomysłów. Usiądź wśród nich, a zrozumiesz, jak ogromna jest wola życia, jak ważna jest walka – przekonuje Gosia.

Razem z tatą i siostrą szukały dla mamy jakiegoś alternatywnego leczenia. Z lekarzy nie zrezygnowały, ale próbowały jakoś pomóc. Napój z ostrych papryczek, proszek z pestek moreli, jagody goi – nie zaszkodziły, ale i nie pomogły. Pomógł za to znachor – uśmierzał ból, a po takich „seansach” jej mama była odprężona, miała apetyt. Znachor nigdy nie obiecywał, że wyleczy raka. Nie brał też od rodziny pieniędzy. Dawał za to nadzieję.

Pod koniec 2013 roku pojawił się guz na piersi. Na początku lekarze mówili, że to tylko narośl. A pierś z każdym dniem wyglądała coraz gorzej. Zrobiła się ogromna, czerwona, gorąca i bolesna.

– Nigdy nie zapomnę wzroku młodego lekarza, który badał mamę w szpitalu. Był przerażony, poprosił o zgodę na wykonanie zdjęcia telefonem komórkowym i przesłanie go doświadczonemu koledze. Znaliśmy go, był jednym z lepszych specjalistów i od tamtej pory nasze drogi się połączyły – wspomina Małgorzata.

Potwór

Diagnoza? Mięsak. Atakował ze zdwojoną siłą. Konieczne było usunięcie piersi. Po miesiącu guz zaczął odrastać. Jak opisuje to Małgorzata, stawał się przerażającym potworem.

– M. nazywała mięsaka wielkim skurw…nem (cenzura pochodzi od redakcji). Wydawało się, że rośnie każdego dnia. Zgodnie z przypuszczeniami lekarzy skóra na klatce piersiowej zaczęła pękać. Najpierw powoli, ale zauważalnie, a potem po prostu pojawiła się otwarta rana. Z każdą żyłką i mięsem na wierzchu. Byłam przerażona, nie wiedziałam, co teraz zrobimy. Przecież wszystko wychodziło na zewnątrz, widziałam białe niteczki, całą żywą tkankę. Nadal mam w głowie ten widok, nie potrafię się go pozbyć – pisze w pamiętniku.

Stało się dla niej jasne, że mama już z tego nie wyjdzie. Guz w najgorszym momencie przypominał rozmiarem kalafiora.

– Moim celem życiowym stało się bycie przy niej. Inaczej nie potrafiłam. Powroty do domu na weekendy, kiedy T. nie pracował, powodowały u mnie wyrzuty sumienia, kompletnie nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, nie będąc z nią. Efekt był taki, że wisiałam na telefonie, zapominając o tym, że sama już przecież założyłam rodzinę – wspomina.

Małgorzata, kiedy jej mama zachorowała, dopiero co skończyła licencjat na filologii polskiej, zaczynała studia magisterskie. Wyszła za mąż, znalazła pracę. Ale choroba zatrzymała jej życie prywatne. Poświęciła się opiece nad mamą.

Była dla mnie wszystkim. Moim sercem, przyjacielem, centrum wszechświata. Kimś, bez kogo życie po prostu nie było dla mnie możliwe. Zazwyczaj starałam się być silna, robiłam dobrą minę do złej gry. Nie pokazywałam M. jak bardzo jestem nieszczęśliwa, jak bardzo się boję – pisze.

– Role w moim życiu zmieniły się zupełnie. Nagle byłam odpowiedzialna za M., która w moich oczach poniekąd stała się dzieckiem. Bo przecież, drogie matki Polki, czy swojego dziecka się nie ubiera, nie myje, nie głaska, nie pociesza, nie zmienia mu pieluch? I kochałam M. tak, jak mogłabym kochać swoje dziecko, gdybym tylko je miała. Nie potrafiłam przynależeć już do kogoś innego, a tym bardziej do samej siebie. Nie mogłam być już żoną, przyjaciółką, siostrą. Stałam się chyba tylko córką – dodaje.

Umiera się tydzień

27 czerwca 2014 roku jej mama po raz ostatni wyszła z domu „dla przyjemności”. Były to siedemnaste urodziny starszego syna jej córki. W połowie sierpnia 2014 roku mięsak odkrył swoje najgorsze oblicze. Przerzuty były już tak rozległe, że nie można było nic zrobić.

– Odpadające kawałki ciała powodowały, że każda zmiana opatrunku była niezwykle stresująca. M. nie widziała go już od dawna. Nie chciała patrzeć w lustro, czekała tylko, aż jak najszybciej go zakryjemy. (…) Na zużytych gazach widać było coraz więcej krwi, czegoś w rodzaju białka i kawałki mięsa. Smród był okropny. Robiliśmy wszystko, co zalecał lekarz z hospicjum domowego. Srebro w teorii miało łagodzić nieprzyjemny zapach, nie było jednak sposobu, aby go zniwelować. Nieważne, że właśnie umyłam M., założyłam czysty opatrunek i ubranie. Skur…yn (cenzura redakcji) rozkładał się i sprawiał, że M. po prostu śmierdziała – opisuje Małgorzata.

Niedługo później stan jej mamy był krytyczny. Z domu, który od jakiegoś czasu przypominał hospicjum, trzeba było zabrać ją na pogotowie.

– Nawet kiedy miała na sobie podkoszulek, można było zauważyć, że jej klatka piersiowa nieco się zmniejszyła, a jednocześnie jakby rozeszła. Guz nie był już tak wysoki, ale za to szeroki. Po zdjęciu opatrunku okazało się, że sku…el po prostu się rozlał. Nagle zmiany objęły całą klatkę piersiową i przestrzeń pod pachą. Środek był całkowicie zapadnięty. Wolałabym nie pamiętać tego, co wówczas zobaczyłam. Wolałabym zamykać oczy i widzieć dzisiaj coś innego. Widzę jednak żebra, tak, kości. Widzę sku…syna, który zjadł moją M. żywcem, bez znieczulenia, bez zawahania. Widzę potworną, śmierdzącą górę mięsa, a między nią kości – wspomina.

Grażyna nie wyszła już ze szpitala. Umarła tydzień później. Z każdym dniem mięsak wyglądał coraz gorzej. Wreszcie Małgorzata razem z pielęgniarkami zdecydowała, że nie pozwoli tacie patrzeć już na ciało mamy. Nie chciała, by taką ją zapamiętał.

Jej wspomnienie pokazuje, jak bardzo rak wyniszcza człowieka. Bo jak przyznaje, nagle twoje ciało staje się pożywką dla choroby.

Tak wyglądała ostatnia noc jej mamy: Spostrzegłam, że coś pływa w moczu, jakby brązowe kawałki. Pomyślałam, że pewnie doszło do jakiegoś zakażenia, bo przecież w karcie wyraźnie napisali, że nerki są niewydolne. Poszłam więc do pielęgniarki. (…) Podeszła ze mną do łóżka, spojrzała na worek i położyła swoją rękę na moim ramieniu. Zaczęła mówić nie do końca zrozumiałe dla mnie rzeczy, że to prawdopodobnie kawałki rozkładającej się wątroby lub innych narządów. Je… skur…. Zabierasz ją, gdy jeszcze żyje, gdy jeszcze oddycha.

Wojownicy nie poddają się szybko

Tej nocy Gosia trzymała mamę cały czas za rękę. Co chwila zachodziły zmiany w wyglądzie mamy. Najpierw zaczęła się pocić, potem wszędzie czuć było zapach amoniaku. Chwilę później twarz mamy wyglądała, jakby ktoś nałożył na nią tonę kremu. Miała ataki kaszlu. Po którymś Gosia zobaczyła w maseczce do oddychania „kawałki przypominające wątróbkę drobiową”, były „brązowe i śmierdzące”.

– Kiedyś przeczytałam, że po śmierci ciała mózg żyje nawet do siedmiu minut. Że warto być jeszcze wtedy z bliskimi, że warto do nich mówić. Nie wiedziałam, czy to prawda, nie obchodziło mnie to. Potok słów płynął z moich ust. Obiecałam M., że będę żyła tak, żeby była ze mnie dumna, że spełnię swoje marzenia, że zaopiekuję się tatą. Po około 10 minutach poszłam do pielęgniarki. Powiedziałam tylko: Moja mama umarła – wspomina Małgorzata.

Pisanie miało być dla mnie formą terapii. Przelaniem na papier tego, co wydawało jej się niemożliwe do wypowiedzenia. Próbą zrozumienia, a przede wszystkim pogodzenia się z losem.

– Z perspektywy czasu uważam, że M. była prawdziwą wojowniczką i bohaterką.

Kilkadziesiąt sesji chemioterapii, kilkanaście naświetlań, skomplikowane operacje, strach o własne życie, ból, cierpienie i smród. Podziwiam każdego, kto zmierzył się z tą okropną chorobą, bez względu na to, czy ją wygrał, czy nie. To prawdziwi bohaterowie swojego życia, rycerze w zbroi z własnego ciała, idący na krucjatę z nieznanym wrogiem – pisze.

Słoiki pełne złota!

Nie napiszę nic odkrywczego, że kiedy przyjdzie po nas „Kostucha”, to po tamtej stronie już nic nie będzie nam potrzebne.

Ostatnio żyję z widmem śmierci w mojej rodzinie i najlepszego humoru, to ja nie miewam.

Przypomniała mi się historia z mojego otoczenia, która zdarzyła się kilka lat temu, a nawiązuje do tego, że po drugiej stronie tęczy dobra materialne nie mają już żadnego znaczenia.

Pewna kobieta miała męża, z którym żyła jak pies z kotem. Ona taka trochę hetera, a on uciekał z domu do kumpli.

Przeżyli jednak ze sobą na tyle długo, aż dzieci ich dorosły i poszły w świat, aby budować swoje życie.

Niedługo po tym on zmarł i ona została sama.

W pewnym momencie rozeszła się plotka, że zapoznała mężczyznę już w wieku seniora, który mówił jej, że jest bogaty i ma w słoikach dużo złota.

Wyszła za niego, choć go nie kochała, a tego złota nigdy nie ujrzała.

I znowu darła koty z mężem, że ją oszukał, ale sama sobie była winna, że połasiła się na błyskotki. Doszło do tego, że aby przeżyć, to musiała zaciągnąć wysoki kredyt.

Niedługo po ślubie staruszek umarł, a ją spotkało nieszczęście, gdyż wpadła pod samochód i teraz leży prawie samotna w domu, zdana jedynie na pomoc córki.

Pazerność nigdy nie popłaca, bo i pieniądze szczęścia nie dają.

Wciąż się dziwię ludziom, że dla pieniędzy zdolni są do wszystkiego. Uważają, że są coś warci, jeśli opływają w dobrobyt i niczego im nie brakuje.

Pędzą przez życie za pieniędzmi, najlepszymi samochodami, wielkimi domami, zagranicznymi wycieczkami, a zapominają, że wszyscy jesteśmy śmiertelni i kiedyś przyjdzie nam to wszystko zostawić.

Po co tak się starać, aby mieć wszystkiego w nadmiarze? Po co ranić innych? Po co, kiedy człowiekowi do życia godnego naprawdę – nie wiele potrzeba.

Dziś wsłuchałam się w piosenkę z nutką góralską, zespołu „Zakopower”, w której Karpiel Bułecka dokładnie tłumaczy ludzkości, że przyjdzie czas, że zostawimy na tej ziemi wszystko!

Młodzi tego jeszcze nie pojmują, ale my starsi wiemy, o czym jest ta piosenka i nie o tym, że „Zakopower” namawia nas do chodzenia boso!

Nieużyty frak
Dziurawy płaszcz
Znoszony but

Zapomniany szal
Zaszył się w kąt
Niemodny już

Każda rzecz
O czymś śni
Odstawiona
Jeszcze chce
Modna być
Zanim cicho skona

I dopiero gdy zawoła Bóg
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso

Zagubiony gdzieś
Parasol, z nim
Czekam na deszcz

Zegar nie wie jak
Bez moich rąk
Ma życie wieść

W wielki stos
Piętrzą się
Odłożone
Każda chce
Żeby ją
Wziąć na drugą stronę

I dopiero gdy zawoła Bóg
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso

Zamkną za mną drzwi (pójdę boso)
Nie zabiorę nic (pójdę boso)
Zamkną za mną drzwi (pójdę boso)
Nie zabiorę nic

I dopiero gdy zawoła Bóg
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso

https://www.youtube.com/watch?v=csSefjNCXn0

„Moje córki krowy” – to bardzo dobry, polski film

Kiedy dorosłe dzieci wyfruwają z domu w świat, jakże często z powodu życiowych spraw te dzieci tracą ze sobą kontakt.

Jedynie ich trzyma dom rodzinny, w którym Matka i Ojciec tworzą ostoję dla rodzeństwa, aby chociaż w święta pobyć razem.

Jakże często te dzieci zapominają o sobie nawzajem, biegnąc przez życie, często niewdzięczne. Robią kariery, mają swoje niepowodzenia i stresy.

Jednak kiedy nagle jedno z rodziców zachoruje, to te dzieci zjawiają się w obliczu ciężkiej choroby i walczą z tą chorobą na równi z lekarzami.

Mam awersję do polskiego kina, bo zawsze w nim jest coś nie tak, co mnie drażni, ale dziś zrobiłam wyjątek.

Obejrzałam polski film pt, „Moje córki krowy” ze świetną obsadą i nie żałuję, że się zdecydowałam na ten film.

Ludzie w sieci piszą, że to marne kino, wymuszone dialogi i po prostu jedna wielka nuda.

Tylko dlaczego ja oglądałam ten film na jednym, wielkim łkaniu, a łzy co chwilę zalewały mi oczy. Musiałam robić sobie przerwy, by dojść do siebie, bo to jest po prostu prawdziwy film o umieraniu i odchodzeniu.

Może opinie o filmie pisali młodzi ludzie, którym śmierć jeszcze w oczy nie zagląda! Może!

 

Starość jest sprawiedliwa – moje kino

Starość jest sprawiedliwa, ponieważ dotyka każdego człowieka, bez względu na to, kim byliśmy i jesteśmy. Niezależnie, czy jesteśmy skromnymi ludźmi, żyjącymi w swoim małym świecie, nie znanymi większej publice, czy ludzi, którzy swoją twarz pokazali w wielu filmach i w swojej artystycznej pracy. Ludzi, którzy dostarczali nam emocji poprzez granie najróżniejszych ról w swoim życiu na planie filmu, czy też deskach teatru. Mowa jest tutaj o wielkich, polskich aktorach, którzy powoli odchodzą od nas, pozostawiając po sobie wielkie, swoje role.

Starość, to taki niemodny temat i w naszej kulturze i sztuce niechętnie pokazywany. Starość, ta obrzydliwa, omijana jest szerokim łukiem, bo współczesny świat ma zapotrzebowanie na piękno i perfekcyjną urodę, bez grama zmarszczek i niedoskonałości. Ludzie nie lubią brzydoty i umierania i takie obrazy są oddalane na bardzo daleki plan, jakby nigdy miałyby nas  dotyczyć. Jednak ona przychodzi i z dnia na dzień straszy nas, że możemy nagle stać się chorzy i niedołężni, a obok nas nie ma nikogo, kto będzie nam w tej starości towarzyszył.

Wczoraj, w te dni refleksji, telewizja wyemitowała film pt. „Jeszcze nie wieczór” – Jacka Bławuta. Bohaterami filmu są mieszkańcy Domu Aktora w Skolimowie. 

Obejrzałam ze łzami w oczach, gdyż temat już mi jest bliski – niestety. Mamy wciąż wspaniałych aktorów, którzy bardzo realnie odegrali swoje role, tak jakby  wszyscy byli mieszkańcami Domu Starości w Skolimowie. Film jest bardziej dokumentem, aniżeli fabułą i ma się wrażenie, że aktorzy są realnymi mieszkańcami tego domu i realnie ze sobą tworzą społeczność, skazaną na zapomnienie i wegetację, aż nie przyjdzie po nich śmierć.

Oglądając, tak sobie pomyślałam, że już nigdy w jednym miejscu nie obejrzymy takiej plejady doskonałych aktorów – od Beaty Tyszkiewcz, po Ninę Andrycz. Nigdy już nie pojawią się oni razem, ze swoim doskonałym, aktorskim warsztatem i kunsztem starej szkoły.

Proszę prześledzić nazwiska aktorów, tych, którzy jeszcze żyją i tych, którzy odeszli zaraz po premierze filmu, a od razu zauważymy, że przychodzi taki czas, kiedy dana rola, jest rolą ostatnią.

Polecam ten film, każdemu, kto chce chwilę podumać i wiecie co? Przeczytałam gdzieś taki komentarz, że aktor w pogoni za rolą, za nagrodami, za docenieniem przez widza i wielkiej pasji grania, gdzieś tam po drodze nie potrafił zbudować rodziny i więzi z bliskimi i przychodzi taki moment, że zostaje na starość całkiem sam. Może i coś w tym jest.

 

OBSADA:

Żyjąca:

Zmarli:

 

A kiedy trzeba będzie pożegnać się z tym światem?

Jako, że latka moje lecą nieubłaganie i w zastraszającym tempie, moją głowę zaprząta coraz częściej słowo – eutanazja. Po przeczytaniu zwłaszcza życzenia naszego polskiego reżysera Krzysztofa Krauzego, który jest ciężko chory na raka i pisze tak: „

Moje prawo do dobrej śmierci nie narusza niczyjej wolności
Jestem za: za eutanazją, za paszportem do „dobrej śmierci”.
W Polsce jest to niewykonalne, a żyją pośród nas ludzie chorzy, bez żadnej nadziei na wyzdrowienie, ale nie dane im jest odejść z godnością, bo rękę trzyma na tym kościół, a rządzący boją się z kościołem zadrzeć. W Polsce podobno 50 % społeczeństwa jest za godnym odchodzeniem z tego świata i uważają, że każdy z nas ma mieć prawo do paszportu na tamtą stronę.
Pewna kobieta, która od lat opiekuje się swoim nieuleczalnie chorym synem, który jest już warzywem, ubolewa, że ratowała swojego syna trzy razy od samobójstwa, bo liczyła na to, że syn jej wyzdrowieje, ale teraz patrząc na swojego dziecko, ogromnie tego żałuje. Męczy się Ona i męczy się jej syn i nic z tym zrobić się nie da w naszym państwie.
Moje zdanie jest takie, że kiedy już nie ma żadnego ratunku i lekarze orzekną, iż zrobili już wszystko, każdy kontaktujący człowiek ma prawo do tego, aby uwolnić siebie od cierpienia i uwolnić swoich bliskich, którzy cierpią i nie mogą już na to cierpienie patrzeć.
Co można dać jeszcze osobie cierpiącej i co można oprócz podawania środków przeciwbólowych zrobić? Umieścić w hospicjum i patrzeć jak w katorgach ich bliski pomału odchodzi. W mękach i niewyobrażalnym odarciu z ludzkiej godności? Ileż było by zgłoszeń, gdyby w kraju dopuszczalna była eutanazja. Z pewnością bardzo wiele, jestem tego pewna.
Przychodzi ksiądz i każe się modlić i modlić, a modlitwa nie przynosi ukojenia, to co można jeszcze zrobić dla osoby cierpiącej w mękach i katorgach? Powinno być ustanowione prawo, iż każdy z nas powinien mieć prawo do godnego odchodzenia, jeśli tylko jest przy zdrowych zmysłach i sądzę, że wcześniej, czy później i w naszym kraju to prawo zostanie ustanowione, bo jest coraz więcej nacisków.
Pan Krzysztof Krauze pisze:

Ja, który chorobę terminalną próbuję zamienić na chorobę przewlekłą, żądam takiego paszportu. I chcę go mieć u siebie w domu. Mam dość tyranii państwa i Kościoła. Chcę być sobą. Bycie sobą to również prawo do niebycia. Prawo, aby odejść godnie – bez wysokich pięter, torów, wanien krwi. Śmierć to czasami jedyne lekarstwo na życie. Chcę mieć do niego prawo. Chcę mieć na nie receptę, niech leży przy łóżku. I nie zawaham się jej użyć. Agonia w torturach z nagrodą w zaświatach? Pozostawiam ten radosny przywilej biskupom. I proszę mnie nie mamić, że cierpienie uszlachetnia. Że jest źródłem mądrości. Cierpienie jest bezcelowe, okalecza, odbiera rozum. Nawet na Krzyżu. Nikt mnie nie namówi, żeby w tym smutnym kraju, jakim jest Polska, dorzucać do puli swoje cierpienie.”
Ileż racji jest w jego słowach i ile solidnych przemyśleń. To nie są słowa rzucane na wiatr. To są słowa błagalne, aby otworzyły się w naszym kraju umysły przesłonięte kołtuństwem i strachem, a ja już wiem, że nie chcę się w razie czego znaleźć w jakimś hospicjum i nie życzę sobie marnowania życia swoich dzieci, kiedy przyjdzie im się opiekować starą matką oplecioną wężami choroby, bo choć ciężko będzie się żegnać z tym pięknym światem, to w imię mojej godności też bym chciała odejść godnie.