Archiwa tagu: opieka

Wyrodna Babcia!

 Znalezione obrazy dla zapytania babcia

Tekst jest z sieci i poddaję go pod dyskusję każdemu Seniorowi, który doczekał się Wnucząt.

Jacy powinniśmy być i czy odrobina egoizmu to wielki grzech!

Ja opiekuję się Wnukami o ile mnie o to poproszą ich Rodzice, ale nie jest to nagminne, a więc się godzę z wielką przyjemnością.

Jednak są i inne przypadki, kiedy na Babciach i Dziadkach wymusza się taką opiekę – często ponad siły Seniora!

Ma 61 lat i zrobiła coś, na co większość babć nie ma odwagi. Oburzy tym niejednego rodzica.

Decyzja pani Grażyny może nie spodobać się wielu rodzicom i zaburzyć ich wizję rodziny. Ma 61 lat i odwagę, by zacząć wszystko od nowa. Po 35 latach odeszła od męża, sprzedała dom na wsi i kupiła mieszkanie w Olsztynie. Zaczęła uczyć się niemieckiego, ma konto na Facebooku, a gdy córki proszą, by zajęła się dziećmi, nie boi się odmówić i przyznać, że tego dnia idzie na dyskotekę. Historia pani Grażyny opisana w „Gazecie Olsztyńskiej” pokazuje, że jeśli czegoś bardzo się pragnie, pokona się wszelkie przeszkody. Do tego otwiera dyskusję: czy babciom wypada tak „szaleć”?

Pani Grażyna jest ofiarą przemocy domowej. Odejście od męża nie było łatwe – terapia, walka o dom, prawnicy. Dopiero gdy odcięła się od przeszłości, zrozumiała, co tak naprawdę znaczy „żyć”.

– Chodzę do kina, do teatru. Poznaję nowych ludzi i lepiej potrafię z nimi rozmawiać. Część z nich poznałam na terapii. W tym nowym życiu nauczyłam się obsługi komputera, mam konto na Facebooku, swobodnie korzystam z internetu. Potrafię wyszukać informacje, których potrzebuję. Bywam w mieście, chodzę na imprezy – przyznaje w rozmowie z „Gazetą Olsztyńską”. – Mam spokój i chce mi się żyć. I nauczyłam się w końcu asertywności. Jeśli dzieci mnie o coś proszą, a ja jestem w tym czasie zajęta, rozmawiam z nimi. Mówię: nie zaopiekuję się dzieckiem/psem/kotem, bo idę na dyskotekę – dodaje.

Pani Grażyna łamie stereotyp „babci na zawołanie”, która poświęca cały wolny czas wnukom. Chociaż w wielu rodzinach wciąż funkcjonuje ten sam model – dziadkowie na emeryturze zajmują się wnukami, dzięki czemu rodzice mogą pracować i nie muszą wynajmować opiekunki – coraz częściej słyszy się o babciach i dziadkach, którzy nie chcą być niańkami własnych wnuków. Gdy przechodzą na emeryturę, mają czas dla siebie – podróżują, zapisują się na kursy językowe, odkrywają talenty i nowe pasje i robią wszystko to, co na wcześniej nie mogli sobie pozwolić.

Zdarza się jednak, że „druga młodość” dziadków nie podoba się… ich dzieciom. Chociaż wielu cieszy się z aktywności rodziców, są też tacy, którzy chcieliby, aby dziadkowie zajmowali się wnukami, dzięki czemu sami nie musieliby zatrudniać opiekunki czy posyłać dziecka do przedszkola. To z kolei prowadzi do rodzinnych kłótni i niespełnionych oczekiwań, a przy tym rodzi pytanie, czy dziadkowie naprawdę powinni zajmować się wnukami?

Przypadek pani Grażyny pokazuje, że wszystko zależy od relacji i umowy pomiędzy dziadkami a rodzicami. Nawet jeśli mama 4-letniej Ani (lub jakikolwiek inny rodzic) chciałaby, żeby wnuczką zajmowali się dziadkowie, nie może tego od nich wymagać. W końcu dziadkom również należy się coś od życia.

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Reklamy

Nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach!

Opieka nad chorym rodzicem – bardzo chorym jest chyba najcięższym obowiązkiem jaki spoczywa na dzieciach.

Kiedy chory jest już całkowicie leżący i trzeba zrobić koło niego wszystko, to nie może robić tego tylko jedna osoba ciągle, bo by się wykończyła fizycznie, ale chyba najbardziej psychiczne.

Mam za sobą dwu i półdniowy maraton przy chorej Mamie, która jest leżąca i nie zmęczyły mnie zabiegi i to wszystko, co trzeba przy chorej zrobić.

Najbardziej mnie zmęczyły dwie bezsenne noce, kiedy to nadsłuchiwałam, czy Mama oddycha!

Każde jej stęknięcie, czy dziwne chrapnięcie było dla mnie dzwonkiem, że może przyszedł ten czas!

Kto się opiekował chorym rodzicem, dla którego nie ma ratunku, to zdaje sobie sprawę z tego – o jakim ja piszę strachu, bo nikt nie chce, aby umieranie odbyło się na jego oczach.

Pakując się na dyżur miałam cholernie różne wizje i wyobrażałam sobie przedziwne sytuacje i to, że Mama mi umrze.

Ten strach jest paraliżujący, ale trzeba wziąć się w garść i czynić opiekę.

Kiedy wstawał poranek, to szybko robiłam sobie kawę, aby z pomocą kofeiny stanąć na nowo na nogi, choć fryzura zwichrzona.

Za chwilę budziła się Mama i trzeba było się Nią zająć i starałam się to robić jak najlepiej umiem.

Nigdy się nie spodziewałam, że dość szybko nauczę się pewnych zachowań przy chorym, bo nigdy nie miałam w sobie genu pielęgniarki.

Jednak jest tak, że trzeba się spiąć i pomagać przeżyć choremu kolejny dzień w cywilizowanych warunkach i tu jestem z siebie dumna, że podołałam kolejny raz.

Opieka nad chorym jest zawyczaj samotna, bo kiedy wszyscy wiedzą, że chory ma opiekę, to świetnie i nawet nikt nie zadzwoni jak leci i czy dajemy sobie radę.

Mnie towarzyszył tylko Mąż, który stanął na wysokości zadania i przy mnie był w kontakcie telefonicznym i fizycznym.

Pytał, czy i jak może mi pomóc i za to Mu wielkie dzięki.

W ciągu dnia Mama podsypiała sobie i wtedy czuje się najbardziej tą samotność, bo co robić i jak zapełnić sobie czas – nie tylko przed telewizorem.

Zabrałam ze sobą komputer, który był mi przyjacielem i pozwolił na to, bym nie straciła kontaktu ze światem.

Wzięłam ze sobą też mój ukochany aparat foto i cyknęłam wierzbę z balkonu, która zaczęła budzić się do życia, a także ślicznego pieska sąsiada, który też poczuł wiosnę.

I tylko pogoda zrobiła mi piękną niespodziankę, bo na dyżur szłam prawie zimą, a po dwóch dniach wracałam wiosną – bo zaczęło się wszystko na nowo odradzać w przyrodzie i tylko człowiek nie ma takiej szansy – niestety.

Bloga piszę zawsze wieczorem, ale będąc z Mamą byłam tak zmęczona, że żadne myśli i pomysły na następną notkę się nie pojawiały, bo zmęczenie robiło swoje.

Moja kochana „A” – jakże ja Ci się odwdzięczę za wirtualne wsparcie – nie wiem!

I taki wiersz zostawię, jakże adekwatny do mojej sytuacji!

 

Kochanie

Kocham twoje siwe włosy
I każdą twoją zmarszczkę.
Twój reumatyzm i pokasływanie,
Drżenie twoich dłoni
Gdy przekręcają strony
Gazet i książek
Albo dotykają moich włosów.
Kocham je gdy podnoszą do ust
Filiżankę herbaty,
I kiedy spoczywają na kolanach,
Lub głaskają psa w nogach.
Kocham też twoje stopy
W domowych pantoflach
Złączone razem,
Kocham je kiedy wloką się jedna za drugą
Po dywanie i po liściach,
Tak jak latami wloką się we mnie.
Kocham twój drżący głos
Kiedy zwraca się do mnie wspominając,
Lub kiedy zwraca mi uwagę
Na jakiś wiersz.
Twoje zachodzące bielmem oczy też kocham
Gdy mrugają i patrzą na mnie,
I twoje okulary na czubku nosa,
I twoją sztuczną szczękę w szklance
Kocham
Już teraz
Wiele lat wprzód.
Radmila Lazić

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zdjęcie użytkownika Choszczno i okolice w obiektywie.

Zmęczeni 50 i 60 latkowie!

Na moim blogu dużo miejsca poświęcam starości i Seniorowi, dlatego, że sama już jestem w słusznym wieku i zaliczam się do Seniorów.

Niedawno oglądałam wywiad z Grażyną Torbicką w programie Magdy Mołek – „W roli głównej”.

Otóż w tym wywiadzie Grażyna Torbicka powiedziała, że nie obchodzi urodzin od pewnego czasu, gdyż czuje się wewnętrznie na wiele młodszą, a więc odpuściła sobie liczenie swoich lat!

Można i tak oszukiwać czas, ale do pewnego momentu, kiedy ciało i psyche na to pozwalają.

Zdrowie dane jest nam do jakiegoś momentu, ale kiedyś nastąpi czas, że przed chorobą nie ma ucieczki – niestety.

Możemy mieć lepsze i gorsze geny i jedni żyją dłużej, lub krócej i nie jest to sprawiedliwe.

Niestety, ale czasami nie da się uciec od nieuchronnego i zaczyna się walka z chorobą.

Pisałam kilka razy na blogu, że mam chorą Mamę. W listopadzie minie rok, jak padła diagnoza – rak!

Mama miała w swoim życiu ogromne szczęście, bo naprawdę nie chorowała dużo i udało się jej dożyć 85 lat bez poważniejszych chorób.

Mama jest ode mnie starsza o 24 lata i wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki czas – jak teraz, że trzeba będzie się Nią opiekować.

Odsuwałam od siebie taką perspektywę jak najdalej, aż w końcu zachorowała i potrzebuje opieki.

Opieka spadła na mnie i na Siostrę, która jeszcze pracuje. Po powrocie z pracy idzie do Mamy i robi przy Niej gigantyczną robotę i za to ja Jej dziękuję. 

Ten artykuł dedykuję Siostrze, bo wiem jak bardzo jest zmęczona, kiedy ja na emeryturze mam dni wolne i zajmuję się Mamą w godzinach  do południa. Mam czas na regenerację i nie jestem tak zmęczona jak Siostra.

Ona przecież wciąż pracuje i wielu innych, którzy mają swoje rodziny, swoje życie osobiste, dzieci i wnuki, a muszą się zajmować chorymi rodzicami, którzy z racji coraz bardziej rozwiniętej medycyny – żyją coraz dłużej!

Stare dzieci starszych rodziców – nie są bohaterami, są zmęczeni.

 

Praca, własne dzieci i starzy rodzice – wymagania, którym mogą sprostać tylko bohaterowie. Ale stawia się je wszystkim. Cena, którą płacą, jest wysoka. W Polsce od dzieci wymaga się opieki nad starymi rodzicami. Kiedy nadchodzi ten moment i starość lub choroby odbierają im samodzielność, zaczyna się problem. Czy dorosłe dzieci dają radę, czy nie? Jakie mają możliwości? O trudnych wyborach opiekunów – pisze Monika Kaczyńska.

Kiedy Marta słyszy o biletach do kina za 5 zł dla seniorów, siłowniach na wolnym powietrzu i kawiarenkach, dostaje piany na ustach. – Senioralia – sralia – tylko, że jak naprawdę trzeba się zająć starym człowiekiem, system jest bezradny – mówi i doskonale wie o czym. W blokowym mieszkaniu na jednym z poznańskich osiedli mieszka z dwojgiem dzieci, a od kilkunastu miesięcy z dwojgiem schorowanych, niemal kompletnie niesamodzielnych rodziców. I jest na skraju wytrzymałości nerwowej. – Nie miałam innego wyjścia – opowiada. – Musiałam ich wziąć do siebie. Ale to jest złe rozwiązanie. Nie wiem, jak długo to wytrzymam. Marta należy do tzw. pokolenia kanapkowego. Sama dobiegająca 60. wciąż jeszcze pracuje, z jednej strony przytłaczana powinnościami wobec dorosłych, ale jeszcze nie żyjących samodzielnie dzieci, z drugiej – powinnościami wobec rodziców.

Opieka nad starszymi osobami wcale nie jest taka łatwa i kolorowa jak w reklamach – To zupełnie nowe zjawisko – zwraca uwagę prof. Anna Michalska, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Jest związane z wydłużającym się życiem. Pokolenie to nazywane również pokoleniem przegubowym podlega silnej presji z obu stron. Dopóki starzy rodzice są względnie samodzielni, a dorosłe dzieci także żyją swoim życiem, wszystko jest w porządku. Gdy jednak starość lub choroby odbierają najstarszemu pokoleniu samodzielność, zaczyna się problem. I organizacyjny, i etyczny, i psychologiczny. Dotyczy to coraz większej grupy osób. I z danych wynika, że w ciągu najbliższych lat będzie ona jeszcze liczniejsza. – W Polsce wciąż rodzina znajduje się wysoko w hierarchii wartości – mówi prof. Anna Michalska. – Otoczenie oczekuje, że dzieci zajmą się rodzicami w podeszłym wieku, jakby oddając im trud, który włożyli w wychowanie. Zdawanie się w tej kwestii na instytucje jest wciąż oceniane negatywnie. Na własnej skórze odczuły to dwie poznanianki, które opowiadają, jak radzą sobie ze zniedołężnieniem rodziców.

Obawa przed negatywną oceną dalszej rodziny i przyjaciół to jedno. Druga sprawa to dostępność i jakość instytucjonalnej opieki. Oczekiwanie na miejsce w domu pomocy społecznej w dużym mieście trwa przeciętnie około roku. Czasem dłużej. Usługi opiekuńcze, świadczone w domu, maksymalnie przez 8 godzin dziennie bardzo często nie rozwiązują problemu. Ostatecznie więc odpowiedzialność za starych i niedołężnych spada na ich także, co tu kryć, starzejące się dzieci. Gdy Marta skończyła pięćdziesiątkę, jej rodzice cieszyli się dobrym zdrowiem. Fakt, że mieszkali w oddalonym o ponad 200 kilometrów Wrocławiu, nie stanowił problemu. Stały kontakt telefoniczny, weekendowe odwiedziny raz na miesiąc i bratanek na miejscu, który w razie konieczności przyniósł cięższe zakupy czy dokonał drobnych napraw, załatwiały sprawę.

Kilka lat temu u matki Marty rozpoznano nowotwór. Wkrótce ojciec stał się bardziej roztargniony niż zwykle. Najpierw tłumaczono to stresem, później zmianami związanymi z wiekiem. Kiedy po raz kolejny siedem razy wychodził do kiosku i wracał z kolejnym egzemplarzem tego samego numeru gazety, a ze sklepu przynosił siódmą w ciągu dnia 20-dekagramową paczkę wędliny, stało się jasne, że sprawa jest poważniejsza. Badanie lekarskie tylko potwierdziły przypuszczenia – choroba Alzheimera.

Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami wzrasta z wiekiem Wraz z jej postępami Marta traciła kolejne części swojego życia. Zaczęło się od weekendów. – W piątek po pracy wsiadałam w samochód i gnałam do Wrocławia – opowiada. – Tam prałam, sprzątałam, załatwiałam, co konieczne. Wracałam w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek do pracy. Ale sytuacja z każdym miesiącem była coraz gorsza. Choroba ojca Marty postępowała, a coraz mniej sprawna matka po kilku operacjach przestała dawać sobie radę. – Nie była w stanie go upilnować. Znikał z domu, gdy była w toalecie, później przyprowadzali go obcy ludzie – wspomina Marta. – Wtedy, kiedy jeszcze to i owo kojarzył i był w stanie się podpisać, postanowiłam go ubezwłasnowolnić, choćby po to, by kiedy całkiem straci kontakt z rzeczywistością, móc umieścić go w domu pomocy społecznej.

Gdy o tym fakcie dowiedziała się dalsza rodzina, prawie Martę zlinczowała. – Nasłuchałam się, że chcę się ojca pozbyć, że chodzi mi o jego mieszkanie. Wyrodna córka to było najłagodniejsze określenie, z jakim się spotkałam. Padały wiele gorsze – mówi kobieta. Doroty, która przez trzy lata opiekowała się chorą na chorobę Alzheimera matką, wcale to nie dziwi. – Oczekuje się od nas postawy heroicznej – twierdzi. – Tyle że nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaka to przytłaczająca odpowiedzialność. Matka Doroty od ponad roku jest pensjonariuszką domu pomocy społecznej. Dorota odwiedza ją kilka razy w tygodniu. Czasem matka nawet ją poznaje. I choć starsza pani, gdy jeszcze częściej była świadoma, sama zdecydowała o przeprowadzce, okres oczekiwania na miejsce Dorota wspomina jak nieustający koszmar.

– Mieszkałyśmy po sąsiedzku – opowiada. – Kwestie techniczne – zakupy, sprzątanie, podawanie leków cztery razy dziennie to nie był problem. Tylko ten strach. Bałam się oddalić od domu, bo matka może mnie potrzebować. Co noc budziłam się kilka razy i biegłam do okna sprawdzić, czy pali się u niej światło. Po tym, jak o trzeciej w nocy zadzwonili sąsiedzi, że mama w koszuli nocnej stoi na klatce schodowej i nie może wejść do mieszkania, prawie w ogóle przestałam sypiać. Tylko dzięki ośrodkowi dziennego pobytu, do którego odprowadzałam mamę, mogłam w ogóle pracować. Ale i tak byłam u kresu sił. Czego bałam się najbardziej? Że z jakiegoś powodu trafię do szpitala, a mama zostanie sama – bez opieki, bez leków, kompletnie zagubiona i bezradna – wyznaje. – Dopiero kilka miesięcy po przeprowadzce mamy do DPS-u, na nowo odkryłam spacery, spotkania ze znajomymi, wyjścia do kina. Zwyczajne rzeczy, które przez ostatnie lata były dla mnie niedostępne. Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że znów mogę wrócić do domu, o której chcę. Jak nastolatka spuszczona z rodzicielskiego oka – śmieje się.

Najbardziej bałam się, że trafię do szpitala i matka zostanie bez opieki Marta po pracy pędzi prosto do domu. Zajęcia sportowe, kurs językowy, koncerty skończyły się wraz ze sprowadzeniem rodziców pod własny dach. Zresztą nie tylko to. Do piwnicy trafił ulubiony fotel i kilka kartonów z książkami. – Moje życie zostało zredukowane do 11 metrów kwadratowych – mówi. – Największy pokój oddałam rodzicom, bo w innym nie zmieściłoby się szpitalne łóżko dla ojca, stół z krzesłami i balkoniki dla obojga, dzięki którym mogą się poruszać. W drugim pokoju mieszkają synowie. Mnie został ten najmniejszy. Nie dość, że nie mam praktycznie własnego życia poza domem i pracą, to nawet nie mam swoich ulubionych mebli. Są dni, kiedy mam ochotę wyjść z domu i więcej nie wrócić. I najgorsze, że tak już będzie. Z jednej strony presja społeczna, z drugiej działanie systemu opieki społecznej stawia takie osoby jak Dorota przed dramatycznymi wyborami. Choć zakładała, że prędzej czy później rodzicami będą musiały zaopiekować się instytucje, bo ona sama nie da rady, życie pokazało, że sprawa jest znacznie bardziej złożona.

Ojciec i tak nie ma już kontaktu z rzeczywistością, nie sądzę, żeby w ogóle orientował się, gdzie jest – mówi Marta. – Ale matka, w żaden sposób niepogodzona ze starością, chorobą i ograniczeniami, jakie się z tym wiążą, nie godzi się na przeprowadzkę do domu pomocy społecznej. A ja przecież się nie rozdwoję. Żeby w ogóle się nimi zająć, muszę ich mieć w jednym miejscu. Jedyne możliwe to moje mieszkanie – dodaje zrezygnowana. Liczba chorych na chorobę Alzheimera czy z poważnymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie zmianami otępiennymi wzrasta wraz z wiekiem, Polacy żyją dłużej. Ale ostatnie lata życia większości upływają na zmaganiu się z chorobami. – Medycyna przedłużyła człowiekowi życie – zauważa Dorota. – Ale dłuższe życie nie oznacza zachowania zdrowia. To, co nazywa się ofertą dla seniorów – te wszystkie kluby, kawiarenki, festiwale to propozycje dla sprawnych 60-70-latków. Tym o dwadzieścia lat starszym potrzeba opieki medycznej. A tej praktycznie nie ma.

Lekarze gerontolodzy to specjaliści rzadsi niż złoto. W liczącym blisko 850 tysięcy mieszkańców Poznaniu i powiecie poznańskim takich specjalistów jest zaledwie kilku. W całym Lesznie czy Koninie przyjmuje jeden taki lekarz. Nie ma też wielu wyspecjalizowanych opiekunów. Znalezienie kogoś, kto choćby na kilka godzin zostałby z chorym na Alzheimera, graniczy z cudem, o kosztach nie wspominając. A opiekujące się schorowanymi rodzicami dzieci też się starzeją. I też mają swoje, także medyczne potrzeby. I proste marzenia: urlop, zakupy bez obawy o to, co się dzieje w domu, wizyta u fryzjera. W Polsce to na ogół marzenia ściętej głowy. – Gdybym wiedziała, że raz w roku mogę oddać rodziców na dwa, trzy tygodnie do ośrodka, w którym będą mieli opiekę i wyjechać do sanatorium…- rozmarza się Dorota. – Na Zachodzie takie rozwiązania są powszechne, u nas traktuje się je jak fanaberię. Poza tym są jeszcze moi synowie. Dotąd cierpliwie znoszą wszystkie uciążliwości i solidarnie na zmianę śpią na łóżku polowym. Ale jak długo? Czasem myślę, że spełniam obowiązek wobec rodziców ich kosztem – wyznaje.

Poczucie życia w potrzasku jest typowe dla pokolenia kanapkowego. W jego przedstawicielki (bo wciąż funkcje opiekuńcze spadają przede wszystkim na kobiety) miotają się między pracą, rodzicami a wnukami. Płacą za to wysoką cenę. Depresje, choroby układu krążenia i inne dolegliwości związane ze stresem sprawiają, że dzisiejsze 60-latki mogą być pierwszym pokoleniem żyjącym krócej niż ich rodzice. Uwalniając dzieci od swojej starości.

Czytaj więcej: http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/1021439,stare-dzieci-starszych-rodzicow-nie-sa-bohaterami-sa-zmeczeni,id,t.html

A kiedy rodzice się starzeją!

Zawsze wiedziałam, że przyjdzie taki moment, iż trzeba będzie opiekować się starzejącymi się Rodzicami.

Bałam się tego, że jeśli zachorują nieuleczalnie, to trzeba będzie temu podołać jakoś.

Pisałam, że mam chorą Mamę i w związku z tym mój dzień teraz wygląda zupełnie inaczej.

Budzę się z myślą o Mamie i myślę automatycznie jak minęła Jej noc?

Dzwonię, choć jeszcze sama się nie obudziłam, a kiedy słyszę Jej głos, to kamień spada mi z serca – na chwilę!

Od razu myślę, co ugotować Jej na obiad, aby jadła gorące, świeże posiłki.

Pakuję w pojemnik i tak po godzinie 12 lecę do Niej i pilnuję, aby zjadła. Mama ma różny apetyt, ale zdarza się, że zje wszystko ze smakiem. Cieszę się wtedy jak małe dziecko.

Na szczęście opieka nad Mamą rozłożona jest na nas dwie i tu dziękuję Siostrze, że mimo pracy zawodowej znajduje siły by Mamą się opiekować po południu.

Ale to nie wszystko, bo mój Mąż opiekuje się też swoją schorowaną Matką i z racji schorzeń leczona jest w Szczecinie.

Bardzo często wozi Ją do lekarzy i czasami bywa, że dwa razy w tygodniu.

Przyszedł więc czas, że w minimalnym stopniu trzeba oddać to, co od Rodziców otrzymaliśmy i, że dali nam życie.

Dziś Mąż też był ze swoją Mamą u lekarza i zrobił mi kilka zdjęć z tego, jakże pięknego miasta, w którym mieszka moje młodsze Dziecko z rodziną.

Ale nie wszyscy są dumni ze swojego dzieciństwa i rodziców!

„Ojciec pił, bił i odszedł. Ja mam go utrzymywać na starość?”— szykują się zmiany w przepisach.

Zaniedbujesz dzieci? – uważaj. Rzecznik Praw Dziecka szykuje zmiany w prawie i zostaniesz na starość sam.

 

„Starość Bogu się nie udała”
Starość to trudny i niewdzięczny temat. Niewiele osób wykazuje współczucie dla schorowanych ludzi, niewielu przejmuje się ich losem. Na stare lata mogą liczyć jedynie na pomoc bliskich, którzy zaopiekują się nimi, zapewniając opiekę w domu, czasem całodobową, albo wykupując miejsce w domu pomocy społecznej, czy ekskluzywnym domu starości.

Jaka jednak jest sytuacja tych dzieci, które w dzieciństwie cierpiały z powodu alkoholizmurodziców, przemocy fizycznej i psychicznej? Nie do pozazdroszczenia, bo najpierw z ogromną traumą i poczuciem krzywdy wchodzą w dorosłe życie, a potem, kiedy wydaje im się, że jakoś poukładali sobie życie, wyszli na prostą, okazuje się, że muszą łożyć na utrzymanie swojego oprawcy z dawnych lat. Bo nadal są jego najbliższą rodziną.


 


Takich historii jest wiele

LIST OD CZYTELNIKA

Prawie nie znałem ojca, a teraz każą mi płacić za jego pobyt w domu pomocy społecznej. Moje wspomnienia z nim związane to 3 słowa: pił, bił, potem odszedł. Teraz mam go utrzymywać na starość? Dlaczego?

Byłem małym dzieciakiem, kiedy ojciec poszedł w tango i nie wrócił. Tym razem, bo to nie był pierwszy raz. Wcześniej w moich wspomnieniach był tylko strach, w jakim ojciec wróci humorze i czy będzie „zrobiony”. Matka harowała na 2 etatach, nie dała mi zbyt wiele miłości, sama przygnieciona problemami, ale na chleb zawsze starczało. Ojca nigdy nie interesowało czy rachunki zapłacone, a w garnku znajdzie się kawałek mięsa. Miało być i koniec.

Lubił mnie denerwować, często mówił, że jestem jak baba: chudy i płaczliwy. A jakie ja miałem powody do radości, jak za każdą głupotę obrywałem? Gdy odszedł, było lepiej. Spokój, cisza, choć i lęk, że jednak wróci i znowu zrobi nam chlew. Nie wrócił. Minęło prawie 30 lat, odkąd go nie widziałem, nie wiem nawet, czy bym go poznał po latach. I nagle tatuś się odzywa, a raczej dyrekcja Domu Pomocy Społecznej, że jest u nich mój ojciec i nie ma pieniędzy, by zapłacić za pobyt, emerytura za mała.

W pierwszej kolejności powinna zapłacić żona, ale matka zmarła wiele lat temu. Jestem więc jego jedyną najbliższą rodziną. Sam ledwie wiążę koniec z końcem, mam żonę i dwoje dzieci, kredyt do spłacenia. Mam teraz ciężko zarobionymi pieniędzmi płacić za utrzymanie faceta, z którym mnie nic nie łączy oprócz złych wspomnień. Przecież to absurd!

Takich historii jest wiele, więc Rzecznik Praw Dziecka postanowił zająć się tą sprawą. W swoim piśmie do Elżbiety Rafalskiej, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Marek Michalak prosi o: „wprowadzenie obligatoryjnego zwolnienia z ponoszenia opłat za pobyt w domu pomocy społecznej, gdy […] rodzic zachowywał się niezgodnie z zasadami współżycia społecznego, tj. w sposób niegodny dla roli społecznej rodzica”.

 

Gmina może starać się odzyskać pieniądze
Do tej pory tylko wyrok o pozbawieniu władzy rodzicielskiej zwalniał dziecko z obowiązku alimentacyjnego. Pozostali muszą płacić. Pomimo tego, że osoba zobowiązana może ze względu na swoją sytuację materialną starać się o jak najniższą kwotę do zapłacenia, to jednak obowiązek nadal na niej ciąży. Teoretycznie nie można nikogo zmusić do zapłacenia rachunku i powinna przejąć sprawę gmina, z której osoba przebywająca w DPS została skierowana. Gmina może jednak dochodzić o oddanie pieniędzy, jeżeli sytuacja finansowa rodziny uchylającej się od opłat jest dobra.

RZECZNIK PRAW DZIECKA, MAREK MICHALAK
pismo do Elżbiety Rafalskiej, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

Mając na uwadze powyższe, nie można się zgodzić, z poglądem, że niepodpisanie umowy, o której mowa w art. 103 ust. 2 u.p.s. uchroni osobę zobowiązaną do poniesienia kosztów za pobyt krewnego w domu pomocy społecznej, przed egzekucją należności. Należy również podkreślić, że nawet w przypadku ustalenia obowiązku alimentacyjnego przez sąd, alimenty staną się dochodem osoby skierowanej do domu pomocy społecznej, z których może być potrącana opłata za pobyt w domu pomocy społecznej (do wysokości 70% dochodu), jednak w dalszym ciągu organ administracji będzie miał prawo domagania się od osób wymienionych w art. 61 ust. u.p.s. pozostałej części opłaty.


 


Nie ma precyzyjnych rozwiązań
W związku z brakiem precyzyjnych rozwiązań, które pozwalałyby nie obciążać finansowo tych osób, które nie otrzymały należytej pomocy i opieki ze strony rodziców w czasie dzieciństwa, Rzecznik Praw Dziecka zwraca się o pomoc do Elżbiety Rafalskiej.

RZECZNIK PRAW DZIECKA, MAREK MICHALAK

pismo do pani Elżbiety Rafalskiej

Rzecznik Praw Dziecka stoi na stanowisku, że konieczne jest wprowadzenie takiej zmiany w prawie, która umożliwi obligatoryjne zwolnienie przez organ administracji osób wymienionych w art. 6 ust. 1 u.p.s. z opłat za pobyt rodzica bądź innego krewnego w domu pomocy społecznej, w przypadku, gdy uprawniony zachowywał się sprzecznie z zasadami współżycia społecznego (np. za zwolnieniem z opłat może przemawiać to, że rodzic porzucił dziecko, nie interesował się jego losem, stosował przemoc, czy nie przyczyniał się do jego utrzymywania i wychowywania).

Jakie jest wasze zdanie? Czy takie przepisy powinny wejść w życie?

http://mamadu.pl/131223,ojciec-pil-bil-i-odszedl-mam-go-utrzymywac-na-starosc-szykuja-sie-zmiany-w-przepisach

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień inny od wszystkich – szalony!

Kiedy nasze dorosłe Dzieci uczą się i pracują nawet w weekendy, bo czasy są burzliwe i niepewne, to My Babcie i Dziadkowie od czasu, do czasu musimy im pomóc w przypilnowaniu ich dzieci, a naszych Wnuków.

I tak u nas dzisiaj było, że Wnusia na parę godzin była z nami.

Godzina 9 rano i telefon, który wybudził nas ze snu.

– Dziadek! Już jestem gotowa, a więc przyjedź po mnie!

Dziadek w tempie młodzieniaszka wsiadł w samochód i za chwilę mieliśmy na stanie Wnusię.

To był intensywny czas spędzony razem, a co robiliśmy?

Najpierw śniadanie, a potem  zabawa, dużo zabaw.

A więc:

– Malowanie kolorowanek wydrukowanych z Internetu.

– Ubieranie laleczek w komputerze.

–  Słuchanie piosenek z komputera.

– Budowanie domków z klocków.

– Zabawa w grę planszową.

– Wyjazd z Dziadkiem na spacer do lasu.

– Budowanie domku z koca i suszarki na ubrania.

– Zabawa w domku i rysowanie na kartkach z bloku nowymi kredkami.

– W międzyczasie obiad.

– Gra w scrabble

– Trochę bajek z TV.

– Rozmowy i wygłupy.

 

I tak przyjemnie minął mój dzień – bardzo inny dzień!

 

Nie każdy facet to świnia!

Czytam w sieci, że polski aktor Andrzej Grabowski, najbardziej mi znany z kiepskiego serialu pt. „Świat według Kiepskich” porzucił swoją o wiele lat młodszą żonę. Przeszła ona dwa udary i jak piszą tabloidy właśnie po tych udarach Grabowski zostawił swoją żonę bez wsparcia i pomocy.

Któż tam wie ile w tym jest prawdy, ale ja zawsze twierdzę, że w każdej plotce trochę prawdy jest. Jeśli jest tak faktycznie, to Grabowski jest naprawdę kiepski.

Tak gmerałam w swojej pamięci, czy znam innych facetów, którzy nie zostawili swoich żon w chorobie i znalazłam.

Pan Andrzej, który w małej społeczności jest znany z tego, że jako wykształcony człowiek został zatrudniony w wydziale zajmującym się promocją miasta. Rzucał się w oczy gdyż żadna impreza w mieście nie mogła odbyć się bez niego. Doskonały organizator i konferansjer  i przede wszystkim przemiły mężczyzna.

Ożenił się z piękną dziewczyną, która po studiach uczyła w lokalnym liceum. Szczupła szatynka bardzo lubiana przez uczniów, która miała dar do bycia nauczycielem. Diament i przede wszystkim ogromnie taktowna, którą pan Andrzej się szczycił.

Kiedy szli razem przez miasto nie było końca pozdrowień, bo tak bardzo do siebie pasowali i widać było, że są szczęśliwi.

Urodziło im się dwoje dzieci, z których byli dumni. Zawsze w niedzielę widać było ich na spacerze bez względu na porę roku. Mieli taki swój rytuał, że niedzielny spacer rodzinny mieli zapisany jakby na zawsze.

Ludzie lubili taki obrazek tej szczęśliwej rodziny i dawali temu wyraz, ale przede wszystkim szanowali pana społecznika i panią, która uczy w miejscowej szkole.

Mijały lata i dzieci tych państwa podrosły, ale ludzie zauważyli, że pan Andrzej coraz częściej z nimi spaceruje samotnie. Nagle zabrakło przy nim jego pięknej żony.

Jak to bywa w małych miasteczkach, wieści rozchodzą się lotem błyskawicy. Ludzie szeptali, że żona pana Andrzeje jest ciężko chora i leży na oddziale psychiatrycznym. Aby uciąć plotki pan Andrzej w swojej pracy powiedział wprost, że jego ukochana żona zapadła na ciężką w wyleczeniu depresję, a zgubiła ją nadmierna ambicja, by być we wszystkim najlepszą.

Leczenie trwało kilka miesięcy, ale żona pana Andrzeja już nigdy nie wróciła do dawnej formy. Zmieniła się wizualnie, bo leki zrobiły swoje. Przybyło jej kilkanaście kilogramów i zrobiła się kobietą niezbyt już atrakcyjną, po której było widać chorobę. Nalana buzia od leków, spuchnięte nogi, co zakrywała długimi spódnicami. Szpilki zamieniła na płaskie buty, co sprawiło, że wyglądała na wiele lat więcej niż miała.

Ale pan Andrzej nigdy jej nie zostawił. Wciąż chodzą na niedzielne spacery, choć już bez dzieci, które już wyfrunęły z domu. Wciąż razem robią zakupy, spacerują,  a ona wkłada swoją rękę pod jego pachę i tak pchają razem ten wózek.

Kto zajmie się mamą – tekst z sieci

  • Starzenie się i odchodzenie rodziców jest trudne. Konieczność opieki – uciążliwa. Właśnie wtedy ujawniają się niespłacone rachunki krzywd. Ktoś dostał więcej miłości, ktoś mniej. W kryzysowej sytuacji rodziny zamiast się jednoczyć, zaczynają ze sobą walczyć.

 

 
Odchodzenie rodzica może być szansą na pojednanie, ale może też przywołać pamięć krzywd /©123RF/PICSEL
Odchodzenie rodzica może być szansą na pojednanie, ale może też przywołać pamięć krzywd

 

/©123RF/PICSEL
 

Dzień 14 marca 2014 roku był dla Jolki punktem zwrotnym. Dzień jak co dzień, gdyby nie telefon od siostry: „Tata jest w szpitalu. Wylew”. Miał otwarte oczy, kiedy weszła do sali, w której była już cała rodzina – matka, mąż Jolki, dzieci, siostra i jej nastoletni syn. Ojciec nikogo nie rozpoznawał. Matka spytała, co by zjadł, odpowiedział, że słonia. Na pytanie, co mu przynieść jutro, powiedział, że trawy. 

Potem zamknął oczy i krzyczał: „Emilka, Emilka…”. Mężczyzna z sąsiedniego łóżka, patrząc w kierunku żony, skomentował: „Mąż bardzo panią kocha”. „Mam na imię Maria”, odpowiedziała matka Jolki. Było pewne, że ojcu pomieszało się w głowie.
 
Gdy wszyscy już wyszli, Jolka została jeszcze godzinę. Wyręczyła pielęgniarkę i zmieniła tacie pampersa. Wydawało się jej, że to jakiś sen. Silny 66-letni mężczyzna, który dzień wcześniej grabił ogród, był z autem w warsztacie, planował wycieczkę rowerową, teraz robi pod siebie, a jego córeczka zmienia mu pieluchę. 

Lekarze nie robili nadziei. Ojciec będzie niepełnosprawny, wymagający całodobowej opieki. W domu oprócz dwójki dzieci Jolki, pojawiło się trzecie – ojciec. To cena wielopokoleniowej rodziny. Trzeba się zająć schorowanymi rodzicami, tak jak oni zajmowali się najpierw dziećmi, potem wnukami, 8-letnim Markiem i 6-letnim Adamem.

 

ON KOCHAŁ CIĘ BARDZIEJ

Dla wszystkich było oczywiste, że odpadł przewodnik stada. Rodzina uradziła, że wynajmą opiekunkę do dzieci, matka zajmie się niepełnosprawnym mężem, rehabilitant będzie przychodził trzy razy w tygodniu. Będą okazjonalnie wynajmowali kogoś, kto zadba o ogród, zrobi drobne naprawy w 40-letnim domu, który powoli się sypał. Mąż Jolki z góry zaznaczył, że jego pomoc będzie tylko ekonomiczna, bo teść nigdy go nie zaakceptował. Wracał z pracy coraz później, bo nagle przybyło mu obowiązków. 

Jolka zostawała sama z chorym tatą, wycieńczoną matką, dwójką dzieciaków i z żalem. Do męża – o to, że porzuca ją wtedy, kiedy go najbardziej potrzebuje. Do siostry – że nie odbiera telefonów i nie pomaga przy ojcu, tłumacząc się brakiem czasu. Do matki – że całą odpowiedzialność za rozwiązanie trudnej sytuacji z chorym pozostawiła na głowie córki, tak jak wcześniej wszystko pozostawiała mężowi. Do ojca – że dał jej złudzenie własnej nieśmiertelności, nie przygotował na dorosłe życie, przed którym teraz nie było dokąd uciec.

Jolka postanowiła wyegzekwować pomoc od młodszej o pięć lat siostry. Wkurzona pojechała do niej i stanęła w drzwiach. Iza otworzyła zdziwiona, oglądała właśnie serial, na twarzy miała maseczkę, a w ręku drinka. Jolka siadła przy stole i rozpłakała się, mówiąc, że sama nie da sobie rady. Że nie przyszła tu żądać, ale prosić. Siostra była niewzruszona, powiedziała: „Tobie zawsze było lepiej, to ty byłaś oczkiem w głowie taty, ukochaną córeczką”. 

Okazało się, że Iza ma do siostry żal o to, że była faworyzowana jako ta mądrzejsza i zdolniejsza. To Jolka zamieszkała z rodzicami w domu z ogrodem, a ona gnieździ się w 40-metrowym mieszkanku z nastoletnim synem. Jolka przypomniała jej, że Iza dostała to mieszkanie tuż po maturze właśnie od rodziców i nie musi spłacać kredytu. Wspomniała, że studiując w Krakowie, tułała się po wynajętych klitach razem z mężem. Siostra odpowiedziała, że za studia Jolki płacił ojciec, bo w nią wierzył. Ona czuje się gorszym dzieckiem, nieudanym, bo żadnych studiów nie skończyła, nie ułożyła sobie życia. Pracę ma byle jaką, sekretarki w spółdzielni mieszkaniowej, nie prestiżową dyrektora prywatnego liceum jak Jolka.

Jolka wyszła od Izy z przekonaniem, że nie przebije się przez jej złość i żal. Została z problemem sama. Wróciła do domu i zmieniła ojcu pieluchę.

GDY BRAKUJE MIŁOŚCI

„Nie musisz już tak się starać, nic nie ugrasz. Matka wszystko przepisała na mnie”, usłyszała Sylwia od brata na progu rodzinnego domu. Roman patrzył triumfalnie na siostrę, która jak co tydzień przyjechała z Warszawy do Kołobrzegu na weekend, by zaopiekować się umierającą na raka matką. Od trzech miesięcy pani Janina była w domu w terminalnym stadium nowotworu płuc z przerzutami. 

Syn i synowa, którzy wraz z dziećmi mieszkali z nią na co dzień, zachowywali się, jakby matki już nie było. Położyli ją w jej pokoju, przynosili śniadanie, obiad i kolację. Wynajęli pielęgniarkę, która przychodziła codziennie na kilka godzin. Z pozoru nie można było im nic zarzucić – spełniali obowiązek, ale nie było w tym troski, współczucia, miłości. Syn nie pielęgnował matki, nie okazywał żalu, że odchodzi, nie okazywał wsparcia.

A było o co zabiegać, bo do podziału był duży dom, dwie działki budowlane, trochę akcji i pieniądze z polisy. Pani Janina sporządziła testament, w którym podzieliła wszystko po połowie między syna i córkę, nie bacząc, komu wiedzie się lepiej, a komu gorzej. Roman miał inne zdanie na ten temat. Uważał, że skoro mieszka w domu od urodzenia, nie musi spłacać zamożnej dyrektorki banku z apartamentem w stolicy. Majątek matki po prostu mu się należy. Tyle czasu męczył umierającą kobietę, aż ta w końcu uległa. Przepisała większość majątku na syna, zostawiając córce tylko niewiele warte akcje. 

Sylwia stała w przedpokoju jak wmurowana, a brat wylewał na nią potoki żółci. „Spróbuj wyżyć za niecałe 3 tysiące. Tyle to ty na torebkę wydajesz. Ale wielkiej dyrektorce mało! Łapę chciałaś na domu położyć. Myślisz, że nie wiem, po co co tydzień przyjeżdżasz? Matkę chciałaś urobić. Ale ja głupi nie jestem. Na cwańszego od siebie trafiłaś. Wszystko jest moje”, krzyczał. 

Kobieta najchętniej odwróciłaby się na pięcie i wyszła, ale pomyślała o tym, co poczuje matka, która słyszy wszystko z pokoju obok. Zacisnęła zęby i nie wypomniała bratu, że kiedy ona odrabiała lekcje i uczyła się po nocach, on siedział przed telewizorem albo włóczył się z kolegami. Nie powiedziała, że całe życie razem z rodziną był na garnuszku matki, że nie zagrzewał miejsca w żadnej pracy, a jego żona nigdy nie pracowała zawodowo.

Wyminęła brata bez słowa i weszła do pokoju matki. Starsza pani płakała. „Nie miałam siły z nimi walczyć. I tak nagrodziłam ich za lenistwo, a ciebie ukarałam za wytrwałość”, powiedziała. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu Sylwia poczuła miłość i akceptację matki. 

Pani Janina nigdy nie należała do ciepłych i czułych osób. Nie przytulała dzieci, nie mówiła, że je kocha, nie rozmawiała z nimi o ich radościach, marzeniach i troskach. W jej życiu liczyła się tyko praca. Trudno się dziwić, że teraz, kiedy słabość zarządzała całym jej życiem, a choroba zmierzała w jednym kierunku, i jej, i jej dzieciom zabrakło słów i gestów, które pomagają być blisko, pokazują miłość i troskę. Dlatego matka i córka nie rozmawiały o tym, co tu i teraz, o odchodzeniu, śmierci, sytuacji z testamentem. 

Słabnąca pani Janina opowiadała Sylwii swoje życie. Mówiła: „Odkąd pamiętam, byłam w biegu, zatrzymywałam się tylko, żeby coś zjeść, bo wtedy mogłam odpocząć bez wyrzutów sumienia”. Przyznała też, że była złą matką. „Ale nawet gdybym dostała drugie życie, nie umiałaby inaczej”, przyznała.

Sylwia patrzyła, jak moc jej zawsze zapracowanej i nieugiętej matki przechodzi w bezradność. Zrobiło jej się żal matki, samej siebie, nawet brata. Wiedziała, że wraz ze śmiercią matki ich drogi się rozejdą. Na zawsze. 

„Nieumiejętność bycia blisko w sytuacjach ostatecznych nie bierze się znikąd. Jeśli ktoś nie został nauczony okazywania uczuć, ciepła, troski, będzie miał kłopot z okazaniem tego innym. Matce, siostrze, partnerowi, swoim dzieciom też”, tłumaczy Karolina Rabenda, psycholog, terapeuta EMDR z Naszej Strefy. Wyjaśnia, że choroba, powolne odchodzenie rodzica może być szansą na pojednanie, zmianę, ale może też przywołać pamięć krzywd, wywołać chęć odwetu. Obnażyć nieumiejętność bycia blisko.

„Stoi za tym wychowanie zredukowane do karmienia, ubierania i kontroli, nieumiejętność zajęcia się potrzebami dzieci ich emocjami, wrażliwością. Wyrastają z nich dorośli mający trudność z okazywaniem uczuć. To taki łańcuszek krzywd”, mówi terapeutka.

CIENIE PRZESZŁOŚCI

Siostry Lidka i Sabina odwiedziły ojca w niedzielę, bo sąsiedzi skarżyli się, że czują z mieszkania ulatniający się gaz. Otworzył wychudzony i zarośnięty stary człowiek. Chciał podjąć córki kawą, ale odkręcił wodę, sięgnął po pudełko, spojrzał w okno i usiadł. Potem jakby nigdy nic spytał, czy posprzątały zabawki. Okazało się, że 70-letni pan Stanisław ma początki alzheimera i nie poradzi sobie sam. Sabina zaproponowała 13 lat starszej siostrze, żeby na spółkę wynajęły ojcu opiekunkę (dokładając do tego jego emeryturę). Lidka się nie zgodziła. Nie zgodziła się też na prywatny ośrodek za 3 tys. złotych, choć w przeciwieństwie do siostry dobrze jej się powodziło.

„Czego ty chcesz? Oddać ojca do jakiejś umieralni? Jak możesz być taka bez serca dla niego?”, krzyczała rozżalona Sabina, gdy zrozumiała, że siostra nie zamierza ani partycypować w kosztach opieki nad ojcem, ani zajmować się nim osobiście. „Bez serca? Ja bez serca? A kiedy ten stary chlor kiedykolwiek mnie okazał serce? Do dziś budzę się na najmniejszy szmer, bo przez całe dzieciństwo musiałam być gotowa do ucieczki, kiedy ten pijak wtaczał się do domu w środku nocy i zabierał się za bicie mnie i mamy. Wiesz, ile nocy spędziłyśmy zmarznięte na klatce schodowej? I ty śmiesz mówić, że nie mam dla niego serca?”, wykrzyczała w odpowiedzi Lidka. 

Młodsza siostra miała zupełnie inne wspomnienia związane z ojcem, bo właśnie po jej narodzinach przestał pić. Dla niej był zupełnie inny – chodził z nią na sanki i do cyrku, kupował cukierki. Jakby chciał odkupić winy wobec starszej córki. Niestety – Lidka znienawidziła go jeszcze bardziej za to, że młodsza siostra dostała coś, czego ona nie miała i nigdy już nie będzie. 

Ponieważ Sabiny nie było stać na samodzielne opłacenie dobrego ośrodka, a mąż nie zgodził się, by teść zamieszkał z nimi, pan Stanisław trafił do miejsca refundowanego przez NFZ, o którym mówiło się „umieralnia”. Sabina odwiedzała go co dwa dni. Zawsze wtedy robiła zdjęcie – otępiałemu ojcu, serwowanym posiłkom, obdrapanym ścianom – i wysyłała je siostrze esemesem zawsze z tą samą treścią: „Życzę ci tak samo dobrej starości jak ma nasz tata”. 

Lidka poczuła, że to niesprawiedliwe, że siostra chce unieważnić złą przeszłość. Po kilku tygodniach tej jednostronnej korespondencji zadzwoniła do niej z krzykiem: „Co ty wiesz o życiu, gówniaro? Odczep się ode mnie raz na zawsze!”. Sabina bez słowa odłożyła słuchawkę. Osiągnęła jednak jedno – Lidka poszła odwiedzić ojca. Ucieszył się, bo myślał, że jest jego ciotką, mówił do niej Justysiu. Patrząc, jak zjada ciasto drożdżowe i siorbie herbatę, spytała: „Tato, czy wiesz, co zrobiłeś mamie i mnie?”. 

Odpowiedział: „Ty, Justynko zawsze pyskata byłaś” i zaczął się śmiać. Wtedy oprócz złości poczuła też żal. Żałowała siebie – bo nie będzie już miała okazji mu powiedzieć, jak ją skrzywdził. Ale też żałowała jego – bo nikt nie zasługuje na taki koniec. Żałowała też, że źle potraktowała siostrę, bo tęskniła za nią. Zadzwoniła, żeby przeprosić i dogadać się w sprawie opieki nad ojcem. 

Na razie nie jest gotowa, by mu przebaczyć i go widywać, ale zaoferowała pomoc finansową. Lekarze mówią, że przed panem Stanisławem jeszcze wiele lat życia. Uznała więc, że nie może ich spędzić w takim miejscu. Nawet jeśli – według niej – na to zasłużył. „Te panie mają różne doświadczenia związane z domem rodzinnym, bo przyszły na świat na różnych etapach życia rodziców.

Bycie siostrą, bratem nie oznacza automatycznie przyjaźni. Czasami różne perspektywy postrzegania rodziców utrudniają poprawne relacje. Ktoś dostał więcej, ktoś mniej uwagi, czułości, troski”, komentuje Karolina Rabenda. Wyjaśnia też, że w przypadku przemocowego dzieciństwa taka ambiwalencja, czyli kocham ojca i nienawidzę go, są normalne. 

„Żałobę po traumatycznej przeszłości można przepłakać na terapii. Warto to zrobić, żeby dobrze funkcjonować w innych związkach”, radzi ekspertka.


Joanna Drosi-Czaplińska

GRAZIA 3/2016

Czytaj więcej na http://www.grazia.pl/styl-zycia/news-kto-zajmie-sie-mama,nId,2174651#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Kolejny dzień z Babcią Elą :)

Dobry wieczór. 🙂

Poranny telefon, że znów przywożą nam wnuki, a więc zryw na równe nogi, bo przecież trzeba coś im ugotować. Szybkie Dziadka zakupy i o 9 godzinie już zaczęłam  gotować zupę ze świeżych pomidorów i koniecznie z ryżem, bo makaronu nie lubią. Kiedy ugotowałam, to już byłam spokojna, bo wiedziałam, że zawsze coś ciepłego dla dzieciaków mam.

Dziadek pognał jeszcze po owoce i jogurty, bo dzieciaki te jogurty bardzo lubią i sama nie wiem dlaczego, bo mnie one nie smakują, ale skoro lubią, to muszą być.

Po obiedzie obowiązkowo musi być bajka w telewizji, jako relaks poobiedni, a ja z nimi te bajki oglądam, bo komentują, a więc muszą mieć do kogo komentować. 

Miałam do zakiszenia ogórki, a więc zatrudniłam dzieciaki do wkładania ogórków do słoja i tak mi pomogły, oczywiście musiałam pokazać jak układać te ogóry.

Babciu, a mogę  w komputerze trochę pobawić się w ubieranki lalek? No jak zobaczyłam ten błagalny wzrok, to pozwoliłam, choć nie za bardzo lubię, kiedy dzieciaki siedzą przed komputerem, ale cóż miałam zrobić? Uległam niestety.

Dzień minął jak z bicza trzasł. Dzieci pojechały dopiero do drugiej Babci, a ja sobie już odpoczywam. 

Miłego wieczoru. 🙂

 

Wiele razy bałam się, ale teraz boję się najbardziej

Dobry wieczór. 🙂

Codziennie życie pisze swój scenariusz i jeśli się pisze bloga, to się takie scenariusze koduje w głowie, by stworzyć z tego notkę na bloga.

W nocy zadzwoniła do mojego męża jego Mama, bo źle się poczuła, a źle się czuje coraz częściej. Ciśnienie jej skoczyło bardzo wysoko, a więc mąż wezwał karetkę i moja Teściowa znalazła się na SOR i została tam do rana, gdyż lekarz zbijał jej to ciśnienie.

Jutro mąż wiezie swoją Mamę do specjalisty do miejscowości oddalonej o 75 kilometrów. Dziś załatwiał jej skierowanie do szpitala i być może, że moja Teściowa w szpitalu zostanie na kilka dni, bo to ciśnienie wciąż ją dopada. Myślę, że coraz częściej będzie jej potrzebna fachowa opieka lekarska. U nas nie ma specjalistów, a więc wszelkie takie przypadki są odsyłane do Szczecina, a to wiąże się z tym, że mąż musi zarywać pracę, aby zawieźć i przywieźć swoją Mamę, a czasem jest to dwa, albo trzy razy w miesiącu.

Moja Teściowa, to Pani blisko 80 letnia, a do tego bardzo szczuplutka i wygląda jak gałązka na wietrze, Wciąż jest jej zimno, a i z apetytem nie jest najlepiej. Ale to nie wszystko!

Moja Mama z kolei coraz gorzej sobie radzi, choćby z codziennymi czynnościami jak posprzątanie domu, czy zrobienie zakupów. Jest bardzo dzielna i drobne zakupy robi sobie sama, ale ma mieszkanie dość wysoko, a więc coraz trudniejsze jest jej pokonywać taką wysokość. Często rezygnuje i wcale nie wychodzi, a jeszcze w zeszłym roku była wędrowniczkiem i dużo spacerowała. Widzimy jak poleciało jej zdrowie i choć wszyscy staramy się dotrzymać jej towarzystwa i pomóc w codziennych sprawach, to i tak większość dnia przebywa samotnie w domu. Kiedy nie jest za gorąco, to siada sobie na balkonie, aby się odrobinę dotlenić. Ale to nie wszystko!

Mojego zięcia Rodzice także dobiegający 80- tki już wymagają pomocy w dotarciu do lekarzy. Niestety, ale i Oni potrzebują porady i pomocy specjalistów, co wiąże się z tym, że trzeba ich zawieźć na wizytę do większego miasta, bo tych małych często lekarzom ręce opadają i wysyłają starszych ludzi tam, gdzie jest aparatura i bardziej nowoczesna technika medyczna.

Obok tych starszych ludzi zawsze ktoś jest z bliskich i wszyscy staramy się w miarę im pomagać, ale morał z tej opowieści jest jeden – przyszedł czas, że nasi bliscy się postarzeli i każdego dnia drżymy, czy coś złego się wydarzy.

Ja mam tak, że tylko moja Mama nie odbierze od razu telefonu, to przebiega po mnie dreszcz. Boję się każdego dnia, że oto coś złego się wydarzyło. Tak samo ma mój mąż i tak samo ma mój zięć oraz moja córka, która razem z mężem opiekują się swoimi rodzicami.

Wiem jedno, że Matkę i Ojca ma się tylko jednych i jeśli nie pokażemy swoim dzieciom, że starzy ludzie wymagają szacunku, to i obok mnie i mojego męża mogą przejść obojętnie i mogą nie mieć empatii w stosunku do starości.

W pomoc naszym staruszkom angażuje się cała rodzina, bo tak jak u mnie, to bardzo pomaga moja siostra z mężem i jej dzieci, Pomagam ja i i mój mąż, a także moje dzieci. Nie chodzi tu tak bardzo o pomoc finansową, bo nasze staruszki sobie dobrze z tym radzą, a chodzi bardziej o przyniesienie zakupów, ale najbardziej o dotrzymanie towarzystwa.

Dziś byłam u mojej Maminki i choć na nic się mi nie skarżyła, to wyczułam, że trochę się  już boi. Wypiłyśmy kawę i porozmawiałyśmy dłuższą chwilę. Ja i siostra staramy się zanieść jej ciepłą zupę, czy też jakiś inny posiłek, aby nie musiała sama kombinować, bo obie wiemy, że sprawia jej to, coraz bardziej  trudność.

Kilka dni temu śniłam, że umieram, ale we śnie coś mi podpowiadało, że to jeszcze nie czas, bo przecież żyje moja Mama.

Podczas dzisiejszej wizyty u Mamy coś tam wspomniała, że już czas umierać, ale ja myślę, że to jeszcze jest oddalone w czasie i obym się nie myliła.

Wiem, że ten wpis jest bardzo smutny, a jeszcze do tego dziś przeczytałam coś takiego, mieszczącego się w moich rozważaniach:

„Pewna pielęgniarka spisała listę rzeczy, których umierający ludzie najczęściej żałują. Niestety skok na spadochronie, ani więcej seksu nie znalazły się na tej liście. Jednym z najczęstszych zdań, które padało (szczególnie u mężczyzn) to: „Żałuję, że tak dużo pracowałem”. Pielęgniarka opieki paliatywnej spisała 5 najczęstszych rzeczy, których żałowali umierający ludzie. Bronnie Ware jest pielęgniarką, która spędziła kilka lat pracując z umierającymi ludźmi. Byli pod jej opieką w ciągu swoich ostatnich 12 tygodni życia. Rozmowy z nimi Bronnie udokumentowała i opublikowała na blogu. Otrzymała wiele rad, które uwzględniła i finalnie postanowiła wydać książkę. Bronnie pisze o życiu w bardzo jasny sposób:   Ludzie dopiero pod koniec życia uświadamiają sobie, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Dzięki ich mądrościom możemy się wiele nauczyć. Kiedy pytałam ich, czego żałują najbardziej i co chcieliby zrobić inaczej, większość odpowiedzi powtarzała się. Oto 5 rzeczy, których ludzie najczęściej żałowali przed śmiercią:

1. Żałuje, że nie miałem odwagi, by przeżyć swoje życie w pełni po swojemu, a nie zgodnie z oczekiwaniami innych. „Tego żałowali najczęściej. W momencie, gdy ludzie uświadamiają sobie, że ich życie zbliża się ku końcowi i patrzą na nie z dystansu, z łatwością dostrzegają jak wiele marzeń pozostało niespełnionych. Wielu nie zrealizowało nawet połowy z nich, byli zmuszeni umrzeć ze świadomością, iż był to wynik decyzji, jakie podjęli, bądź też nie. To bardzo ważne, by żyjąc starać się spełnić chociaż część ze swych marzeń. W momencie, gdy tracimy swoje zdrowie – już jest za późno. Niewielu ma świadomość, iż przynosi ono wolność, aż do czasu gdy się je powoli traci.”

2. Żałuję, że tak ciężko pracowałem. „Usłyszałam to od każdego mężczyzny, którym się opiekowałam. Ominęły ich lata młodości dzieci oraz radość z towarzystwa partnerki. Kobiety również o tym wspominały. Jednak większość z nich pochodziła ze starszej generacji i nie były one głównymi żywicielami rodziny. Wielu mężczyzn głęboko żałowało, iż poświęcali, aż tyle czasu na pracę. Poprzez uproszczenie swego stylu życia i podejmowanie świadomych wyborów można zdecydowanie zmniejszyć ilość niezbędnych nam do życia środków. Dzięki zyskanej przez to przestrzeni nasze życie staje się szczęśliwsze i łatwiej nam skorzystać z ciekawych i nowych możliwości.

 3. Żałuje, że nie miałem odwagi, aby wyrażać swoje uczucia. „Wielu ludzi tłamsi swe uczucia, by żyć w pokoju z innymi. W rezultacie często nie wykorzystują potencjału, jaki w sobie kryją.   Nie możemy kontrolować emocji innych. Jednakże ludzie podświadomie zareagują na twoją zmianę i szczerość. Koniec końców, wznosi to relację na zupełnie inny – wyższy i zdrowszy – poziom lub prowadzi do usunięcia z twojego życia zbędnych i toksycznych kontaktów. W każdym wypadku to Twoja wygrana. 

4. Żałuję, że nie przyłożyłem się bardziej do utrzymywania znajomości. „Często nie zdawali sobie oni sprawy z tego, jak ważni byli dla nich starzy przyjaciele, aż do ostatnich tygodni przed śmiercią, a wtedy ich wytropienie często było już niemożliwe. Wielu pacjentów było tak zaangażowanych we własne życia, że pozwolili, by prawdziwi przyjaciele stopniowo się od nich oddalali. Wiele żalu skupiało się wokół niepoświęcenia relacjom odpowiednio dużej ilości czasu i wysiłku. Wszyscy tęsknimy za swoimi przyjaciółmi w momencie śmierci. Nasz zapracowany tryb życia coraz częściej sprawia, że tracimy ważne relacje. Jednak, gdy stajemy twarzą w twarz ze śmiercią, fizyczne aspekty naszego życia stają się nieistotne. Ludzie chcą uporządkować sprawy majątkowe najszybciej jak jest to możliwe, ale to nie to ma dla nich największego znaczenia. Kierują się przede wszystkim dobrem ich najbliższych. Zwykle są zbyt chorzy i zmęczeni, by dokończyć i to zadanie. Pod koniec wszystko i tak sprowadza się do miłości i relacji z ludźmi. To jest to, co zostaje w ostatnich tygodniach – uczucia i ludzie.

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszym. „Słyszałam to zaskakująco często. Wielu ludzi dopiero przed śmiercią uświadamia sobie, że szczęście to wybór. Tkwią w starych nawykach, powielają wzorce. Tak zwany „komfort” wpływa nie tylko na ich psychikę, ale i emocje. Strach przed zmianami skłaniał ich do udawania przed innymi, ale i samym sobą, że są zadowoleni, kiedy to w głębi serca pragnęli się głośno śmiać i wygłupiać raz jeszcze. Kiedy jest się na łożu śmierci to, co myślą o Tobie inni nie ma już znaczenia. Jak wspaniale byłoby odpuścić i śmiać się na długo przed odejściem. Życie jest złożone z wyborów. To jest TWOJE życie. Wybieraj świadomie, wybieraj mądrze, wybieraj szczerze. Wybierz szczęście.”

Czytaj dalej na: http://viralowo.pl/artykul/14367-5-rzeczy-ktore-musisz-zrobic-p.html

Dziś idę na łatwiznę – art. z „Wysokich Obcasów” – Matki w Finlandii

Wydaje mi się, że ten art. świetnie mi tu pasuje, ponieważ staram się poruszać na blogu różne tematy. Matki w Polsce pewnie zagryzają zęby, że innym matkom w świecie lepiej się żyje i posiadanie dzieci, to czysta przyjemność, skoro państwo o te matki dba. Mnie, jako seniorkę także taki model się podoba, kiedy czytam, że macierzyństwo nie wszędzie jest drogą przez mękę i z ledwością wiązanie końca z końcem, a także miotaniem się między  karierą zawodową, aby mieć na wychowanie dzieci, a spokojnym odchowanie swojego potomstwa.
Mam nadzieję, że autorka tego tekstu nie koloryzuje. Zapraszam do zapoznania się z tekstem, bo dla polskich matek jest to swego rodzaju wsadzenie kija w mrowisko.
„Jako matce opiekującej się dwuletnim dzieckiem w domu przysługuje mi prawo do wynagrodzenia. Miły gest poprawiający samopoczucie. Tak często polskie mamy mówią o sobie: nic nie robię, siedzę w domu z dzieckiem. W Finlandii to nie nazywa się „nic”
To zabawne, ale kiedy zaglądałam na stronę „Wysokich Obcasów”, przez dość długi czas nie skojarzyłam, że akcja „Polki bez granic” może dotyczyć mnie samej. Od dziesięciu lat żyję za granicą. Najpierw sześć lat w Stanach, teraz już blisko cztery w Finlandii. Ale i wcześniej nosiło mnie po świecie. W czasie studiów wzięłam rok dziekanki, żeby zostać „operką” w Niemczech. Później wyjechałam na sześć miesięcy do USA i na trzy do Irlandii.Każde z dwojga moich dzieci przyszło na świat w innym kraju. Nigdy nie żyły w Polsce. Córeczka mówi biegle po angielsku, synek pewnie niedługo zacznie po fińsku. A mimo to na co dzień nie zastanawiam się, czy jestem emigrantką, czy expatką. Myślę, że w naszym współczesnym, nowoczesnym, demokratycznym i zachodnim świecie nie ma już czegoś takiego jak emigracja. W dobie internetu, Skype’a, tanich linii lotniczych, braku granic w Europie, jesteśmy wszyscy bardzo blisko.Przyjazd do Helsinek był dla mnie, dla nas, jak wejście w ciepłe i wygodne kapcie. Tu wszystko jest tak proste, tak dopasowane do człowieka, że zagubienie się w tym państwie i społeczeństwie jest niemal niemożliwe. Nawet brak języka nie przeszkadza, ponieważ wszyscy mówią po angielsku. Na początku często porównywaliśmy to nowe fińskie życie do dawnego, amerykańskiego.

W USA byłam przede wszystkim dziennikarką, potem zostałam mamą. W Finlandii jestem przede wszystkim mamą, tu urodziłam nasze drugie dziecko.

Jak to jest być mamą w tym nordyckim kraju?

Komfortowo. Krótko po otrzymaniu stałego pobytu dowiedziałam się, że jako matce opiekującej się dwuletnim dzieckiem w domu przysługuje mi prawo do wynagrodzenia. Przecież jeśli poszłabym do pracy, moim dzieckiem zajmowałaby się przedszkolanka. A tak ja wykonuję tę pracę sama. Miły gest poprawiający samopoczucie. Tak często polskie mamy mówią o sobie: nic nie robię, siedzę w domu z dzieckiem. W Finlandii to nie nazywa się „nic”. Oczywiście takie samo prawo ma ojciec dziecka, ale tu w praktyce jednak mamy dłużej zostają w domu. Miejsce pracy trzymane jest przez trzy lata.

Każde dziecko ma też zagwarantowane miejsce w przedszkolu. Jeżeli rodzice wybiorą prywatną placówkę, państwo i miasto dofinansowują koszty, i jest to znowu około 400-500 euro miesięcznie. Innym ukłonem w stronę rodziców jest prawo do bezpłatnego korzystania z komunikacji miejskiej, jeżeli podróżuje się z dzieckiem w wózku. Mamy nie muszą też czuć się zamknięte w domu z dzieckiem.

W Helsinkach od stu (!) lat istnieje sieć parków zabaw (leikkipuisto). Są to duże place zabaw z budynkiem, w którym mieści się świetlica, sala zabaw, kuchnia, toaleta. Pracują tam opiekunowie, często organizowane są zajęcia dla maluchów. Popołudniami pełnią też funkcję świetlic dla dzieci szkolnych. To tu chętnie przedpołudnia spędzają mamy z maluchami. Latem w każdym takim parku punkt dwunasta jest wydawany obiad dla dzieci. Bezpłatnie. Trzeba tylko przynieść własny talerz i sztućce. Przychodzą tłumy dzieciaków, jest wspólne śpiewanie i zabawy plenerowe.

Fińskie mamy są cierpliwe i spokojne. Nigdy nie byłam świadkiem krzyczenia na dziecko. Ale i dzieci poprawnie się zachowują. Być może udziela się im ten spokój. Finowie chyba w ogóle są cierpliwi. Nie widzę irytacji na twarzach, kiedy tramwaj się spóźnia – a bywa, że nie jest na czas, albo kolejka do kasy jest zbyt długa. Kierowcy prowadzą spokojnie i powoli, nikt się nie ściga. Może to efekt mandatów, których wysokość jest zależna od dochodów. Są też skromni, co widać w ich ubiorze, modzie i fińskim designie: prostym, skromnym, użytkowym i bardzo praktycznym. Designie, który uwielbiam w każdej postaci. Za półtora roku będę mogła coś powiedzieć o fińskiej szkole, jak nasza córka zacznie edukację. W Helsinkach i Espoo działa parę publicznych szkół anglojęzycznych. Nauka jest darmowa, fiński program nauczania, jest też wykładany fiński jako drugi język.

Na razie nasze dzieci są w przedszkolach. Starsze w angielskim (prywatnym), młodsze w fińskim (publicznym). Nie bardzo znam polskie realia, ale tu jest jak w domu. Przedszkole mojego dwuletniego synka to dwanaścioro dzieci i trzy wychowawczynie, które często mają jeszcze do pomocy osobę dochodzącą. Ostoja spokoju. Dają ciepło i bezpieczeństwo swoim małym podopiecznym. Przedszkole córki jest już dużo większe, ale panuje tam atmosfera przyjacielskiego spotkania. Nauczycielki są zawsze do dyspozycji, uważne, ciepłe, serdeczne. Każda ma pod opieką około ośmiorga dzieci. A dzieciaki nie chcą wracać do domu.”

Autorka prowadzi bloga kiitoshelsinki.blogspot.com